Felietony

Antyszczepionkowcy, ruchy LGBT, feministki. W interesie Łukaszenki

Białoruski dyktator szermuje retoryką przypominającą propagandę uprawianą przez Kreml w stosunku do Ukrainy. Funkcjonariuszom służb litewskich zajmujących się migrantami zarzucił torturowanie kobiet i dzieci. Nazwał ich „faszystami” i „nazistami”. Znamienne, że takich samych lub podobnych epitetów używają w Polsce „obrońcy demokracji” pod adresem sprawujących władzę prawicowych polityków.

Tydzień temu przez Częstochowę i Gdańsk przeszły Marsze Równości. Trudno w takich manifestacjach dopatrzyć się czegokolwiek, co miałoby związek z wydarzeniami, które się toczą na granicy polsko-białoruskiej. Tymczasem dla lewicowych i liberalnych środowisk III Rzeczypospolitej ogrodzenie z drutu kolczastego mające zapobiec nielegalnemu przepływowi osób z Białorusi do Polski jest taką samą zbrodnią, jak „homofobia”.

Na tę sprawę można jednak spojrzeć w sposób, który się okaże nie w smak polskim orędownikom tęczowej kulturowej rewolucji. Tak się stanie wówczas, gdy zapytamy: kto na arenie międzynarodowej odnosi korzyść z radykalnych wystąpień ruchów LGBT i feministek w Polsce?

Od siedmiu lat karierę w świecie robi termin „wojna hybrydowa”. To właśnie owo pojęcie przylgnęło do działań, które podjęła Rosja wobec Ukrainy w roku 2014. Chodziło w nich o użycie innych środków niż agresja militarna.

Można tu wymienić choćby sianie, przy pomocy rozmaitych technik dezinformacyjnych, przekazu dezawuującego atakowane państwo w oczach jego obywateli. I tak mieszkańcy Krymu oraz Donbasu dowiadywali się o tym, że władzę w Kijowie przejęła „junta”, więc pozostało im ratunku szukać u Rosjan.

O wojnie hybrydowej jest ostatnio głośno w kontekście tego, co robi reżim Aleksandra Łukaszenki na granicy Białorusi z krajami Unii Europejskiej. Tym razem orężem się stało uruchomienie fali migracyjnej.

W tym przedsięwzięciu nie ma nic tajemniczego. Taki wniosek się nasuwa choćby z tekstu „Operacja Śluza. Co naprawdę się dzieje na polsko-białoruskiej granicy”, opublikowanego przez białoruskiego dziennikarza Tadeusza Giczana w serwisie Waidelotte.

I tak autor twierdzi, że wszystko się zaczęło w maju bieżącego roku od uprowadzenia do Mińska samolotu Ryanaira przez białoruskie KGB. Przypomnijmy, aresztowany został wtedy białoruski opozycjonista Raman Pratasiewicz. W odpowiedzi UE rozszerzyła sankcje wobec Białorusi. To z kolei skłoniło Łukaszenkę do podjęcia kroków eskalujących konflikt z Unią. Polityk oznajmił wprost: „Zatrzymywaliśmy narkotyki i migrantów [na granicy z UE] – teraz sami będziecie ich łapać”.

Giczan powołuje się na to, co mówią byli oficerowie białoruskich resortów siłowych, którzy po ubiegłorocznych wyborach prezydenckich w ich kraju odeszli ze służby i opuścili swoją ojczyznę. Według nich – relacjonuje dziennikarz – „akcja z przerzucaniem migrantów przez granicę Białorusi z UE została opracowana jeszcze w latach 2010-2011 i nazywa się Operacja Śluza. (…) 10 lat temu miało to na celu wymuszenie od Europy haraczu na wzmocnienie granic (swoją drogą skuteczne, bo Białoruś rzeczywiście dostała od UE dziesiątki milionów euro na ten cel)”.

Ponieważ ów proceder – z udziałem KGB, OSAM (Samodzielnej Służby do Zadań Specjalnych –białoruskiej jednostki wojsk pogranicza) i rosyjskiego FSB – nie był zgodny z obowiązującym prawem, na Białorusi podjęto śledztwo, które następnie kazano umorzyć. „Teraz skala tej operacji została znacznie zwiększona” – czytamy w tekście. Tyle Giczan.
Afgańscy uchodźcy na pograniczu polsko-białoruskim 19 sierpnia 2021. Fot. Attila Husejnow / Zuma Press / Forum
Nielegalny masowy napływ przybyszów z Azji ma wywołać destabilizację na wschodniej flance Unii i NATO. Stąd prosty wniosek, że środowiska, które w Polsce kontestują politykę rządu mającą na celu nie dopuścić do takiej groźnej sytuacji, zachowują się po myśli ludzi organizujących białoruską operację.

