Rozmowy

W nauce najważniejsze są kompetencje. Nie płeć czy preferencje seksualne

Siłą napędzającą naukę jest możliwość odważnego stawiania pytań i ich weryfikacji. Dziś poprawność polityczna często na to nie pozwala – mówi dr hab. Robert Kuba Filipkowski, profesor w Instytucie Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. Mirosława Mossakowskiego Polskiej Akademii Nauk.

TYGODNIK TVP: Prestiżowy kongres Polskiego Towarzystwa Badań Układu Nerwowego rozpoczyna się w Krakowie w środę 25 sierpnia 2021 od protestu wiceprezesa i jednego z głównych współorganizatorów. Dlaczego zdecydował się pan napisać list otwarty i wycofać się z komitetu organizacyjnego?

ROBERT KUBA FILIPKOWSKI:
Do agendy kongresu wprowadzono elementy o charakterze ideologicznym. Chodzi mi o panel poświęcony promocji mniejszości seksualnych „LGBTQIA+”, a także dwa wydarzenia poświęcone deklaracji ALBA opartej na ostatnio promowanej idei DIE (diversity, inclusion and equity – różnorodność, integracja i sprawiedliwość/równość wyników).

Chciałbym na wstępnie podkreślić: jestem zwolennikiem wzajemnego szacunku i ducha współpracy wśród kolegów i koleżanek naukowców bez względu na ich orientację seksualną. Jestem także zwolennikiem zapewnienia równości szans i równego traktowania. Problem tkwi jednak w szczegółach – propagowane są rozwiązania, które mają promować w nauce osoby nie ze względu na ich poziom naukowy, ale ze względu na przynależność do określonej grupy, np. kobiet lub osób homoseksualnych.

Wiąże się to z porzuceniem idei, że jesteśmy w stanie oceniać dorobek naukowy przede wszystkim na podstawie kryteriów merytorycznych. Godzi to w prestiż nauki. Dodatkowo działania te zostały podjęte bez konsultacji z członkami Towarzystwa. Podobnie jak poparcie deklaracji ALBA w styczniu 2021 r. przez Zarząd instytucji zrzeszającej najwybitniejszych polskich neurobiologów.

O tajemniczej deklaracji ALBA za chwilę porozmawiamy, ale skoro uczestnikami mieli być neurobiolodzy nie tylko z Europy Zachodniej, ale i świata, to nie czuje się pan jak osobnik wywracający stolik przed eleganckim przyjęciem jeszcze zanim przybyli goście?

Mój gest, o ile zostanie zauważony, będzie miał znaczenie jedynie na forum krajowym.

Natomiast warto wspomnieć o tym, że instytucje europejskie coraz częściej próbują przemycić w obszar swoich działań sprawy związane z ideologią. Jako naukowiec uważam, że nie należy tego bezkrytycznie przyjmować. Celem i sensem zjazdu powinno być poszukiwanie prawdy i dyskusja nad uzyskanymi wynikami naukowymi.

Pomysł, aby w konferencji naukowej znalazła się część poświęcona autoprezentacji przedstawicieli tak zwanych niedoreprezentowanych, lub nierzadko raczej rzekomo niedoreprezentowanych, mniejszości – czyli zaproszenie szeregu osób nie dlatego, że mają do przedstawienia ciekawe wyniki badań, ale dlatego, że należą do jakiejś grupy, jest nie na miejscu i jest to moim zdaniem po prostu degradujące dla tych osób. Działania polegające na odgórnym promowaniu jakiejś grupy, nieważne czy etnicznej, narodowej, religijnej czy seksualnej, w nauce i miejscach pracy, przynosi efekt odwrotny od zamierzonego, co widać na przykładzie niepowodzeń akcji afirmatywnej w USA.
Aktywiści LGBT demonstrujacy przed Uniwersytetem Warszawskim, rok 2020. Fot. Mateusz Włodarczyk / Forum
Dlaczego użył pan sformułowania „rzekomo niedoreprezentowanych”?

Bo w wielu przypadkach nie da się takiej reprezentacji właściwie ocenić. Kolejne badania polegające na wypełnianiu ankiet przynoszą na przykład różne liczby oddające społeczną reprezentację poszczególnych mniejszości. Czy liczbę osób LGBT+ należy więc w instytutach naukowych dostosowywać za każdym razem do wyników takich badań? Czy jeśli stwierdzimy ich nadreprezentację, należy kogoś wyrzucić z pracy, bo niedoreprezentowane są osoby heteroseksualne?

