Cywilizacja

Sojusznik Putina w samym sercu Bałkanów

Bośnia i Hercegowina jako federacyjne państwo w praktyce przestaje istnieć. Będąca jej częścią Republika Serbska jest coraz bliżej nie tylko Belgradu, ale też Moskwy i Mińska.

Przysadzisty 62-latek, sprawiający wrażenie słowiańskiej swojskości i jowialności jest obecny w polityce od prawie czterech dekad. Lider bośniackich Serbów Milorad Dodik niegdyś budził nadzieję Zachodu na nową jakość w serbskiej polityce, obciążonej czarną hipoteką takich postaci jak Radovan Karadžić i Slobodan Milošević. Dzisiaj, obok swojego sąsiada i przyjaciela Aleksandara Vučicia rządzącego w Belgradzie, jest najbliższym w Europie sojusznikiem Władimira Putina, Aleksandra Łukaszenki i Hu Jintao.

Stworzone przez społeczność międzynarodową parapaństwo, którym Dodik kieruje z tylnego siedzenia, uważane jest przez wielu Serbów za największy sukces geopolityczny od czasów zrzucenia niewoli tureckiej, a nawet za serbski Piemont, który ponownie zjednoczy naród żyjący w tej chwili w kilku różnych państwach regionu.

Republika Serbska (Република Српска czyli Republika Srpska) w Bośni to jedna z dwóch części składowych Bośni i Hercegowiny, formalnie federalnego organizmu państwowego, powstałego na gruzach większej federalnej Jugosławii, która ostatecznie rozpadła się równo 30 lat temu. Trudno jednak znaleźć jej granice i symbole państwowe w atlasach. Zgodnie z prawem międzynarodowym stanowi ona bowiem jedynie byt administracyjny, który języki regionu nazywają niełatwym do jednoznacznego przetłumaczenia pojęciem „entitet”. Najbliższe jego znaczenie to „podmiot posiadający określone uprawnienia”.

Ów podmiot z pewnością nie miałaby możliwości zaistnienia na arenie międzynarodowej, gdyby nie krwawa wojna domowa na Bałkanach. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku uczyniła ona z całego regionu, jak powiedział zmarły w tym roku w wyniku powikłań po COVID-19 bard, muzyk i poeta Djordje Balašević, jeden wielki „land of breaking news”. W powstałych wówczas globalnych, całodobowych informacyjnych stacjach telewizyjnych „breaking news” z Bośni i Hercegowiny były wyjątkowo częste. Generacja ówczesnych, świadomych widzów już do końca życia pamiętać będzie telewizyjne migawki pokazujące ostrzeliwane Sarajewo, otoczone drutem kolczastym obozy koncentracyjne w Bihaciu i Gacku czy nieskutecznie bronione przez „niebieskie hełmy” ONZ enklawy dla ludności muzułmańskiej wokół Srebrenicy.

Gdyby nie te wydarzenia, świat być może nigdy nie poznałby niepozornej botaniczki i dziekana wydziału matematyczno-przyrodniczego Uniwersytetu w Sarajewie profesor Biljany Plavšić oraz psychiatry, specjalisty od nerwic i zaburzeń depresyjnych Radovana Karadžicia, który w latach siedemdziesiątych odbywał praktyki studenckie w szpitalach w Danii, a później roczny staż na nowojorskim uniwersytecie Columbia. W konsekwencji, nie poznałby może również młodego i gorącego krytyka ich nacjonalistycznej linii jako przywódców politycznych bośniackich Serbów w latach dziewięćdziesiątych, Milorada Dodika.
Bośnia i Hercegowina. Rys. Wikimedia
Anno Domini 2021 koło historii zatoczyło jednak ironiczne koło. Dodik, nie posługując się oczywiście tak brutalnymi metodami jak skazani na wieloletnie więzienie w Hadze za polityczne wsparcie dla zbrodni wojennych dawni liderzy serbscy, realizuje w dalszym ciągu główny cel ich polityki, wyraźnie zmierzającej do zjednoczenia Serbów żyjących w Bośni z macierzą nad Sawą i Dunajem. Ma on zresztą w tych dążeniach dość potężnych sojuszników na scenie globalnej, a dla Zachodu jest w zasadzie jedynym liczącym się partnerem spośród bośniackich Serbów.

