Cywilizacja

Sojusznik Putina w samym sercu Bałkanów

Bośnia i Hercegowina jako federacyjne państwo w praktyce przestaje istnieć. Będąca jej częścią Republika Serbska jest coraz bliżej nie tylko Belgradu, ale też Moskwy i Mińska.

Przysadzisty 62-latek, sprawiający wrażenie słowiańskiej swojskości i jowialności jest obecny w polityce od prawie czterech dekad. Lider bośniackich Serbów Milorad Dodik niegdyś budził nadzieję Zachodu na nową jakość w serbskiej polityce, obciążonej czarną hipoteką takich postaci jak Radovan Karadžić i Slobodan Milošević. Dzisiaj, obok swojego sąsiada i przyjaciela Aleksandara Vučicia rządzącego w Belgradzie, jest najbliższym w Europie sojusznikiem Władimira Putina, Aleksandra Łukaszenki i Hu Jintao.

Stworzone przez społeczność międzynarodową parapaństwo, którym Dodik kieruje z tylnego siedzenia, uważane jest przez wielu Serbów za największy sukces geopolityczny od czasów zrzucenia niewoli tureckiej, a nawet za serbski Piemont, który ponownie zjednoczy naród żyjący w tej chwili w kilku różnych państwach regionu.

Republika Serbska (Република Српска czyli Republika Srpska) w Bośni to jedna z dwóch części składowych Bośni i Hercegowiny, formalnie federalnego organizmu państwowego, powstałego na gruzach większej federalnej Jugosławii, która ostatecznie rozpadła się równo 30 lat temu. Trudno jednak znaleźć jej granice i symbole państwowe w atlasach. Zgodnie z prawem międzynarodowym stanowi ona bowiem jedynie byt administracyjny, który języki regionu nazywają niełatwym do jednoznacznego przetłumaczenia pojęciem „entitet”. Najbliższe jego znaczenie to „podmiot posiadający określone uprawnienia”.

Ów podmiot z pewnością nie miałaby możliwości zaistnienia na arenie międzynarodowej, gdyby nie krwawa wojna domowa na Bałkanach. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku uczyniła ona z całego regionu, jak powiedział zmarły w tym roku w wyniku powikłań po COVID-19 bard, muzyk i poeta Djordje Balašević, jeden wielki „land of breaking news”. W powstałych wówczas globalnych, całodobowych informacyjnych stacjach telewizyjnych „breaking news” z Bośni i Hercegowiny były wyjątkowo częste. Generacja ówczesnych, świadomych widzów już do końca życia pamiętać będzie telewizyjne migawki pokazujące ostrzeliwane Sarajewo, otoczone drutem kolczastym obozy koncentracyjne w Bihaciu i Gacku czy nieskutecznie bronione przez „niebieskie hełmy” ONZ enklawy dla ludności muzułmańskiej wokół Srebrenicy.

Gdyby nie te wydarzenia, świat być może nigdy nie poznałby niepozornej botaniczki i dziekana wydziału matematyczno-przyrodniczego Uniwersytetu w Sarajewie profesor Biljany Plavšić oraz psychiatry, specjalisty od nerwic i zaburzeń depresyjnych Radovana Karadžicia, który w latach siedemdziesiątych odbywał praktyki studenckie w szpitalach w Danii, a później roczny staż na nowojorskim uniwersytecie Columbia. W konsekwencji, nie poznałby może również młodego i gorącego krytyka ich nacjonalistycznej linii jako przywódców politycznych bośniackich Serbów w latach dziewięćdziesiątych, Milorada Dodika.
Bośnia i Hercegowina. Rys. Wikimedia
Anno Domini 2021 koło historii zatoczyło jednak ironiczne koło. Dodik, nie posługując się oczywiście tak brutalnymi metodami jak skazani na wieloletnie więzienie w Hadze za polityczne wsparcie dla zbrodni wojennych dawni liderzy serbscy, realizuje w dalszym ciągu główny cel ich polityki, wyraźnie zmierzającej do zjednoczenia Serbów żyjących w Bośni z macierzą nad Sawą i Dunajem. Ma on zresztą w tych dążeniach dość potężnych sojuszników na scenie globalnej, a dla Zachodu jest w zasadzie jedynym liczącym się partnerem spośród bośniackich Serbów.