Wróćmy do deklaracji ALBA. Co w niej wydaje się panu problematyczne?

Głosi ona równość wyniku, czyli equity, przekonanie, że należy dążyć do równej reprezentacji grup społecznych np. w nauce. Chodzi więc nie o wyrównywanie szans i umożliwienie osiągnięcia sukcesu przez najlepszych i najlepsze, a o administracyjne zagwarantowanie odpowiedniej reprezentacji wybranym grupom społecznym – czyli o wyrównanie wyników kosztem kryteriów merytorycznych.

Z kolei w ramach dążenia do administracyjnie narzuconej różnorodności, czyli diversity, proponowane jest nakłanianie naukowców do deklarowania swoich preferencji seksualnych lub wymaganie takiej deklaracji jako warunku promocji lub otrzymania grantu, co uważam za niedopuszczalne. Wymóg wykazania się taką różnorodnością prowadzić będzie także do nadużyć i oszustw w sytuacjach, w których np. większą szansę na otrzymanie funduszy na badania będzie miała grupa naukowców, która wykaże, że jest wśród nich przedstawiciel mniejszości.

Nasuwają się pytania: czy wystarczy dowolna deklaracja pisemna jednej z osób? Czy urzędnicy instytucji grantowych będą sprawdzać, czy na pewno zadeklarowany biseksualista nadal nim pozostaje? Czy osoba, która stwierdzi, że jednak nie jest już np. homoseksualna, co się często obserwuje, zostanie pozbawiona uzyskanych przywilejów? To znaczy, czy spowodowany tym spadek różnorodności spowoduje odebranie grantu naukowego?

Wydaje się, że będzie w rezultacie mnóstwo niepotrzebnych, nowych problemów, które będzie trzeba rozwiązywać. Doświadczenia historyczne pokazują, jak straszne mogą być konsekwencje dzielenia ludzi ze względu na ich przynależność etniczną. Dlaczego mamy powtarzać te błędy wymyślając niepotrzebne nowe podziały!?

Wpadamy ze skrajności w skrajność: osoby LGBT+ kiedyś musiały się ukrywać z powodu prześladowań – co jest oczywiście haniebne – teraz będą zmuszone się określić i ujawnić, co również uważam za niewłaściwe. Dodatkowo twierdzenie, że administracyjne zwiększenie różnorodności przyniesie pozytywne skutki nie jest oparte na solidnych wynikach badań naukowych.

Nawet jeśli ktoś przyzna, że sprzeciw wobec przedstawionego przez pana systemu jest słuszny, to chyba jednak przypomina to walkę z wiatrakami? Co z opinią środowiska, czy znalazł pan poparcie choćby jednego Sancho Pansy?
Jestem pozytywnie zaskoczony poparciem wielu osób ze środowiska naukowego i ogólnym pozytywnym odzewem w postaci polubień na facebooku, gdzie swój list otwarty zamieściłem, gdzie był też wielokrotnie udostępniany. Niestety, sporo osób wyraża swoje gorące poparcie, ale jedynie w prywatnych wiadomościach lub rozmowach.

Chciałbym w tym momencie także dodać, że wszelkie ideologiczne spory ze znajomymi naukowcami przebiegały jak dotąd w atmosferze wzajemnego szacunku i zachowaniem kultury wypowiedzi, co stanowi miły kontrast z typową wymianą poglądów w ramach mediów społecznościowych.

Po co panu zaangażowanie tego rodzaju? Przecież w pańskiej dziedzinie, w neurobiologii, raczej nie ma miejsca na kwestie ideologiczne. Badanie roli białka ARC w ciele migdałowatym, trajektorii rozwojowych neuronów kory mózgowej, czy receptorów kontrolujących złożoność neuronalnych drzewek dendrytycznych u myszy (to wybrane tematy wykładów z konferencji) ma niewiele wspólnego sympatią bądź antypatią wobec grup LGBTQIA+?

Chciałbym stanowczo podkreślić, że nie chodzi tu o sympatie i antypatie, a o sposób organizacji funkcjonowania nauki i nas – naukowców. Kluczowy jest jednak rzeczywiście status nauk społecznych. Pojawiły się w nich modne koncepcje, takie jak intersekcjonalność. Są one oparte na wątłych podstawach filozoficznych i stanowią w rzeczywistości projekt polityczny a nie dyscyplinę czy koncepcję naukową.

