Rozmowy

Drabina do nieba. Nie organizują konferencji, nie prowadzą turnusów duszpasterskich. Są obrazem życia wiecznego

Czasami ludzie nie tyle czegoś nie wiedzą, tylko wydaje im się, że znają coś bardzo dobrze, a tymczasem są w błędzie. Wyobrażają sobie, że benedyktyni, to tacy ludzie, których powołaniem jest wytwarzanie piwa albo przepisywanie ksiąg, głoszenie uczonych wykładów – twierdzi dr Paweł Milcarek, filozof, redaktor naczelny kwartalnika „Christianitas”.

TYGODNIK TVP: Właśnie ukazała się pana książka „Prosta droga. Notatki do Reguły Świętego Ojca Benedykta”. Kiedy po raz pierwszy zetknął się pan z nauczaniem św. Benedykta?

PAWEŁ MILCAREK: W liceum intensywnie zacząłem się interesować różnymi mistrzami życia duchowego w Kościele, a zatem także różnymi tradycjami, które jakoś mi się kojarzyły z danym zakonem czy świętym. W tym samym czasie ksiądz, którego traktowałem jako mojego wychowawcę, powiedział, że Reguła św. Benedykta to cudowna zasada pokoju zewnętrznego i wewnętrznego. Wtedy niewiele mi to mówiło.

Próbowałem wówczas czytać Regułę. Ale to jest tekst odbiegający od wyobrażenia o lekturze duchowej. Na pierwszy rzut oka to po prostu regulamin. Wskazanie księdza było dla mnie na tyle ważne, że je zapamiętałem, jednak nie miałem w tamtym czasie dłuższego kontaktu z Regułą.

Podczas studiów – była to druga połowa lat 80. – zdarzyło się, że byłem u mnichów we Francji. Przejeżdżałem autostopem między różnymi francuskimi klasztorami – niektóre z nich były bardzo nowoczesne, ze staruszkami posługującymi się windą i różnymi nowoczesnymi urządzeniami, ale równocześnie wymierające – i koniecznie chciałem dojechać do jednego klasztoru, o którym tyle wiedziałem, że znajdujący się w nim mnisi bardzo ładnie śpiewają chorał gregoriański (posiadałem kasetę magnetofonową z nagraniem). Poza tym niewiele o nich mówiono, nikt specjalnie nie wskazywał tego miejsca, jako wartego poznania, ale pojechałem. Było to spotkanie z klasztorem w Fontgombault nieopodal Poitiers, które było dla mnie życiowo ogromnie ważne, choć muszę powiedzieć, że również trudne.

Dlaczego trudne?

Zanim trafiłem tam w lipcu 1988 roku, miałem wyniesione z Polski wyobrażenie, że gdy przyjedzie się do takiego klasztoru, to łatwo jest się porozumieć z mnichami, wejść głębiej w kontakt z tym czy innym członkiem wspólnoty – takie miałem do tej pory doświadczenia.

Tymczasem był to klasztor kontemplacyjny. Można się w nim kontaktować tylko z dwoma, trzema zakonnikami. Do tego wtedy jeszcze niezbyt płynnie mówiłem po francusku, co było dodatkowym utrudnieniem. Ale tak naprawdę czułem, że prawdziwe utrudnienie jest jednak innego charakteru.

To znaczy?

Nie rozumiałem do końca całego sposobu życia w tym miejscu. Z jednej strony klasztor był dla mnie szalenie intrygujący, przyciągał mnie, a z drugiej strony przebywając w tym miejscu, miałem podobne odczucie, jak podczas pierwszych prób czytania Reguły św. Benedykta. Czułem, że jest w tym miejscu coś pasjonującego i że wydaje ono wspaniałe owoce, także cywilizacyjne, a równocześnie, że nie mogę wejść w nie głębiej.