Tu też jest Serbia

Podróżujący po Bośni i Hercegowinie nie dostrzeże żadnej infrastruktury granicznej pomiędzy obydwoma „entitetami”, Republiką Serbską oraz muzułmańsko-chorwacką Federacją BiH, oprócz dużych niebieskich tablic z serbskim godłem z informacją „Witamy w Republice Serbskiej!”. Linia graniczna pomiędzy podmiotami państwa, nazywana przez dyplomację międzynarodową „Inter-Entity Boundary Line” widnieje tylko w dokumentach podpisanych przez delegacje Serbów, Boszniaków i Chorwatów w Dayton jesienią 1995 roku, gdzie w asyście Amerykanów zadecydowano o zakończeniu krwawej, kilkuletniej wojny domowej w Bośni i Hercegowinie.

Brak formalnych granic nie oznacza jednakże, że nie istnieją one w ludzkim postrzeganiu świata. Dla wielu Serbów, Boszniaków i Chorwatów, czyli trzech konstytutywnych narodów tworzących Bośnię i Hercegowinę, granica pomiędzy podmiotami formalnie federalnego państwa (a w rzeczywistości, coraz bardziej przypominającego luźną konfederację) to wręcz granica cywilizacyjna i kulturowa. Mniej więcej taka, jak Bug i łańcuch Karpat, oddzielające Europę łacińską od ziem tradycji bizantyjskiej.

Bohaterzy popularnego w ostatnich latach na całych Bałkanach serbskiego serialu telewizyjnego „Selo gori, a baba se češlja”, co można swojsko przełożyć jako „Wieś się pali, a baba się czesze” w jednym z odcinków wybierają się ze swojej rodzinnej miejscowości właśnie do Republiki Serbskiej w Bośni. Mieszka tam córka jednej z głównych postaci serialu, chłopa Radašina, stanowiącego skrzyżowanie Pawlaka i Kargula z trylogii Sylwestra Chęcińskiego z Kaziukiem Bartoszewiczem z „Konopielki”. Postacie pojawiają się małym miasteczku Republiki, przystrojonym mnóstwem serbskich flag i symboli narodowych. Na poczcie oznajmiają, że przybyli z Serbii. „Ależ Panowie!! Tu też jest Serbia!!” - odpowiada im stanowczym, urzędniczym tonem kobieta w okienku.

Słowa filmowej pracownicy poczty nie są zresztą tylko i wyłącznie serialową fikcją, gdyż na terenie Republiki Serbskiej w Bośni publicznym operatorem pocztowym nie jest wcale instytucja federalna zarządzana z Sarajewa, a należąca do władz serbskiego „entitetu” rezydujących w Banja Luce spółka serbska „Poczty Serbskie”. Na stronie internetowej usług tej poczty możemy przeczytać, iż firma odwołuje się do tradycji poczty jeszcze z czasów Królestwa Serbii, Królestwa Jugosławii i socjalistycznej Jugosławii. Bez żadnych wzmianek o istnieniu Bośni.

Telewizyjna kronika agonii

Trudno w najnowszej historii znaleźć przykład konfliktu lepiej udokumentowanego audiowizualnie niż rozpad Jugosławii.

zobacz więcej
Podobnie można powiedzieć o wielu innych serbskich instytucjach w parapaństwie kierowanym przez Milorada Dodika i jego ludzi. Warto dodać, że w zasadzie kierowanym z tylnego siedzenia, gdyż od 2018 roku formalnie nie jest on już ani prezydentem, ani premierem serbskiego podmiotu w Bośni. Pełni za to prestiżową rolę członka trójosobowego Prezydium Bośni i Hercegowiny. Stanowi ono formę kolegialnej głowy całego federalnego państwa, w którym reprezentowani są Boszniacy, Serbowie i Chorwaci. Funkcja ta predysponuje Dodika do bycia zwierzchnikiem politycznym wszystkich Serbów żyjących na zachód od Driny, rzeki stanowiącej dzisiaj granicę pomiędzy Serbią właściwą ze stolicą w Belgradzie i Bośnią.

Bliżej Kremla i Belgradu

Trudno jednak powiedzieć, aby istniejący formalnie rząd federalnej Bośni i Hercegowiny cieszył się w obydwu „entitetach”, serbskim i muzułmańsko-chorwackim, nie tylko autorytetem, ale wręcz zainteresowaniem obywateli kraju. Gabinet, na którego czele stoi bośniacki Serb, posiada co prawda większość atrybutów standardowych rządów w rodzaju kilku ministerstw, a nawet stanowisko szefa MSZ. Niemniej, jego wpływ na codzienne życie ponad 3 mln Boszniaków, Serbów i Chorwatów jest minimalny.

