Kultura

Narodowy komunista, reżyser, autor „Hubala”. Czy diabłu palił tylko ogarek, czy zaprzedał mu duszę?

Ten film naprawdę się Bohdanowi Porębie udał. A nie powinien był. Kazimierz Kutz po premierze podszedł do Poręby i wypalił: „No i co, Bodziu, udało ci się wreszcie tę twoją Polskę w d... wycałować?”

TVP Kultura pokaże 1 września 2021 o godz. 20 film „Hubal” z 1973 roku w reżyserii Bohdana Poręby.

Wielbicielom kina nazwisko Poręby kojarzy się właśnie z „Hubalem”. Zainteresowanym historią najnowszą Polski i żyjącym polityką z zupełnie czymś innym. Czy pozaekranowa aktywność reżysera może przeszkadzać w bezstronnej ocenie jego dorobku twórczego. Nie tylko może, ale i przeszkadza.

Ułani Rakowieccy

Jest wiosna 1980 roku i jakby coś przeczuwając – Sierpień ‘80 – grupa działaczy PZPR, składająca się z artystów, naukowców i dziennikarzy postanawia, że czas zewrzeć szeregi. Powinno być więcej cukru w cukrze, żeby strawestować kwestię pracodawcy Marysi z filmu „Poszukiwany, poszukiwana” Stanisława Barei, czyli więcej komunizmu w praktyce rządzenia władz PRL. Jeszce więcej? Właśnie tak – komunizmu narodowego, poważnego, zasadniczego i twardego.

Dawni członkowie PZPR przyznają, że było coś takiego, jak komunizm narodowy. Ci, którym zrębów teorii przystępnie w PRL udzielała prasa, obowiązkowo każda szkoła i uczelnia oraz Dziennik Telewizyjny mogą uznać termin za oksymoron. Choć komunizm narodowy był niezgodny z podstawami marksizmu, to od czego przesławna dialektyka i mądrości etapów?

Czego konkretnie chcieli ci partyjni artyści, naukowcy i dziennikarze tuż przed końcem epoki Gierka? Otóż żądali, między innymi, zaprzestania grania w teatrach sztuk Sławomira Mrożka i Witolda Gombrowicza – a wyzuty z pryncypiów ustrojowych gierkowski PRL pozwalał grywać tych emigrantów.

Dalej filmowcy, historycy, publicyści i aktywiści, określający się w apelu „patriotyczną lewicą” domagają się nie nagradzania filmów Andrzeja Wajdy, Agnieszki Holland i Edwarda Żebrowskiego. Chcą, aby zrobić porządek z kabaretem „Pod Egidą”, w którym „wyszydza się podstawowe wartości socjalizmu i prowadzi nie przebierającą w środkach agitację antyradziecką” oraz zaznaczyli, że tygodniki „Polityka”, „Kultura” (warszawska) i „Literatura” popierają autorów „występujących z pozycji nieżyczliwych cudzoziemców”.

Apel podpisały 44 osoby, a wśród nich były dwa znane ogółowi nazwiska – Bohdan Poręba i jego Hubal, Ryszard Filipski. Bohdan Poręba był nie tylko reżyserem „Hubala”, dwugodzinnego filmu o majorze kawalerii Henryku Dobrzańskim, ale i szefem zespołu filmowego „Profil”, jednego z ośmiu zespołów produkujących w PRL filmy. „Profil” był prezentem od władz dla Poręby właśnie za „Hubala”, który w kinach miał dwanaście milionów widzów, a wiele emisji telewizyjnych powiększyło wydatnie tę liczbę.
Bohdan Poręba na planie filmu "Hubal". Fot. Roman Sumik/ Forum
Środowisko filmowe nazywało pracujących w „Profilu” Ułanami Rakowieckimi, łącząc w jedno „Hubala” z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych, które mieściło się przy ulicy Rakowieckiej i od 1968 roku było uważane za zaplecze partyjnego betonu. Z samego Poręby niemiłosiernie kpiono, stanowił negatywny punkt odniesienia i bycie przeciwko niemu było podstawą towarzyskiej poprawności.