Było dla mnie pasjonujące, że klasztor ten był wyraźnie suwerenny i wierny w kwestii trzymania się Reguły; że jej nie przycinał; że te same wymagania duchowe, jakie były stawiane kiedyś, są obecne również teraz; że sposób modlitwy także niewiele się tu zmienił – psalmy recytowano dokładnie w tym samym układzie psałterza, jak w Regule św. Benedykta.
„Prosta droga. Notatki do Reguły Świętego Ojca Benedykta”, Paweł Milcarek, wyd. Dębogóra 2021, patronat medialny Tygodnik TVP
Sakralność liturgii, zachowanie w kościele i poza nim, powaga życia duchowego tych ludzi, robiła na pierwszy rzut oka bardzo duże wrażenie. Dostrzegałem, choć wtedy zapewne jeszcze nie tak dokładnie, jak później, jak duże znaczenie ma także benedyktyńska codzienność pracy fizycznej; że modlitwa i praca wiążą się ze sobą harmonijnie. Odczuwalny był duch ciągłości pokoleń wiary. Z jednej strony, gdy odmawia się te same łacińskie modlitwy, to codziennie dzieje się z pozoru monotonnie to samo, ale z drugiej strony – to łączy człowieka z dawnymi pokoleniami, wewnątrz tej unii, którą nazywamy „świętych obcowaniem”. Jest to klasztor z określoną historią. Człowiek zdaje sobie sprawę, że znajduje się w miejscu bardzo szczególnego powołania. Odnosi wrażenie, że wznosi się tu drabina do nieba.

Już wtedy nawiązał pan głębszą więź z klasztorem w Fontgombault?

Wtedy jeszcze się to nie udało. Ale po kilku latach, będąc we Francji – już razem z żoną – ciągnęło nas do tego miejsca. Niepewni, czy wypada, poprosiliśmy o rozmowę z opatem. Opowiedzieliśmy mu o naszych dotychczasowych poszukiwaniach duchowych. Bardzo nas ucieszyła jego przychylność dla kontaktu z nami i dla naszych poszukiwań. Był to początek naszej głębsze zażyłości z klasztorem, wręcz rodzinnej.

Staraliśmy się stamtąd czerpać, co tylko mogliśmy, jako podpowiedź, inspirację do własnego życia. A że zaczęliśmy wtedy zakładać nasz własny dom, nasze życie rodzinne dopiero się rozpoczynało, to też naturalnie rozpoczęła się ta droga. Odtąd na wiele kwestii patrzyło się przez pryzmat mnichów.

Jak zostać świeckim oblatem benedyktyńskim? Każdy może nawiązać głębszy kontakt z taką wspólnotą, czy jednak jest to bardziej skomplikowane?

To jest oczywiście kwestia głębokiej więzi duchowej z konkretnym klasztorem benedyktyńskim. Ktoś może sobie wyobrażać, że mamy tu do czynienia z czymś na wzór pobożnych stowarzyszeń, trzecich zakonów; że człowiek wiąże się na przykład z jakąś międzynarodową strukturą. W tym przypadku jest inaczej. Świecki oblat czy oblatka benedyktyńska wiążą się z jednym klasztorem, a dopiero przezeń z benedyktynami w ogóle.

We wstępie do „Prostej drogi” napisałem, że z nawiązaniem więzi z klasztorem jest trochę tak, jak z zakochaniem się. Zawieramy związek małżeński z jedną osobą, chociaż na świecie jest tak wiele różnych (a niekiedy podobnych) osób. Musi być jakiś szczególny powód, dla którego człowiek w tym konkretnym miejscu się zatrzymuje.

Reguła św. Benedykta, chociaż jest jedna, to w klasztorach funkcjonujących zgodnie z jej zasadami mamy rozmaite odmienności – w zależności od tego, na co w danej kongregacji benedyktyńskiej kładzie się nacisk. Zawsze duże znaczenie, jeżeli chodzi o wybór klasztoru, mają też takie proste czynniki, jak wdzięk danego miejsca, konkretni ludzie itd.

Siostry z Łagiewnik zachorowały na COVID-19 niemal wszystkie. Już żegnały się z życiem…

Koronasceptyczki uwierzyły w wirusa, bo go doświadczyły. Jak na ironię, to one przechodziły infekcję najgorzej.

zobacz więcej
W naszym przypadku, na początku decydujące było to, że klasztor w Fontgombault wyróżniał się pod dwoma względami. Po pierwsze, byliśmy z żoną zachwyceni, przejęci powagą tego miejsca, wewnętrzną i zewnętrzną świętością sposobu modlitwy. Widząc księży wychodzących rano do mszy świętej, modlitwy odmawiane w dzień i w nocy – wiedzieliśmy, że modlitwa nie jest tu czymś, co po prostu się odbębnia. Kultywowany tam tradycyjny ryt mszy świętej, cała tradycja liturgiczna, chorał gregoriański – wszystko to również miało dla nas znaczenie. Właściwie przyszliśmy do Fontgombault z powodu sprawowanej tam liturgii – i już zawsze wracaliśmy stamtąd z myślą o liturgii będącej kluczem do całych szerokich przestrzeni życia chrześcijańskiego.