Szczególnie dało to o sobie znać podczas obecnej pandemii koronawirusa. Na poziomie federalnym Bośnia i Hercegowina nie posiada ministerstwa zdrowia i kraj nie był w stanie dokonać wspólnego zakupu szczepionek dla obydwu podmiotów federalnych. Sporo mieszkańców szczepiło się więc na własną rękę w krajach ościennych, a władze w Belgradzie przekazały Banja Luce pulę szczepionek Sputnik V i Sinofarm, które otrzymały z Rosji i Chin.

Milorad Dodik częściej widywany jest obecnie na państwowych uroczystościach w stolicy Serbii niż w Sarajewie. Popiera przy tym w sposób jawny rządzącego prezydenta Aleksandra Vučicia i jego rządzącą od 9 lat, coraz bardziej niepodzielne, Serbską Partię Postępową. Na płaszczyźnie historycznej ten silny związek stanowi istotne novum w stosunku chociażby do polityki Slobodana Miloševicia w latach dziewięćdziesiątych. Wówczas, pod presją wspólnoty międzynarodowej, ówczesny przywódca Serbii oficjalnie wycofał się z poparcia dla bośniackich Serbów i Radovana Karadžicia i namawiał swoich ziomków za Driną do przyjęcia proponowanego przez Zachód podziału Bośni. Na co Karadžic i inni liderzy serbscy w Bośni zgodzić się oczywiście nie zamierzali.

Dzisiaj więzy łączące Belgrad i Banja Lukę są z miesiąca na miesiąc coraz silniejsze. Co więcej, w debacie publicznej w Serbii i Republice Serbskiej w Bośni coraz częściej pojawiają się projekty rzekomych dyplomatycznych non-papers (nieoficjalnych dokumentów) sugerujących możliwość faktycznej likwidacji dotychczasowego kształtu Bośni. A następnie, przyłączenia Republiki Serbskiej do macierzy, być może razem z terytorium północnego Kosowa, zamieszkałego wciąż przez sporą liczbę Serbów.
Prezydent Republiki Serbskiej Milorad Dodik z premierem Serbii Aleksandarem Vučiciciem podczas belgradzkich obchodów setnej rocznicy bitwy pod górą Cer (w dniach 15–24 sierpnia 1914 armia serbska pokonała austro-węgierską). Fot. Kristina Maslarevic/Anadolu Agency/Getty Images
Oficjalnie Belgrad stoi co prawda na stanowisku, że kształt Bośni i Hercegowiny powstały po układzie pokojowym z Dayton jest niepodważalny, a koncepcje zmian terytorialnych wysuwają dyplomaci bliscy obecnej, słoweńskiej prezydencji w UE. Nie da się jednak ukryć, że Belgrad nie zamierza wyprzeć się zainteresowania serbską częścią Bośni i nie porzucił wcale dawnych marzeń o Wielkiej Serbii. Chce je tylko realizować innymi środkami niż kiedyś.

W Belgradzie Dodik witał wraz z serbskim prezydentem goszczącego tam prezydenta Władimira Putina. A serbski prezydent często zabiera kolegę z Banja Luki na wizyty w Mińsku u Aleksandra Łukaszenki. Gospodarze Kremla i Pałacu Niepodległości w Mińsku od lat są jednymi z pierwszych przywódców, którzy ślą do Dodika telegramy gratulacyjne po sukcesach wyborczych jego partii w Republice Serbskiej i Bośni, omijając skrzętnie korespondencję z władzami federalnymi w Sarajewie. Dodik także samodzielnie jeździ na Kreml, gdzie jest podejmowany jak pełnoprawna głowa państwa.

Trudno się w zasadzie dziwić, że zarówno w Moskwie jak i w Mińsku przywódca bośniackich Serbów witany jest chlebem i solą. Dodik przy każdej okazji podkreśla, że jest przeciwny wstąpieniu Bośni i Hercegowiny do NATO, bojkotuje wspólne ćwiczenia federalnej armii bośniackiej z jednostkami amerykańskimi, jak również wyraża sceptycyzm co do wejścia Bośni do UE. Moskwa dość jednoznacznie popiera z kolei Republikę Serbską w Bośni na arenie międzynarodowej, przekonując, że Serbowie z Bośni nie powinni być obciążani odpowiedzialnością za zbrodnie wojenne podczas konfliktu w latach dziewięćdziesiątych.

