Historia

„Ulubiony spiker milionów Polaków”, który w PRL ośmielił się przemilczeć wizytę Chruszczowa

Wymyślił sobie, że spiker ma być poważny i uroczysty. „Czemu pan jest taki smutny? Nie spróbowałby się pan tak leciutko, od środka uśmiechnąć?” – zapytała go spotkana w studiu Hanka Bielicka. „Spróbowałem. I chwała kochanej Hani za to! To był mój pierwszy krok do pozytywnych osiągnięć w tym zawodzie” – ocenił później słynny lektor. Ten uśmiech od środka stał się znakiem rozpoznawczym Jana Suzina.

Podobno o wszystkim w życiu decydują przypadki. Tu było ich kilka. Dziewczyna, gazeta i chwilowa przerwa w pracy, dzięki której 25-letni inżynier architekt, jeden z członków zespołu projektującego warszawski MDM Jan Suzin potwornie się nudził i… jesienią 1955 roku został prezenterem Telewizji Polskiej. Wtedy jeszcze nadającej trzy razy w tygodniu (w poniedziałki, środy, piątki) oraz wyjątkowo każdego dnia podczas Wyścigów Pokoju i V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie (codzienna emisja programu ruszyła 1 lutego 1961).

„Patrzyłem to przez okno na Ogród Saski, to na pustą rysownicę i licho mi podsunęło myśl o telewizji. Zacząłem sobie pomalutku wyobrażać, jak powinien wyglądać taki poszukiwany «spiker telewizyjny»” – wspominał legendarny prezenter, a spisane przez niego opowieści ukazały się pośmiertnie, w tym roku, pod tytułem „Nieźle się zapowiadało”. Prekursor tego zawodu w PRL znalazł bowiem owego nudnego dnia ogłoszenie, które brzmiało: „Naczelna redakcja programu telewizyjnego ogłasza konkurs na spikera…”.


Zobaczył je najprawdopodobniej w nieistniejącej już popołudniówce „Express Wieczorny”. Raczej nie w „Życiu Warszawy” (też się już nie ukazuje), które czytał nieprzerwanie od 1945 roku, bowiem w jego ocenie ten dziennik „starał się być gazetą poważną i nonsensów nie drukował”. A dla Suzina, podobnie jak dla wielu osób w tamtym czasie, obecność telewizji w Warszawie i w ogóle w Polsce jawiła się jako nonsens.

„Przecież to w Polsce nie istnieje. Wiadomo, że gdzieś w dalekim i bogatym świecie lecą w przestrzeń obrazy zamienione w kropki czy też kropki zamienione w obrazy, a i tak nie wiadomo, czy to prawda. Ale w Warszawie? Skąd? Jak? W jaki sposób? Nikt przecież o tym nie słyszał” – opowiadał z humorem swe dawne emocje.
Do wspomnianej gazety i pracowej nudy dołączyła dziewczyna, dawna znajoma, którą po latach przypadkiem spotkał w tramwaju. To ona po kurtuazyjnej wymianie zdań i pytaniu: „Co robisz?”, odpowiedziała, że pracuje w telewizji. Zanim wysiadła, rzuciła mu na odchodne: „Janek, ogłosiliśmy konkurs na spikerów, zgłoś się, chyba byś się nam nadał”.

Do końca życia

Tą dziewczyną spotkaną przez Suzina w tramwaju była Olga Lipińska. „W tamtym czasie spotkałam Janka, mojego sąsiada z Saskiej Kępy, i tak zaraziłam go entuzjazmem dla telewizji, że zamiast do Biura Projektów skręcił na plac Warecki, i pozostał tam do końca życia” – wspomina reżyser i scenarzystka w publikacji poświęconej początkom Telewizji Polskiej.
Pierwszy dyżur Jana Suzina – Doświadczalny Ośrodek Telewizyjny na Pl. Wareckim, 26 listopada 1955. Fot. Zygmunt Januszewski, PAT/arch. TVP
Jak wyglądała tamta telewizja, którą oprócz Lipińskiej tworzyli wielcy reżyserzy, m.in. profesor Aleksander Bardini, Jerzy Antczak, Adam Hanuszkiewicz czy Erwin Axer i jego stryj, malarz i scenograf Otto Axer, a chwilę później również Jan Suzin i jego sławne koleżanki, jak Edyta Wojtczak oraz Krystyna Loska? Lipińska uważa, że od powstania skupiali się na „rozjaśnianiu w głowach rodakom”.