Oczywiście nie zostaje się oblatem dlatego, żeby podziwiać chorał gregoriański, tylko dlatego, że wejście w związek z klasztorem i jego modlitwą staje się dla człowieka pewną drogą duchową.

Można wyróżnić jakieś etapy nawiązywania więzi z klasztorem?

„Wejście” do klasztoru zaczyna się od okresu postulantów. Czyli ktoś się zgłasza; mówi, że byłby zainteresowany, rozmawia z opatem, z innymi mnichami, z którymi może skontaktować nas opat.

Trochę się przyglądamy życiu we wspólnocie, ale i wspólnota dyskretnie przygląda się swoim gościom. Następnie mamy nieusuwalny rok nowicjatu, czyli okres bardziej intensywnej próby. Gdy rozpoczął się nasz nowicjat – ze względu na to, że na co dzień mieszkamy bardzo daleko od klasztoru – odbywał się on po części korespondencyjnie, a po części za pośrednictwem osób, którym nasz opat polecił opiekę nad nami.

W Polsce co prawda nie ma dokładnie takich samych mnichów, ale nasz opat poznał kiedyś w Rzymie pewną mniszkę z klasztoru sióstr benedyktynek-sakramentek w Warszawie. Był pod wrażeniem jej rzetelności mniszej. I to ją poprosił o bycie naszą opiekunką, „mistrzynią nowicjatu”. Matka Elżbieta Popiel sprawowała to zadanie zza kraty swej ścisłej klauzury – i uważnie towarzyszyła nam we wszystkich ciężkich próbach, które przyszły. W Regule mówi się, że nowicjuszowi należy pokazać „wszelkie trudy”, przez które idzie się do Boga. Tych trudów nie trzeba wytwarzać, same przychodzą – i rzeczywiście, w naszym przypadku też tak było. Ale z Bożą pomocą to przeszliśmy.

Próbą było także odpowiedzenie sobie na pytanie, czy kontakt z klasztorem jest tylko czasem zaaferowania, atrakcją turystyczną, czy jednak czymś więcej. Okazało się, że w naszym życiu jest czymś więcej. I rzeczywiście już od 25 lat nasz związek z klasztorem w Fontgombault jest podtrzymywany – a raczej to on nas podtrzymuje.

W życiu kandydata do oblatury kolejnym etapem, jeśli do tej pory wszystko dobrze się odbędzie, jest złożenie przyrzeczenia oblackiego na ręce opata.

Pisał pan w książce, że nauczanie opata wiąże się z bardzo osobistą relacją z podopiecznymi.
Kaplica Opactwa Matki Bożej w Fontgombault. Fot. Godong/Universal Images Group via Getty Images
Opat benedyktyński oczywiście również służy nauką bardziej ogólną, na przykład myśmy od razu otrzymali do rąk komentarz do Reguły św. Benedykta, autorstwa czcigodnego Dom Paula Delatte’a, jednego z dawnych opatów Solesmes. To była książka, która wiele kwestii nam wyjaśniła. Gdy powiedzieliśmy mniszkom sakramentkom z Warszawy, że korzystamy z tego komentarza, to siostry odpowiedziały: „Niczego innego nie szukajcie. To w zupełności wystarczy”. Tak więc tego rodzaju pomoce również istnieją.

Ale tego, co najbardziej istotne, nie przeczyta się w najlepszych książkach. Jest to kwestia konkretnej relacji z opatem. Dla naszego opata musiał to być niezwykły przypadek, że nagle przyjechało jakieś małżeństwo z tak daleka, z Polski. Mieli wprawdzie oblatów z różnych miejsc, nawet z Niemiec czy Włoch, ale z Polski nie mieli jeszcze nikogo. Obie strony musiały odpowiedzieć sobie na pytanie, czy należy to potraktować poważnie. Opat zaryzykował. Albowiem opat, Dom Antoine Forgeot był właśnie kimś takim: mężem Bożym wrażliwym na szansę konkretnego dobra. Widać to dobrze także w tym, co mi po latach powiedział w serii rozmów, które w końcu przyjęły postać książki-wywiadu Z całą prostotą.

Jak wyglądały relacje z opatem?

Gdy przyjeżdżaliśmy do Fontgombault, to za każdym razem mieliśmy z nim kilka spotkań, zwykle w parku przy domu gości. Najpierw była nas trójka, potem dostawialiśmy coraz więcej krzeseł dla dzieci. Zawsze szczerze nami się interesował; naszym życiem codziennym, zawodowym, rodzinnym, stał się przyjacielem naszych dzieci (którym zresztą po kolei udzielał I Komunii). Dużo słuchał, czasami o coś pytał, otwierał tym różne perspektywy. Na tym polega nauczanie benedyktyńskie; odnosi się ono do konkretnych pytań, trudności, jakie pojawiają się na naszej drodze. Niewiele jest w tym długich wykładów. Opat reaguje na to, co widzi. A że nasz opat – zanim został opatem – przez lata był mistrzem nowicjatu, to miał bardzo dobrze wyćwiczone oko.