Jak bardzo są też one nienaukowe pokazała prowokacja grievance studies czyli „nauk o pretensjach” dotycząca nauk społecznych opartych na poczuciu krzywdy. Trójka autorów, Helen Pluckrose, Peter Boghossian i James Lindsay, pokazała jak w ramach niektórych dyscyplin nauk społecznych posługując się naukowym żargonem można opublikować skrajnie nonsensowne, kontrowersyjne wyniki i koncepcje, m.in. fragment „Mein Kampf” sparafrazowany w języku feministycznym. Świadczy to przede wszystkim o degradacji wielu obszarów nauki a raczej o zawłaszczeniu nauki przez dyscypliny, które nauką nie są. Nie zauważyłem, by ta sprawa odbiła się większym echem w polskiej społeczności naukowej.

Wydaje się więc, ponownie, że naukowy mainstream skupia się na problemach często sztucznie wykreowanych, a nie zajmuje się problemami rzeczywiście trawiącymi świat nauki, czyli faktem, że większość wyników badań nie może zostać powtórzona przez inne laboratoria, że wyniki te przeważnie nie przekładają się na opracowanie rozwiązań praktycznych (na przykład nowych terapii), że stosujemy dziurawe założenia metodyczne, których sami nie przestrzegamy, że fatalnie funkcjonuje system recenzji, częste są po prostu oszustwa, których autorzy nie są ze środowiska usuwani. Z kolei uwikłanie naukowców w światopoglądowe spory, czy sympatie-antypatie polityczne dodatkowo obniża autorytet nauki.

Coś jeszcze panu przeszkadza w funkcjonowaniu współczesnej nauki?
Poprawność polityczna, która dyktuje, co wolno badać, a czego badać nie należy. Nawet w prestiżowym tygodniku „Nature” ukazał się w 2019 r. artykuł twierdzący, że szukanie różnic w budowie mózgu kobiet i mężczyzn jest pogonią za mitem, a naukowców, którzy wcześniej takie różnice pokazywali określono jako neuroseksistów. To szkodliwy precedens, w którym niepoprawne politycznie hipotezy naukowe są skazane na marginalizację, niedopuszczenie do realizacji badań czy do przyznania grantu.

Ale czy to ma jakieś znaczenie w praktyce?

Jestem przekonany, że dziś trudno byłoby uzyskać środki na wiele badań, np. badanie tego, jak samo wychowanie dziecka może wpłynąć na przyszłe zaburzenia jego tożsamości płciowej. Wiemy, że w rozwoju dzieci występują tak zwane okresy krytyczne. Wymagana jest odpowiednia stymulacja, by właściwie rozwinęło się funkcjonowanie zmysłu wzroku lub określone zachowanie.

W sytuacji, gdy niektórzy rodzice, podążając za modą, unikają informowania swoich dzieci o ich płci, jest możliwe, że prowadzi to do zaburzenia tożsamości płciowej, że nie mamy tu do czynienia z odkryciem tożsamości właściwej, ale z efektem braku odpowiedniego środowiska i stymulacji społecznej.

To otoczenie przekazuje dziecku informacje o jego płci, tak samo, jak w określonym czasie narzuca się dziecku posługiwanie się mową. Chociaż może w ramach kolejnych eksperymentów i mód postępowi rodzice uznają, że nie należy w sposób nacjonalistyczny narzucać dzieciom jakiegokolwiek języka. Wiemy już, że skutki byłyby opłakane.

Na razie z rosnącym niepokojem obserwuję, jak kolejne zachodnie gwiazdy filmowe z dumą oświadczają, że ich dziecko ma zaburzenia identyfikacji płciowej, a gazety wychwalają je za tolerancję i otwartość.

Olbrzymią siłą napędzającą naukę jest możliwość odważnego stawiania pytań i ich weryfikacji. Dziś mamy taki klimat, że poprawność polityczna często na to nie pozwala. Co więcej, bywa że gdy niektórym grupom aktywistów wyniki jakichś badań wydają się niewygodne, są one przez nich torpedowane, uniwersytety nakłaniane do wycofania poparcia dla swoich pracowników, autorzy zmuszani do wycofywania swoich publikacji.