„Zakładaliśmy, że nasz widz jest inteligentny i nie daruje nam łatwizny. Pamiętajmy, że jeszcze za twarz trzymała nas cenzura. Kiedy kilka lat później wyjechałam na stypendium do paryskiej telewizji, byłam zdumiona miałkością jej programów artystycznych i rozrywką pod publisię, wyjąwszy programy literackie i publicystyczne. Tu z kolei byłam zdumiona, że mogli mówić o wszystkim. Jako dziecko cenzury zastanawiałam się: kto im to puścił?! Nikt. Sami sobie puścili” – pisała.

Suzin zaś wspominał, że na tych pierwszych twórców telewizji patrzył jak na „kapłanów wiedzy tajemnej”. Ale bez tremy, bo szanse na wejście w ich świat oceniał już na samym początku „na zero”. Chciał po prostu zobaczyć studio telewizyjne, a tymczasem przeszedł wszystkie przesłuchania i został jednym z dziesięciu pierwszych zaproszonych „do współpracy” z telewizją, wyłonionych spośród dwóch tysięcy kandydatów na prezenterów.

Każdy z wybrańców miał inny zawód. Łączyło ich to, że poprawnie posługiwali się językiem ojczystym, znali trochę języków obcych i nie paraliżował ich obiektyw kamery. No i że pojęcia o telewizji nie mieli żadnego. Jak pisał Suzin, ostro się za nich zabrano – uczono ich a to techniki telewizyjnej, a to aktorstwa, a to dykcji i interpretacji czy zachowania przed kamerą, ale tak naprawdę musieli wypracować własne, nieznane nikomu do tej pory standardy.

„Była to jedna wielka partyzantka, a właściwie ruletka, w której w dodatku nie było wiadomo, czy numer wyszedł i ile wynosi wygrana. To ostatnie zresztą nie miało dla nas żadnego znaczenia. Chcieliśmy tylko w to grać i graliśmy. I nic już nie było w stanie nas od tego oderwać. «Wizyta u zwariowanych chałupników» – tak pisał o nas „Express Wieczorny”. I miał rację. Byliśmy właśnie tacy” – przyznał Suzin.

Podczas jego pierwszego dyżuru nic szczególnego się nie wydarzyło. Wiedział, gdzie ma stanąć, co powiedzieć, a gdy już zadebiutował i zrobił swoją pierwszą zapowiedź, do studia wparował tłum kolegów i skomentował na gorąco wszystko, co się przed chwilą wydarzyło. Całej ekipie chodziło o to, by jak najszybciej uzyskać prawidłowy obraz spikera telewizyjnego, takiego z krwi i kości. „Ale jak on miał naprawdę wyglądać, nie wiedział nikt. Nawet nasi profesorowie” – stwierdził Suzin.

Dlaczego Polacy kochają, gdy na filmach gadają

Czy kiedy w pokoikach na wysokim piętrze Pałacu Kultury w latach 50. rodziła się polska telewizja, ktoś pomyślał, że lektor stanie się naszą narodową specjalnością?

zobacz więcej
Jak przyznał, te pierwsze antenowe eksperymenty nie były najlepsze. On sam wymyślił sobie, że spiker ma być poważny i uroczysty. „Czemu pan jest taki smutny? Nie spróbowałby się pan tak leciutko, od środka, uśmiechnąć?” – zapytała go kilka miesięcy później spotkana w studiu Hanka Bielicka. „Spróbowałem. I chwała kochanej Hani za to! To był mój pierwszy krok do pozytywnych osiągnięć w tym zawodzie” – ocenił słynny lektor.

Siła w gracji i doskonałej polszczyźnie

Nie bezmyślny „cheese”, ale właśnie ten uśmiech od środka stał się znakiem rozpoznawczym Jana Suzina. Podobnie, jak „mówienie do jednego człowieka”, zaczerpnięte z radia.

