Cywilizacja

Sajgon 2.0? Nie, gorzej. Upada mit o potędze Ameryki

Z bazy w Bagram żołnierze USA wycofali się ukradkiem, pod osłoną nocy, nie powiadamiając nawet swoich miejscowych sojuszników i… odcinając im prąd. Dla Afgańczyków stało się jasne, że sojusznik porzuca ich w pośpiechu, co podkopało morale i przyspieszyło marsz talibów.

A miało być tak pięknie. Ostatni amerykański żołnierz z 2,5 tysięcznego kontyngentu opuszcza Afganistan do 31 sierpnia 2021. Afgański rząd i wojsko zatrzymują atakujących talibów przez przynajmniej dwa, trzy miesiące (tak podawała telewizja CNN jeszcze w zeszłym tygodniu, powołując się na źródła wywiadowcze), a może i dłużej, biorąc pod uwagę coroczną przerwę zimową w walkach.

Joe Biden w czasie obchodów 20. rocznicy ataku terrorystycznego 11 września mógłby ogłosić oficjalne zakończenie 20-letnich „niekończących się wojen” na Bliskim Wschodzie. Słowem kolejny sukces tej administracji, zapewne rozdmuchany ponad miarę przez przyjazne Bidenowi media głównego nurtu.

Tymczasem z Kabulu przychodzą zdjęcia, które przywracają wspomnienia z upadku Sajgonu w 1975 r. Tysiące desperatów próbujących dostać się na lotnisko z zajętego przez talibów miasta. Lotnisko zmienione w wielką placówkę konsularną państw Zachodu, próbującą wyekspediować kogo się da poza kraj.

W miejsce wycofanych 2,5 tys. wojskowych USA, musi pojawić się dodatkowe 6 tysięcy żołnierzy 82. dywizji powietrznodesantowej, 10. dywizji górskiej oraz oddziałów interwencyjnych marines, zabezpieczających teren lotniska (z możliwością szybkiego przerzutu kolejnych tysięcy w razie nagłej potrzeby).

Dojście do terminali jest możliwe tylko przez punkty kontrolne talibów, dziesiątki tysięcy chętnych czekają na zewnątrz. Gdzieś w mieście i okolicach jest jeszcze 10 tysięcy, a może 15 tys. (tego nie wie nawet Departament Stanu) obywateli USA czekających na ewakuację. Ci ludzie w każdej chwili, gdyby doszło do wymiany ognia pomiędzy amerykańskim wojskiem a talibami, mogą stać się zakładnikami.

O totalnym chaosie mówią kolejni goście w telewizyjnych programach. Sen. Tom Cotton z Arkansas (sam służył w Afganistanie) mówi, że jego biuro ma kontakt „z setkami Amerykanów” pozostawionymi samym sobie przez administrację Bidena w kraju rządzonym przez talibów. Podobne historie opowiadają inni członkowie Kongresu, do których spływa – poprzez media społecznościowe, mejle i telefony – fala błagań o ratunek.

Oceniając obecną sytuację i plan ewakuacji z kabulskiego lotniska, ekspert od terroryzmu i dziennikarz Bill Roggio pisze, że „nie trzeba skończyć West Pointu ani być wielkim strategiem, żeby wiedzieć, że to przepis na katastrofę. Nawet podporucznicy wiedzą, że ten plan to pożar w b…u”. I dodaje: „cała nasza generalicja jest przegniła do spodu i należy ich rozliczyć”.
Afgańczycy wspinający się na mur otaczający lotnisko w Kabulu 16 sierpnia 2021. Fot. REUTERS TV / Reuters / Forum
„Nie mamy możliwości technicznych, aby tam polecieć i zabrać tak wielką liczbę ludzi” – mówi na konferencji sekretarz obrony Lloyd Austin z miną jakby był na pogrzebie. „Rząd Stanów Zjednoczonych nie może zapewnić bezpiecznego przejścia do lotniska” – to z kolei informacja Departamentu Stanu skierowana do obywateli odciętych w Afganistanie 18 sierpnia. „To największe upokorzenie, wstyd w historii naszego kraju” – grzmi dawno nie widziany w telewizji, a obłożony embargiem w mediach społecznościowych, były prezydent Donald Trump.

