Cywilizacja

Czy Amerykanie wybaczą Bidenowi?

Większość amerykańskich komentatorów zajmujących się sprawami bezpieczeństwa nie jest w stanie pojąć, jak mogło dojść do tak szybkiej klęski. Po dwudziestu latach obecności wojsk USA w Afganistanie talibowie zaledwie w kilka tygodni przejęli kontrolę nad krajem, w który Ameryka wpompowała setki miliardów dolarów.

30 sierpnia, tuż przed północą czasu miejscowego, Stany Zjednoczone zakończyły trwającą prawie 20 lat operację wojskową w Afganistanie. Według prezydenta Joe Bidena „niekończąca się wojna” – najdłuższa w dziejach USA – zakończyła się „niezwykłym sukcesem” ewakuacji z lotniska w Kabulu.

Większość obserwatorów nie wierzy w rządową propagandę, uważając wydarzenia ostatnich ponad dwóch tygodni za wielką porażkę Ameryki, której konsekwencje mogą być odczuwane przez długie lata.

Ostatnie dni w Kabulu

Poniedziałek. Niespodziewanie ostatni dzień operacji ewakuacyjnej na lotnisku w Kabulu, w którą od 15 sierpnia była zaangażowana flotylla ponad stu, potężnych C-17 Globemaster II, transportowców sił powietrznych USA. Ostatnie pięć z nich ustawiło się na pasie startowym po zmroku. Jeszcze tylko ostatnie zadanie – zniszczyć pozostawiany sprzęt: 70 opancerzonych pojazdów typu MRAPS, 27 humvee, 73 śmigłowców i samolotów, wreszcie system chroniący przed ostrzałem rakietowym czy z moździerzy.

Granaty zapalające z termitem dokonują dzieła zniszczenia, dając pewność, że nic z pozostawionego sprzętu „nie ruszy się z miejsca” ani „nie będzie w stanie wznieść się w powietrze”. Jako ostatni amerykański wojskowy na pokład samolotu (gdzie jest już pełniący obowiązki ambasadora Ross Wilson) wchodzi gen. Chris Donahue dowodzący 82. dywizją powietrznodesantową, której żołnierze wraz z oddziałami piechoty morskiej osłaniali operację ewakuacji. To także symbol: ostatni amerykański żołnierz w Afganistanie jako kapitan służył w Pentagonie, na który w 2001 r. spadł samolot pilotowany przez terrorystów Al-Kaidy. O godz. 23.59 czasu miejscowego jest już po wszystkim: koła ostatniego z transportowców odrywają się od powierzchni kabulskiego lotniska.
Zdjęcie ostatniego amerykańskiego żołnierza w Afganistanie już zyskało miano symbolu. Fot. U.S. Central Command via Getty Images
Wtorek, 31 sierpnia, dzień, w którym upływał termin ewakuacji amerykańskich wojsk z Afganistanu. W Kabulu nie ma już żadnego żołnierza US Army, pozostały za to setki (według innych ustaleń – tysiące) obywateli amerykańskich, których nie zdążono wywieźć. Pozostały też dziesiątki tysięcy Afgańczyków, którym za współpracę z Amerykanami obiecano ewakuację, mającą ich chronić przed represjami (czytaj: niemal pewną śmiercią) z rąk talibów i innych islamskich ekstremistów.

Prezydent USA ma wygłosić orędzie do narodu i, jak to ma w zwyczaju 78-letni lokator Białego Domu, spóźnia się. Miał mówić o 13:00, później 14:45, wreszcie dziennikarze usłyszeli: „Damy znać, jak będziemy gotowi”. Wreszcie o 15:25, Joe Biden zaczyna czytać z telepromptera swoje przemówienie.

„Nie chciałem przedłużać tej wojny w nieskończoność, nie chciałem przedłużać w nieskończoność ewakuacji” – mówi prezydent, choć do jego sposobu artykulacji bardziej pasowałoby określenie krzyko-szept, gdzie fragmenty przemówienia niemal wykrzykiwane są przeplatane fragmentami (mającymi chyba symbolizować bliskie relacje ze społeczeństwem) wypowiadanymi prawie szeptem.

