Rozmowy

Holoubka brali za zboczeńca, Osiecka udawała Francuzkę, Jędrusik kąpała się w szampanie. Wakacje gwiazd w PRL

Olga Lipińska próbowała reżyserować mazurską faunę i florę. Krążyły opowieści, że składała petycje u samego sołtysa w sprawie uciszenia kogutów, które zakłócają sen, bo pieją zbyt wcześnie rano. Z kolei szalona Krysia Sienkiewicz odmówiła angażu „bogowi estradowego Paryża”, wysyłając w drodze nad Jezioro Nidzkie telegram: „Wolę Krzyże niż Paryże” – opowiada Krystyna Gucewicz, dziennikarka, krytyk sztuki, satyryk, autorka scenariuszy i pisarka.

TYGODNIK TVP: Już w pierwszym akapicie pani książki „Wakacje gwiazd w PRL” można wyczytać, że w tej epoce wczasowe debiutantki nie miały łatwego życia.

KRYSTYNA GUCEWICZ:
Zgadza się. Chłopcy z „towarzystwa” z lubością się nad nimi pastwili. Nazywali je nawet „towarzyskimi naiwkami”, a z wileńska – „łazankami”, bo łaziły przede wszystkim za chłopakami z dobrych domów. Tomek Lengren, czyli syn Zbigniewa Lengrena, który stworzył w „Przekroju” słynnego profesora Filutka, miał swój obrosły legendą patent na weryfikację tych panienek. Podrywając je, pytał: „Napoleona piłaś?”. „Piłam” – odpowiadała naiwna. Potem zadawał kolejne pytanie: „A trabanta piłaś?”. Gdy ta ponownie potakiwała, uznawał, że trzeba uciekać, bo ta znajomość będzie klęską. Warto przy tym wyjaśnić młodszym pokoleniom, że koniak Napoleon, Camus, czy nawet butelka armagnaca nie występowały ot tak na półkach, można je było dostać jedynie spod lady i tylko w Delikatesach na Hożej w Warszawie. Wygadane, świadome żartów podrywaczy dziewczyny, potrafiły się im odgryźć i na stwierdzenie, że ładnie wyglądają, odparować: „Nie mam wyjścia. Muszę z tym żyć”.

Tuż po wojnie wyjazdy „na wywczas” dla większości pozostawały chyba w sferze marzeń. Szczytem były kolonie w stolicy, czy wyjazdy z Ochotniczym Hufcem Pracy.

Oczywiście to nie były czasy atrakcyjne wyjazdowo i nie wybierało się wówczas na takie urlopy, jakie my znamy dziś, czyli pakujemy walizki i znikamy z domu na dwa a nawet trzy tygodnie. Podróże uznawano za coś w rodzaju awansu społecznego i z tego powodu chociażby dzieci miały szansę przejechać się rozklekotanym pekaesem na kartofliska, by zbierać stonkę. Wczasowe przygody czekały tylko na nielicznych.

OHP w NRD, wczasy pod gruszą i w zakładowych ośrodkach z kaowcem. Wakacje w PRL

Przede wszystkim tzw. wypoczynek zorganizowany.

zobacz więcej
Mieszczuchy, podobnie jak przed wojną, wyprawiały się latem na wieś na tzw. wilegiaturę, często na całe wakacje. Warto pamiętać, że ani drogi, ani kolej nie były tak rozwinięte, jak obecnie. Scenki w kronikach filmowych pokazujące, jak dzieci i walizki wpycha się przez okno do pociągi, bo na peronie stoi dziki tłum, są jak najbardziej prawdziwe. Lepiej nie było w środku wagonów. Jeszcze w latach 70. znajomość z kolejarzem to była sprawa na wagę złota, bo wystarczyło, że konduktor nakleił na drzwiach przedziału kartkę „zarezerwowane” i otwierał go tylko „znajomym królika”. Ja sama nie mogę narzekać na brak możliwości wyjazdowych, bo moi rodzice zarówno przed wojną, jak i po wojnie mieli tę swoją wilegiaturę. A potem, gdy dorosłam do samodzielnych wyjazdów, zaczęłam bywać tu i tam, i poznawać to wakacyjne życie towarzyskie naszych rodzimych gwiazd.

