Cywilizacja

Opóźniona beatyfikacja Prymasa Tysiąclecia

Pierwsze dokumenty w sprawie beatyfikacji prymasa Wyszyńskiego trafiły do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie już pod koniec lat 80. XX wieku. A tam leżały przez 24 lata. „Leżały” to opis dosłowny. Nie były nawet przekładane z biurka na biurko.

Czy beatyfikacja Prymasa Tysiąclecia – już za tydzień, w niedzielę 12 września – stanie się wydarzeniem epokowym? Wywoła powszechne odczucia dumy i wdzięczności, że mieliśmy w naszej niedawnej – wielu z nas znanej z autopsji – historii taką postać? Człowieka, który był „niekoronowanym królem Polski” i przeprowadził ją przez „czerwone morze” komunizmu. Czy to wydarzenie choć na chwilę zintegruje katolików w Polsce?

Katolików mocno wszak podzielonych, także po trudnych wydarzeniach w Kościele. Czy beatyfikacja kardynała Stefana Wyszyńskiego pozwoli im podnieść głowy z nadzieją, że więcej nie usłyszą komunikatu o kolejnym biskupie zawieszonym przez watykańskie kongregacje? Czy sprawi, że zobaczymy w nowym świetle naszą przeszłość i płynące z niej wskazówki dla nas współczesnych? Czy wreszcie wywoła radość, że w niebie przybyło dwoje świętych, których możemy prosić o pomoc i wstawiennictwo? Bo choć piszę tylko o prymasie Wyszyńskim, to przecież beatyfikacja jest podwójna, także Matki Róży Czackiej, franciszkanki z Lasek.

Nie wytykał biskupom zdrady

Trudnych spraw nigdy w Kościele nie brakowało i choćby przy okazji beatyfikacji można je zobaczyć jak na dłoni: dlaczego bowiem jeden z beatyfikacyjnych relikwiarzy z relikwiami Prymasa Tysiąclecia trafi akurat do konkatedry św. Jakuba w Olsztynie? Ano dlatego, że – jak wyjaśniał niedawno kardynał Kazimierz Nycz – po wojnie rządcą diecezji warmińskiej, z tytułem wikariusza generalnego prymasa Polski, był ks. Wojciech Zink, który w 1953 r. jako jedyny zaprotestował po aresztowaniu i uwięzieniu Stefana Wyszyńskiego. Jako jedyny!

Sam kard. Wyszyński wspominał w zapiskach, że  „bronił go tylko pies Baca i Niemiec, ks. Zink z Olsztyna”.
Grobowiec ks. Wojciecha (Adalberta) Zinka (1902- 1969) z łacińską inskrypcją na cmentarzu w warmińskim Gietrzwałdzie - skąd pochodziła jego matka - odwiedzanym przez pielgrzymów z powodu objawień maryjnych w roku 1877 r. Fot. Barbara Sułek-Kowalska
Nota bene, kiedy prymas po trzech latach został uwolniony, musiał zmierzyć się z tym wielkim, i po ludzku niemożliwym, wyzwaniem: jak codziennie pracować – i to w jedności braterstwa biskupiego i kapłańskiego – z ludźmi, którzy się wcześniej od niego odwrócili?

– Nie wytykał innym zdrady, na tym polegała jego świętość” – powiedział mi kiedyś ważny świadek jego życia, ksiądz Bronisław Piasecki. Nie bez powodu biografowie Prymasa Tysiąclecia podkreślają nie tylko jego chęć i wolę przebaczania, ale i wielką wiarę w siłę tego aktu.

Narodziny kultu

Beatyfikacja – o czym trudno nie pamiętać – miała się odbyć w ubiegłym roku, 7 czerwca. Została odwołana z powodu zagrożeń covidowych już w kwietniu tamtego roku, choć wtedy nie było wiadomo, co przyniesie czerwiec.

Jej odwołanie nie zostało dobrze przyjęte (choć oficjalnie nikt przeciwko temu nie występował), bo ta uroczystość naprawdę była wtedy ludziom potrzebna. Była oczekiwana, nie tylko dlatego, że w czasie koronowirusowej izolacji miała być okazją do – nawet skromnego i ograniczonego – spotkania w atmosferze wielkiego święta, niecodziennego wydarzenia, wyjątkowej uroczystości. Była oczekiwana, bo niepoliczalne wprawdzie, ale jednak tłumy ludzi w Polsce od dawna uważały, że Prymas Tysiąclecia zasługuje na świętość.