Wszystko zgodnie z planem…

Co poszło nie tak? Wszystko. Planowanie. I wykonanie. Odpowiedzialność? Na szczęście tu jest jasność – w amerykańskim systemie politycznym, wybierany co cztery lata przez naród prezydent ma pełną władzę nad władzą wykonawczą. Może powoływać na stanowiska kogo chce (w przypadku stanowisk na poziomie ministerialnym, ambasadorów i dowódców wojskowych – za zgodą Senatu), a także zwalniać i odwoływać w dowolnym momencie.

Oznacza to, że dziś całkowitą odpowiedzialność za przebieg akcji ponosi prezydent Joe Biden. Sam to przyznał w ostatnich wystąpieniach, choć oczywiście próbował klasycznego manewru politycznego: odziedziczyłem „po poprzedniku” umowę z talibami, którą zawarł „zły” Trump. Ale analiza wypowiedzi Bidena świadczy, że tak naprawdę nie ma sobie wiele do zarzucenia, a wszystko od początku szło i idzie zgodnie z planem.

Biden ogłosił 14 kwietnia, że pozostające w Afganistanie 2,5 tys. amerykańskich żołnierzy (od dawna nie uczestniczących w bezpośrednich walkach – ostatni dwaj Amerykanie polegli w walce 8 lutego 2020 r.) zostanie wycofanych przed 11 września. W maju talibowie rozpoczęli ofensywę.

8 lipca Biden podał konkretną datę zakończenia misji: 31 sierpnia. Wtedy też pojawiły się pierwsze porównania do Sajgonu. Na pytanie dziennikarza, czy zwycięstwo talibów jest „nieuniknione”, lokator Białego Domu odpowiedział, że nie, gdyż „siły afgańskie to 300 tys. dobrze wyposażonych żołnierzy, z siłami powietrznymi przeciw 75 tys. talibów”, którzy nawet „w najmniejszym stopniu” nie mają możliwości, jakimi dysponowała północnowietnamska armia.

„Żadnej. Zero. Nie zobaczycie obrazków ludzi zabieranych z dachu ambasady Stanów Zjednoczonych w Afganistanie. Tego w ogóle nie można porównywać” – mówił Biden z pewnością siebie, odpowiadając na pytanie o szanse powtórzenia sajgońskiego koszmaru w Kabulu. Problem polega na tym, że gdy to mówił, od sześciu dni Amerykanów nie było już w bazie lotniczej Bagram, zbudowanej jeszcze przez Sowietów, godzinę drogi od stolicy na północ, która była centrum logistycznym podczas dwudziestoletniej obecności USA i NATO w Afganistanie.

Wojskowi USA wycofali się stamtąd ukradkiem, pod osłoną nocy, nie powiadamiając nawet swoich miejscowych sojuszników i… odcinając im prąd. Dla Afgańczyków stało się jasne, że sojusznik porzuca ich w pośpiechu, co podkopało morale i przyspieszyło marsz talibów.

Będzie Emirat Afganistanu. Ale to nie są ci sami talibowie, co 20 lat temu

Afgańczycy wcale nie chcieli systemu, jaki narzucili im Amerykanie.

zobacz więcej
Nieco ponad miesiąc później było po wszystkim. Armia afgańska poszła w rozsypkę, oddając poszczególne miasta prawie bez oporu. Zwieńczeniem klęski było wkroczenie talibów do Kabulu w minioną niedzielę i ucieczka prezydenta Afganistanu z kraju. Jednak nawet gdy dyplomaci i żołnierze w pośpiechu niszczyli ważne dokumenty tuż przed opuszczeniem budynku ambasady, gdy śmigłowce przewoziły ludzi na lotnisko, amerykańscy oficjele nadal odrzucali historyczne analogie.

„Przecież to jasne, że to nie jest Sajgon. Przybyliśmy do Afganistanu dwadzieścia lat temu tylko w jednym celu: aby zająć się ludźmi, którzy zaatakowali nas 11 września 2001 r. i ta misja zakończyła się powodzeniem” – mówił sekretarz stanu Antony Blinken, jeden z architektów klęski w Kabulu. Nie chciał zauważyć tego, że na trasie ambasada – kabulskie lotnisko latają śmigłowce transportowe chinook, osłaniane przez uzbrojone helikoptery black hawks.