Nie jest pan naiwny albo oderwany od rzeczywistości? Kilka dni temu krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza powołała zespół ds. przyjęcia Gender Equality Plan (GEP czyli Plan Równości Płci), idąc zresztą w ślady wielu innych polskich uniwersytetów.

Nie wydaje mi się, by przyjmowanie wymyślonych przez urzędników rozwiązań, które mają rzekomo poprawić sytuację dyskryminowanych grup przyniosły pożądane rezultaty. GEP to centralnie wprowadzany europejski plan dla nauki, który można by nazywać nową socjalistyczną „sześciolatką” (śmiech). Porównanie jest nieprzypadkowe, gdyż proponowane rozwiązania przypominają PRL-owskie punkty za pochodzenie.
Plan równościowy na lata 2021–2027 został zatwierdzony przez Radę Naukową Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych. Odtąd, bez uznania postulatów GEP, żadna instytucja naukowa nie może wnioskować o granty w konkursach z programu Horyzont Europa. I znów muszę powiedzieć, że zupełnie nie zgadzam się z tym, aby europejscy urzędnicy decydowali o tym, ile ma być kobiet, a ile mężczyzn w zespołach badawczych, czy jaki odsetek doktorantek musi być na wydziale budownictwa.

W treści dokumentów GEP uderza też problem kwestii językowej; różnice w rozkładzie płci nazywa się „tendencyjnością” czy uprzedzeniem (czyli bias), które mają być wynikiem „dyskryminacji”. Co oznaczać by miało na przykład, że chemicy organicznie i ewidentnie są bardziej dyskryminujący niż np. biolodzy – ze względu na obecny wśród tych naukowców większy bias. Oznaczałoby to także, że dyskryminują mężczyzn psycholożki, a idąc dalej… pełne dyskryminacji są pielęgniarki, a jeszcze bardziej – górnicy.

Nie wygląda to poważnie. Wprowadza się i propaguje niepotrzebny język krzywdy i winy. Zauważyłem też, że ideologicznie motywowani aktywiści, także w moim środowisku, żonglują informacjami lub wynikami naukowymi, lub posługują się jedynie tymi, które są wygodne dla ich twierdzeń. Gdy na jednym wydziale uniwersytetu zatrudnionych jest więcej mężczyzn, mowa jest o rzekomej dyskryminacji. Gdy taka różnica występuje w naukach ścisłych, inżynierii czy budownictwie, to uznane jest za niesprawiedliwość, ale gdy na studiach pedagogicznych, psychologicznych, pielęgniarskich, czy opieki społecznej większość stanowią kobiety, nikt nie głosi dyskryminacji mężczyzn. Podstawy naukowe twierdzenia, że diversity przyniesie zyski są mniej niż skromne. Z kolei koszty wprowadzenia diversity – ogromne.

Nie jest pan pierwszy. Już 100 lat temu byli konserwatywni pracownicy nauki, którzy sprzeciwiali się równouprawnieniu i np. obejmowaniu katedr przez kobiety.

Sto lat temu katedrę na Sorbonie piastowała Maria Skłodowska-Curie , której nikt nie pomagał ani nie ułatwiał kariery. Ponadto dwukrotna noblistka unikając wywiadów twierdziła, że w nauce liczą się fakty a nie ludzie. Udowodniła jednak, że kobiety mogą być i są wspaniałymi naukowcami bez a nawet wbrew regulacjom administracyjnym, że ich obecność w świecie nauki jest niezwykle cenna i pożądana.

Znów uważam, że popadamy w skrajność – z sytuacji, w której utrudniano karierę naukową kobietom przechodzimy do sytuacji, w której chcemy ją sztucznie ułatwić, czyli tym samym planujemy utrudnianie kariery mężczyznom, zwłaszcza że środki przeznaczane na naukę są ograniczone. A są one trwonione na wprowadzanie niedookreślonych zasad parytetu, na opracowanie i nagłaśnianie inicjatyw jak wspomniana wcześniej ALBA.

