Cywilizacja

Obóz wiecznej naiwności. Amerykańska lewica chce zbliżenia z Chinami

Bez przyjaźni z komunistami, dowodzi Bernie Sanders, nie uda się rozwiązać żadnego problemu: ani globalnego ocieplenia, ani autorytaryzmu, ani terroryzmu, ani nierówności.

Być może żaden kraj zachodni nie jest tak podzielony jak USA. Wojna kulturowa zatacza tam coraz szersze kręgi, obejmuje kolejne mniejszości i sprawia, że każda kwestia staje się zapalna. Prezydentura Donalda Trumpa wykopała rów w amerykańskim społeczeństwie i trwale rozszczepiła klasę polityczną. Nie ma już neutralnego gruntu, na którym można by osiągnąć zgodę. Porozumienie krystalizuje się już tylko wokół jednej kwestii, wokół Chin.

Tę gotowość do działania w jednym kierunku dobrze wyartykułował republikański senator Todd Young. Zapytany o to, czy możliwy jest jeszcze ponadpartyjny kompromis w jakiejś sprawie, odparł: „Chcę współpracować z Bidenem, aby prześcignąć Chiny w innowacjach i we wzroście gospodarczym oraz w dążeniu do tego, aby ograniczyć przepływ kapitału, na którym budują swój niewolniczy reżim”.

Świeże badanie Gallupa zdaje się potwierdzać, że także społeczeństwo, pomimo różnic, jednoczy się odnośnie chińskiego problemu: tylko 20% Amerykanów ma pozytywne zdanie o Państwie Środka. To najniższy wynik od czasów, gdy sondażownia zaczęła zadawać to pytanie 40 lat temu.

Aby stawić czoła chińskiemu wyzwaniu potrzeba jedności całej amerykańskiej klasy politycznej. Wielkie projekty gospodarcze i technologiczne – m.in. takich dziedzinach jak sztuczna inteligencja czy półprzewodniki, które rozstrzygną o losach XXI wieku,– wymagają szerokiej współpracy. Marco Rubio, republikański senator, stwierdził, że bez wspólnego frontu USA nie sprosta Chinom: „Ponadpartyjne ustawy pozwoliłyby przerwać wyzyskiwanie amerykańskiej otwartości przez komunistów i dałyby szansę na wypracowanie kompetencji, dzięki którym moglibyśmy podjąć rywalizację”.

Owoc tego kompromisu stanowi Endless Frontier Act, ustawa ułożona razem przez Republikanów i Demokratów. Jej celem jest zasilenie amerykańskiego przemysłu 100 miliardami dolarów, tak aby zdobyć przewagę w dziedzinach, które chcą opanować komuniści, a więc w robotyce, w komputerach kwantowych oraz w obszarze sztucznej inteligencji.

Elity z Waszyngtonu sprawiają wrażenie, jakby pojęły, że ten, kto zyska prowadzenie w krytycznych technologiach, które określą ramy i dynamikę gospodarki oraz wojskowości w najbliższych dekadach, ten będzie dyktował reguły. Zarówno Demokraci, jak i Republikanie nie chcą, by te zasady światu narzucił Xi Jinping.

Należy oddać tu sprawiedliwość Donaldowi Trumpowi, który, pomimo swojej bufonady, miał tę zasługę, że otworzył oczy Zachodu na chińskie niebezpieczeństwo. Co więcej, za twardym językiem szły stanowcze czyny. Zakazał amerykańskim przedsiębiorstwom współpracy z firmą ZTE, przez co ta upadła; to samo spotkało Fujian Jinhua, chińskiego lidera w wytwarzaniu kart pamięci; sankcje uderzyły też w Hikivision (producent kamer śledzących) i SMIC (producent półprzewodników). Największy cios spadł jednak na Huawei, które musi posiłkować się swoimi kurczącymi się zapasami, ograniczając znacznie swoją działalność i przerzucając się na części automotive oraz technologie wykorzystywane na farmach rybnych. Biden, jak na razie, nie zboczył z kursu, który wyznaczył jego poprzednik.
W kwietniu 2019 prezydent Donald Trum przyjął w Białym Domu wicepremiera Chin Liu He (z lewej). Fot. Chip Somodevilla/Getty Images
Ta ciągłość polityczna i jedność w kwestii chińskiej nie odpowiada jednak skrajnej lewicy. Bernie Sanders i tzw. lewica klimatyczna chcą powrotu do czasów sprzed Trumpa, kiedy globalizacja jawiła się jako proces wiecznie zacieśniającej się współpracy ku dobru całej planety. Pragną wrócić do epoki naiwności.