Sajgon 2.0? Nie, gorzej. Upada mit o potędze Ameryki

– Nie zobaczycie obrazków ludzi zabieranych z dachu ambasady USA w Kabulu – obiecywał Biden.

zobacz więcej
Oficjalny przekaz: niezwykły sukces

Prezydent nazwał wyjście z Afganistanu „niezwykłym sukcesem”, gdyż samolotami udało się wywieźć 120 tysięcy osób. „Mieliśmy w Afganistanie tylko jeden interes: zapobieganie nowym atakom terrorystycznym” – powiedział Biden, dodając, że tutaj udało się osiągnąć pełen sukces. Data ostatecznego wycofania wojsk – 31 sierpnia – nie była „arbitralna”, ale miała służyć „ochronie życia Amerykanów”. Dodatkowo została podjęta na podstawie „jednomyślnej rekomendacji” dowódców wojskowych. „Najważniejsze: 90 procent Amerykanów, którzy chcieli wyjechać z Afganistanu, udało się to zrobić” – mówił Biden, oceniając, że pozostało 100-200 osób, które się ewakuuje później przy użyciu działań dyplomatycznych.

Słowem kolejna, zaplanowana, na zimno przeprowadzona i kontrolowana operacja medialna (po odczycie prezydent odwrócił się na pięcie i pomimo wykrzykiwanych przez reporterów pytań odszedł bez słowa) wpisująca się w polityczną polaryzację kraju i krajobraz medialny, gdzie większość Demokratów (73 proc.) wierzy w to, co widzi na ekranach, podczas gdy tylko… 10 proc. Republikanów ufa przekazowi mediów głównego nurtu.

Przez cały czas trwania kryzysu kabulskiego przekaz był jasny: Biden zakończył wojnę w Afganistanie, bo chciała tego większość Amerykanów (to prawda, co pokazywały niezmiennie sondaże). Dokonał wręcz rzeczy heroicznej, która nie udała się – pomimo zapowiedzi – Barackowi Obamie i Donaldowi Trumpowi.

„Wojna w Afganistanie jest już skończona” – wtorkowa deklaracja prezydenta Bidena będzie pewnie grana tysiące razy jako polityczna reklamówka.

Z drugiej strony, aby stępić krytykę wydarzeń z ostatnich tygodni, ludzie Bidena zastosowali sposób od zawsze wykorzystywany przez polityków. To tzw. fałszywy wybór, czyli wykreowanie takiej alternatywy, z którą można łatwo polemizować. W przypadku Afganistanu wybór zarysowany przez Bidena miał wyglądać tak: albo natychmiastowe wycofanie wszystkich, albo „eskalacja” oznaczająca konieczność wysłania „dziesiątek tysięcy” żołnierzy na misję, która miałby trwać nie wiadomo, jak długo.
Amerykański prezydent nazwał wyjście z Afganistanu „niezwykłym sukcesem”. Fot. Chip Somodevilla/Getty Images
Biorąc pod uwagę sondaże, wobec tak zarysowanej perspektywy poparcie Amerykanów dla wycofania wydawało się oczywiste. Na rozwiązanie najbardziej racjonalne – uporządkowany, planowy odwrót – zabrakło miejsca.

Demokraci jak zwykle liczą na krótką pamięć wyborców. Bo czy ktoś pamięta jeszcze, co było „gorącym tematem” rok temu? No właśnie, a kolejne wybory (do Kongresu), o które partia Bidena musi się martwić, są dopiero w listopadzie 2022 r. Do tego czasu jest szansa, że utrwali się przekaz „prezydent sprowadził naszych chłopców i nasze dziewczęta z Afganistanu”, koniec wydatków finansowych i daniny krwi w jakiejś zapadłej dziurze, której większość i tak nie jest w stanie wskazać na mapie.