Opaci dobrze znają ludzi. Są wychowawcami, którzy z równą skutecznością nauczają słowami, jak i swoim zachowaniem, decyzjami. Opat wspierał nas w trudnych dla nas sytuacjach, a robił to w sposób niezwykły – konkretnie, czasami nie bez znacznego wysiłku, a jednocześnie dyskretnie i roztropnie. Gdy rozmawialiśmy na różne tematy, odbieraliśmy od opata oceny, jego decyzje. Były to lekcje, które staraliśmy się przenieść do swojego życia, zwłaszcza że zostaliśmy rodzicami, i w domu też musieliśmy podejmować decyzje, wobec dzieci.

Ale nie daje się przenosić tych nauk mechanicznie, bo dom nie jest klasztorem, a klasztor nie jest domem rodzinnym. Choć równocześnie klasztor i dom coś łączy. Mówi się zresztą, że życie zakonne jest podobne do rodzinnego – ale najmocniej ta analogia działa w przypadku benedyktynów, czyli mnichów żyjących w stałości wspólnoty i miejsca. Taki klasztor to wspólnota, w której ludzie się nie wymieniają. To nie tak, że mnisi z klasztoru jednego roku przebywają w Krakowie, a drugiego w Tokio. Jest się benedyktynem z określonej wspólnoty, zasadniczo całe życie.

Po co komu przedsoborowa msza po łacinie?

– Jestem zdzwiony i zasmucony decyzją Ojca Świętego – mówi w ks. Andrzej Komorowski (FSSP).

zobacz więcej
Tak więc jest tu pewna nierozerwalność, tak samo jak ma ona miejsce w małżeńskiej i domowej wspólnocie. My to podobieństwo wyczuwaliśmy. Oczywiście nie oznacza to, że należy urządzać sobie w domu klasztor (śmiech). To byłoby nieporozumienie.

Wspominał pan o korzystaniu z bardzo dobrego komentarza do Reguły Paula Delatte’a. Po co zatem pisać własne notatki?

Komentarze do Reguły św. Benedykta w większości zostały napisane przez mnichów i dla mnichów. Nie ma zaś większego omówienia przez osobę świecką z myślą o odbiorcy świeckim. Owszem, są ogólne książki o benedyktynach, ale takiej o Regule, która by objaśniała ją krok po kroku, to w polskiej literaturze nie widziałem.

To, co napisałem w „Prostej drodze”, przy różnych okazjach opowiadałem już swoim przyjaciołom, którzy byli zainteresowani benedyktynami. W końcu jeden z nich powiedział mi wprost: napisz jakieś niedługie noty do Reguły. Tak powstała „Prosta droga”, która nie wygląda na coś krótkiego – ale składa się z krótkich not.

Rośnie we mnie przekonanie, że więź z klasztorem benedyktyńskim, to na tyle solidna, zakorzeniona duchowość – zarówno w niebie, jak i w konkretnej ziemi – że należy o tych skarbach mówić więcej. Zwłaszcza, że tak się złożyło w naszej historii, iż z powodu polityki zaborców w XIX wieku praktycznie życie mnisze, benedyktyńskie we Polsce zostało zniszczone. Wprawdzie istnieje ono dzisiaj w czcigodnej formie klasztoru w Tyńcu albo – liczniejszych – klasztorów żeńskich, ale to stanowi jednak bardzo wąską stróżkę tego życia.

Dlatego też niewiele wiemy o benedyktynach. Sposób życia benedyktynów tynieckich to jedna z wielu formuł życia mniszego, bardziej nastawiona duszpastersko. Prowadzą oni parafię, zresztą inaczej być nie mogło, bo kard. August Hlond, gdy sprowadzał tuż przed wojną benedyktynów, to właśnie z założeniem, że będą jeździli, głosili rekolekcje itd. Powstało z tego wiele wspaniałych owoców, które np. widzimy w tekstach o. Piotra Rostworowskiego.