Wędrówkę po tej wakacyjnej i wyjazdowej Polsce zaczyna pani od Zakopanego i Tatr. Dlaczego?

Zanim jakiś gość spod Krakowa wymyślił rym „Zakopane, Zakopane, polewamy się szampanem”, ta górska stolica Polski miała swój magnetyzm, koloryt, fantazję i elegancki sznyt. To miasto kusiło i przyciągało do siebie od zawsze m.in. artystów. Zakopane po wojnie również stało się tyglem twórczym i konkursowym sztuk plastycznych, których popularyzowanie było ambicją władz PRL. Malarze i rzeźbiarze otwierali tam swoje pracownie. W tej należącej do Władysława Hasiora można było utonąć na kilka dni. Był wizjonerem, gawędziarzem, imponował fantazją i niezwykłym temperamentem. O tym, że Zakopane miało swoją moc, świadczyć może anegdota opowiadana przez samą Stefanię Grodzieńską.

Jaka to była anegdota?

Grodzieńska miała lęk wysokości i wszystko, co istniało powyżej Gubałówki, było dla niej niedostępne. Nawet w Warszawie we własnym mieszkaniu na czwartym piętrze bała się wyjść na balkon. Do czasu. W 1947 roku zaprzyjaźniła się z grupą alpinistów, z którymi często bywała w schronisku nad Morskim Okiem. Zawsze wędrowała szosą, nie przez góry, a gdy oni szli się wspinać, ona spędzała godziny w samotności nad stawem. Mimo, że ją namawiali, zawsze odpowiadała, że nie ma mowy, bo jak tylko patrzy na te ich linki, haki, to już jest jej niedobrze.
Pewnego dnia w schronisku pojawiła się bardzo ładna szatynka. Ekipa Grodzieńskiej była nią niesamowicie zachwycona i od razu zabrali ją w góry, choć ta chichotała, że robi to po raz pierwszy. Po powrocie pochwałom nie było końca, że taka dzielna, sprawna. Panienka zwracając się do Grodzieńskiej powiedziała: „Nie wyobrażasz sobie, jak tam jest niebezpiecznie, można się zabić! Ale wierz mi, że warto spróbować. Ach prawda, ty się boisz”. Tego było już za wiele. Stefania wbrew swojej fobii, na złość światu i chichoczącej szatynce, poszła w te góry. Od tamtej pory taternictwo stało się jej wielką pasją, a lęk wysokości nagle zniknął. Ludzie zaczęli jeździć do Zakopanego nie tylko, by pić gorzałkę, ale chodzić po górach – uprawianie wspinaczki stało się poniekąd symbolem elitarnego wypoczynku.

Zakopane, a dokładnie Kalatówki upodobali sobie również jazzmani.

To osobna historia w sztuce PRL-u, jak westerny w kinematografii. Pierwszy Jazz Camping odbył się w 1959 roku i szybko stał się kultowym festiwalem towarzyskim i salonem odrzuconych. Tej fali nowego gatunku muzycznego nie dało się zatrzymać, mimo że został on nawet potępiony na Zjeździe Kompozytorów w Poznaniu. W 1955 roku władza jednak odpuściła, a gdy odbył się ten pierwszy Camping, artystyczna ferajna liczyła prawie 70 osób. Wśród nich byli m.in. Krzysztof Komeda, Jan Ptaszyn Wróblewski, Jerzy Duduś Matuszkiewicz, Wojciech Karolak czy Jan Zylber, który był pomysłodawcą Campingu. Nie brakowało też najpiękniejszych dziewczyn, jak modelka Grażyna Hase, czy początkujące aktorki Barbara Kwiatkowska, Teresa Tuszyńska, Maja Wachowiak.