Urzędnicy europejscy i aktywiści, zamiast skupić się na organizacji warunków do rozwoju nauki teraz planują, jak wydać mnóstwo pieniędzy, aby w imię ideologii równouprawnienia wprowadzać nowe standardy.
Małżeństwo naukowców, noblistów i cyklistów, Piotr Curie i jego żona Maria Skłodowska-Curie w roku 1895. Fot. Hulton Archive/Getty Images
Wydaje się, że naukowcy będą - na przykład - zobowiązani do udziału w szkoleniach dotyczących nieuświadomionych uprzedzeń (unconscious bias tranings), które mają charakter programu politycznego, opierają się na nieuprawnionej naukowo interpretacji badań z dziedziny psychologii społecznej, takich jak te uzyskane Testem Utajonych Skojarzeń (IAT) opracowanym na Uniwersytecie Harvarda, od której zdystansowali się nawet sami autorzy testu. O takich szkoleniach wspomina deklaracja ALBA. W moim przekonaniu działania takie prowadzą do obniżenia prestiżu kobiet w świecie naukowym.

Skupianie się na płci naukowców prowadzi do tego, że sam obserwując panele i inne naukowe gremia, zaczynam zastanawiać się, czy określona pani naukowiec znalazła się w jakimś gronie dlatego, że jest świetnym naukowcem, czy dlatego – że jest kobietą, a organizatorzy nie chcieli być posądzeni o seksizm. Zdaję sobie sprawę, że taka optyka jest krzywdząca dla wielu moich znakomitych i znakomitszych ode mnie koleżanek. Niestety do tego to wszystko prowadzi.

Dlatego też nie mogę przestać dziwić się koleżankom naukowcom, że zgadzają się być traktowane jako te, które oficjalnie nie dają sobie rady w świecie nauki, dla których należy stworzyć osobne kategorie – jak w sporcie – i którym należy pomóc poprzez rodzaj przymusu administracyjnego. Dla mnie byłoby to uwłaczające.

Ale przyzna Pan, że przewaga mężczyzn wśród największych naukowych autorytetów w każdej dziedzinie nauki jest bezdyskusyjna?

To jednak w znacznym stopniu wynik wielu poprzednich dekad, kiedy większość badaczy, zwłaszcza w dziedzinach technicznych i naukowych, stanowili mężczyźni, ale także wyniki preferencji i odmiennych wyborów życiowych kobiet i mężczyzn oraz tradycyjnie ugruntowanych ich ról społecznych. Sytuacja ta zmienia się naturalnie, ewolucyjnie czyli powoli.

Przewaga mężczyzn, o której Pan mówi, jest więc wynikiem m.in. uwarunkowań historycznych, natomiast często przedstawiana jest jako przede wszystkim wynik dyskryminacji, a wspomniane męskie autorytety – na czele i ostatecznie wraz z komitetem noblowskim – oskarżane są o kierowanie się przede wszystkim seksizmem, co z kolei jest niepotrzebnym nadużyciem i wprowadzaniem optyki wojny płci.

Teraz na przykład w moim środowisku większość osób piastujących stanowiska kierownicze to kobiety. Olbrzymia większość doktorantów też stanowią kobiety. Ta tendencja się nasila z roku na rok. Być może wkrótce trzeba będzie powołać organizacje zachęcające mężczyzn do wyboru kariery naukowej.

Warto pamiętać też o tym, że największe dysproporcje w udziale kobiet i mężczyzn na uczelniach technicznych i wśród, na przykład, pielęgniarek występują w krajach o największym równouprawnieniu płci, co określane jest jako paradoks nordycki.
Walka z faktem, że w krajach, w których jest większa możliwość wolnego wyboru kobiety i mężczyźni wybierają odmienne ścieżki rozwoju zawodowego wydaje mi się szaleństwem organizacyjnym i finansowym. Oznacza to, że im bardziej wolne społeczeństwo, tym więcej będzie trzeba ponieść kosztów, także kosztów społecznych, by zlikwidować rzekomo niepożądane różnice i uzyskać równość wyników (czyli equity).

Hasło o „braku równości płci” jest według mnie przykładem sloganu, którym posługują się aktywiści i politycy w celu promocji swojego programu i zwiększenia własnych wpływów; w przeszłości były to idee „nierówności klasowej” lub „ciemiężenia proletariatu” – za każdym razem chodzi o przekonanie słuchaczy, że jakaś grupa jest poszkodowana przez inną i trzeba jej „pomóc”.

A może obawia się pan, że mężczyźni naukowcy stracą? Choćby finansowanie z grantów. Tajemnicą poliszynela jest to, że wy naukowcy znakomitą część dochodu pozyskujecie nie ze skromnych etatów, ale jednak ze środków przyznawanych na badania...