Łukaszenka szermuje retoryką przypominającą propagandę uprawianą przez Kreml w stosunku do Ukrainy. Funkcjonariuszom służb litewskich zajmujących się migrantami zarzucił torturowanie kobiet i dzieci. Nazwał ich „faszystami” i „nazistami”. Znamienne, że takich samych lub podobnych epitetów używają w Polsce „obrońcy demokracji” pod adresem sprawujących władzę prawicowych polityków.

Warto zatem się zastanowić nad tym, czy tylko przybysze z Azji są przez reżim w Mińsku traktowani jako broń przeciw krajom UE. W interesie Łukaszenki jest robienie czarnego piaru politykom, którzy stają mu na przeszkodzie. Gdy zatem rzecz dotyczy Polski, chodzi o uderzenie w decydentów dążących do powstrzymania fali migrantów. A takim uderzeniem są w Polsce rozmaite inicjatywy, które podważają zaufanie obywateli do rządu w sytuacji niebezpieczeństwa dla państwa.

Kiedy krytykowane są konkretne posunięcia władzy, wówczas mamy do czynienia z debatą publiczną. Jej uczestnicy się spierają – czasem nawet bardzo ostro – ale czynią to po to, żeby rozwiązywać zaistniałe problemy.

Inaczej jednak jest w przypadku, w którym rządowi odbiera się legitymację do wykonywania swoich zadań poprzez oskarżanie go o prowadzenie zbrodniczej polityki. Wtedy jakakolwiek dyskusja przestaje być możliwa.

W Europie od początku pandemii COVID-19 uaktywniły się ruchy antyszczepionkowe. Tymczasem już w roku 2018 dziennikarz Rhys Blakely na łamach brytyjskiego dziennika „The Times” wskazywał, że cieszą się one poparciem Kremla, którego narzędziem są internetowe trolle. Jako przykład podana została promowana w mediach społecznościowych opinia, że szczepienia przeciw odrze, śwince i różyczce wywołują autyzm. Rozpowszechnianie rozmaitych kuriozalnych teorii prowadzi do tego, że w społeczeństwach krajów zachodnich podważone zostaje zaufanie do instytucji, które odpowiadają za ochronę zdrowia publicznego.

Niedawno w Polsce część antyszczepionkowców przeszła od słów do czynów. Wszczyna rozróby w punktach, gdzie przeprowadzane są szczepienia przeciw COVID-19.

Antyszczepionkowcy alarmują, że Polsce grozi „sanitaryzm”, który próbuje jej narzucić – za pośrednictwem rządu polskiego – czołowa siła globalnego kapitalizmu – Big Pharma. Głoszą poglądy wpisujące się w serwowaną przez Kreml i białoruski reżim narrację o złym Zachodzie. A więc uzasadnione są rozważania nad tym, czy mamy tu do czynienia z ruchami, z których działalności odnosi korzyść Łukaszenka.

Oprócz antyszczepionkowców są jednak grupy, których domniemane sprzyjanie reżimowi w Mińsku wydaje się dużo mniej oczywiste. Tak jest właśnie w Polsce z kręgami lewicowymi i liberalnymi. W nich Łukaszenka i Władimir Putin uchodzą za strasznych dyktatorów i wrogów Zachodu. Dlaczego zatem dociekać, czy i w tym przypadku chodzi o środowiska, z których aktywności użytek czerpie prezydent Białorusi?

Chodzą za nami agenci KGB

Wspomnienia korespondenta polskiej gazety z kraju Łukaszenki.

zobacz więcej
Polityczne elity państwa białoruskiego cechuje taka sama mentalność, jaka charakteryzuje rosyjski polityczny establishment. Warstwę rządzącą w Mińsku tworzą – tak jak na Kremlu – ludzie wychowani w Związku Sowieckim, którzy na wielu istotnych polach opierają się okcydentalizacji. A to oznacza, że kulturę polityczną białoruskiego reżimu można rozpatrywać w kategoriach, w których rozpatruje się kulturę polityczną Rosji.

I tu warto sięgnąć do tekstu Włodzimierza Bączkowskiego „Uwagi o istocie siły rosyjskiej”, który się ukazał na łamach kwartalnika „Wschód-Orient” w roku 1938. Autor w okresie międzywojennym zajmował się rozpracowywaniem sowieckiej agentury wpływu. Robił to zaś jako ekspert w Instytucie Wschodnim w Warszawie – placówce będącej zapleczem badawczym struktury wywiadowczej, jaką stanowiła słynna „Dwójka”, a więc Oddział II Sztabu Głównego Wojska Polskiego.

Zdaniem Bączkowskiego, rosyjski dyskurs polityczny został ukształtowany przez średniowieczne jarzmo Złotej Ordy na ziemiach ruskich. W efekcie Rosjanie przejęli od ludów Dalekiego Wschodu (Chińczyków, Mongołów) metody podboju obcych terytoriów.