Camping było głośny, przez dziesięć dni wybrzmiewał jazzem, lała się na nim wódka. Krysia Morgenstern opowiadała, że mało kto, no może Komeda, bo był wielkim fanem, zjeżdżał na nartach. Pozostali organizowali wyścigi po śniegu na fotelach, czy w miednicach. Modnym było na Kalatówkach mieć ze sobą książkę. Niekoniecznie po to, by ją czytać, ale by inni „zazdrościli”. Najlepiej sprawdzał się w tej roli „Ulisses” Jamesa Joyce’a czy „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta.

Dziewczyny z dobrych domów zrzucały spódnice, przecierały szlaki. Taterniczki

W 1929 roku na Zamarłej Turni zginęły Marzena i Lidia Skotnicówny. Ta droga, jak i ta na Mnich, stały się legendą taterników. Skały długo uważano za niedostępne. Chodziłam po Tatrach śladami moich bohaterek.

zobacz więcej
Magicznym miejscem była podobno Rabka. Jarosław Iwaszkiewicz twierdził, że to właśnie tam najlepiej pisze się książki.

To miejscowość z klimatem uzdrowiskowym, więc nie bez powodu władze ulokowały tam dziesiątki szpitali i sanatoriów, górale przygotowali mnóstwo kwater prywatnych, a bogate instytucje – wille wczasowe. Kiedy w Polsce nie było nic, w Rabce jak na Zachodzie – wszystko. Kawiarenki dla dzieci z ciastkami, oranżadą, bitą śmietaną, sklepiki z czekoladą i największa atrakcja, czyli sklep pana Zbigniewa Kopytka z drewnianymi pamiątkami. Rabka stała się modnym przedsionkiem Zakopanego, kurortem nie tylko dzieci, ale też artystów i dziennikarzy. Jarosław Iwaszkiewicz przez całe życie ulegał urokowi gór i to właśnie tam powstały fragmenty „Sławy i chwały”. „Zadziwiające, jak rodzą się pomysły literackie, jak powoli tworzy się, wznosi ich kształt” – pisał w tomie II swoich „Dzienników”.

Uzdrowiska w ogóle, nie tylko górskie, często były odwiedzane przez artystów i niekoniecznie w celach wypoczynkowych. Kto bywał w chyba najpopularniejszym wówczas Ciechocinku?

W końcu artysta jest po to, żeby mówić, koncertować albo śpiewać, jednym słowem –występować. Ciechocinek był właśnie jednym z takich miejsc, do których ludzie przyjeżdżali odpocząć, potańczyć, czasem nawet na jeden wieczór. Cała Polska śpiewała z Danutą Rinn i Bogdanem Czyżewskim piosenkę: „Na deptaku w Ciechocinku się wie, że o ludziach można dobrze i źle, (…) Na deptaku w Ciechocinku pan ma samo życie, albo nieraz i dwa”. To miasto było luksusem dla każdego – ludzi miast i wsi. Gwiazdą, która kochała Ciechocinek, była Hanka Bielicka. Regularnie przyjeżdżała tu na kuracje, a na podorędziu miała – zarówno na scenie, jak i w życiu – mnóstwo anegdotek. Gdy ktoś schylał się, by pocałować ją w rękę, mówiła: „Proszę mnie nie całować. To mnie postarza”. To w Ciechocinku pojawił się i wciąż trwa festiwal muzyki romskiej. W każdym mieście uzdrowiskowym w Polsce – Polanicy, Dusznikach czy Szczawnicy – jakiś artysta zostawiał swój ślad.
Sopot, sierpień 1963. Piosenkarka Maria Koterbska lubiła wypoczywań w górach – w Szczawnicy, a potem w Ustroniu. Ale bywała też na plażach Bałtyku. Fot. PAP/Dionizy Gładysz
W tej ostatniej oddechu od chociażby cenzury obecnej na każdym kroku, szukała Maria Koterbska.