Śmierć Dygata

Trzeba przyznać, że reżyser zrobił sporo by na swój los zasłużyć. Był członkiem Komisji Kolaudacyjnej, która decydowała o ocenie filmów, a z tym się wiązała liczba kopii i zakres rozpowszechniania. Oceny komisji bywały wskazówkami dla cenzury, która żądała zmian – choć cenzura miała tu własną inicjatywę nie do przecenienia – mogły schować film w ograniczonym rozpowszechnianiu, a nawet skierować na półkę na wiele lat, nawet na zawsze, czyli do końca PRL.

Głos Bohdana Poręby liczył się dla władz. Członkowie PZPR dzielili się na zawodowych funkcjonariuszy, zwanych działaczami, a przez ogół aparatczykami, zwykłych partyjnych i mocno partyjnych. Poręba był mocno partyjny, miał zaufanie i poparcie betonu czyli w Komitecie Warszawskim PZPR, wśród niektórych członków Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR i wielu członów KC. Filmowcy wspominają, że budził lęk pomieszany z pogardą.

To Bohdanowi Porębie przypisuje się, że film Ryszarda Bugajskiego „Przesłuchanie” był w latach osiemdziesiątych rozpowszechniany tylko nieoficjalnie na kasetach video. Film, po raz pierwszy mówiący o metodach „pracy” stalinowskiej bezpieki, zdenerwował Porębę: „Na miłość Boską, jakimż symbolem pokolenia akowskiego jest ta kurwa na ekranie, przepraszam bardzo?”. Zasadniczemu i pryncypialnemu Porębie nie przyszło do głowy, że bohaterka filmu, Tonia, szansonistka śpiewająca frywolne piosenki, nie symbolizuje niczego, a to, że dostała się w tryby UB za nic, mówi więcej o systemie, niż gdyby była łączniczką AK, których miejsce wtedy za kratami było bardziej oczywiste.

Powszechnie obwiniano Bohdana Porębę za śmierć Stanisława Dygata. Reżyser na kolaudacji filmu „Palace Hotel” na podstawie książki Dygata „Dworzec w Monachium” straszył autorkę, debiutantkę procesem, bo: „Jeśli młody reżyser chce robić szmoncesy na temat narodu polskiego, to ja nie mogę tego znieść jako Polak”. Film opowiadał o okupacyjnej Warszawie w konwencji komediowej, co samo w sobie było dla Poręby niedopuszczalne. Minister kultury Janusz Wilhelmi zdecydował po kolaudacji o nierozpowszechnianiu filmu. Autorka, Ewa Kruk, wyemigrowała i zajęła się filmem dokumentalnym.

Na kolaudacji był Stanisław Dygat, którego serce nie wytrzymało posądzeń o antypolskość filmu – pisał do niego scenariusz – i miesiąc po kolaudacji pisarz zmarł na zawał. Środowisko uważało, że został zaszczuty.

Porębal został Zagajnym

Sztandar partii wyprowadzić. Dokąd poszli komuniści

30 lat temu przestała istnieć PZPR.

zobacz więcej
Bez tragicznych konsekwencji przebiegały natomiast kontakty Bohdana Poręby ze Stanisławem Bareją. Postulowane w wyniku kolaudacji zmiany w swoich filmach Bareja przeczekiwał i niekiedy wychodził na swoje. Film „Poszukiwany, poszukiwana” Poręba oceniał: „wszystkie postacie zmuszają nas do nienawiści, a reżyser wskazuje nam na płaskość tego świata, płaskość ludzi i to jest najbardziej przerażające (…) Chodzi mi o tę świnię, która chodzi po ulicy i z tego wynika, że wszystko jest ześwinione, łącznie z ludźmi, że oni są ześwinieni, nie zgadzam się z tym.”

Skeczowość i czysty nonsens stosowany przez Bareję nie były w guście Poręby, nie bardzo chwytał metafory i symbole. Koledzy ze studiów w łódzkiej filmówce zgodnie mówią o jego braku poczucia humoru. Podobno organizował on śpiewanie pieśni masowych, gdy oni próbowali posłuchać jazzu.