Grzech nieświadomości

W lipcu w „Foreign Affairs” ukazał się artykuł Sandersa, w którym przekonywał, że należy wrócić do dawnych stosunków z Chinami. Bez przyjaźni z komunistami, dowodził, nie uda się rozwiązać żadnego problemu: ani globalnego ocieplenia, ani autorytaryzmu, ani terroryzmu, ani nierówności. Jedyna droga, aby sobie z tymi wyzwaniami poradzić, twierdzi stary socjalista, to bilateralne rozmowy i współpraca w ramach międzynarodowych instytucji. Pod żadnym pozorem, ostrzegał, nie wolno doprowadzić do kolejnej zimnej wojny.

Skrajna lewica nie mogła powstrzymać się od euforii. Wychwalano Sandersa za ten „odważny” artykuł, winszując mu również wiekopomnego głosu: jako jedyny senator opowiedział się przeciwko Endless Frontier Act, która ma wzmocnić amerykański przemysł i technologię.

Sanders i jego zwolennicy są zdania, że USA na własne życzenie wszczyna nową zimną wojnę. Najważniejsze zagrożenie, jakie ta ze sobą niesie w ich oczach, to wywołanie fali rasizmu i ultranacjonalizmu w Stanach. Podobne irracjonalne reakcje miały miejsce, gdy po wybuchu epidemii Trump chciał zamknąć ruch lotniczy z Chinami – wtedy to nie socjaliści spod znaku Sandersa, lecz Biden i wszyscy Demokraci, a do tego media, oskarżały go o rasizm. Potem, gdy cały świat zastosował te same środki, larum ucichło.

Lewica krytykująca Bidena za to, że idzie w ślady Trumpa, tkwi w mylnym założeniu. Sądzi, że gdyby nie konfrontacyjna postawa poprzedniej administracji, to wróciłby czas idyllicznej współpracy, że Pekin zacząłby szanować prawa człowieka i przyłączyłby się do walki ze zmianą klimatu. Nie rozumie, że komunistyczne Chiny pod wodzą Xi to inny kraj niż w latach 90.

Chiny od dziesięcioleci prowadziły agresywną merkantylistyczną politykę, która szkodziła Ameryce. To nie Trump wywołał wojnę handlową, ona trwała już długo przed nim. Zaczepne zachowania Pekinu nie sprowadzały się tylko do sfery ekonomicznej, komuniści notorycznie naruszają terytoria Wietnamu, Filipin i Japonii. Armia Ludowa ścierała się krwawo na granicy z Indiami, a chińska dyplomacja przybrała ofensywne i szowinistyczne oblicze, znane na świecie pod nazwą „wolf warrior diplomacy”. Państwo Środka od dawna żyje w logice zimnej wojny i, co więcej, przygotowuje się do gorącego konfliktu.

W to, że Chiny mogą być filarem światowego porządku, wierzą już tylko niereformowalni globaliści i skrajna lewica. Thomas Friedman, sztandarowy pisarz polityczny globalistów, autorytet z ery, która przeminęła, upiera się, że zarówno Chiny, jak i Stany Zjednoczoną należą wspólnie do obozu „porządku” geopolitycznego, stabilizując światowy układ.

Chińska wojna o półprzewodniki. Waży się los światowej gospodarki

Tajwan to rozrusznik cyfrowej cywilizacji. A ryzyko inwazji Pekinu na Tajpej wzrosło do poziomu, którego dotąd nie notowano.

zobacz więcej
Friedman przeoczył wtargnięcia na wyspy należące do Japonii, przymknął oczy na zachowanie komunistów na Morzu Południowochińskim, nie chciał słyszeć gróźb wymierzonych w Tajwan. Nie dociera do niego, że Inicjatywa Pasa i Szlaku nie stanowi zwykłego projektu gospodarczego, lecz próbę wprowadzenia nowego ładu cywilizacyjnego. Sandersowcy, zieloni i reszta radykałów cierpią na tę samą ślepotę.