Cenzura była w PRL zawsze. Dowcip polegał na tym, że nie była traktowana jak wyrok w Sądzie Najwyższym, bo cenzora zawsze dało się ograć, przemycić w tekście jakiś rym, skreślić jaki wers, a poza tym na wszystkich koncertach cenzor przecież nie siedział. W rytmie swinga Koterbskiej kołysała się cała Polska, a ona usłyszała pewnego dnia od wysokiej urzędniczki w ministerstwie kultury pytanie, dlaczego proponuje właśnie taki styl śpiewania. „Taki amerykański. My tu nie chcemy żadnego naśladowania. Po co komu to szwingowanie? (…) Przecież są wspaniałe radzieckie piosenki, które mogłybyście ładnie śpiewać…”.

No i tak, oddechu po takich spotkaniach z władzą Koterbska szukała właśnie w Szczawnicy. Potem zamieniła ją na Ustroń i bywała w gigantycznym sanatorium „Równica”. Stał się on ośrodkiem wczasowym i uzdrowiskowym na specjalnych prawach, kurortem bez tradycji, snobizmów. Zresztą to był znak czasów, a dokładnie lat 70. zeszłego wieku, kiedy to luksus zaczął zataczać coraz szersze kręgi, a jednym z nich była właśnie budowa nowoczesnego kurortu robotniczego w Beskidzie Śląskim w Ustroniu.

Skoro byłyśmy już w górach i uzdrowiskach, to pojedźmy teraz nad morze, bo to ono kojarzy się głównie z letnimi wyjazdami.

To prawda. Każdy chciał i do dziś chce wyjechać nad morze w dwa najgorętsze miesiące wakacji. Władze miast wymyślały przeróżne atrakcje, by przyciągać turystów również poza szczytem sezonu. Tak powstał Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, który chociaż odbywał się pod koniec sierpnia, a wtedy pogoda już nie rozpieszczała, miał wielu swoich zwolenników. Międzyzdroje z kolei miały swój slogan i kusiły „najpiękniejszą opalenizną w czerwcu”. Nosiło się ją z dumą przez całe lato, a na pytanie, gdzie się tak opaliło, odpowiadało, że oczywiście w Bułgarii.


Bułgaria to było nasze socrealistyczne Lazurowe Wybrzeże?

Każdy Polak o tym marzył. Był to kierunek dozwolony, aczkolwiek nie taki prosty do zrealizowania i wcale nie tani. Mawiało się, że w Morzu Czarnym pływają głównie pieniądze z Marszałkowskiej, bo jeździli tam zarówno prywaciarze, jak i artyści. Bawił się tam przednio Jerzy Gruza, a Agnieszka Osiecka z Jerzym Iwaszkiewiczem udawali kogoś, kim nie są i przez cały pobyt rozmawiali po francusku. „Rodowitych” Francuzów traktowano nad Morzem Czarnym o wiele uprzejmiej. Takowe zabawy były tam zresztą na porządku dziennym. Szczytem marzeń była też Jugosławia, a w niej Dubrownik i Hvar. Bywali tam Dygatowie, czyli Kalina Jędrusik oraz Stanisław Dygat, czy pisarz Marian Brandys.

Wspomniała pani o festiwalu w Sopocie, tym romskim z Ciechocinka, ale przez lata też Kołobrzeg brylował festiwalem piosenki żołnierskiej.

Trwało to rzeczywiście latami. Co roku przez trzy czy cztery dni można było posłuchać mało znanych piosenkarzy, którzy śpiewali durne piosenki pisane na zamówienie, a wykonawcy występowali w świeżo uszytych mundurach. Większość z nich nie miała dystynkcji, choć czasem zdarzył się jakiś artysta kapral. Festiwal się kręcił i nawet od czasu do czasu pojawiały się tam znane twarze. Nawet Skaldowie, czy Krzysztof Krawczyk nie obronili się przed Kołobrzegiem. Mówiono wtedy, że faceci mają gorzej, bo nie mogą odmówić występu.