I to może być dobra kalkulacja.. o ile Afganistan nie stanie się na nowo kolebką terroryzmu, o ile pozostali w kraju Amerykanie nie staną się zakładnikami, o ile znów nie poleje się niewinna amerykańska krew… To ostatnie „o ile” wydaje się najważniejsze, bo po zamachu bombowym na lotnisku w Kabulu, w którym w zeszłym tygodniu zginęło 13 amerykańskich żołnierzy, a 22 zostało rannych, upadł główny przekaz Białego Domu, czyli: „może jest chaos, ale nikt nie zginął”.

Amerykanie nie są przygotowani na kolejne ofiary „wojny, która jest już skończona”.
Dwa obrazy

Przekaz Bidena miał dotąd problem z powszechną akceptacją z prostego powodu: obrazy chaosu i cierpienia z Kabulu były zbyt mocne, a media elektroniczne i społecznościowe w poszukiwaniu pożądanej oglądalności i klikalności (co przekłada się na zyski) były w stanie porzucić (najlepszym przykładem CNN) rolę nieformalnych rzeczników obecnej administracji.

Obrazy były zbyt drastyczne, aby przejść nad nimi do porządku dziennego. Jak te spadających ciał desperatów uczepionych kadłuba wznoszącego się samolotu (jedną z ofiar okazał się kilkunastoletni piłkarz), które wraz obrazami ludzi wyskakujących z płonących wież World Trade Center w 2001 roku stały się szokującą i tragiczną klamrą tego, co przez ostatnich dwadzieścia lat działo się w Afganistanie.


Merytorycznie przekaz Bidena też nie wytrzymuje próby. „»Przemówienie« Bidena w skrócie: to afgański rząd i administracja Trumpa odpowiadają za klęskę. A poza tym nie było żadnej klęski” – skomentował na Twitterze Josh Rogin, pisujący do „Washington Post” dziennikarz zajmujący się kwestiami bezpieczeństwa państwa. To reakcja na te fragmenty przemówienia Bidena, w których zrzucał winę na Trumpa za odziedziczone porozumienie z talibami i na rządzących Afganistanem, że oddali kraj bez walki.

Inni wskazywali na niestosowność słów Bidena – ale i tworzenie fałszywych usprawiedliwień po zdarzeniach (właściwie do początku sierpnia nikt w Waszyngtonie nie spodziewał się tak szybkiego upadku), gdy prezydent poniekąd zdejmował z siebie odpowiedzialność za zadanie ratowania pozostawionych obywateli USA, stwierdzając: „Od marca wysłaliśmy Amerykanom 19 ostrzeżeń, informując ich o zagrożeniu związanym z pozostawaniem w kraju”.

Porzucona baza

Większość komentatorów zajmujących się sprawami bezpieczeństwa nie jest w stanie pojąć, jak mogło dojść do tak szybkiej klęski. Przecież tuż po atakach terrorystycznych z 11 września Amerykanie wkroczyli do Afganistanu, aby wytropić ukrywającego się tam Osamę bin Ladena. Po krótkiej i zwycięskiej operacji wojskowej, obalili wspierających terrorystów talibów. Jednak szybko okazało się, że zarządzanie okupowanym krajem to o wiele trudniejsze zadanie niż się wydawało, zwłaszcza że środki, energię i uwagę zaczęła ściągać rozpoczęta w 2003 r. wojna w Iraku.
Baza Bagram w czasach świetności. Rok 2018. Fot. Allison Dinner / Zuma Press / Forum
Po dwudziestu latach obecności wojsk amerykańskich w Afganistanie talibowie zaledwie w kilka tygodni przejęli kontrolę nad krajem, w który Ameryka wpompowała setki miliardów dolarów. Co gorsza, dowódcy wojsk USA po dwudziestu latach traktowania talibów jako „wrogów i terrorystów”, musieli teraz z nimi paktować, traktować ich jako „partnerów”, aby ci nie zrobili krzywdy ich żołnierzom, obywatelom oraz sojusznikom przy końcu chaotycznej i upokarzającej ewakuacji.