Wszyscy stracimy – jeśli środki, które mogłyby być przeznaczone na badania, będą przeznaczone na programy wyrównywania szans i pomocy mniejszościom. Można oczywiście patrzeć na ten ideowy spór jako na walkę o to, czy więcej pieniędzy trafi do kobiet czy do mężczyzn naukowców. Uważam jednak, że system powinien działać tak, by więcej pieniędzy trafiało do ludzi jak najbardziej kompetentnych w swoich dziedzinach, drugorzędne jest to, jaką będą reprezentować płeć lub preferencję seksualną.

Może się okazać, że w wielu dziedzinach dominującą rolę zaczną lub nadal będą odgrywać kobiety. Nie należy w tym przeszkadzać urzędowymi programami, a w centrum zainteresowania „funduszodawców” powinien być po prostu człowiek, naukowiec, jego/jej osiągnięcia, dorobek i potencjał, a nie przynależność do grupy społecznej.

Teraz zaś obserwuję w ramach środowiska naukowego nowe podziały, atmosferę i słownictwo wojenne wraz z nowomową i sformułowaniami typu „manel” (czyli panel, w którym przewagę liczebną mają mężczyźni) lub „manferencja” (konferencja, w której prelegentów jest więcej niż prelegentek), które są otwarcie pejoratywne i seksistowskie. Jak rozumiem, chodzi o podkreślenie, że w nauce jest dominacja mężczyzn i zapewne ze względu na seksizm samych organizatorów zostali zaproszeni do prelekcji i uczestnictwa. Czasem to przybiera wymiar nagonki. Wspomniany już tygodnik „Nature” w artykule z 2019 r. wychwalał „tropienie maneli”.

Ale liczby mówią same za siebie. Kobiet jest mniej wśród profesorów!

Co ma, jak wspomniałem, przyczyny historyczne. W poprzednich dekadach było po prostu mniej kobiet, które wybierały kariery w naukach ścisłych. Mam często wrażenie, że wyznawcy „równości” najchętniej pozbyliby się tych profesorów, którzy psują nam statystyki równościowe. Myślę też, że problem jest bardziej złożony.
Zastanawiam się, czy fakt, że mężczyźni dominują wśród posiadających ten najwyższy tytuł naukowy, w liczbie cytowań prac naukowych (co uważa się za miarę ich znaczenia) i wreszcie w wysokości uzyskiwanych grantów (czego z kolei nie obserwuję w Polsce) może wynikać także z różnic osobowościowych i biologicznych pomiędzy naukowcami obu płci.

Z naturalnych przyczyn kariera wielu kobiet jest zaburzona przez czas poświęcony na urodzenie i wychowanie dzieci — to przyczyna bezdyskusyjna i warto po prostu wprowadzać konkretne rozwiązania wspomagające rodziców. Bezdyskusyjne jest także to, że mężczyźni są, statystycznie, bardziej skłonni do ryzyka i rywalizacji, więc także podejmowania się ambitniejszych i pozornie niewykonalnych projektów. Gdy kobieta mierzy siły na zamiary, mężczyzna często podejmuje ryzyko i czasem zdarza się, że kończy spektakularnym sukcesem lub cichą porażką. To też o tyle ciekawe, że może być potwierdzeniem występowania różnic osobowościowych pomiędzy kobietami i mężczyznami.

Takie wnioski i hipotezy się jednak nie pojawiają. Domyślam się, że są niepoprawne. Inna sprawa, jakie są koszty takiej walki. Przypomnę, że w Polsce samobójstwa mężczyzn są wielokrotnie częstsze niż kobiet, mężczyźni umierają ponad 2 razy częściej na zawał serca niż kobiety, częściej ich sukces jest okupiony stresem, problemami z uzależnieniem.

Wracając jednak do meritum – kluczowe w nauce powinno być obiektywne promowanie najwyższych kompetencji. Zupełnie nie jest ważne, czy lek na raka, skuteczną szczepionkę przeciw śmiertelnej chorobie, czy rozwiązanie kryzysu klimatycznego zaproponuje przedstawiciel takiej czy innej grupy społecznej.

Czy to oznacza, że z mniejszym udziałem kobiet w niektórych obszarach nauki trzeba się po prostu pogodzić?