Tu też jest Serbia

Podróżujący po Bośni i Hercegowinie nie dostrzeże żadnej infrastruktury granicznej pomiędzy obydwoma „entitetami”, Republiką Serbską oraz muzułmańsko-chorwacką Federacją BiH, oprócz dużych niebieskich tablic z serbskim godłem z informacją „Witamy w Republice Serbskiej!”. Linia graniczna pomiędzy podmiotami państwa, nazywana przez dyplomację międzynarodową „Inter-Entity Boundary Line” widnieje tylko w dokumentach podpisanych przez delegacje Serbów, Boszniaków i Chorwatów w Dayton jesienią 1995 roku, gdzie w asyście Amerykanów zadecydowano o zakończeniu krwawej, kilkuletniej wojny domowej w Bośni i Hercegowinie.

Brak formalnych granic nie oznacza jednakże, że nie istnieją one w ludzkim postrzeganiu świata. Dla wielu Serbów, Boszniaków i Chorwatów, czyli trzech konstytutywnych narodów tworzących Bośnię i Hercegowinę, granica pomiędzy podmiotami formalnie federalnego państwa (a w rzeczywistości, coraz bardziej przypominającego luźną konfederację) to wręcz granica cywilizacyjna i kulturowa. Mniej więcej taka, jak Bug i łańcuch Karpat, oddzielające Europę łacińską od ziem tradycji bizantyjskiej.

Bohaterzy popularnego w ostatnich latach na całych Bałkanach serbskiego serialu telewizyjnego „Selo gori, a baba se češlja”, co można swojsko przełożyć jako „Wieś się pali, a baba się czesze” w jednym z odcinków wybierają się ze swojej rodzinnej miejscowości właśnie do Republiki Serbskiej w Bośni. Mieszka tam córka jednej z głównych postaci serialu, chłopa Radašina, stanowiącego skrzyżowanie Pawlaka i Kargula z trylogii Sylwestra Chęcińskiego z Kaziukiem Bartoszewiczem z „Konopielki”. Postacie pojawiają się małym miasteczku Republiki, przystrojonym mnóstwem serbskich flag i symboli narodowych. Na poczcie oznajmiają, że przybyli z Serbii. „Ależ Panowie!! Tu też jest Serbia!!” - odpowiada im stanowczym, urzędniczym tonem kobieta w okienku.

Słowa filmowej pracownicy poczty nie są zresztą tylko i wyłącznie serialową fikcją, gdyż na terenie Republiki Serbskiej w Bośni publicznym operatorem pocztowym nie jest wcale instytucja federalna zarządzana z Sarajewa, a należąca do władz serbskiego „entitetu” rezydujących w Banja Luce spółka serbska „Poczty Serbskie”. Na stronie internetowej usług tej poczty możemy przeczytać, iż firma odwołuje się do tradycji poczty jeszcze z czasów Królestwa Serbii, Królestwa Jugosławii i socjalistycznej Jugosławii. Bez żadnych wzmianek o istnieniu Bośni.

Telewizyjna kronika agonii

Trudno w najnowszej historii znaleźć przykład konfliktu lepiej udokumentowanego audiowizualnie niż rozpad Jugosławii.

zobacz więcej
Podobnie można powiedzieć o wielu innych serbskich instytucjach w parapaństwie kierowanym przez Milorada Dodika i jego ludzi. Warto dodać, że w zasadzie kierowanym z tylnego siedzenia, gdyż od 2018 roku formalnie nie jest on już ani prezydentem, ani premierem serbskiego podmiotu w Bośni. Pełni za to prestiżową rolę członka trójosobowego Prezydium Bośni i Hercegowiny. Stanowi ono formę kolegialnej głowy całego federalnego państwa, w którym reprezentowani są Boszniacy, Serbowie i Chorwaci. Funkcja ta predysponuje Dodika do bycia zwierzchnikiem politycznym wszystkich Serbów żyjących na zachód od Driny, rzeki stanowiącej dzisiaj granicę pomiędzy Serbią właściwą ze stolicą w Belgradzie i Bośnią.

Bliżej Kremla i Belgradu

Trudno jednak powiedzieć, aby istniejący formalnie rząd federalnej Bośni i Hercegowiny cieszył się w obydwu „entitetach”, serbskim i muzułmańsko-chorwackim, nie tylko autorytetem, ale wręcz zainteresowaniem obywateli kraju. Gabinet, na którego czele stoi bośniacki Serb, posiada co prawda większość atrybutów standardowych rządów w rodzaju kilku ministerstw, a nawet stanowisko szefa MSZ. Niemniej, jego wpływ na codzienne życie ponad 3 mln Boszniaków, Serbów i Chorwatów jest minimalny.