Podporządkowane Dodikowi media w Republice Serbskiej, podobnie jak prorządowe tytuły w Belgradzie, wychwalają Rosję jako największego przyjaciela Serbów. Drzwi gmachów rządowych w Banja Luce praktycznie nie zamykają się przed korowodem delegacji z różnych regionów Rosji.

Współpraca oczywiście nie jest bezinteresowna, gdyż Moskwa jest szczególnie zainteresowana obecnością w Republice Serbskiej swojego sektora paliwowego. Dodik podpisał również w tym roku szerokie porozumienie z Gazpromem o nowych dostawach gazu. Spotkało się to z ostrą krytyką strony boszniacko-chorwackiej – przedstawiciel Boszniaków w Prezydium Bośni i Hercegowiny Šefik Džaferović oświadczył nawet, że serbski lider zupełnie nie konsultował tych porozumień z Federacją BiH. Dodik odpowiedział od razu, że „nie istnieje dla niego poziom państwowy w Bośni i Hercegowinie”.

Ale Dodik próbuje grać w polityce międzynarodowej na wielu fortepianach. Popierał prezydenturę Donalda Trumpa, dba o dobre stosunki z Viktorem Orbanem, Turcją i prezydentem Erdoğanem (Ankara jest kluczowym inwestorem w infrastrukturę komunikacyjną Bośni, Węgrzy z kolei również prowadzą interesy w serbskiej części federalnego państwa).

Polskie marzenia Serbów i Chorwatów. Jak przyczyniliśmy się do powstania Jugosławii

Z Rzeczypospolitej szedł przykład jedności językowej i duchowej, to Polacy uczyli spiskowania przeciw Wiedniowi, a poemat „Zgoda Chorwatów” zaczynał się od słów: „Još Hrvatska ne propala, dok mi živimo”. Na wzór: „Jeszcze Polska…”

zobacz więcej
Podczas niedawnej eskalacji konfliktu izraelsko-palestyńskiego, Dodik wbrew proarabskiemu stanowisku muzułmańskich Boszniaków, opowiedział się jednoznacznie po stronie Izraela. Nie da się również ukryć, iż lider bośniackich Serbów z niepokojem patrzy na zaangażowanie w Bośni Arabii Saudyjskiej i bogatych państw z Półwyspu Arabskiego. Wielkie nadzieje łączy natomiast z obecnością w Europie Chin, widząc w Republice Serbskiej w Bośni ważny element projektu Nowego Jedwabnego Szlaku.

Alkoholowy cień Dayton

To, co jest jednoznaczne dla bośniackich Serbów nie jest już na Bałkanach tak jednoznaczne dla Boszniaków i Chorwatów. Dwa ostatnie, konstytutywne narody federalnego państwa stoją na stanowisku, że wymuszony okolicznościami układ pokojowy z Dayton sprzed 26 lat w jakimś wymiarze poprzez arbitralny podział dawnej Bośni i Hercegowiny, będącej republiką byłej Jugosławii, stanowił międzynarodowe zatwierdzenie czystek etnicznych, przemieszczeń ludności i masakr, które podczas wojny w latach 1992-95 dokonały na Boszniakach i Chorwatach siły serbskie w Bośni.

Nie chodzi tu tylko o najbardziej znaną Srebrenicę, ale również dziesiątki innych miejsc, które stały się miejscem kaźni blisko kilkudziesięciu tysięcy cywilów. Stąd częstym epitetem w prasie boszniackiej i chorwackiej wobec Republiki Serbskiej w Bośni jest hasło „genocidna tvorevina” („twór ludobójczy”). Dodatkowo, najbardziej poszkodowani po Dayton czują się Chorwaci, którzy w przeciwieństwie do Muzułmanów i Serbów nie otrzymali własnego „entitetu” i muszą zadowolić się federacją z Boszniakami.