Nic takiego nie powiedziałem. Uważam, że należy wprowadzać sprawiedliwe, przejrzyste warunki i zasady rozwoju naukowego zapewniające równe szanse wszystkim zainteresowanym. Rozwiązania takie powinny opierać się na wynikach badań a nie założeniach ideologicznych. Tymczasem często bywa odwrotnie.

W 2017 r. jeden z inżynierów firmy Google James Damore zachęcony w ramach szkolenia antydyskryminacyjnego do przedstawienia informacji zwrotnej napisał w wewnętrznej notatce firmy, że to nie dyskryminacja jest głównym powodem, z którego wśród inżynierów zatrudnionych w firmie kobiety stanowią mniejszość.

Uzasadnił, iż wynika to z różnic osobowościowych między kobietami i mężczyznami. Powołał się na wyniki szeregu badań naukowych. Gdy treść notatki została upubliczniona, Damore został zwolniony z firmy z powodów wizerunkowych, choć poza wynikami naukowymi zaproponował także praktyczne działania, które mogłyby doprowadzić do zwiększenia liczby kobiet-inżynierów w Google.

Twierdzi pan, że w dziedzinie nauki rządzi ideologia?

Obserwuję w środowisku także zniechęcenie nowymi, ideologicznymi rozwiązaniami. Mam nadzieję, że wrócimy do koncepcji unikania wszelkiej dyskryminacji i do kierowania się wyłącznie oceną merytoryczną dorobku naukowców, by finansowane badania stały na jak najwyższym poziomie naukowym. Jako społeczeństwa wykonaliśmy ogromną pracę, by nie oceniać ludzi pod względem koloru skóry czy płci. Nie byłoby dobre, by te cechy miały mieć priorytetowe znaczenie w przebiegu kariery naukowej.

Na koniec w swoim liście poruszyłem inną kwestię – skoro decydujemy się na omawianie spraw polityczno-ideologicznych, które są ważne dla naszego regionu, dlaczego organizatorzy zjazdu, który jest spotkaniem środkowoeuropejskim, współorganizowanym przez Polskę i Litwę, nie wprowadzili do programu dyskusji o sytuacji nauki i naukowców w krajach naszych sąsiadów, czyli rządzonej przez reżim Białorusi i ogarniętej rosyjską agresją Ukrainy. Wydaje się, że w tych, tak nam bliskich, krajach problemy „dyskryminacyjne” są o wiele bardziej ewidentne.

– rozmawiał Cezary Korycki

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


List otwarty dr. hab. Roberta K. Filipkowskiego do członków Polskiego Towarzystwa Badań Układu Nerwowego

Warszawa, 16.08.2021

Szanowni Państwo,

w kadencji 2019-2021 pełniłem funkcję wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Badań Układu Nerwowego. Byłem też członkiem komitetu organizacyjnego wirtualnego Regionalnego Zjazdu Federacji Europejskich Towarzystw Neuronaukowych (Federation of European Neuroscience Societies) czyli FENS Regional Meeting w Krakowie – FRM2021, który ma się odbyć w dniach 25-27.08.2021.

W toku przygotowań zdecydowano o wprowadzeniu do programu tego zjazdu szeregu elementów o – moim zdaniem – charakterze jednoznacznie ideologicznym. W związku z tym złożyłem rezygnację z członkostwa w komitecie organizacyjnym FRM2021. W ramach komitetu byłem odpowiedzialny za promocję zjazdu w mediach społecznościowych, a nie chciałem propagować ww. ideologicznie nacechowanych elementów programu w ramach kongresu naukowego.

Zdecydowano o promowaniu w trakcie drugiego dnia zjazdu mniejszości seksualnych (osób „LGBTQIA+”) i deklaracji ALBA (http://www.alba.network/declaration) opartej na ideologii/idei DIE (diversity, inclusion and equity): https://fensfrm2021.pl/en/programme/day-2-26-aug-thu. Działania te zostały podjęte bez konsultacji z Członkami Towarzystwa. Również bez konsultacji z Państwem Zarząd PTBUN poparł ww. deklarację ALBA w styczniu 2021 r. Mój list skierowany do Członków Towarzystwa uzasadniający wystąpienie z komitetu organizacyjnego mimo mojej prośby nie został Państwu rozesłany. Dlatego powstał niniejszy list o charakterze otwartym i poniższe uzasadnienia.
Uważam, że każdemu człowiekowi i naukowcowi należy się szacunek, jak również godne i równe traktowanie. Nie uważam natomiast, by zjazd naukowy był miejscem promocji wybranych mniejszości, np. etnicznych, religijnych lub seksualnych; nie powinny one także być promowane w nauce czy generalnie w miejscach pracy. Promocja taka oznaczałaby bowiem dyskryminowanie innych grup na podstawie kryteriów pozamerytorycznych. Nie uważam także za właściwe, by promować naukowców tylko dlatego, że są zdeklarowanymi przedstawicielami LGBTQIA+ (Social Event zaplanowany na 25.08.2021) lub wspierać rozwiązania cywilizacyjno-obyczajowe skłaniające naukowców do deklarowania swoich preferencji seksualnych lub traktowania takiej deklaracji jako wymogu warunkującego promocję lub „odpowiednie traktowanie”.