Z kolei benedyktyni z Fontgombault reprezentują inny rys mniszy, ich sposób życia nie przewiduje duszpasterstwa zewnętrznego, jest jednoznacznie kontemplacyjny. Nie jeżdżą, nie organizują konferencji, nie prowadzą turnusów duszpasterskich. Ale są tym obrazem życia wiecznego, które jest dla nas wszystkich ważne. Wspomniany Dom Delatte pisał do innego mnicha, że każdy powinien być trochę mnichem, a mnisi powinni być nimi zupełnie. Chodziło o to, że mnisi nie powinni być mnichami tylko trochę, lecz zawsze powinni sięgać do szczytu ideału. I takie było założenie linii benedyktyńskiej, która mnie tak zafascynowała. Ale ja z tego zdania Dom Delatte’a wyciągam coś jeszcze – że w powołaniu mniszym jest zawsze coś, co inspiruje każdego chrześcijanina, który powinien pamiętać, że wiarę otrzymał dla życia wiecznego. To powołanie bowiem pokazuje człowieka w jego modlitwie, w pracy, w obowiązkach, w jego sposobie codziennego życia, który jest nam w pewnym sensie wspólny.
Paweł Milcarek. Fot: Jacek Lagowski / Forum
Wspomniał pan, że niewiele wiemy o benedyktynach. A warto przypomnieć, że już u zarania Rzeczypospolitej byli oni obecni na ziemiach polskich.

Nasze historyczne dzieje łączą się ściśle z chrystianizacją. A równocześnie chrystianizacja była u nas przez pierwsze wieki wykonywana właściwie wyłącznie przez mnichów Reguły św. Benedykta – benedyktynów, kamedułów, którzy byli pierwszymi polskimi męczennikami, przez cystersów, którzy też są mnichami Reguły, choć to już jest odrębny zakon, ale mający tę samą duchową tradycję. Z czasem przyszły kolejne fale – tradycja franciszkańska, dominikańska, jezuicka – które się nie zastępowały, lecz wzajemnie dopełniały, wzbogacały.

Do XVII-XVIII wieku w Polsce mnichów i mniszek św. Benedykta było całkiem sporo. Ale później każdy z zaborców miał swoje powody, by uderzać w te klasztory i utrudniać im funkcjonowanie. Tymczasem one wymagają szczególnego otoczenia, życzliwych ludzi z zewnątrz; to są klasztory, które z jednej strony budują cywilizację chrześcijańską, ale z drugiej strony potrzebują tej cywilizacji, świata, który je wspiera, wymagając w zamian jedynie pamięci w modlitwie. Gdy u nas tego zabrakło, to klasztory benedyktyńskie powymierały. To, co we Francji stało się wskutek oświecenia i – zwłaszcza – rewolucji francuskiej, czyli to, że życie mnisze praktycznie ustało (a zostało odnowione z wielkimi trudnościami dopiero w latach 30. XIX wieku) – to w Polsce stało się z powodu zaborów. Właściwie do roku 1918 długa pamięć życia mniszego zanikła. Zostały zgromadzenia czynne. Także jezuici, franciszkanie, dominikanie – oni przetrwali i w miarę szybko się odrodzili. A jeśli chodzi o benedyktynów, to ta pamięć została zagubiona.

Dlatego pozwalam sobie mówić o Polsce, jako o kraju, który właściwie został zagruntowany przez duchowość benedyktyńską, która gdzieś w nas jest, natomiast na powierzchni – tej świadomości, pamięci zostało niewiele.

Może po prostu istnieje problem ze zrozumieniem sposobu życia benedyktynów? W książce przywołał pan postaci Jana Długosza i Adama Naruszewicza, którzy wprawdzie z szacunkiem odnosili się do benedyktynów, ale do końca nie potrafili ich zrozumieć. A i współczesnym mogą oni się wydawać zbyt mało otwarci itd.

Klimaty duchowe w różnych społeczeństwach się zmieniają. Czasami w miejscu, gdzie kwitło życie mnisze, po upływie wieków przychodzi moment, kiedy coś się urywa i nie ma dla niego zrozumienia. Reguła św. Benedykta wywodzi się z Italii. Jej autor z obyczaju i tradycji był Rzymianinem. Tymczasem dzisiaj Włochy nie są krajem, w którym powołania mnisze, benedyktyńskie są najmocniejsze. To kraj, do którego obecnie chyba najbardziej pasuje franciszkańskie oblicze duchowe. Więc tego rodzaju ewolucje, zmiany mają miejsce.

Ale to jest też związane z jakimś zubożeniem podstawy życia chrześcijańskiego. Klasztory nie muszą być liczne; są jednak bardzo ważnymi ośrodkami, które promieniują na tych, którzy do nich przybywają. Czasem ktoś odwiedza klasztor na krótko, ale jest dobrym obserwatorem; ktoś inny na dłużej i staje się przyjacielem, niemalże duchowym wspólnikiem takiego miejsca.