Bareja swoje kontakty z Porębą odreagował, i to jak! Reżyser Zagajny kręcący film „Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta” z „Misia” miał się nazywać Porębal, na co nie zgodziła się cenzura, ale inne „leśne” nazwisko naprowadzało widza na właściwy trop. Wątki porębowskie są też w „Zmiennikach” i „Alternatywy 4” Barei.

Wpływowy w latach komunizmu publicysta Krzysztof Teodor Toeplitz podsumował twórczość reżysera: „To nie był dobry reżyser. Zrobił jeden udany film „«Hubal». To miało świeżość ułańskiego ducha. Reszta to były knoty agitacyjne. Zlewają mi się w jeden film, ogólnie poręboidalny. Najśmieszniejsze, że Poręba uważał cały czas, że polemizuje z Wajdą czy z Munkiem”.

Niedobry reżyser, któremu wychodzi udany film – wypadek przy pracy, albo z warsztatem Poręby nie było tak źle, co w 1991 roku potwierdził Kazimierz Kutz. Kutz przez lata nie zostawiał suchej nitki na Porębie, ale gdy jako juror festiwalu w Gdyni zobaczył film „Siwa legenda” przyznał, że jest warsztatowo bardzo dobry. Jury dało temu filmowi nagrodę za kostiumy, bo jak wspominał Kutz, nie odważyło się dać ważniejszej.

Oprawcy żydowskiego pochodzenia

Robienie „knotów agitacyjnych” zdarzało się i innym reżyserom, czego po latach nikt im nie pamiętał. Za Bohdanem Porębą ciągnął się cień „Grunwaldu”. Bo 8 marca 1981 roku powstało Zjednoczenie Patriotyczne „Grunwald”. Tego dnia w kontrze do rocznicowych obchodów marca 1968 na Uniwersytecie Warszawskim pod dawną siedzibą Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ulicy Koszykowej odbył się wiec przypominający stalinowskie zbrodnie. Były plakaty z nazwiskami ofiar i z nazwiskami oprawców, w większości tych żydowskiego pochodzenia.

Gdy cała inteligencja publicznie w różny sposób – co umożliwiał karnawał „Solidarności” – potępiała wymuszenie emigracji na polskich Żydach, „Grunwald” widział w tym same pozytywy. Zdaniem Bohdana Poręby, który w III RP nie odciął się od swojej postawy z 1968 roku, była to repolonizacja życia publicznego i pierwsza dekomunizacja – musiało wyjechać wielu „cudzoziemców” pełniących niegdyś ważne funkcje w bezpieczeństwie, kulturze i administracji.
Kadr z filmu "Miś" w reżyserii Stanisława Barei, na zdjęciu scena z planu produkcji "Ostatniej paróweczki hrabiego Barry Kenta". Z lewej Ryszard Ochódzki (Stanisław Tym) ściska dłoń reżysera Bogdana Zagajnego (Janusz Zakrzeński), postaci, która początkowo miała na nazwisko Porębal. Fot. TVP
Zjednoczenie Patriotyczne mówiło o wrogich Polsce syjonistach, a tym terminem kryptonimowano po prostu Żydów. „Grunwald” był oskarżany nie bez racji o wskrzeszenie nastrojów antysemickich z roku 1968. Ideologia Zjednoczenia była prosta – syjoniści pracują dla Izraela, Izrael to politycznie mniej więcej to samo co Niemcy, a Niemcy – wiadomo, odwetowcy z Bonn.

Afiliowany przy PZPR „Grunwald” starał się ostrzec „Solidarność” przed KOR-em, bo tam uwili sobie gniazdo syjoniści, a samą PZPR przed liberałami w jej szeregach. Zjednoczenie Patriotyczne w zatknięciu flagi polskiej w Berlinie w 1945 roku upatrywało dopełnienia bitwy pod Grunwaldem. Patrioci ze Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” pomyślność Ojczyzny widzieli w nierozerwalnym sojuszu ze Związkiem Radzieckim, bo Zachód – jak uczy historia – zawsze zdradzi.