Skrajna lewica i resztki zatwardziałych globalistów kurczowo trzymają się poglądu, że Chiny mogą włączyć się w liberalny porządek międzynarodowy. Przepaść między tą wizją a komunistycznymi ambicjami rośnie z dnia na dzień. Ten, kto nie chce opierać swojej polityki na rzeczywistości, lecz na własnych życzeniach co do tego, jak ma ona wyglądać, przykłada rękę do tragedii, nie wiedząc o tym. Ta nieświadomość to główny grzech lewicy.

Komuniści mydlą oczy

Największą naiwnością wykazują się ekologowie. Kate Aronoff z „The New Republic” bije na alarm, że odejście od bliskiej współpracy z Chinami oznacza katastrofę dla planety. Zieloni śmiało krytykują amerykański rząd, lecz brak im odwagi, aby rzucić światło na oczywisty fakt – że Chiny to największy truciciel. Państwo Środka wytwarza więcej dwutlenku węgla niż Europa i USA razem wzięte.

Komuniści mydlą oczy ekologiczną retoryką, aby uspokoić sumienia międzynarodowych instytucji, po czym robią to, co im się podoba: otwierają elektrownie węglowe jedna za drugą. Jakby tego było mało, Pekin sabotuje wszystkie ustalenia klimatyczne. Ekologowie nawołują, abyśmy poświęcili wszystko w imię ratowania planety: mamy przestać latać samolotami, przestać jeździć autami, przestać jeść mięso i przestać mieć dzieci, lecz gdy chodzi o Chiny, nie mają nic do powiedzenia, milkną.

Chiny zniszczyły Meksyk

Nierówności i los robotników to dwie rzeczy, które Sandersowi i socjalistom leżą na sercu. To w imię walki o bardziej sprawiedliwy system domagają się oni przyjaźni z Chinami. Odwracają wzrok od faktów, że to właśnie zbliżenie USA z Chinami doprowadziło setki tysięcy członków klasy pracującej do ruiny. Najlepszym przykładem jest tu Meksyk.

Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, ale w latach osiemdziesiątych był to kraj z przyszłością, wolny od patologii, które dziś go niszczą. Znajdowało się tam wiele fabryk, przemysł stanowił motor gospodarki, a na początku lat 90. OECD zaprosiła Meksyk do organizacji właśnie ze względu na perspektywy, które się przed nim otwierały.

Kraj został jednak wpadł stagnację, a jego rozwój został zahamowany, gdy Stany otworzyły się na handel z Chinami, normalizując swoje relacje gospodarcze z Państwem Środka. Wciągając komunistów do Światowej Organizacji Handlu, Ameryka zdeptała przyszłość Meksyku.

Między 2001 a 2004 rokiem Meksyk stracił 400 000 miejsc pracy na rzecz Chin. Przemysł tekstylny upadł, przeniósł się do ChRL. Ten wstrząs na trwałe zaszkodził meksykańskiej gospodarce, która do dzisiaj się z niego nie podniosła (od lat wzrost oscyluje wokół 1% wzrostu PKB).
Chiński terminal kontenerowy nieopodal Szanghaju. Fot. Xu Congjun/VCG via Getty Images
Pracę straciło 10 milionów osób: 20% ludzi w wieku produkcyjnym. Szacuje się, że jedna trzecia albo nawet połowa z nich wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Napływ imigrantów spowodował obniżenie wynagrodzeń obywateli USA, pogarszając położenie robotników, o których miał walczyć Sanders.

Konsekwencje dla Meksyku jednak nie skończyły się na marazmie gospodarczym, wysokim bezrobociu, ubóstwie i emigracji. Ci, którzy nie mogli znaleźć pracy, szukali nie tylko zajęć na czarno, lecz schodzili też na drogę przestępczą. Między 2007 a 2014 rokiem ponad 150 000 ludzi zginęło gwałtowną śmiercią – zabrała ich fala przemocy, które zalewa Meksyk od lat dwutysięcznych.