Selfie z mszą. Pielgrzymowanie zamieniło się w turystykę

Oznaczony pielgrzymimi muszlami automat oferuje nie tylko plastry, ładowarki czy baterie, ale i środki antykoncepcyjne oraz całą gamę gadżetów erotycznych z dmuchaną lalką włącznie.

zobacz więcej
W książce przywołuje pan przykład Zbigniewa Herberta.

Cały czas noszę w sobie zmartwienie związane z wizytą Zbigniewa Herberta w Tyńcu w 1950 roku. Z jego listów można wnosić, że klasztor zrobił na nim wielkie wrażenie, ale ono się w nim nie rozwinęło, na zasadzie: spotkał, odkrył, ale z różnych powodów poszedł dalej.

Zbigniew Herbert był wtedy młodym człowiekiem, poszukującym fundamentu duchowego. Był spostrzegawczy, zaraz odkrył, że w Tyńcu spotkał się ze światem, którego istnienia nie podejrzewał, albo o którym miał mylne pojęcie. Odkrył, że w klasztorze wszystko pracuje na to, żeby cały człowiek żył z Bogiem.

Czasami ludzie nie tyle czegoś nie wiedzą, tylko wydaje im się, że znają coś bardzo dobrze, a tymczasem są w błędzie. Wyobrażają sobie, że benedyktyni, to tacy ludzie, których powołaniem jest wytwarzanie piwa albo przepisywanie ksiąg, głoszenie uczonych wykładów. Każdy z nas w pewnym momencie jest ofiarą różnych wyobrażeń, uproszczeń. I bardzo trudno się przez to przebić, nie widząc realnych benedyktyńskich wspólnot.

Moja książka powstała z myślą o tym czytelniku, który przyglądając się różnym, niekiedy zaskakującym sprawom z Reguły św. Benedykta, zapragnie zobaczyć, jak w rzeczywistości to wygląda. Oczywiście może być też, jak sądzę, jakąś inspiracją także dla tych, którzy nie od razu pojadą sprawdzić w jakimś solidnym klasztorze „jak jest naprawdę”.

Klasztorów benedyktyńskich może w Polsce nie jest dużo, ale przecież my jeździmy po szerokim świecie. W obecnych czasach łatwo można zobaczyć życie benedyktyńskie w różnych jego podejściach. Czy to w Nursji we Włoszech, skąd pochodził św. Benedykt, i gdzie mnisi po wiekach odnowili życie benedyktyńskie; czy to w klasztorze Silverstream w Irlandii, gdzie rozwija się interesująco nieduża wspólnota benedyktynów oddanych duchowi adoracji eucharystycznej; czy może u moich mnichów we Francji (w Fontgombault i Triors); a może w Ameryce w Clear Creek? W różnych miejscach świata są klasztory, w których żyje się radykalnym duchem Reguły. Czasami nawet spotkamy tam już również mnichów z Polski!

Jakie są najważniejsze cnoty, wskazane przez św. Benedykta?

Każdy kto zajrzy do Reguły szybko się zorientuje, że znajdują się w niej trzy podstawowe odnośniki duchowe. Pierwszym jest posłuszeństwo. Ale ono jest rozumiane nie tylko jako zdolność przyjmowania z ochotą polecenia, które przychodzi od kogoś reprezentującego Boga – to jest jedna strona medalu, zresztą bardzo ważna, bo przełożony w klasztorze, który przychodzi z jakąś decyzją, postanowieniem, reprezentuje w życiu mniszym autorytet Boży. Więc ćwiczymy się w posłuszeństwie nie dlatego, że słuchamy jakichś kaprali, tylko dlatego, że oddajemy swoją wolność w ręce człowieka, który otrzymał władzę z Góry.
Święty Ojciec Benedykt z Nursji, założyciel Zakonu Benedyktynów, patron mnichów, ur. 480, zm. 543. Rewers na szkle z I połowy XIX w. ze zbiorów Kunstgewerbemuseum w Dreźnie. Fot. Friedrich / Interfoto / Forum
Ale mamy też drugą stronę medalu. Otóż ćwiczenie w posłuszeństwie jest także zobowiązaniem władzy kościelnej, np. w klasztorze, że ma ona wypełniać nie jakieś swoje idee i fantazje, lecz to, co wynika z prawa Bożego. W Regule zostało wyraźnie powiedziane, że jeżeli opat zacząłby przedstawiać różne swoje własne idee, to byłoby to nadużycie. On nie ma uczyć niczego innego, jak tego, co wynika z Prawa Bożego. To właśnie jest posłuszeństwo – bardzo ważna cnota mnisza, która dzisiaj ludziom raczej źle się kojarzy: z jakimkolwiek wymaganiem, ze słuchaniem się czegokolwiek. Ale nawet w Kościele mamy z tym problem. Czasami spotykamy się z wyobrażeniem, że papież może wszystko, co tylko zarządzi, co tylko ogłosi. A to nie jest takie proste. Nawet najwyższa władza nie wszystko może. Na tym też polega cud autorytetu, że on sam jest związany pewną zasadą.