Do powielania tych poglądów partia powołała tygodnik „Rzeczywistość”, który w ilości początkowo 150 tysięcy egzemplarzy zalegał w każdym kiosku. Tygodnik odszedł do historii wraz z PRL-em.

Bohdan Poręba był założycielem i głównym działaczem „Grunwaldu” co wyjaśnia, dlaczego szanujące się jury nie odważyło się – samo przed sobą i środowiskiem – dać mu znaczącej nagrody za film „Siwa legenda”, a władze kulturalne już wolnej Polski nie odważyły się rozpowszechniać tego zupełnie niegrunwaldzkiego dzieła o tragicznym romansie w realiach siedemnastowiecznej kresowej Rzeczypospolitej. Karma „Przesłuchania” i „Palace Hotel” wróciła do Poręby.

Polonia Prostytuta

Gdyby Bohdan poręba był tylko reżyserem, to pewnie już w III RP, gdy zacierała się pamięć o słynnych kolaudacjach, traktowano by go inaczej. W nowej rzeczywistości po filmie „Siwa legenda” nie zrobił już żadnej fabuły, a chciał, choćby o Katyniu, czy księciu Józefie Poniatowskim. W jego filmach przed i po grunwaldzkich trudno dopatrzyć się szarż godnych Ułanów Rakowieckich. Profesor Antoni Dudek w jednej z wypowiedzi dla PAP: „ja muszę powiedzieć, że wbrew wielu ocenom nie uważam, że jego filmy były złe. Uważam, że powstawały w realiach bardzo silnych ograniczeń cenzuralnych, a mimo to starał się opowiadać o najnowszej historii Polski, o trudnych sprawach".

Inny specjalizujący się w dziejach najnowszych, historyk, profesor Jerzy Eisler wysoko oceniał film Poręby „Polonia Restituta”: „Bohdan Poręba, bliski władzy komunistycznej, potrafił zrealizować film, który sprawiedliwie oddaje racje poszczególnych aktorów politycznej rozgrywki z okresu walk o niepodległą Polskę.”

„Polonia Restituta” to trzy i półgodzinny film kinowy i zarazem siedmioodcinkowy cykl telewizyjny opowiadający o tym jak powstawała Polska w gabinetach światowych przywódców i na polach bitew w latach 1914-18. Film w kinach był tuż przed Sierpniem 1980, a w telewizji po odwołaniu stanu wojennego. Widownia miała szansę obejrzeć wiele więcej o odrodzeniu państwa po zaborach, niż oferowała jej nauka w szkole o dekrecie Lenina o prawie narodów do samostanowienia.

PRL? Dyktatura „prawdziwych Polaków”

Rozmówcom Krystyny Naszkowskiej chodzi o to, żeby wykazać, iż komunizm w Polsce miał tak naprawdę charakter… kryptoprawicowy.

zobacz więcej
Na budynku siedziby „Profilu” pojawił się napis; „Polonia Prostytuta” i tak też o filmie mówiono, no bo co innego mógł zrobić założyciel „Grunwaldu”. W oczy kolegów reżysera musiały też kłuć pieniądze wydane na produkcję, największe od czasów „Krzyżaków”. Bohdan Poręba był zaszufladkowany i nie miało znaczenia co i jak filmował. A co by nie filmował i tak było to czarnosecinnym nacjonalizmem.

Totalitarny oddział Hubala

Dla ludzi szukających pod każdą biało-czerwoną flagą zaczajonego bojówkarza ONR podejrzany mógł być i „Hubal”. Film o Majorze Henryku Dobrzańskim, który we wrześniu nie złożył broni i ze swoim Wydzielonym Oddziałem Wojska Polskiego walczył na Kielecczyźnie do końca kwietnia 1940 roku, czyli do swojej śmierci jest apoteozą honoru żołnierskiego i patriotyzmu. Odwołanie się w „Hubalu” do chwały oręża polskiego, poświęcenia i heroizmu budziły żywe emocje widowni przez lata spragnionej takiej opowieści. Hubalczycy zadali Niemcom znacznie większe straty, niż liczył ich oddział, a w filmie ułani szarżują zupełnie inaczej, niż w „Lotnej” Andrzeja Wajdy.