Szczególnie dało to o sobie znać podczas obecnej pandemii koronawirusa. Na poziomie federalnym Bośnia i Hercegowina nie posiada ministerstwa zdrowia i kraj nie był w stanie dokonać wspólnego zakupu szczepionek dla obydwu podmiotów federalnych. Sporo mieszkańców szczepiło się więc na własną rękę w krajach ościennych, a władze w Belgradzie przekazały Banja Luce pulę szczepionek Sputnik V i Sinofarm, które otrzymały z Rosji i Chin.

Milorad Dodik częściej widywany jest obecnie na państwowych uroczystościach w stolicy Serbii niż w Sarajewie. Popiera przy tym w sposób jawny rządzącego prezydenta Aleksandra Vučicia i jego rządzącą od 9 lat, coraz bardziej niepodzielne, Serbską Partię Postępową. Na płaszczyźnie historycznej ten silny związek stanowi istotne novum w stosunku chociażby do polityki Slobodana Miloševicia w latach dziewięćdziesiątych. Wówczas, pod presją wspólnoty międzynarodowej, ówczesny przywódca Serbii oficjalnie wycofał się z poparcia dla bośniackich Serbów i Radovana Karadžicia i namawiał swoich ziomków za Driną do przyjęcia proponowanego przez Zachód podziału Bośni. Na co Karadžic i inni liderzy serbscy w Bośni zgodzić się oczywiście nie zamierzali.

Dzisiaj więzy łączące Belgrad i Banja Lukę są z miesiąca na miesiąc coraz silniejsze. Co więcej, w debacie publicznej w Serbii i Republice Serbskiej w Bośni coraz częściej pojawiają się projekty rzekomych dyplomatycznych non-papers (nieoficjalnych dokumentów) sugerujących możliwość faktycznej likwidacji dotychczasowego kształtu Bośni. A następnie, przyłączenia Republiki Serbskiej do macierzy, być może razem z terytorium północnego Kosowa, zamieszkałego wciąż przez sporą liczbę Serbów.
Prezydent Republiki Serbskiej Milorad Dodik z premierem Serbii Aleksandarem Vučiciciem podczas belgradzkich obchodów setnej rocznicy bitwy pod górą Cer (w dniach 15–24 sierpnia 1914 armia serbska pokonała austro-węgierską). Fot. Kristina Maslarevic/Anadolu Agency/Getty Images
Oficjalnie Belgrad stoi co prawda na stanowisku, że kształt Bośni i Hercegowiny powstały po układzie pokojowym z Dayton jest niepodważalny, a koncepcje zmian terytorialnych wysuwają dyplomaci bliscy obecnej, słoweńskiej prezydencji w UE. Nie da się jednak ukryć, że Belgrad nie zamierza wyprzeć się zainteresowania serbską częścią Bośni i nie porzucił wcale dawnych marzeń o Wielkiej Serbii. Chce je tylko realizować innymi środkami niż kiedyś.

W Belgradzie Dodik witał wraz z serbskim prezydentem goszczącego tam prezydenta Władimira Putina. A serbski prezydent często zabiera kolegę z Banja Luki na wizyty w Mińsku u Aleksandra Łukaszenki. Gospodarze Kremla i Pałacu Niepodległości w Mińsku od lat są jednymi z pierwszych przywódców, którzy ślą do Dodika telegramy gratulacyjne po sukcesach wyborczych jego partii w Republice Serbskiej i Bośni, omijając skrzętnie korespondencję z władzami federalnymi w Sarajewie. Dodik także samodzielnie jeździ na Kreml, gdzie jest podejmowany jak pełnoprawna głowa państwa.

Trudno się w zasadzie dziwić, że zarówno w Moskwie jak i w Mińsku przywódca bośniackich Serbów witany jest chlebem i solą. Dodik przy każdej okazji podkreśla, że jest przeciwny wstąpieniu Bośni i Hercegowiny do NATO, bojkotuje wspólne ćwiczenia federalnej armii bośniackiej z jednostkami amerykańskimi, jak również wyraża sceptycyzm co do wejścia Bośni do UE. Moskwa dość jednoznacznie popiera z kolei Republikę Serbską w Bośni na arenie międzynarodowej, przekonując, że Serbowie z Bośni nie powinni być obciążani odpowiedzialnością za zbrodnie wojenne podczas konfliktu w latach dziewięćdziesiątych.