Serbowie odrzucają oczywiście narrację historyczną obydwu sąsiadów i podkreślają własne ofiary w czasie tej wojny. Starcie wszystkich trzech wrażliwości w konflikcie bośniackim jest oczywiście złożonym zagadnieniem politycznym, historycznym i etycznym, które nie ma prostego rozstrzygnięcia. W tym sporze warto jest przypomnieć, że jednym z pierwszych polityków zachodnich, którzy już w latach dziewięćdziesiątych przyznali, że podczas wojny w Bośni zbrodni dopuszczały się wszystkie strony konfliktu był Tadeusz Mazowiecki, pełniący wtedy funkcję specjalnego wysłannika ONZ w b. Jugosławii.

O okolicznościach podpisania układu pokojowego w Dayton w 1995 roku napisano już tomy wspomnień, i czynili to zarówno dyplomaci amerykańscy, jak i zachodnioeuropejscy. Wszyscy trzej główni sygnatariusze i gwaranci porozumienia: ówcześni prezydenci Serbii Slobodan Milošević, Chorwacji Franjo Tudjman oraz Bośni i Hercegowiny Alija Izetbegović już nie żyją.

Powszechnie uważa się, że szefami i głównymi odpowiedzialnymi po stronie amerykańskiej za prowadzenie negocjacji w Dayton byli ówczesny Sekretarz Stanu w administracji Billa Clintona Warren Christopher, następnie Richard Holbrooke (odpowiedzialny za polityczną stronę rozmów, dyplomata ten będzie kilka lat później próbować bezskutecznie nakłonić Miloševicia do ustępstw w kwestii Kosowa) oraz generał Wesley Clark (aspekty wojskowe).
Od lewej: prezydent Serbii Slobodan Milošević, prezydent Bośni i Hercegowiny Alija Izetbegović i prezydent Chorwacji Franjo Tudjman podpisują układ pokojowy w bazie lotniczej Wright-Patterson nieopodal Dayton w listopadzie 1995. Fot. Eric Miller / Reuters / Forum
Jednakże „facetem od konkretnej roboty" w Dayton była szara eminencja dyplomatyczna - zmarły latem 2021 pułkownik James William Pardew jr. Odpowiadał on za całą koncepcję i logistykę negocjacji pomiędzy Serbami, Boszniakami i Chorwatami.

W tym aspekcie płk Pardew odrobił lekcję na ocenę celującą, angażując w przygotowanie rozmów potężny zespół doradców. Składał się on od naukowców i wyspecjalizowanych w tematyce regionu analityków, poprzez specjalistów od dyplomacji religijnej, aż po psychologów. A także trenerów sportowych, który, znając sportowe upodobania sporej części mieszkańców Półwyspu Bałkańskiego, zajęli się organizacją czasu wolnego dla delegacji z ówczesnej Federalnej Republiki Jugosławii, Chorwacji i Bośni.

W bazie lotniczej urządzono więcej sal gimnastycznych, boisk do koszykówki, siatkówki i piłki nożnej, a także kortów tenisowych. Te ostatnie, głównie pod kątem pasji do gry (szczególnie w deblu) przejawianej przez prezydenta Chorwacji. We wspomnieniach dotyczących rozmów przewijają się obserwacje, że niedługo po przybyciu do bazy byli Jugosłowianie zobaczyli na terenie całego obiektu mnóstwo piłek, rakiet tenisowych i przyrządów do ćwiczeń. Nie wszyscy liderzy hołdowali jednak sportowej pasji. Milošević, który był fanem Franka Sinatry bez trudu znalazł w swoich apartamentach kolekcję jego płyt, a nawet pianino.


Gospodarze rozmów dość dokładnie przeanalizowali zakwaterowanie poszczególnych delegacji i to, jakimi korytarzami komunikacyjnymi będą przemieszczać się po bazie. Przywódców Serbii, Chorwacji i Bośni rozmieszczono w ten sposób, aby ułatwić kontakty osobiste w pokojach. I faktycznie, ten sposób zadziałał, gdyż wieczorami i nocami trwały już nieoficjalne rozmowy pomiędzy liderami. Zazwyczaj były to spotkania przy alkoholu. Negocjatorzy zapewnili w bazie obfity asortyment whisky o smaku zbliżonym do serbskiej rakiji i chorwackiej travaricy.