Dobrzański i jego żołnierze walczyli do końca w mundurach, bo mundur symbolizuje państwo. Major świadomie to demonstrował, a wielu w Polsce wierzyło wtedy, że wiosną ruszą się alianci. Tropiący Hubala Niemcy nazywali go szalonym majorem, ale nie był on szaleńcem, ani straceńcem. Nie przewidział, że wiosną ruszą się Niemcy – na Francję.

Stanisław Barańczak w paryskiej „Kulturze” napisał o „Hubalu” w 1974 roku, że oddział majora to miniatura totalitarnego państwa, a film jest pochwałą „silnego człowieka” w poetyce „balladowo-oleodrukowej”. Wiadomo co może oznaczać silny człowiek w totalitarnym państwie i jeszcze ten gust, oleodrukowy. Niby jeszcze nic strasznego, ale czuj liberalny duch!

Bohdan Poręba rzeczywiście chciał zrobić anty-„Lotną” i u niego ułani nie szarżują na czołgi, z dowódcą na klaczy, która jest magicznym symbolem śmierci. Poręba był realistyczny i przy tym nienudny. Ale – co trzeba zaznaczyć – Andrzej Wajda grał w innej lidze. Porównanie „Hubala” z „Lotną” to jakby zestawić jakiś udany filmowo i wzruszający romans z na przykład „Przyszłego roku w Marienbadzie” Alaina Resnais.

6 lat bez reżyserii

Dla Bohdana Poręby od początku kariery ważne były wątki narodowe i patriotyczne. I był tu konsekwentny. Pierwszym filmem po ukończeniu szkoły był „Apel Poległych”, film dokumentalny o walkach żołnierza polskiego na wszystkich frontach. Po raz pierwszy można było zobaczyć na ekranie (w roku 1956!) archiwalne materiały bitwy o Monte Cassino, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i Powstania Warszawskiego oprócz, oczywiście, znanego już ludowego Wojska Polskiego prącego na Berlin. Ten wyskok reżyserowi się upiekł, bo już szła odwilż polityczna.
Bohdan Poręba z synkiem i plakatem swojego filmu "Katastrofa w Gibraltarze" w sierpniu 1984. Fot. PAP/CAF/Witold Rozmysłowicz
Gorzej było z filmem „Daleka jest droga” (1963 r.) o dylematach żołnierzy generała Stanisława Maczka – wracać, czy nie wracać. Maczkowcy w filmie powinni się władzy podobać – za dużo piją, zajmują się handlem na czarnym rynku w okupowanych Niemczech, przegrane towarzystwo bez przyszłości. Jeden wraca do Polski, aby za pieniądze innego – fundusz powstały z wymuszeń haraczy na żołnierzach za przepustki – zbudować szkołę w rodzinnej wsi i zarazem zapędzić do niej wyrostków garnących się do lasu.

Bezsensowna strzelanina po pijanemu do drzew i przed siebie mówi o morale tego wojska to, co zdolna była dopuścić władza. Problem w tym, że dopuściła. Żadnych Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w polskim kinie do tej pory nie było i miało długo nie być. Ktoś okazał się mało czujny, a reżyser zapłacił sześcioma latami pauzowania w robieniu filmów. Wrócił do łask serialem telewizyjnym „Gniewko, syn rybaka” (1969 r.) o niewinnych Słowianach mordowanych przez Brandenburczyków.