Podporządkowane Dodikowi media w Republice Serbskiej, podobnie jak prorządowe tytuły w Belgradzie, wychwalają Rosję jako największego przyjaciela Serbów. Drzwi gmachów rządowych w Banja Luce praktycznie nie zamykają się przed korowodem delegacji z różnych regionów Rosji.

Współpraca oczywiście nie jest bezinteresowna, gdyż Moskwa jest szczególnie zainteresowana obecnością w Republice Serbskiej swojego sektora paliwowego. Dodik podpisał również w tym roku szerokie porozumienie z Gazpromem o nowych dostawach gazu. Spotkało się to z ostrą krytyką strony boszniacko-chorwackiej – przedstawiciel Boszniaków w Prezydium Bośni i Hercegowiny Šefik Džaferović oświadczył nawet, że serbski lider zupełnie nie konsultował tych porozumień z Federacją BiH. Dodik odpowiedział od razu, że „nie istnieje dla niego poziom państwowy w Bośni i Hercegowinie”.

Ale Dodik próbuje grać w polityce międzynarodowej na wielu fortepianach. Popierał prezydenturę Donalda Trumpa, dba o dobre stosunki z Viktorem Orbanem, Turcją i prezydentem Erdoğanem (Ankara jest kluczowym inwestorem w infrastrukturę komunikacyjną Bośni, Węgrzy z kolei również prowadzą interesy w serbskiej części federalnego państwa).

Polskie marzenia Serbów i Chorwatów. Jak przyczyniliśmy się do powstania Jugosławii

Z Rzeczypospolitej szedł przykład jedności językowej i duchowej, to Polacy uczyli spiskowania przeciw Wiedniowi, a poemat „Zgoda Chorwatów” zaczynał się od słów: „Još Hrvatska ne propala, dok mi živimo”. Na wzór: „Jeszcze Polska…”

zobacz więcej
Podczas niedawnej eskalacji konfliktu izraelsko-palestyńskiego, Dodik wbrew proarabskiemu stanowisku muzułmańskich Boszniaków, opowiedział się jednoznacznie po stronie Izraela. Nie da się również ukryć, iż lider bośniackich Serbów z niepokojem patrzy na zaangażowanie w Bośni Arabii Saudyjskiej i bogatych państw z Półwyspu Arabskiego. Wielkie nadzieje łączy natomiast z obecnością w Europie Chin, widząc w Republice Serbskiej w Bośni ważny element projektu Nowego Jedwabnego Szlaku.

Alkoholowy cień Dayton

To, co jest jednoznaczne dla bośniackich Serbów nie jest już na Bałkanach tak jednoznaczne dla Boszniaków i Chorwatów. Dwa ostatnie, konstytutywne narody federalnego państwa stoją na stanowisku, że wymuszony okolicznościami układ pokojowy z Dayton sprzed 26 lat w jakimś wymiarze poprzez arbitralny podział dawnej Bośni i Hercegowiny, będącej republiką byłej Jugosławii, stanowił międzynarodowe zatwierdzenie czystek etnicznych, przemieszczeń ludności i masakr, które podczas wojny w latach 1992-95 dokonały na Boszniakach i Chorwatach siły serbskie w Bośni.

Nie chodzi tu tylko o najbardziej znaną Srebrenicę, ale również dziesiątki innych miejsc, które stały się miejscem kaźni blisko kilkudziesięciu tysięcy cywilów. Stąd częstym epitetem w prasie boszniackiej i chorwackiej wobec Republiki Serbskiej w Bośni jest hasło „genocidna tvorevina” („twór ludobójczy”). Dodatkowo, najbardziej poszkodowani po Dayton czują się Chorwaci, którzy w przeciwieństwie do Muzułmanów i Serbów nie otrzymali własnego „entitetu” i muszą zadowolić się federacją z Boszniakami.