– Wydaje mi się, że Jan Suzin, ale też Edyta Wojtczak czy Bogumiła Wander, to ikony nie tylko prezenterstwa, bo owo określenie „prezenter”, „prezenterka” nie oddaje w pełni kalibru tych postaci, które wtedy i do lat 90. zeszłego wieku pojawiały się na ekranach telewizorów. To legendarne ikony polskiej telewizji. Legendarne, bo nie do podrobienia, choć wielu próbowało, jak również dlatego, że dziś już takiego sposobu prowadzenia programów nie ma i nie będzie – mówi dr Anna Jupowicz-Ginalska, medioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jej zdaniem ciepło i estyma, z którą wspomina się dziś owe telewizyjne legendy, wynika z tego, że choć były one niezwykle powściągliwe, to kryło się za tym „bardzo dużo czułości względem widza”. – Mam wrażenie, że ta ogromna kultura, wypowiadanie się z gracją, kunsztem, operowanie językiem polskim, było ich siłą. Dziś niestety odpowiednie wysławianie się, ta zjawiskowa polszczyzna, zanika, jeśli chodzi o osoby publiczne czy celebrytów – dodaje specjalistka od mediów.

Kiedy Jan Suzin zaczynał swoją przygodę z TVP, to co szumnie nazywano „telewizją” składało się z jednego ciasnego pomieszczenia zwanego studiem, w którym były dwie kamery i mnóstwo reflektorów oraz z kilkunastu pokoików, gdzie mieściły się redakcje. Do tego, jak pisał, dochodziły „wiecznie nawalające telekino i jeden słabiutki nadajnik”.

W programie królował głównie teatr i jego małe formy, z czasem dochodziły miniwykłady oraz zalążki quizów. Na antenie zaczęły się też pojawiać Polskie Kroniki Filmowe oraz filmy fabularne i krótkometrażówki. O bezpośrednich, żywych transmisjach nikomu się jeszcze wówczas nie śniło. Gdy wreszcie pojawiły się „Wiadomości Dnia”, składały się z kilku, kilkunastu informacji zaczerpniętych z prasy lub wytelefonowanych z Polskiej Agencji Prasowej. Odczytywał je dyżurny spiker, a ilustrowane były zdjęciami, przynoszonymi od czasu do czasu z miasta przez fotoreportera „Życia Warszawy” Krystiana Barcza – rozwieszano je na tekturce przed kamerą. Z czasem propozycji dla widzów było więcej i spikerzy musieli odnajdywać się w nowej rzeczywistości.
– Gdy pomyślimy, w jakim kierunku zmierzają niektóre programy telewizyjne, jak dużo jest w niej tzw. bikini shows, to nie jestem przekonana, czy odnalazłyby się w tym takie legendy, jak Suzin albo Wander. I czy w ogóle chciałyby takowe programy zapowiadać. Jestem z tego pokolenia, które bardzo dobrze pamięta ich zachowanie przed kamerą, to, jak Suzin potrafił nie tylko za pomocą werbalnego przekazu, ale też mową ciała nakierować widza, czy zapowiadany program jest dobry, czy też daną pozycję można sobie po prostu darować – mówi dr Jupowicz-Ginalska.

W sieci internetowej do dziś krąży wiele fragmentów zapowiedzi programów w wykonaniu Jana Suzina. Fakt, że spiker rzeczywiście potrafił podpowiedzieć widzowi, czy to będzie pozycja warta obejrzenia, najlepiej potwierdza jego zapowiedź filmu z Arnoldem Schwarzeneggerem:

„Filmu, który zobaczymy za chwilę, nie polecałbym raczej osobom o łagodnym usposobieniu. Jest to bowiem film brutalny, ta brutalność jest być może z przymrużeniem oka, niemniej jednak jest. A ja osobiście nie jestem zwolennikiem brutalności w kinie, w telewizji. Uważam, że dziś pod koniec XX stulecia, kiedy wszyscy jesteśmy w taki czy inny sposób stresowani, potrzeba nam raczej trochę ciepła, łagodności, trochę – ja wiem – może nawet wzruszeń. Ciągle jestem zwolennikiem tezy, że melodramat ma przed sobą kolosalną przyszłość. No, ale cóż, rzecz gustu. Dlatego też zwolenników mocny wrażeń oraz pana Schwarzeneggera zapraszamy na film «Ścigany»”.