Mimo długiego filmowego postu Bohdan Poręba potrafił nadal być niepoprawny. W „Hubalu” chciano wyciąć mu scenę wejścia oddziału w szyku wojskowym na mszę świętą do kościoła, gdzie na widok wojska lud pada na kolana przed mundurem i śpiewa „Boże coś Polskę”. Poręba groził wycofaniem nazwiska, uratował go generał Wojciech Jaruzelski, wówczas minister obrony narodowej i członek Biura Politycznego KC PZPR, a więc najściślejszego kręgu komunistycznej władzy. Widocznie nakazała to mądrość ówczesnego etapu – po pozbyciu się z kraju syjonistów należało zrobić jakiś gest wobec tego, co narodowi w duszy gra.

Zawsze był nacjonalistą

Bohdan Poręba urodził się w Wilnie w rodzinie legionisty, oficera WP i patriotyzm wyniósł z domu. Robił filmy wzmacniające polskość w czasach, kiedy nie było to łatwe, a nawet nie było w modzie. Nie do ustalenia jest teraz, czy swoim zapatrzeniem w demokrację ludową i Moskwę palił tylko diabłu ogarek czy zaprzedał mu duszę. Usprawiedliwienie Poręby będące po trosze oskarżeniem można znaleźć już po zmianie ustroju u Krzysztofa Teodora Toeplitza: „Poręba zawsze był nacjonalistą. Gdyby zaczynał swą działalność dzisiaj, nie byłoby żadnego problemu. Byłby w ZChN-ie albo w innej grupie prawicowej. Pisywałby w «Gazecie Polskiej», robiłby filmy takie, jakie robił wtedy. Przed laty swoje przekonania musiał wmontowywać w katechizm partyjny: program narodowy godzić z zaklęciami socjalistycznymi, wykonywać nawet gesty proradzieckie. Wykonywał je, bo taka była koniunktura".

Do „zaklęć socjalistycznych” zapewne (kto by miał odwagę to obejrzeć?) można zaliczyć film „Prawdzie w oczy”, żarliwy produkcyjniak, który Janusz Głowacki porównał prześmiewczo do „Czerwonej Pustyni” Michelangelo Antonioniego, ale – według felietonisty – bijący Włocha na głowę w skupieniu na istotnych dramaturgicznie szczegółach, na przykład ogniwie łańcucha w przeciążonej suwnicy. W „katechizm partyjny” wmontowany był również zapewne film „Gdzie woda czysta, a trawa zielona” o uczciwym młodym sekretarzu PZPR walczącym z prowincjonalnymi układami.

Czy PZPR była spadkobiercą polskiego nacjonalizmu

Spór Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza o PRL w istocie dotyczy również III RP.

zobacz więcej
Patriotyczne filmy Poręby dzisiaj, w czasach, kiedy kluczowe wydarzenia z najnowszej historii szczegółowo opisano, mogą się wydawać tylko ilustrowanymi wykładami, ale w czasach, kiedy były tworzone wprowadzały do powszechnej świadomości fakty i idee znane wtedy tylko historykom. Jeżeli z postaci znanych z dokumentów, podręczników i opracowań czyni się postaci filmu fabularnego, czy tylko fabularyzowanego, to papier, z którego są stworzone może szeleścić i na ekranie. Czy „Polonia Restituta”, „Jarosław Dąbrowski” czy „Katastrofa w Gibraltarze” mogły by się dzisiaj obronić w kinie?

Niebezpieczeństwo takie nie dotyczy tylko filmów Bohdana Poręby, ale całego gatunku. Choć profesor Jerzy Eisler chwali „Polonię Restitutę” za udane sceny batalistyczne i uważa ją za „potężny epicki film”, w którym „udało się uniknąć nadmiernego dydaktyzmu i historycznego prezentyzmu”, a racje poszczególnych polityków były starannie wyważone.

Czy film mógł się podobać nie tylko historykom? Dwie części, w sumie trzy i pół godziny? Niewielu go pewnie widziało, pojawił się na ekranach, gdy potencjalna widownia była zajęta czymś innym – czasy „Solidarności” – a cykl telewizyjny emitowany był w czasach gdy telewizję oglądano niechętnie – w latach po stanie wojennym.