Największa krytyka spada na wojskowych, którzy nie przeciwstawili się pomysłowi pospiesznego opuszczenia bazy lotniczej w Bagram. Położona w strategicznym miejscu (na płaskim, łatwym do obserwowania ze wszystkich stron terenie, godzinę drogi na północ od Kabulu), dysponowała: dwoma pasami zdolnymi przyjmować największe samoloty, własnym szpitalem i infrastrukturą dla tysięcy żołnierzy. Słowem… idealne miejsce na ostateczną ewakuację amerykańskich żołnierzy.

Będzie Emirat Afganistanu. Ale to nie są ci sami talibowie, co 20 lat temu

Afgańczycy wcale nie chcieli systemu, jaki narzucili im Amerykanie.

zobacz więcej
Wybrano tymczasem wariant ewakuacji z Kabulu, z lotniska obok kilkumilionowego miasta, co od razu postawiło Amerykanów w trudniejszej sytuacji, a bazę Bagram opuszczono w pośpiechu na początku lipca. Ta pospieszna ewakuacja (pod osłoną nocy, bez powiadomienia wojsk afgańskich) była też gwoździem do trumny dla władz Afganistanu: od tego momentu wojsko najzwyczajniej przestało się bić, tracąc chęć oporu, ale także i poważne zdolności do walki (wraz z wojskiem odjechali pracownicy prywatnych firm zajmujący się obsługą sprzętu latającego oraz systemów wywiadowczych afgańskiej armii).

Dlaczego więc opuszczono Bagram, co z militarnego punktu widzenia nie miało najmniejszego sensu? Zadecydowała polityka. Prezydent Biden nie chciał słyszeć o zwolnieniu tempa wycofywania wojska. Jak przyznał szef połączonych sztabów gen. Mark Milley, gdy zostało 600-700 żołnierzy, trzeba było podjąć decyzję: priorytetem miała być obrona rejonu ambasady w Kabulu, więc zdecydowano o opuszczeniu bazy w Bagram.

Jak wielki to był błąd, okazało się od razu: gdy 15 sierpnia na przedmieściach stolicy pojawili się talibowie, trzeba było błyskawicznie sprowadzić prawie 6 tys. żołnierzy do zabezpieczenia ewakuacji. Żołnierze ci, stłoczeni na tak małej przestrzeni, stanowili idealny cel dla wszelkiej maści ekstremistów, których w Afganistanie nie brakuje, po opróżnieniu więzień przez talibów. Co tylko jeszcze bardziej utrudniło uporządkowany odwrót…

„To nie ja, to oni”

Ale może biorąc pod uwagę sposób, w jaki funkcjonuje obecna administracja, nie należy się dziwić? Główni współpracownicy Bidena, który ponad kompetencje zdaje się przedkładać bezwzględną, osobistą lojalność, nie należą do osób, które wykazały się jakimiś wielkimi osiągnięciami. Sekretarz stanu Antony Blinken i doradca ds. bezpieczeństwa państwa Jake Sullivan znani są bardziej jako intelektualiści niż praktycy twardej dyplomacji. Sekretarz obrony Lloyd Austin był do 2016 r. generałem, a więc raczej przywykłym do wykonywania rozkazów cywilnych zwierzchników, z kolei szef połączonych sztabów gen. Mark Milley zdaje się zgadzać z każdym aktualnym lokatorem Białego Domu (służył też pod Trumpem).