W tekście Bączkowskiego czytamy: „Głównym rodzajem broni rosyjskiej, decydującym o dotychczasowej trwałości Rosji, jej sile i ewentualnych przyszłych zwycięstwach, nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową”.


Inną lekturą, która rzuca światło na obecne wydarzenia, może być powieść Vladimira Volkoffa „Montaż” z roku 1982. Autor był nie tylko pisarzem, ale i oficerem francuskiego wywiadu. W swoich książkach scharakteryzował metody KGB.

W „Montażu” Volkoff wskazał ważny dla funkcjonariuszy tej sowieckiej służby starożytny chiński traktat. To „Sztuka wojny” Sun Tzu. Jednym z zawartych w tym dziele zaleceń jest inicjowanie działań skutkujących demoralizacją w społeczeństwie atakowanego państwa.

Jeśli przyjąć założenie, że reżim w Mińsku postępuje zgodnie ze standardami rosyjskiej kultury politycznej, to nasuwa się wniosek, że ruchy LGBT i feministki w Polsce chcąc nie chcąc sprzyjają Łukaszence, choć deklarują zgoła co innego.

Na Marszach Równości i demonstracjach Ogólnopolskiego Strajku Kobiet skandowane są pod adresem przeciwników politycznych słowa „j…bać” czy „wyp…dalać”. Rzecz jasna wulgaryzmów nie brak w przestrzeni publicznej i uciekają się do nich zwolennicy wszystkich opcji politycznych. Sęk jednak w tym, że po stronie lewicowej i liberalnej takie zachowania zaczęły usprawiedliwiać osoby opiniotwórcze. A to jakiś publicysta na Twitterze wrzucił osiem gwiazdek, a to jakaś pani psycholog w pewnej gazecie wyjaśniała, że wobec zaostrzenia ustawodawstwa antyaborcyjnego kobiety mają prawo wyrażać swoje emocje. Kiedy zaś autorytety oswajają społeczeństwo z hejtem, to tym samym je demoralizują.

Pójdźmy dalej. W Polsce ruchy LGBT i feministki walczą o to, żeby do życia publicznego wprowadzić nową moralność. Ta zaś zakłada między innymi, że zachowania seksualne nie podlegają ocenie, a prawo do aborcji, czyli zabicia dziecka nienarodzonego, jest godnym afirmacji elementarnym prawem człowieka.
Protest organizacji Strajk Kobiet w październiku 2020 w Warszawie. Fot. Robert Pastryk / Zuma Press / Forum
Aktywność organizacji tęczowych i feministycznych spotyka się z reakcją dużej części społeczeństwa, która ich żądania odrzuca. Przykładem mogą być samorządowe uchwały przeciw promowaniu, lansowanej przez ruchy LGBT i feministki, nowej moralności. Dochodzi do konfrontacji. W jej wyniku formułowane są kłamstwa o tym, że samorządy ustanawiają „strefy wolne od LGBT”, czyli że na obszarach, które tym samorządom podlegają, wprowadza się zakaz przebywania osób należących do mniejszości seksualnych.

Kłamstwa te jednak idą w świat. W efekcie Unia Europejska piętnuje Polskę za „homofobię” (także poprzez odbieranie funduszy samorządom). A z perspektywy reżimów w Mińsku i Moskwie można po pierwsze – z satysfakcją ogłosić wszem wobec, że ich wróg, czyli państwo polskie, ma w relacjach ze swoimi sojusznikami poważne kłopoty, po drugie zaś – propagandowo uderzyć w UE jako siedlisko tęczowej dekadencji.

Reasumując, przedstawiciele lewicowych i liberalnych środowisk w Polsce mogą się mocno upierać, że Łukaszenka i Putin to w ich oczach ikony politycznego zła, ale wyrażanie takiego stanowiska nie wystarczy. Swoją postawą przypominają zachodnich pacyfistów okresu zimnej wojny. Ci zaś z troski o światowy pokój występowali przeciw władzom USA oraz innych państw NATO. I się skompromitowali. Weszli bowiem w przygotowaną dla nich przez Kreml rolę „użytecznych idiotów”.

– Filip Memches

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Aleksander Łukaszenka na balu bożonarodzeniowym w grudniu 2018 roku tańczy z Miss Białorusi Marią Wasiliewicz. Fot. Nikolai Petrov\TASS via Getty Images
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Ten film zafałszował historię rewolucji w świecie win
Nawet Degustacja Paryska odbywa się tu w… jakimś ogrodzie na wsi.
Felietony Najnowsze wydanie
Chopin
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
W parku
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Czy da się pogodzić wiarę mojżeszową z lewacką ideologią?
Racje orędowników prawa do aborcji mogą być na gruncie judaizmu interpretowane jako pogańskie przesądy.
Felietony Poprzednie wydanie
Kwaśnych nie pijemy! Kiedy powinniśmy jednak za flaszkę zapłacić?
Kiedy i czy w ogóle dyskutujemy z sommelierem.