Jakie są kolejne dwa odnośniki duchowe?

Drugim fundamentem duchowości mniszej jest pokora. I znowu – jest to słowo, które wywołuje u człowieka współczesnego pewne skojarzenia z samoponiżaniem się itp. Natomiast w Regule św. Benedykta, mowa jest o tym, że człowiek, aby odkryć kim jest, a także by odkryć swoją owocność w relacji z Bogiem, ale i ludźmi, musi mieć odwagę, by stanąć w prawdzie, która nazywa się: pokora.

Ma to oczywiście także wyraz zewnętrzny; pokora to w tym sensie umiejętność pewnego ćwiczenia, żeby nie być wszędzie na pierwszym miejscu, żeby nie zawsze mieć rację itd. Taka postawa jest zupełnie przeciwna dzisiejszej kulturze popularnej, w której ludzie są łudzeni, że najważniejsze są ich emocje, przeżycia, że zawsze ma być tak, jak sobie zaplanowali. A to w większości przypadków – jeżeli chcemy być szczęśliwi, i jeżeli wspólnota, wewnątrz której żyjemy, ma być szczęśliwa – są złudzenia.

Kolejną cnotą mniszą jest umiłowanie ciszy. Z jednej strony chodzi o ciszę materialną, o to, że panuje ona w klasztorze; że nie prosi się o ciszę, tylko odwrotnie – prosi się o możliwość zabrania głosu, czyli przerwania ciszy. A z drugiej strony chodzi o wypracowywanie ciszy wewnętrznej, czyli skupienia uwagi. Cisza to także porządek, umiejętność skupienia uwagi na tym, co ważne. Należy mieć w sobie ciszę, by wychwycić z uwagą, to co jest w tej chwili istotne: w moich obowiązkach, decyzjach, planach. To jest bardzo ważna lekcja, którą otrzymuje się w klasztorze.

Niestety mamy tę skłonność, że nawet mając dużo czasu, w taki sposób go wypełniamy, że ostatecznie i tak niewiele nam się udaje zrobić. Mnóstwo czynności dzieje się w dużym hałasie. Klasztor uczy tego, żeby potrafić wykorzystać każde piętnaście czy pięć minut; uczy zajmowania się naszymi obowiązkami.

W „Prostej drodze” pisze pan o prymacie tego, co zewnętrzne, nad tym, co wewnętrzne. Jak to należy rozumieć?

Po co nam łacina? Żeby Polacy zrozumieli, że są potomkami Rzymian

Państwo cezarów upadło, ale rzymskość odrodziła się w nowej rzeczywistości.

zobacz więcej
Może to zabrzmieć paradoksalnie, bo zwykle mówimy o prymacie tego, co wewnętrzne. I to jest zrozumiałe – człowiek duchowy powinien, jak powiedział św. Paweł, dać się kierować duchowi, a nie ciału; zwykle tak to rozumiemy. Ale ja napisałem o prymacie zewnętrzności na rzecz nadprzyrodzoności. Chodzi o to, że lekcje tego, co Boże, nadprzyrodzone, otrzymujemy właściwie w postaci czegoś konkretnego, co przychodzi z zewnątrz. Człowiek nie powinien być wpatrzony w swój wewnętrzny pępek i nieustannie szukać w sobie samym jakichś pouczeń, lecz odwrotnie. Św. Benedykt pisał o tym w związku z modlitwą mnichów: żeby nasze serca uzgadniały się z tym, co wypowiadają usta.