Kraj stał się najgroźniejszym miejscem dla dziennikarzy – między 2017 a 2019 rokiem ginął tam średnio jeden w miesiącu. W wyborach regionalnych w 2018 roku zamordowano ponad 37 burmistrzów i byłych burmistrzów. Włączenie Chin w system globalny – polityka „engagement”, do której nawołuje skrajna lewica – sprowadziła na Meksyk tragedię o nieobliczalnych skutkach.

Tajwan zagrożony

Według sondażu dla chińskiego czasopisma „Global Times”, 70% Chińczyków popiera projekt inwazji na Tajwan. Aż 37% z nich uważa, że najlepiej by było, gdyby atak nastąpił w przeciągu najbliższych 3-5 lat. Xi Jinping chce, aby jego panowanie odcisnęło się w historii tym właśnie znakiem – przyłączeniem Tajwanu do komunistycznych Chin. Wielokrotnie powtarzał, że „odnowa chińskiego narodu” nie dokona się bez zjednoczenia z Tajwanem, a w 2019 roku oznajmił, że „chiński sen” nie ziści się bez inwazji na wyspę.

W zeszłym roku lotnictwo ChRL wtargnęło 380 razy w przestrzeń powietrzną Taipei. Jak te agresywne przygotowania do wojny pogodzić z wizją „engagement”, której domaga się amerykańska lewica?


Modernizacja armii, której przewodzi Xi Jinping, dokonuje się wedle ściśle określonych założeń, podporządkowanych jasnemu celowi: zdobyciu Tajwanu. Kolejni generałowie napominają przywódcę komunistów, że zwłoka może tylko utrudnić inwazję. Wojna może wybuchnąć każdego dnia. Odpowiedzią nie może być próba nawiązaniu dialogu za pośrednictwem międzynarodowych instytucji. Kto w to wierzy, jest skrajnie naiwny.
Chiny, tak jak Rosja, uznają tylko język siły. Cofają się jedynie tam, gdzie spotykają się z oporem, miękkie postawy zachęcają je do ofensywy. To nie dialog przyniósł efekty, lecz stanowczość Trumpa: dowodem na to była sprawa Korei Północnej i kwestie handlowe.

Poprawy losu amerykańskich pracowników nie osiągnie się bez zmiany polityki wobec Państwa Środka, podobnie przeciwdziałanie katastrofie klimatycznej przez zaostrzanie wymagań wobec Zachodu jest bezużyteczne, dopóki i Xi Jinping nie wybierze tego samego kierunku. Walka z autorytaryzmem nie polega na ściganiu urojonych wrogów we własnym społeczeństwie albo w krajach Europy Środkowej, lecz na wsparciu wolnych państw, którym wygrażają totalitarne reżimy.

Każdy, kto poważnie traktuje „postępowe wartości”, musi wyrobić sobie jasny stosunek wobec Państwa Środka, przestać wierzyć w mrzonki ideologii. Chiny się zmieniły, świat także, tylko lewica pozostaje obozem wiecznej naiwności. Teraz jednak cena, jaką przyjdzie zapłacić za tę naiwność, będzie wyższa niż w latach 90.

– Krzysztof Tyszka-Drozdowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Wizyta fregaty rakietowej chińskiej Marynarki Wojennej FFG Binzhou w Gdyni z okazji obchodow 100. rocznicy powstania polskiej Marynarki Wojennej w 2018 roku. Fot. Łukasz Dejnarowicz / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sportowcy z Watykanu
Papieskie państwo ma ambicje olimpijskie. Pod koniec wrzenia organizuje Międzynarodowy Kongres Sportowy.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sala pełna ekstremistów i terrorystów
Ukraina aż do wybuchu wojny była jednym z głównych partnerów handlowych Łukaszenki.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Czerwona nitka Putina. Dyktatura w oparach okultyzmu
W środowisku córki Dugina modny był pisarz, który głosił, że Żydzi mają specjalną wtyczkę w mózgu łączącą ich z demonem Labaldotem.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Rozstrzelany podręcznik
Hejt przeciw książce Roszkowskiego spowodował, że stała się ona zakazanym owocem.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Cyfrowe hieroglify, czyli emocje w znakach przestankowych
Emotikony kończą 40 lat. Emoji nie są ich „krewnymi”, lecz raczej następującą po nich i wypierającą je rasą.