Porażka z „grupą hodowców kóz”

Tymczasem to, co dzieje się w stolicy Afganistanu, jest o wiele gorsze niż wydarzenia sprzed 46 lat. To nie tyle Sajgon 2.0, ile raczej „Sajgon na sterydach”. Gdy rankiem 30 kwietnia 1975 r. śmigłowce ewakuowały z terenu ambasady USA w Wietnamie prawie tysiąc Amerykanów i drugie tyle Wietnamczyków, popierane przez Waszyngton rząd i armia Wietnamu Południowego walczyły z komunistami samodzielnie już dwa lata. Ostatnie jednostki liniowe USA opuściły bowiem Indochiny w marcu 1973 r.

W dodatku ewakuacja Sajgonu okazała się sukcesem: udało się wydostać wszystkich obywateli USA przed wkroczeniem komunistów do miasta, podczas gdy w Kabulu przejętym przez talibów na ewakuację dalej czekają tysiące.

Nawet Sowieci po klęsce w Afganistanie mogli się pochwalić lepszym wynikiem. Po wycofaniu ostatnich żołnierzy 40. Armii wojsk sowieckich w lutym 1989 r., prosowiecki rząd Mohameda Nadżibullaha utrzymał się jeszcze przez trzy lata.

Ale są też pewne analogie. Tak jak jeszcze w zeszłym tygodniu podawane przez media przecieki ze źródeł wywiadowczych mówiły o możliwym upadku Kabulu w ciągu 90 dni, tak na miesiąc przed rozpoczęciem zwycięskiej ofensywy na Sajgon raporty CIA przekonywały, że Południowy Wietnam spokojnie przetrwa co najmniej do 1976 r.

Zdjęcia z Sajgonu’76 do dzisiaj są symbolem klęski Ameryki. Wydaje się jednak, że efekt wydarzeń w Afganistanie z ostatnich dni będzie jeszcze bardziej zabójczy dla wizerunku USA. Całymi dniami w świat idą obrazki chaosu, przemocy, totalnego upadku mitu Ameryki jako sprawnego i energicznego mocarstwa. Choć – co zakrawa na cud – do momentu, gdy piszę te słowa w czwartek, nie zginął przecież żaden Amerykanin ani nawet nie został ranny.

Jednak ocena sytuacji musi być jest nieubłagana: niezbyt zaawansowani cywilizacyjnie i technologicznie żołnierze Talibanu przegnali doskonale wyposażoną armię, wspieraną najnowocześniejszą technologią i uzbrojeniem made in USA. Uzbrojeniem, które teraz będzie służyło talibom.
Tłumy oczekujące na ewakuację na terenie ambasady USA w Sajgonie w 1975 roku obserwują śmigłowiec, który transportuje Amerykanów z dachu placówki na lotnisko. Fot. nik wheeler/Corbis via Getty Images
„Amerykańska siła, prestiż Ameryki zostały nieodwracalnie zniszczone przez ostatnie obrazki napływające z Afganistanu. Zmniejszająca się od dekady hegemonia Ameryki skończyła się na dobre w ostatni weekend w Kabulu. Nasi sojusznicy nagle zaczynają otwarcie pytać o kompetencje i niezawodność Waszyngtonu jako sojusznika. Musi niepokoić fakt, że rywale Ameryki – Iran, Rosja a przede wszystkim Chiny – które nawet nie kryją radości z katastrofalnej operacji Bidena wyjścia z Afganistanu, już nie boją się naszej militarnej potęgi, która straciła kilka pozycji w rankingu po starciu z grupą teokratycznych hodowców kóz” – napisał w komentarzu John Schindler, były pracownik wywiadu a obecnie komentator.

Licząc na litość talibów

Co dalej? Z wypowiedzi prowadzących amerykańską politykę nie bije optymizm (sekretarze obrony i stanu, szef sztabu połączonych sztabów) ani zdolność do refleksji, że coś poszło nie tak.

„Jestem przekonany, że nie można było tego zrobić lepiej (…) Pomysł, że istnieje jakiś sposób, żebyśmy wyszli nie powodując chaosu… nie wiem, jak to można by zrobić” – powiedział prezydent Joe Biden na pytanie dziennikarza „czy można było to zrobić lepiej, czy były błędy”.