Stał się wyrzutem sumienia polskich biskupów. Niemiec, który bronił prymasa

Kardynał Stefan Wyszyński wspominał, że w chwili próby nie opuścił go tylko Niemiec oraz pies, który ugryzł jednego z ubeków.

zobacz więcej
Ba, nie tylko uważały, ale dawały temu wyraz: w stołecznym kościele Najświętszego Zbawiciela od 1983 roku co miesiąc (28 dnia miesiąca, bo 28 maja 1981 to była data śmierci prymasa) była odprawiana msza święta „o rychłą beatyfikację księdza prymasa Stefana Wyszyńskiego”, przez kilka lat po tej mszy odbywały się konferencje i spotkania ze świadkami jego życia, którzy przyjeżdżali z całej Polski i wtedy jeszcze, choć niektórzy sędziwi, można było z nimi porozmawiać. Te spotkania zaowocowały arcyciekawą książką „Czas nigdy go nie oddali”, gdzie o prymasie opowiadają bardzo różni ludzie, z wszystkich etapów jego życia: od seminarium włocławskiego przez lata wojennej konspiracji aż po internowanie i biskupstwo, zarówno lubelskie jak i warszawsko-gnieźnieńskie. Napiszę tylko, że wypowiadają się w niej na przykład prof. Czesław Strzeszewski z KUL-u, który poznał ks.Wyszyńskiego jeszcze w 1938 roku lub jego zwierzchnik z czasu konspiracji w Armii Krajowej, który go do AK zaprzysięgał.

Spotkania i książkę wymyślił i zrealizował proboszcz „ze Zbawiciela”, ksiądz dr. Bronisław Piasecki (1940-2020), ostatni kapelan Prymasa Tysiąclecia. W ten sposób uratował niezwykłe, unikatowe świadectwa ludzi, z których wielu już dzisiaj byśmy nie spotkali. Ale to był nie tylko zapis historii, nie tylko zatrzymywanie czasu – to było także rejestrowanie rosnącego kultu, co dla procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego ma niemałe znaczenie.

Pamiętam, jak wielkie wrażenie robiły wystąpienia świadków życia kardynała Wyszyńskiego pełne niezachwianej wiary w jego świętość. Dość powiedzieć, że – wybitny profesor teologii – ksiądz Waldemar Chrostowski mówił wtedy, że „jako kapłan już dzisiaj, kilka lat po śmierci Księdza Prymasa, z dziecinną ufnością modlę się do niego. Modlitwa do niego nie sprawia mi żadnych trudności. Jest radością, jest czymś spontanicznym” (cytuję za książką „Czas nigdy go nie oddali”). Zresztą, ksiądz Bronisław Piasecki opowiadał, nie tylko mnie, że od razu po śmierci prymasa zaczęły nadchodzić prośby o kanonizację, zbiorowe i indywidualne.
Rok 1971. Kardynał Stefan Wyszyński wprowadza 255. Warszawską Pielgrzymkę Pieszą na Jasną Górę. Fot. PAP/Janusz Rosikoń
„To dlaczego musieliśmy na nią tak długo czekać?” – zapytałam księdza Piaseckiego w ostatnim wywiadzie, który z nim przeprowadziłam, na przełomie roku 2019/20 i opublikowałam w tygodniku „Idziemy” już po odwołaniu terminu beatyfikacji. Dodam, że w dniu, w którym miała się odbyć, 7 czerwca 2020, w kościele Najświętszego Zbawiciela w Warszawie odbyła się sesja poświęcona prymasowi Wyszyńskiemu, na którą, mimo obostrzeń koronawirusowych przyszły tłumy.

Z półki na półkę

Sama przecież pisałam rok temu, po odwołaniu pierwszego terminu beatyfikacji, że skoro za życia kardynała Wyszyńskiego byli w Polsce ludzie, którzy słali na niego donosy do Watykanu, to dlaczego nie mieliby tego robić i po jego śmierci. Miał przecież zdecydowanych przeciwników wśród katolików, nie mówiąc o tych, którzy z nim walczyli całą mocą swoich urzędów.