To bardzo dobra lekcja. Św. Benedykt wie, że szczerość w wyrażaniu słowami tego, co się czuje, ma swoją wartość – lecz przede wszystkim wymaga, żeby to serce było otwarte na głos, który bierzemy na nasze usta od Słowa Bożego. Gdy więc modlimy się, chodzi nie o „wypowiedzenie się”, tylko o uzgodnienie swego serca z tym, co już jest w głosie modlącego się Kościoła. To jest lekcja, która powinna wniknąć do naszego serca. W tym sensie to, jak się modlimy, ale i to, jak coś robimy, jak pracujemy, z jaką uwagą coś wykonujemy – jest dla nas najważniejszym sposobem pouczenia, które powinno nas porządkować aż do serca.

Mówi pan o pracy. Zdaje się, że praca codzienna, fizyczna, według Reguły jest niezwykle ważna, nie mniej ważna, niż np. praca intelektualna.

Tak, o to właśnie chodzi. Gdy do benedyktynów przychodzą ludzie pracujący fizycznie, to po pewnym czasie odkrywają, że aby być człowiekiem – tym samym człowiekiem, który wykonuje ciężką pracę fizyczną w polu – to równocześnie trzeba się przykładać do czegoś tak subtelnego, jak piękny śpiew gregoriański, albo jak służba Boża przy ołtarzu. Analogicznie dotyczy to osób, które przychodzą do klasztoru z już rozwiniętymi aspiracjami intelektualnymi. Pociąga ich, że benedyktyni stworzyli tyle dzieł kultury i że są tak subtelni duchowo, a z czasem odkrywają, że mnisi są tacy, jakich podziwiamy, bo w ich życiu jest harmonia – również w przypadku pracy fizycznej, czy jak oni mówią: ręcznej. I to nie pracy maszynowej, tylko konkretnej, podczas której widzi się efekty swojej pracy, współdziała z innymi; podczas której jest się twórcą – nawet pracując w ogrodzie czy lesie, czy na polu.


Benedykt XVI podczas audiencji generalnej z kwietnia 2008 roku, mówił: „Zabiegając o prawdziwy postęp, kierujmy się również dzisiaj Regułą św. Benedykta, widząc w niej światło na naszej drodze. Wielki mnich pozostaje prawdziwym mistrzem, a w jego szkole możemy nauczyć się sztuki życia prawdziwym humanizmem”. Czy nauka św. Benedykta może być odpowiedzią na problemy, wyzwania, jakie stoją dzisiaj przed Kościołem?

Tak, oczywiście. Wydaje mi się, że dziedzictwo benedyktynów to skarbiec, wokół którego w Kościele chodzimy, często tak jakby go nie było. Albo inaczej: siadamy na tym skarbcu, i siedząc na nim prowadzimy rozmowę, jak bardzo brakuje nam tego, co w tym skarbcu się znajduje. Czyli ciągle rozważamy, co zrobić, żeby nie było kryzysu wiary, kryzysu modlitwy, żeby połączyć duchowość z codziennością itd. – tymczasem dyskusje często dotyczą spraw, które mają swoje rozwiązania, gdybyśmy tylko spojrzeli w Regułę św. Benedykta.

O tej w pełni ludzkiej i chrześcijańskiej kulturze mniszej mówił Benedykt XVI we wrześniu 2008 roku, we wspaniałym przemówieniu w paryskim Kolegium bernardynów (tak się nazywało we Francji cystersów, mnichów św. Bernarda z Clairvaux).

Odkrycie skarbca kultury mniszej, nie jest tylko drogą dla nielicznych, którzy poczują się poruszeni charyzmatem benedyktyńskim. Jest tak, jak w cytacie z Dom Delatte’a, który wcześniej przytoczyłem. Parafrazując go: cały Kościół musi być po trosze benedyktyński.

– rozmawiał Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Święcenia kapłańskie w grudniu 1988 roku w Opactwie Matki Bożej w Fontgombault. Fot. William STEVENS/Gamma-Rapho via Getty Images
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Za Holokaust w Polsce odpowiadają wyłącznie Niemcy. I nikt inny
Wildstein: Nie można wykorzystywać wojennej tragedii do uderzania w polską tożsamość.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nie każdy człowiek ma sumienie
Niefrasobliwość i moda na pobłażanie przestępcom stępiają naszą wrażliwość.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Co myśli AI? Na pewno dobrze udaje ludzi
Jej kod działa jak ludzki mózg. Zdaniem programisty Googla jego chat-bot „odczuwa”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Celebryta II RP, osobisty wróg Lenina
Porównywany do Jacka Londona pisarz, był zakazany w PRL.
Rozmowy wydanie 29.07.2022 – 5.08.2022
Komik, który znienawidził ludzi. Miał „lenia” w nazwisku
Dzięki szpitalnej rehabilitacji nauczył się wypowiadać jedno słowo: „wyp......aj”.