Generał Mark Milley, szef sztabu połączonych sztabów sił zbrojnych: „Ani ja, ani nikt inny nie widział niczego, co wskazywałoby, że ten rząd i te siły zbrojne upadną w jedenaście dni”. Potwierdził tym samym, że generałowie opracowali tylko plany, które były w mniejszym lub większym stopniu optymistyczne. Jednocześnie zasugerował, że zamknięcie znajdującej się na uboczu bazy Bagram – która tak bardzo przydałaby się teraz, w czasach ewakuacji, zastępując kabulskie lotnisko – wynikało z konieczności trzymania się harmonogramu wycofywania wojska, w związku z czym po prostu zabrakło na jej utrzymanie żołnierzy. Politycy zdecydowali, wojsko musiało wykonać rozkaz.

„Będziemy pracować 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Weźmiemy każdego, kogo będziemy mogli ewakuować. Będziemy ewakuować, dopóki będzie to możliwe, dopóki nie minie termin, dopóki nie skończą się nasze możliwości” – powiedział sekretarz obrony Lloyd Austin. W tłumaczeniu na nasze: nie będziemy tam do ostatniego uratowanego Amerykanina, ale dotąd aż wystarczy litości talibów albo do dnia 31 sierpnia, wciąż wyznaczonego jako data ostatecznego wycofania się Ameryki z Afganistanu.

Ewakuacja obywateli amerykańskich oraz afgańskich sojuszników postępuje, ale przetransportowanie tysięcy ludzi będzie trwało tydzień, dwa, a może i dłużej. Problem polega na tym, że władze amerykańskie (kolejny dowód na niekompetencję) wciąż nie wiedzą, ilu ich jest, a częściowo nawet gdzie się oni znajdują.

Choć talibowie na razie specjalnie nie przeszkadzają, także i to może się zmienić. W każdej chwili istnieje możliwość prowokacji czy wybuchu walk, co będzie się wiązało z rozlewem krwi. Poza tym nie zapominajmy, że zbliża się 20. rocznica zamachów z 11 września 2001 r., co dla islamskich ekstremistów może być doskonałą okazją do jeszcze większego upokorzenia Ameryki. Słowem miało być wizerunkowe zwycięstwo prezydenta Bidena, a wyszła strategiczna klęska USA, której skutki możemy odczuwać na lata, a nawet dziesięciolecia.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Koszty 20-letniej wojny USA w Afganistanie (zestawienie Associated Press na podstawie wyliczeń Linda Bilmes z Harvard University’s Kennedy School oraz opracowania Brown University Costs of War Project):

Czy Biden sprzeda Polskę Putinowi? Eksperci uważają, że obecne władze USA już poufnie negocjują z Moskwą na wiele tematów

Amerykański prezydent będzie rozmawiał z rosyjskim przywódcą w czerwcu w Genewie.

zobacz więcej
• Polegli żołnierze amerykańscy: 2 448
• Polegli pracownicy amerykańskich firm zajmujących się bezpieczeństwem: 3 846
• Polegli żołnierze i policjanci państwa afgańskiego: 66 000
• Polegli żołnierze pozostałych wojsk NATO: 1 144
• Zabici cywile: 47 245
• Zabici talibowie: 51 191
• Zabici dziennikarze: 72
• Zabici pracownicy organizacji pomocowych: 444
• Wydatki bezpośrednie USA na wojny w Iraku i Afganistanie: 2 000 000 000 000 dolarów
• Wydatki na pomoc zdrowotną i opiekę nad 4 mln weteranów wojen w Iraku i Afganistanie (koszt rozciągnięty na lata – największe wydatki po 2048 r.): 2 000 000 000 000 dolarów
Zdjęcie główne: Amerykański boeing C-17 Globemaster III zabrał z lotniska w Kabulu 15 sierpnia 2021 ok. 640 pasażerów. Fot. Chris Herbert - U.S. Air Force v / Zuma Press / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Imigranci kolonizują Europę. Dzielnice z szariatem, ulice, na...
Trzeci świat został wpuszczony na nasz kontynent dzięki nowej religii praw człowieka.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dziecko i propaganda. Tak uśmiech, jak i ból służą do manipulacji
Prawdziwa może być buzia dziecka, łzy, bagna i las. A mimo to wszystko razem może być kłamstwem.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy covid zniknął z Japonii?
Nie bez znaczenia może się okazać genetyczna konstrukcja Japończyków.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czarna legenda nacjonalizmu
Uczyniono go głównym odpowiedzialnym za ksenofobię, wykluczenie, brak tolerancji. Czy słusznie?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kremlowska technologia władzy. Putinowski konserwatyzm
Prezydent Rosji nie odrzuca dziedzictwa sowieckiego, w tym również stalinowskiego.