Chodzi o świętego czy o „imprezę”? Dlaczego odłożono beatyfikację prymasa Wyszyńskiego?

Beatyfikacja kardynała Stefana Wyszyńskiego odbędzie się 12 września 2021 roku w Warszawie.

zobacz więcej
Znawcy tematu powiedzą, że czterdzieści lat oczekiwania na beatyfikacje to wcale nie jest długo. Ale ksiądz Bronisław Piasecki – jako odpowiedzialny za dokumentację beatyfikacyjną na poziomie archidiecezji warszawskiej – opowiadał, że już pod koniec lat 80. XX wieku zawiózł pierwsze dokumenty do Rzymu, do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych – a tam leżały one 24 lata.

„Leżały” to opis dosłowny: nie były nawet przekładane z biurka na biurko. W warszawskim kościele Zbawiciela, gdzie ksiądz Piasecki był proboszczem, modlitwy o beatyfikację trwały i trwały, comiesięczne msze wchodziły w tradycje kolejnych dekad, a wśród parafian i przyjaciół Zbawiciela (jak się mówi w tym kościele o licznych wiernych spoza parafii) narastało poczucie, że beatyfikacja nikogo poza „naszym” Piaseckim nie obchodzi.

Nikt nikomu nie uchylał rąbków watykańskich tajemnic, ale od czasu do czasu jakaś pogłoska czy opinia wydawała się bardziej konkretna niż inne. Na przykład ta, że taki na przykład abp Luigi Poggi, watykański dyplomata, nie był zwolennikiem tej beatyfikacji.

Relacjom abp.Poggiego z kardynałem Wyszyńskim należałby się osobny artykuł czy choćby akapit, a nie tylko skromna dygresja – to on był za czasów papieża Pawła VI wysłannikiem z nadzwyczajnymi pełnomocnictwami do przywrócenia relacji z państwami socjalistycznymi – Polską, Węgrami, Czechosłowacją, Rumunią i Bułgarią, a od lutego 1975 r. szefem delegacji Watykanu do stałych kontaktów roboczych z Polską. I to jemu sprzeciwiał się kard. Wyszyński, twierdząc, że od prowadzenia rozmów z komunistyczną władzą jest on, prymas Polski, a nie wysłannik Watykanu, który w dodatku próbuje układać się z komunistami poza jego, prymasa, plecami.

Wyszyński doskonale wiedział, ile złego robią komunistyczne służby specjalne, jak uzależniają księży przyłapanych na różnych wykroczeniach, ale też wiedział, że tego w Watykanie nikt raczej nie jest w stanie do końca zrozumieć. We wspomnianym wywiadzie opowiadał mi ksiądz Bronisław Piasecki, jak Poggi przyjechał kiedyś – bez żadnych uzgodnień z prymasem – do Polski, na rozmowy z władzami PRL – a prymas „wyjechał” wtedy z rezydencji i dopiero na pożegnanie spotkał się z watykańskim gościem na lotnisku.

Ile tajemnic badacze odkryją za 50 lat w archiwach, jeśli zostaną one otwarte? Poggi umarł w 2010 roku, w wieku 93 lat.

Sprawy zaczęły się toczyć

Akurat wtedy za beatyfikacje zabrał się kardynał Kazimierz Nycz, nowy metropolita warszawski – bo o beatyfikację zawsze musi zabiegać i troszczyć się biskup miejsca, ordynariusz diecezji, z której pochodzi kandydat na ołtarze – i sprawy wreszcie zaczęły się toczyć.
Rok 1981. Kardynał Stefan Wyszyński wśród wiernych na terenie klasztoru jasnogórskiego. Nierozpoznany mężczyzna całuje pierścień prymasa. Fot. NAC
Dziś kardynał Nycz mówi, że ta beatyfikacja jest „zwieńczeniem drogi mojego bycia biskupem”, że „starsze pokolenie wie, jak ważny był Wyszyński dla Kościoła w Polsce w okresie tak przedwojennym, jak i powojennym, w czasie komunizmu. Wiemy, jaki pewnie byłby świat ludzi żyjących w Polsce i samego Kościoła, gdyby go nie było. Nie byłoby też pewnie papieża Polaka – mówił o tym Jan Paweł II – gdyby nie »twoja niezłomna wiara«. To nie był komplement wygłoszony w 1978 r. Kto żył wtedy w Polsce, wie, że to była realność jego życia” – tłumaczył metropolita warszawski na ostatniej przez beatyfikacja konferencji prasowej, 30 sierpnia.