Serbowie odrzucają oczywiście narrację historyczną obydwu sąsiadów i podkreślają własne ofiary w czasie tej wojny. Starcie wszystkich trzech wrażliwości w konflikcie bośniackim jest oczywiście złożonym zagadnieniem politycznym, historycznym i etycznym, które nie ma prostego rozstrzygnięcia. W tym sporze warto jest przypomnieć, że jednym z pierwszych polityków zachodnich, którzy już w latach dziewięćdziesiątych przyznali, że podczas wojny w Bośni zbrodni dopuszczały się wszystkie strony konfliktu był Tadeusz Mazowiecki, pełniący wtedy funkcję specjalnego wysłannika ONZ w b. Jugosławii.

O okolicznościach podpisania układu pokojowego w Dayton w 1995 roku napisano już tomy wspomnień, i czynili to zarówno dyplomaci amerykańscy, jak i zachodnioeuropejscy. Wszyscy trzej główni sygnatariusze i gwaranci porozumienia: ówcześni prezydenci Serbii Slobodan Milošević, Chorwacji Franjo Tudjman oraz Bośni i Hercegowiny Alija Izetbegović już nie żyją.

Powszechnie uważa się, że szefami i głównymi odpowiedzialnymi po stronie amerykańskiej za prowadzenie negocjacji w Dayton byli ówczesny Sekretarz Stanu w administracji Billa Clintona Warren Christopher, następnie Richard Holbrooke (odpowiedzialny za polityczną stronę rozmów, dyplomata ten będzie kilka lat później próbować bezskutecznie nakłonić Miloševicia do ustępstw w kwestii Kosowa) oraz generał Wesley Clark (aspekty wojskowe).
Od lewej: prezydent Serbii Slobodan Milošević, prezydent Bośni i Hercegowiny Alija Izetbegović i prezydent Chorwacji Franjo Tudjman podpisują układ pokojowy w bazie lotniczej Wright-Patterson nieopodal Dayton w listopadzie 1995. Fot. Eric Miller / Reuters / Forum
Jednakże „facetem od konkretnej roboty" w Dayton była szara eminencja dyplomatyczna - zmarły latem 2021 pułkownik James William Pardew jr. Odpowiadał on za całą koncepcję i logistykę negocjacji pomiędzy Serbami, Boszniakami i Chorwatami.

W tym aspekcie płk Pardew odrobił lekcję na ocenę celującą, angażując w przygotowanie rozmów potężny zespół doradców. Składał się on od naukowców i wyspecjalizowanych w tematyce regionu analityków, poprzez specjalistów od dyplomacji religijnej, aż po psychologów. A także trenerów sportowych, który, znając sportowe upodobania sporej części mieszkańców Półwyspu Bałkańskiego, zajęli się organizacją czasu wolnego dla delegacji z ówczesnej Federalnej Republiki Jugosławii, Chorwacji i Bośni.

W bazie lotniczej urządzono więcej sal gimnastycznych, boisk do koszykówki, siatkówki i piłki nożnej, a także kortów tenisowych. Te ostatnie, głównie pod kątem pasji do gry (szczególnie w deblu) przejawianej przez prezydenta Chorwacji. We wspomnieniach dotyczących rozmów przewijają się obserwacje, że niedługo po przybyciu do bazy byli Jugosłowianie zobaczyli na terenie całego obiektu mnóstwo piłek, rakiet tenisowych i przyrządów do ćwiczeń. Nie wszyscy liderzy hołdowali jednak sportowej pasji. Milošević, który był fanem Franka Sinatry bez trudu znalazł w swoich apartamentach kolekcję jego płyt, a nawet pianino.


Gospodarze rozmów dość dokładnie przeanalizowali zakwaterowanie poszczególnych delegacji i to, jakimi korytarzami komunikacyjnymi będą przemieszczać się po bazie. Przywódców Serbii, Chorwacji i Bośni rozmieszczono w ten sposób, aby ułatwić kontakty osobiste w pokojach. I faktycznie, ten sposób zadziałał, gdyż wieczorami i nocami trwały już nieoficjalne rozmowy pomiędzy liderami. Zazwyczaj były to spotkania przy alkoholu. Negocjatorzy zapewnili w bazie obfity asortyment whisky o smaku zbliżonym do serbskiej rakiji i chorwackiej travaricy.