Wszyscy oni okazali się zbyt słabi, aby przeciwstawić się parciu Bidena do zakończenia obecności w Afganistanie przed 20. rocznicą zamachów z 11 września 2001 r. Wszyscy zdaje się uwierzyli w optymistyczne scenariusze, zapominając, że głównym zadaniem doradców prezydenta USA powinna być nadzieja na najlepsze rozwiązanie, ale przygotowywanie się na najgorsze.
Czy Amerykanie są przygotowani na kolejne ofiary? 27 sierpnia w zamachu bombowym na lotnisku w Kabulu zginęło 13 amerykańskich żołnierzy. Fot. US CENTRAL COMMAND / Reuters / Forum
Na ostateczną ocenę wydarzeń ostatnich tygodni przyjdzie poczekać, ale sytuacja ekipy Bidena nie rysuje się zbyt ciekawie. Zgodnie z odwieczną zasadą w politycznym Waszyngtonie, już zaczęło się przerzucenie odpowiedzialności w myśl zasady: „to nie ja, to oni”. Politycy jak to politycy próbują – głośno lub anonimowo – tłumaczyć się złymi radami wojskowych i złą jakością danych wywiadowczych. Szpiedzy i wojskowi odpowiadają najlepiej jak potrafią – przeciekami do mediów.

News sprzed kilkudziesięciu godzin: dziennikarze agencji Reuters „dotarli do” nagrań ostatniej rozmowy Joe Bidena z prezydentem Afganistanu Ashrafem Ghanim z 24 lipca. Amerykański prezydent zdawał sobie sprawę (wbrew teraźniejszym zaprzeczeniom), że walka z talibami nie idzie najlepiej a Afgańczycy muszą poprawić kwestię „postrzegania” w świecie i w kraju. „Nie muszę panu mówić, że postrzeganie na świecie i w kraju jest takie, że walka z talibami nie idzie dobrze. Tak więc trzeba zacząć przekazywać inny obraz, nieważne, czy jest on prawdziwy czy nie” – instruował prezydent Biden swego partnera.

23 dni później Ghani uciekł z Kabulu, państwo rozpadło się niczym domek z kart, a talibowie w kilka dni przejęli kontrolę nad całym krajem, czego – jak zgodnym chórem twierdzili wszyscy przedstawiciele administracji Bidena – „nikt nie mógł przewidzieć”.

Takich przecieków będzie zapewne coraz więcej, bo jest jasne, że ów „niezwykły sukces” w Afganistanie to w rzeczywistości wielka klapa, której skutki Ameryka może odczuwać nawet przez dziesięciolecia.

Najlepszy komentarz napisał Gerard Baker z „The Wall Street Journal”. Wspominając ironicznie „zespół strategicznych geniuszy” z Białego Domu, dodał: „Przypowieść o Nemezis, bogini wymierzającej nieubłaganą sprawiedliwość, zawsze ma swe źródło w arogancji, a przez te 20 lat amerykańskiej obecności w Afganistanie tej arogancji nazbierało się wiele. Jeśli jednak chcemy wyciągnąć lekcję z tragicznych kosztów próżności, nic nie przebije spektaklu ostatnich tygodni: administracja tak bardzo zadufana w sobie została zawiedziona na manowce przez wiarę, że może wprowadzić wymyślony przez siebie porządek świata. Zapłatą za arogancję nie są rezygnacje osób na wysokich stanowiskach czy nawet wyrazy skruchy, ale życie amerykańskich żołnierzy. Po raz kolejny poświęcono lwy po to, by ratować głowy osłów”.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

29.08.2021
Zdjęcie główne: Oddziały talibów przejmują lotnisko w Kabulu po wycofaniu się amerykańskich żołnierzy z Afganistanu. Fot. PAP/EPA.
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Imigranci kolonizują Europę. Dzielnice z szariatem, ulice, na...
Trzeci świat został wpuszczony na nasz kontynent dzięki nowej religii praw człowieka.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dziecko i propaganda. Tak uśmiech, jak i ból służą do manipulacji
Prawdziwa może być buzia dziecka, łzy, bagna i las. A mimo to wszystko razem może być kłamstwem.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy covid zniknął z Japonii?
Nie bez znaczenia może się okazać genetyczna konstrukcja Japończyków.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czarna legenda nacjonalizmu
Uczyniono go głównym odpowiedzialnym za ksenofobię, wykluczenie, brak tolerancji. Czy słusznie?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kremlowska technologia władzy. Putinowski konserwatyzm
Prezydent Rosji nie odrzuca dziedzictwa sowieckiego, w tym również stalinowskiego.