Kardynał Nycz wierzy też w szybką kanonizację prymasa Wyszyńskiego. – W sensie liturgicznym różnica między beatyfikacją a kanonizacją polega na zakresie rozległości kultu – wyjaśniał kiedyś kard. Nycz. – Beatyfikacja pozwala czcić kandydata na ołtarze w Kościele lokalnym (zazwyczaj w diecezji, w której odbywał się proces i gdzie został beatyfikowany), kanonizacja natomiast poszerza kult na Kościół powszechny, czego wyrazem jest m.in. umieszczenie wspomnienia świętego w kalendarzu liturgicznym – podkreślał. Warto jednak wiedzieć, że kult lokalny może się rozprzestrzeniać na cały Kościół – najlepszym przykładem jest Jan Paweł II, który jako błogosławiony był czczony w całym Kościele. Wtedy do kanonizacji potrzebne jest uznanie przez stosowne władze kościelne cudu dokonanego już po beatyfikacji.

Przeszkód na drodze do beatyfikacji nie brakowało także w ostatnich dziesięciu latach, bo przygotowanie odpowiednich papierów wymaga kompetentnych i racjonalnych działań pozbawionych emocji i wzruszeń, zaangażowanych w sprawę ludzi czuwających na przebiegiem spraw w watykańskich biurach, zapewne środków finansowych, chociaż o tym się nie mówi, ale pracę urzędników – także watykańskich – trzeba przecież opłacać.

Wiele, wiele lat temu opowiadała mi o takim problemie osoba zaangażowana w prace nad – niezatwierdzoną jeszcze wtedy – dokumentacją beatyfikacyjną Matki Czackiej (nikomu nie przyszłoby wtedy do głowy, że akurat Matka Czacka zdąży doszlusować do prymasa Wyszyńskiego; zmarła dwadzieścia lat wcześniej niż on, a dzieło jej życia predestynowało ją do tytułu świętej niemal od razu). Tamta osoba otworzyła mi wtedy oczy na pewne problemy, mówiąc niemal ze łzami, że przecież trzeba pieniędzy na tłumaczy, na urzędowe potwierdzenia ich przekładów i na dziesiątki innych dokumentów, które przygotowują watykańscy urzędnicy, i za takie przygotowania trzeba płacić, a franciszkanki z Lasek nie mają na to funduszy, bo w ogóle mają mało pieniędzy.

Ile było takich sytuacji, ilu watykańskich urzędników nie przekładało dokumentów, ile opracowań było źle napisanych? Wszyscy wielcy tego świata strzegą swoich tajemnic i swoich archiwów, ale na szczęście niezbadane są wyroki Bożej Opatrzności – i dlatego spotykamy się za tydzień na podwójnej beatyfikacji.

Świadkowie świętości

Bezpośredni kontakt z niebem

Modlą się do świętego, który jest dla nich kimś bliskim: prababką, stryjem, bratem czy synem.

zobacz więcej
Kilka miesięcy temu na tych łamach pokazywałam rodziny, w których święci są obecni na co dzień. W jednej błogosławiony męczennik II wojny światowej jest wujkiem, w innej święta była praprababcią, w rodzinie Popiełuszków święty jest wciąż żywo obecnym w pamięci bratem, zaś mama księdza Jerzego, która nigdy nie odmawiała spotkań z ludźmi, była dla nas świadkiem jego świętości – nie mówiąc o kolegach, księżach i licznych solidarnościowcach, którzy z nim współpracowali. Dla milionów Polaków takim bliskim świętym – z czego często nie zdają sobie sprawy – jest Jan Paweł II, którego tylu z nas spotkało na swojej drodze.