I tak, jak obrosła czarną legendą alkoholowa fraternizacja uczestników spotkań w podwarszawskiej Magdalence w czasie obrad Okrągłego Stołu, tak podobną negatywną opowieścią obrosły alkoholowe nasiadówki Miloševicia i Tudjmana w Dayton. W efekcie bowiem zakończyły się one takim, a nie innym podziałem terytorialnym Bośni. Wielu mieszkańców Bałkanów jest przekonana, że prezydenci Serbii i Chorwacji, na co dzień zwaśnieni wrogowie, porozumieli się co do rozbioru byłej republiki Jugosławii jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych.

Bałkański Piemont?

Stworzony na mocy porozumienia z Dayton urząd Wysokiego Przedstawiciela ONZ w Bośni, stanowiący formę międzynarodowego namiestnictwa nad mało funkcjonalnym federalnym państwem złożonym z dwóch podmiotów, najwyraźniej nie zdał pełnego egzaminu.

Kończący w tym roku urzędowanie na tym stanowisku austriacki dyplomata Valentin Inzko, reagując na coraz częstsze wśród Serbów po obydwu stronach Driny negowanie zbrodni wojennych w latach dziewięćdziesiątych, skorzystał z tzw. uprawnień bońskich. Pozwalają one narzucać federalnemu wymiarowi sprawiedliwości w Bośni i Hercegowinie konkretne rozwiązania legislacyjne, jeżeli narody żyjące w państwie nie mogą same dojść do zgody.

Podpalacz z Sarajewa

Emir Kusturica długo milczał. Od 15 grudnia w polskich kinach można oglądać jego najnowszą produkcję „Na mlecznej drodze”. A 22 grudnia TVP Kultura wyemituje inny jego film „Czarny kot, biały kot”.

zobacz więcej
Inzko zalecił, aby negowanie faktu, że w 1995 roku doszło w Srebrenicy do ludobójstwa, było w federacji czynem ściganym prawnie. Milorad Dodik od razu stwierdził, że jest to wynik antyserbskiej polityki Zachodu i próba kryminalizacji Serbów, przy jednoczesnym lekceważeniu zbrodni popełnionych w czasie wojny przez Boszniaków i Chorwatów. Lider Serbów oświadczył, że prawo to nie będzie obowiązywać w Republice Serbskiej w Bośni. Niewątpliwie postawa Dodika wskazuje, że Bośnia i Hercegowina w zasadzie nie istnieje od dawna jako sprawne państwo.

Dodik, rozpoczynający swoją karierę polityczną jeszcze w Związku Komunistów Jugosławii, w latach dziewięćdziesiątych był postrzegany przez Zachód jako otwarty reformator skłonny do współpracy z NATO i UE, który może stanowić przeciwwagę zarówno wobec twardej linii nacjonalistów w stylu Radovana Karadžicia. Po blisko 25 latach, dawny prozachodni liberał stał się sojusznikiem Moskwy, Mińska i Pekinu oraz oddalającego się od perspektywy euroatlantyckiej Belgradu. I coraz wyraźniej gra na podważenie porządku stworzonego przed ćwierćwieczem w Dayton przez Zachód, sugerując, że granice bałkańskie nie są granicami ostatecznymi.

Niektórzy widzą w nim wręcz serbskiego Garibaldiego, który z Piemontu w Banja Luce ponownie zjednoczy rodaków w jednym państwie. Czy Bośnia i Hercegowina i ład stworzony na Bałkanach po zakończeniu wojen w byłej Jugosławii przetrwają? Dzisiaj nie ma na to pytanie jasnej odpowiedzi.

– Łukasz Kobeszko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Milorad Dodik z Władimirem Putinem podczas spotkania w Soczi w 2018 roku. Fot. Mikhail Klimentyev/Russian Presidential Press and Information Office/TASS/ Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Talibowie. Who is who. Przewodnik po władzach Afganistanu
Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ze skoczni na rower. Z nart na bieżnię. Z płotków na bobsleje
Primož Roglič i inni sportowcy wszechstronni.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksperci – największa plaga Ameryki
Fachowcy od urządzania innym życia wedle naukowych metod.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dlaczego cukrzycy są bardziej narażeni na ciężki COVID-19?
Czwarta fala może być niewesoła, jeśli wziąć pod uwagę, że w otyłości dobiliśmy do statystyk USA!
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eurokraci zgrzytają zębami. Francuz gorszy niż Polacy
Kandydat na prezydenta Francji zaatakował podstawy Unii Europejskiej, której przez dekady wiernie służył.