Współczesnemu widzowi trzeba wyjaśnić, że nie chodziło o „Ściganego” (The Fugitive) z 1993 roku, gdzie grali Tommy Lee Jones i Harrison Ford, tylko o „Uciekiniera” (The Running Men) z 1987 roku – film science-fiction na podstawie powieści Stephena Kinga, w którym USA mniej więcej w drugiej dekadzie XXI wieku są dyktaturą. Suzin nie czytał, mówił z głowy.

Wojenne filmy, rodzinne sekrety i radziecki dygnitarz

Podobnie było w innych jego zapowiedziach: chętnie dzielił się swoimi sympatiami z widzem. Choć nie wszystkimi. Nie ukrywał, że prócz melodramatów „uwielbiał filmy lotnicze”, a „zacierał ręce”, gdy był to film lotniczy wojenny. Ale już szeroko nie opowiadał swych rodzinnych, walecznych historii.
Chętnie dzielił się swoimi sympatiami z widzem – na przykład, że uwielbia melodramaty i wojenne filmy lotnicze ¬– ale już szeroko nie opowiadał swych rodzinnych, walecznych historii sprzed wojny. Fot. Zygmunt Januszewski TVP TVP/EAST NEWS
Przyszły prezenter był prawnukiem filarety i zesłańca syberyjskiego Adama Suzina, którego postać Adam Mickiewicz przywołał na początku pierwszego aktu Dziadów – części III. Ojcem spikera był zaś prof. Leon Marek Suzin, podchorąży w wojnie polsko-bolszewickiej 1920, odznaczony Krzyżem Walecznych za udział w bitwie nad Bzurą w kampanii wrześniowej 1939. Architekt oraz wykładowca Politechniki Warszawskiej przed i po wojnie, pracował przy odbudowie stolicy, był autorem pierwszego i współautorem drugiego projektu Pomnika Bohaterów Getta w Warszawie, a w 1956 roku wraz z synem przygotował i kierował odbudową kościoła garnizonowego przy ul. Długiej 13/15,

Leon i Jan Suzin razem trzymali też w PRL pewną tajemnicę. Na przełomie 1944 i 1945 otrzymali do przechowania sztandar, który ukryli w grobowcu rodzinnym na Powązkach. Sprasowany, owinięty wstęgą, włożony do łuski, zalakowany i zaspawany w mosiężnej tulei, przeleżał tam prawie 60 lat. W 2009 roku, podczas przebudowy grobowca, wydobyto go i przekazano Muzeum Wojska Polskiego. Spodziewano się weksylium oddziału Armii Krajowej działającego na Wileńszczyźnie, a okazał się być sztandarem 6. Pułku Ułanów Kaniowskich, oddziału kawalerii I RP, rozformowanego w 1939 roku, kiedy to brał udział m. in. w obronie Warszawy.

Być może te tradycje spowodowały, że w stanie wojennym Jan Suzin był jednym z niewielu prezenterów, którzy nie występowali w mundurze. Wykręcił się… Edytą Wojtczak, której partnerował na wizji. Aby nie rzucało się w oczy, że spikerka jest po cywilnemu, i jego zwolniono z obowiązkowego umundurowania.

Antena pod specjalnym nadzorem

„Wasza jednostka została zmilitaryzowana” – usłyszeli od wojskowych 13 grudnia 1981 roku pracownicy Telewizji Polskiej.

zobacz więcej
Prezenter zachwycał swoich kolegów, starszych i młodszych, tym, jak potrafił wybrnąć z trudnych sytuacji. Czasem nawet takich, które – jak opowiada Halszka Wasilewska, reporterka, autorka i prowadząca programy w TVP, gdzie zaczęła pracę w roku 1979 – mogły się skończyć bardzo źle dla całej ekipy realizującej program. Jedna z nich dotyczy lat wcześniejszych – wizyty w Polsce radzieckiego dygnitarza, generała Armii Czerwonej, I sekretarza KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (1953–1964) i premiera ZSRR (1958–1964).