Także beatyfikacja Prymasa Tysiąclecia, który przez tyle lat był obecny w życiu Kościoła w Polsce i tylu jego diecezji, ożywia jego pamięć i przypomina wpływ na nasze życie. Jeden przykład: kilkuset kapłanów, którym kardynał Stefan Wyszyński udzielił sakramentu kapłaństwa, jest wciąż obecnych w życiu Kościoła. Najstarszym z księży Archidiecezji Warszawskiej wyświęconych przez prymasa Wyszyńskiego jest ks. infułat Stanisław Kur, biblista, tłumacz Księgi Rut w Biblii Tysiąclecia, w latach 1982-1997 rektor warszawskiego seminarium. Przyjął święcenia kapłańskie z rąk kard. Wyszyńskiego 23 sierpnia 1953 r., dosłownie miesiąc przez internowaniem prymasa. Z ostatniego rocznika wyświęcanych przez prymasa kapłanów wywodzi się zaś bp Piotr Jarecki, lat 66.
Kardynał Wyszyński z wiernymi podczas uroczystości millenijnych w Krakowie. Fot. NAC
„Jesteście wyjątkowymi świadkami życia i świętości prymasa, kwalifikowanymi świadkami jego życia i świętości” – powiedział kardynał Kazimierz Nycz, metropolita warszawski, kiedy 28 sierpnia razem z czterdziestoma księżmi „od Wyszyńskiego” odprawiał mszę w warszawskiej archikatedrze, gdzie znajduje się sarkofag prymasa. „I takimi bądźcie. Kwalifikowanymi, to znaczy takimi, którzy spotkali, widzieli i słuchali księdza prymasa. I mogą o nim powiedzieć jak najwięcej oraz mogą zaświadczyć swoim świętym życiem o tym, czego się nauczyli od swojego błogosławionego konsekratora, który ich w pewnym czasie uświęcił” – mówił kard. Nycz.

W samej tylko archidiecezji warszawskiej takich „kwalifikowanych świadków” jest 170, ale na mszę beatyfikacyjna przyjadą też wyświęceni przez prymasa księża z diecezji gnieźnieńskiej, gorzowskiej, lubelskiej i…z zagranicy, bo nie jest już tajemnica, że prymas Polski potajemnie wyświęcał księży z Czechosłowacji i z Kościoła greckokatolickiego na Ukrainie, którego był wtedy zwierzchnikiem, bardzo głęboko utajnionym z powodu całkowitego zakazu tego Kościoła w strefie sowieckiej.

To dlatego wokół ołtarza podczas beatyfikacyjnej mszy świętej stanie kilkuset księży, biskupów i kardynałów, włącznie z kardynałem Dominikiem Duką z Czech, który przyjedzie nie tylko dlatego, że jest z sąsiedniego kraju. Ich obecność też jest świadectwem – dla tych, którzy zechcą je odczytać.

„Ważniejsze niż wyliczanie określonych przymiotów, którymi promieniował prymas, jest gotowość dotarcia do źródła inspiracji nadprzyrodzonej mocy na miarę świętości” – powiedział w rozmowie z KAI sędziwy abp Henryk Muszyński, dawny metropolita gnieźnieński. „Dla mnie osobiście jest to najwspanialszy z wszystkich możliwych darów otrzymanych od Boga, że osoby, z którymi za życia pozostawałem w tak bliskich relacjach jak święty Jan Paweł II i niebawem błogosławiony kardynał Wyszyński, mogę dzisiaj wzywać jako orędowników Boga”.

Po co ta antypromocja?

Kogo zabraknie na uroczystości? Odpowiedź na to pytanie jest prosta: zabraknie tłumów. Tych tłumów, które zawsze gromadziły się wokół Prymasa Tysiąclecia, bo był ich przywódcą, oparciem, ojcem duchowym, nauczycielem, autorytetem. Tłumów zabraknie, bo z powodu COVID-19 kościelni organizatorzy i decydenci mocno ograniczyli rozmiary uroczystości.
Prymas Wyszyński przyciągał tłumy wszędzie, gdzie się pojawił. Na zdjęciu Włocławek w 1966 roku. Fot. NAC
Przy czym wyrażenie „z powodu COVID” stosuję podwójnie: zarówno z powodu formalnych ograniczeń, ale też z powodu obaw o kolejne pomówienia, jakie mogłyby popłynąć w stronę Kościoła, gdyby otworzył się na szersze zastępy wiernych. Warszawscy biskupi nie tylko przenieśli uroczystość do Świątyni Opatrzności Bożej na warszawskim Wilanowie, ale dodatkowo zastosowali metodę zniechęcania wiernych do spontanicznego udziału w uroczystości na terenie Świątyni Opatrzności Bożej.