I tak, jak obrosła czarną legendą alkoholowa fraternizacja uczestników spotkań w podwarszawskiej Magdalence w czasie obrad Okrągłego Stołu, tak podobną negatywną opowieścią obrosły alkoholowe nasiadówki Miloševicia i Tudjmana w Dayton. W efekcie bowiem zakończyły się one takim, a nie innym podziałem terytorialnym Bośni. Wielu mieszkańców Bałkanów jest przekonana, że prezydenci Serbii i Chorwacji, na co dzień zwaśnieni wrogowie, porozumieli się co do rozbioru byłej republiki Jugosławii jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych.

Bałkański Piemont?

Stworzony na mocy porozumienia z Dayton urząd Wysokiego Przedstawiciela ONZ w Bośni, stanowiący formę międzynarodowego namiestnictwa nad mało funkcjonalnym federalnym państwem złożonym z dwóch podmiotów, najwyraźniej nie zdał pełnego egzaminu.

Kończący w tym roku urzędowanie na tym stanowisku austriacki dyplomata Valentin Inzko, reagując na coraz częstsze wśród Serbów po obydwu stronach Driny negowanie zbrodni wojennych w latach dziewięćdziesiątych, skorzystał z tzw. uprawnień bońskich. Pozwalają one narzucać federalnemu wymiarowi sprawiedliwości w Bośni i Hercegowinie konkretne rozwiązania legislacyjne, jeżeli narody żyjące w państwie nie mogą same dojść do zgody.

Podpalacz z Sarajewa

Emir Kusturica długo milczał. Od 15 grudnia w polskich kinach można oglądać jego najnowszą produkcję „Na mlecznej drodze”. A 22 grudnia TVP Kultura wyemituje inny jego film „Czarny kot, biały kot”.

zobacz więcej
Inzko zalecił, aby negowanie faktu, że w 1995 roku doszło w Srebrenicy do ludobójstwa, było w federacji czynem ściganym prawnie. Milorad Dodik od razu stwierdził, że jest to wynik antyserbskiej polityki Zachodu i próba kryminalizacji Serbów, przy jednoczesnym lekceważeniu zbrodni popełnionych w czasie wojny przez Boszniaków i Chorwatów. Lider Serbów oświadczył, że prawo to nie będzie obowiązywać w Republice Serbskiej w Bośni. Niewątpliwie postawa Dodika wskazuje, że Bośnia i Hercegowina w zasadzie nie istnieje od dawna jako sprawne państwo.

Dodik, rozpoczynający swoją karierę polityczną jeszcze w Związku Komunistów Jugosławii, w latach dziewięćdziesiątych był postrzegany przez Zachód jako otwarty reformator skłonny do współpracy z NATO i UE, który może stanowić przeciwwagę zarówno wobec twardej linii nacjonalistów w stylu Radovana Karadžicia. Po blisko 25 latach, dawny prozachodni liberał stał się sojusznikiem Moskwy, Mińska i Pekinu oraz oddalającego się od perspektywy euroatlantyckiej Belgradu. I coraz wyraźniej gra na podważenie porządku stworzonego przed ćwierćwieczem w Dayton przez Zachód, sugerując, że granice bałkańskie nie są granicami ostatecznymi.

Niektórzy widzą w nim wręcz serbskiego Garibaldiego, który z Piemontu w Banja Luce ponownie zjednoczy rodaków w jednym państwie. Czy Bośnia i Hercegowina i ład stworzony na Bałkanach po zakończeniu wojen w byłej Jugosławii przetrwają? Dzisiaj nie ma na to pytanie jasnej odpowiedzi.

– Łukasz Kobeszko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Milorad Dodik z Władimirem Putinem podczas spotkania w Soczi w 2018 roku. Fot. Mikhail Klimentyev/Russian Presidential Press and Information Office/TASS/ Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Imigranci kolonizują Europę. Dzielnice z szariatem, ulice, na...
Trzeci świat został wpuszczony na nasz kontynent dzięki nowej religii praw człowieka.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dziecko i propaganda. Tak uśmiech, jak i ból służą do manipulacji
Prawdziwa może być buzia dziecka, łzy, bagna i las. A mimo to wszystko razem może być kłamstwem.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy covid zniknął z Japonii?
Nie bez znaczenia może się okazać genetyczna konstrukcja Japończyków.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czarna legenda nacjonalizmu
Uczyniono go głównym odpowiedzialnym za ksenofobię, wykluczenie, brak tolerancji. Czy słusznie?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kremlowska technologia władzy. Putinowski konserwatyzm
Prezydent Rosji nie odrzuca dziedzictwa sowieckiego, w tym również stalinowskiego.