Halszka Wasilewska: – To, że w tekstach przygotowywanych do odczytania na wizji zdarzały się pomyłki, bo pośpiech, bo trzeba zdążyć, było na porządku dziennym. Suzin naprawdę zachował zimną krew i wykorzystał na sto procent swoje umiejętności, gdy dostał do odczytania tekst: „Odlatując z Warszawy Nikita Chruszczow oświadczył, że dołoży wszelkich starań do przygotowania trzeciej wojny światowej”. Redaktorowi, który ten tekst opracowywał, wypadła fraza: „aby nie dopuścić do…”. Suzin podniósł tę depeszę, rzucił na nią okiem i…odłożył na bok, na oczach widzów, w ciszy. Zaraz po zejściu z anteny zaczęły się krzyki, dlaczego opuścił tę wiadomość. Wtedy on ze stoickim spokojem odpowiedział: „Bo chyba nie nocowalibyśmy dzisiaj w domu”. Gdyby nie jego umiejętność ogarnięcia całego tekstu spojrzeniem, rzeczywiście nie byłoby ciekawie.

Nie bywałby na ściankach

Choć Wasilewskiej nie dane było bezpośrednio pracować z Suzinem, wspomina go nie tylko jako legendę telewizji, ale też człowieka bardzo dobrze wychowanego, ze świetną kindersztubą.

– Proszę zauważyć, że on, chociaż podpowiadał widzowi, co warto obejrzeć, a czego nie, nie onieśmielał go, nie wpędzał w kompleksy. Miał wyczucie, na ile może sobie pozwolić: z jednej strony poklepywał widza po plecach, jak starego znajomego, ale z drugiej wiedział, że nie wolno mu w tym przekroczyć pewnej granicy. W efekcie nawet gdyby zdarzyła mu się jakaś ewidentna wpadka na wizji, to osoba po drugiej stronie ekranu by mu ją wybaczyła. A może nawet by nie zauważyła – uważa reporterka.

– On nie musiał być ideałem, ale w oczach widzów był. Dziś jest inaczej. Nie chcę powiedzieć, że każda, ale dużo wpadek gwiazd, celebrytów jest wychwytywanych od razu i maglowanych na wszystkie możliwe strony – dodaje.
Architekt-prezenter do końca życia mieszkał z żoną Alicją Pawlicką na Saskiej Kępie w małym, niespełna 40-metrowym mieszkanku. Na zdjęciu śniadanie małżonków w 1992 roku. Fot. Michał Kułakowski / Forum
Jej zdaniem wynika to również z faktu, że ludzie mają powoli dosyć celebryctwa i rzekomych ideałów, które wbrew pozorom takie nie są. – Gdyby Suzin był gwiazdą tych czasów, to myślę, że o jego prywatnym życiu nikt by dziś zbyt wiele nie wiedział. Miał je dla siebie. Nie bywałby też na ściankach i nie prezentował chodaczków za 10 tysięcy złotych, bo uważałby to za mało smaczne – sądzi Wasilewska.

Pracę na wizji Jan Suzin zakończył dokładnie po 41 latach i przeszedł na emeryturę. „Pierwszy dyżur miałem 26 listopada 1955 roku, a ostatni 26 listopada 1996. Edyta, odchodząc, zrobiła wieczór pożegnalny, ja zdecydowałem, że wyjdę po cichu. Na zakończenie dyżuru powiedziałem jak zwykle: «Życzę państwu dobrej nocy», wyszedłem ze studia i już nie wróciłem” – opisywał ten ostatni dzień.

Czy era takich spikerów i prezenterów z XX wieku, z lat 60. do 90., skończyła się bezpowrotnie? – W tej formie, w której robione było to kiedyś, zapewne tak, bo też i sama telewizja mocno się zmieniła. Ale mam wrażenie, że niektórzy prezenterzy wciąż czerpią z tych starych, dobrych wzorców – ocenia dr Jupowicz-Ginalska.