Jeszcze w dniu ostatniej konferencji prasowej, 30 sierpnia w tejże świątyni, bp Rafał Markowski powtarzał apel, aby „nie przybywać na uroczystości w sposób spontaniczny i niezorganizowany”.

Owszem, dzięki TVP uroczystość będzie dostępna we wszystkich zakątkach kraju – TVP udostępni swój sygnał wszystkim zainteresowanym diecezjom, które w wybranych świątyniach ustawią telebimy. Ale czy rzeczywiście trzeba aż tak ostrzegać chętnych, żeby nie przychodzili? Odebrałam niejeden telefon od ludzi rozżalonych tą „antypromocją” , bo nie mogli zrozumieć, dlaczego nie mieliby przyjechać pod świątynię i choćby „stać wokół płotu” – jak powiedziała pewna wytrwała pątniczka – żeby mieć poczucie udziału w tym wielkim wydarzeniu. Widocznie w Warszawie zawsze musi być inaczej.

Prymas, który przelicytował komunistów

Kardynał Stefan Wyszyński postawił na „katolicyzm ludowy”.

zobacz więcej
Toteż na Jasnej Górze zapowiedziano wielkie święto beatyfikacyjne z telemostem łączącym ze Światynią Opatrzności i – jak to na Jasnej Górze – nikt nie mówi o ograniczeniach.

„Chodzi o to, by być razem, zwłaszcza w tym trudnym czasie, bardzo tego potrzebujemy. Poczucia, że jesteśmy wspólnotą i tego, by razem wyrazić wdzięczność prymasowi Wyszyńskiemu i zapewnić, że chcemy ponieść jego dziedzictwo, że jego nauczanie jest aktualne i dla nas ważne – mówi o.Samuel Pacholski, przeor Jasnej Góry i zachęca: „wszystkich, którzy nie mogą się udać do Warszawy, a chcą, nie przed telewizorem, ale w sposób wspólnotowy i radosny przeżyć tę uroczystość, zapraszamy tutaj na Jasną Górę, gdzie ks. Prymas spędził podczas swojej biskupiej posługi ponad 600 dni. Zachęcamy do wspólnej modlitwy, dziękczynienia i radowania się właśnie tutaj” (podaję za KAI).

Jasna Góra ma też dodatkowy powód do świętowania: to właśnie tam młodziutki, schorowany, świeżo upieczony ksiądz Stefan Wyszyński odprawił swoje prymicje, czyli pierwsze po święceniach msze.

Telemost będzie też zorganizowany we Włocławku, gdzie kardynał Stefan Wyszyński zdawał maturę, kończył seminarium duchowne, gdzie został księdzem i przez wiele młodych lat z sukcesem pracował, był profesorem i redaktorem naczelnym jednego czasopisma, a założycielem drugiego (które zresztą, pod niezmieniona nazwą „Ład Boży” wychodzi do dzisiaj, co też tworzy więź z nowym świętym).

Telemosty maja być w kilkunastu miejscach, aby – powtórzę za przeorem z Jasnej Góry – być razem, zwłaszcza w tym trudnym czasie. Wprawdzie Duch tchnie, kędy chce – ale jednak mocniej wtedy, kiedy się wyjdzie z domu, sprzed domowego telewizora.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Wyszyński. Wróg nr 1
Zdjęcie główne: Prymas Stefan Wyszyński na obchodach 1000-lecia chrztu Polski w Płocku. Fot. NAC
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Déjà vu. Czy „błąd matriksa” może sugerować psychopatologię?
Może być rodzajem „środka uspokajającego” w sytuacjach przeciwności: skoro kiedyś się udało, teraz też się uda.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Grupa Wagnera – armia kucharza Putina
Na Ukrainie najemnicy zyskali znaczenie niespotykane w historii wojen prowadzonych przez Moskwę.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Polska chętnie daje wizy i pracę cudzoziemcom z całego świata
Tylko w ubiegłym roku przyjęliśmy pół miliona imigrantów zarobkowych.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Morderczy lek. Sto razy silniejszy od morfiny
Powoduje apatię lub euforię, zawroty głowy, zaburzenia pamięci, lęki nocne i spowolnienie akcji serca.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Demokracja nie chroni przed przemocą
Dlaczego kupcy nie mieliby zabijać swoich konkurentów, jeżeli zapewni im to zyski?