Osobiście nie mogę się także zgodzić na propagowanie w społeczności naukowców jako pierwszoplanowej wartości tzw. „equity” (in. „równość wyniku”). Opowiadam się zdecydowanie za „equality”, rozumianą jako równość szans i równość wobec prawa każdego człowieka. Zapewnianie jednak reprezentacji naukowej jakimkolwiek podmiotom w sytuacji, gdy ich pozycja nie byłaby poparta przede wszystkim osiągnięciami, uważam za nienaukowe i niedopuszczalne, prowadzone kosztem samej nauki, podkopujące zarówno jej autorytet, jak i prestiż sztucznie promowanych osób. Tym bardziej, że podobna praktyka zakłada eo ipso niesprawiedliwe odrzucanie osób co najmniej równie kompetentnych oraz wprowadzanie niepotrzebnych podziałów. Żadna grupa nie powinna być promowana w sposób sztuczny przez aktywistów i „działaczy naukowych” ani poprzez nakaz administracyjny. Mocno dyskusyjna wydaje mi się również promocja szkoleń dotyczących nieuświadomionych uprzedzeń (unconscious bias tranings). Mam nadzieję, że przyjęcie przez Zarząd PTBUN deklaracji ALBA, w której mowa o ww. szkoleniach nie przyczyni się do ich narzucania w przyszłości polskim naukowcom (co już się dzieje w wielu miejscach na Zachodzie).

Nie mogę wreszcie zgodzić się z jednoczesnym przemilczaniem przez europejski „regionalny” zjazd zarówno wojny toczonej za naszą granicą przez reżim rosyjski, jak również faktu zduszenia przez reżim białoruski opozycji demokratycznej. W tym świetle dokonany przez organizatorów wybór „równości wyników” jako tematu obrad można uznać za sukces propagandowy dyktatorów. Moje propozycje, by zabrać głos w tych sprawach pozostały bez echa.

Moje powyższe, jak również wcześniejsze doświadczenia oraz sposób organizacji FRM2021 umacniają mnie w obawie, że w polskim i europejskim środowisku naukowym brak jest miejsca na otwartą dyskusję lub wyrażenie wątpliwości dotyczących rozwiązań ideologicznych. Mam jednak nadzieję, że okazją do takiej dyskusji, a także do stosowania autentycznych praktyk demokratycznych będzie walne zgromadzenie członków PTBUN zaplanowane na 24 sierpnia 2021 r. Apeluję do Państwa o podjęcie tej dyskusji i zaproponowanie nowych rozwiązań.

Z wyrazami szacunku

– Robert K. Filipkowski
Zdjęcie główne: Laboratorium firmy Gourock Ropework w Glasgow zajmującej sie produkcją lin i płótna żaglowego w 1946 roku. Fot. Rights Managed / Mary Evans Picture Librar / Forum
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Mikrofon, pióro i SB
Wspomina Jarosław Abramow-Newerly.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Za granicą Polacy działają w pojedynkę i w niezgodzie
W tej chwili Ameryka wie wystarczająco dużo o sytuacji na granicy, by stać po stronie Polski – mówi prof. Ewa Thompson z Rice University.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Transseksualiści to osoby zaburzone
„Niezgodność płci” jest tym samym, czym anoreksja – uważa psycholog.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Epitet „faszysta” wprowadziła propaganda komunistyczna
„Faszysta” stał się tym, kogo się nienawidzi i chce wykluczyć z przestrzeni publicznej.
Rozmowy Poprzednie wydanie
We mnie też jest taki Chmielowski, wieczny buntownik
Świat filmowy nie musi się zamykać w obrębie kilku nazwisk.