– Skoro rozmawiamy o Suzinie, wspominamy jego styl, to ten „zakurzony” wzór wciąż wzbudza emocje, skłania do sentymentalnych podróży. A to znaczy, że został ocalony od zapomnienia i wciąż wzbudza zainteresowanie. Myślę, że dobrze by było, gdyby te złote czasy polskiego prezenterstwa były wzorem dla wielu i by przypominać sobie o nich częściej – podkreśla medioznawczyni.

Pięć technologii i problemów, które 30 lat temu przewidzieli twórcy „Sondy”

Karierę Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego przerwał tragiczny wypadek samochody: 29 września 1989 r. obaj zginęli pod Raciborzem, jadąc na kolejny materiał popularyzujący naukę.

zobacz więcej
W swoich wspomnieniach Suzin opisał sytuację z pogrzebu twórców „Sondy” Andrzeja Kurka i Zdzisława Kamińskiego, którzy zginęli w wypadku samochodowym w 1989 roku. W pogrzebie brało udział tysiące żałobników. Gdy czoło konduktu docierało do cmentarza, z kościoła wciąż wylewał się tłum. Obok Suzina szedł Tony Halik. „Popatrz, co warte jest ludzkie życie. Jedna chwila i co po nas zostaje? Nic. Zupełnie nic” – powiedział do Suzina. „A to?” – spytał Suzin pokazując otaczających ich ludzi. „Tak. Masz rację. Chyba to” – odpowiedział Halik.

Takie tłumy żegnały też Jana Suzina, „ulubionego spikera milionów Polaków”, jak o nim pisano w 2012 roku, gdy w wieku 82 lat zmarł po długiej chorobie. Przyszły go pożegnać i Krystyna Loska, i Edyta Wojtczak, i Bogumiła Wander.

Wiele lat później okazało się, że nie tylko nigdy nie porzucił pasji architekta i kochał rysowanie, ale że jego hobby było także pisanie. Nieświadoma tego żona lektora, Alicja Pawlicka, odnalazła w domowym archiwum maszynopis Jana Suzina. I zaproponowała Arkadom – które w 1974 r. opublikowały książkę jego ojca Leona Marka Suzina „Perspektywa wykresowa dla architektów” – wydanie opowieści słynnego spikera o narodzinach telewizji. Niedawno się ukazały.

– Początki telewizji w naszych domach to były pojedyncze dni emisji, wybrane godziny. Ludzi w tym szklanym okienku była garstka, a ich twarze i nazwiska znaliśmy i znamy do dziś wszyscy. To, co robili, nas widzów integrowało: przychodziliśmy do siebie na telewizję, a te spotkania zawsze kończyły się rozmowami w towarzystwie twarzy z ekranu, takich jak właśnie Suzin, bo przecież uważaliśmy ich za członków tych spotkań czy dystyngowanych znajomych. To była magia telewizji i tych osób, które były pionierami „małego okienka” i stworzyły swoją markę nie do podrobienia – podsumowuje Halszka Wasilewska.

– Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Jak mówi medioznawca, Jan Suzin to „zakurzony” wzór, ale skłania do sentymentalnych podróży. Co znaczy, że został ocalony od zapomnienia. Fot. arch. TVP/PAT
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Setki manifestantów utopionych w rzece? Fakty czy legenda
Prezydent przyjął wersję wydarzeń przygotowaną przez komunizujących historyków.
Historia Najnowsze wydanie
Ścięty na gilotynie. Śląski męczennik
Dlaczego młody ksiądz został oskarżony o zdradę stanu?
Historia Poprzednie wydanie
Polska pod obcym protektoratem. Suwerenność reglamentowana
Skoro sami Polacy zaprosili „zagranicę” do ingerencji, trudno, żeby nie skorzystała.
Historia Poprzednie wydanie
Sybiraczka z rodu Mickiewiczów
Dwa tygodnie po śmierci synka przyszła paczka od męża przez Czerwony Krzyż z Persji. Myślałam, że mnie to zabije. Czemu nie przyszła wcześniej!
Historia Poprzednie wydanie
Miał kmicicowatą naturę. Pierwszy rzucał butelkę z benzyną
Śmierć przyszła po Baczyńskiego wcześniej, i to na polu chwały, a nie w ubeckich kazamatach, jak dopadła „Anodę” Rodowicza.