Chrystus schodzi do Samoobrony

Obawy o nośność filmową historii na ekranie w ogóle nie dotyczą „Hubala”. Ten film się naprawdę Bohdanowi Porębie udał. A nie powinien był się udać. Kazimierz Kutz po premierze „Hubala” podszedł do Poręby i wypalił: „No i co, Bodziu, udało ci się wreszcie tę twoją Polskę w d... wycałować?”.

Bohdan Poręba zaufał partii po wydarzeniach marca 1968 roku, a partia jemu, znosząc filmową banicję. Wstąpił do PZPR w roku 1969. Na ostatnim zjeździe partii, tym, na którym wyprowadzono sztandar, głosował przeciwko jej likwidacji. Wstępował, kiedy inni występowali, wiernie popierał, kiedy inni już się dystansowali. W latach osiemdziesiątych aktorzy bojkotowali nie tylko telewizję, ale i produkcje zespołu „Profil” i samego Poręby. „Jak ja zagram u pana, to już u nikogo nie zagram” – usłyszał od Grażyny Szapołowskiej przy kompletowaniu obsady do niewinnego politycznie filmu „Penelopy” (1988 r.) o losach żon marynarzy.

Reżyser był nie tylko w PZPR i ZP „Grunwald”, także w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i Patriotycznym Ruchu Odrodzenia Narodowego. W III RP wspierał Stanisława Tymińskiego i Andrzeja Leppera. Starał się tworzyć środowiska narodowe i sceptyczne wobec Unii Europejskiej. Dla „Samoobrony” wyreżyserował widowisko „Zmartwychwstanie” przedstawione na zjeździe formacji w 2005 roku. To takie współczesne „Wesele” poprawiające Wyspiańskiego, bo pełne nadziei na przyszłość – chocholi taniec przerywa w finale Chrystus schodzący z krzyża i wchodzący na widownię, przed którym klęka sala i Przewodniczący. Autorką dramatu była poetka Lusia Ogińska, prywatnie partnerka aktora Ryszarda Filipskiego, filmowego Hubala.

Bohdan Poręba startował dwukrotnie bezskutecznie do parlamentu i do Rady Warszawy. Umarł w styczniu 2014 roku w zapomnieniu. Po „Siwej legendzie”, czyli od 1991 roku nie zrobił żadnego filmu. Nie pomogły kołatania do kolejnych ministrów kultury i premierów. Mówił w wywiadach, że ma szufladę pełną scenariuszy, czemu nie ma powodu nie wierzyć. Inny mógł by być jego los w III RP, gdyby w PRL ograniczył się do reżyserii.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


TVP Kultura 1 września 2021 o godz. 20 pokaże film „Hubal” w reżyserii Bohdana Poręby.
Sąd nad Hubalem
Zdjęcie główne: Kadr z filmu "Hubal" w reżyserii Bohdana Poręby, na pierwszym planie: Ryszard Filipski, na drugim planie od lewej: Stefan Szmidt, Andrzej Żółkiewski, Małgorzata Potocka. Fot. archiwum Filmu / Forum
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Przyśpieszony kurs przemian obyczajowych
„Teściowie” są znakomici. „The End” zjada własny ogon. „Czarna owca” jest gdzieś pośrodku.
Kultura Poprzednie wydanie
Człowiek, który wymyślił piekło
700 lat po śmierci Dantego świat czci jego geniusz, ale podąża w kierunku dokładnie przeciwnym, niż wskazywał włoski poeta.
Kultura Poprzednie wydanie
Francuzi opłakują w Belmondo swoją niegdysiejszą wielkość
Żyje jeszcze drugi francuski idol: Alain Delon, ale z nim mają relację o wiele mniej kumpelską.
Kultura Poprzednie wydanie
Co Gołas czytał z mankietów i czym popijał nalewkę o poranku?
Wielu pamięta go z filmów, wszyscy – z kabaretowej piosenki „W Polskę idziemy”.
Kultura Poprzednie wydanie
Nici z demokracji
Ile godzin musiała spędzić z igłą w ręku, żeby zaprotestować przeciw temu, co dzieje się w jej ojczyźnie?