Zabawna anegdotą związaną z tym festiwalem jest ta, jak któregoś roku dyrektor festiwalu zaprosił grupę Dwa plus Jeden. Zespół wykonał swój przebój lata, czyli piosenkę „Czerwone słoneczko”. Pułkownik zbladł, bo czerwone kojarzyło się jednoznacznie – ze Związkiem Radzieckim, a w refrenie padały słowa: „Już zachodzi czerwone słoneczko…”. Cały amfiteatr bił brawo, dziennikarze przyznali zespołowi swoją cenioną nagrodę. Na szczęście skończyło się jedynie na strachu.
To gdzie jeszcze nad morzem bywali artyści?

Byli wszędzie. Chyba nie było miejscowości, w której nie można ich było spotkać. W Sopocie snuli się po „Monciaku”, do rana pili, tańczyli i dyskutowali w SPATiF-ie, czy gdańskim kultowym klubie „Żak”. Można tam było spotkać Osiecką, Jędrusik, czy Zbyszka Cybulskiego. Zarówno on, jak i Osiecka zaglądali często na Kaszuby, do miejscowości Chmielno. Cybulski postanowił nawet wziąć tam ślub z koleżanką z „Żaka” – Elżbietą Chwalibóg, siostrą młodej wówczas aktorki Marii Chwalibóg, drugiej żony Andrzeja Kopiczyńskiego. Panowie zostali szwagrami, a kolejna anegdota mówi, że to właśnie serialowy „Czterdziestolatek” ofiarował młodej parze w prezencie żywe prosię. Żarty w tych kręgach były na porządku dziennym.

Bywano także w Juracie, która uchodziła za lekko snobistyczną. Można tam było spotkać chociażby Magdę Zawadzką i Gustawa Holoubka, który nie cierpiał plażowania, ale że aktorka kazała mu iść, to jak mawiał – „ustąpił żonie”. Wspominał potem, że usiadł sobie w krzakach tuż nad plażą, z książką i próbował ją czytać w tym – jak to określił – „nieprzyjaznym dla człowieka środowisku”. „I nagle słyszę, jak jakaś kobieta mówi do nie mniej grubej sąsiadki: – Nie puszczaj tam dzieci. Tam nad tą wydmą, tylko nie odwracaj się, siedzi jakiś zboczeniec. Nie na plaży, ale w tych krzakach. Mówię ci, zboczeniec…” – wspominał tę zabawną anegdotę Jerzy Woy-Wojciechowski w książce „Q Pamięci”.

A Chałupy, które zasłynęły dzięki piosence Zbigniewa Wodeckiego?

Gdyby w Chałupach w tamtych czasach, jak po latach „U Sowy”, nagrywano wszystkie rozmowy, powstałaby najbardziej nieprawdopodobna encyklopedia snobizmu i niepowtarzalna historia letnich uciech nadmorskich. Wszyscy się tam spotykali, podziwiali i spierali. To była „osada artystów”, jak mówiła o niej Barbara Krafftówna. Wszyscy mieszkali w chałupach u gospodarzy. To była taka odskocznia, ale i szaleństwo. To właśnie w Chałupach Kalina Jędrusik wparowała do sklepu spożywczego w szpilkach i rozchylonym szlafroku i przesuwając się z wdziękiem na przód kolejki, poprosiła o kilka butelek szampana. Słysząc za sobą szmerek, odwróciła się i powiedział: „No przecież w czymś się wykąpać muszę”.

Na temat tego, kto odkrył Chałupy, zdania są podzielone. Jedni uważają, że Stefan Jaracz, inni, że Kolumbem tego miejsca była Aleksandra Śląska. Jednym ze stałych bywalców tego miejsca był również Tadeusz Konwicki, który wprowadził ten nadmorski skrawek do literatury.
Czy śmietanka towarzyska Polski Ludowej bawiła się na plaży nudystów w Chałupach? Co robili nocą, a co dniem w Sopocie? Dlaczego odwiedzali Ciechocinek? Co artyści rodzili w Rabce, a czym kusiły ich Bieszczady? Fot. materiały wydawnictwa Muza
Zostały nam jeszcze Mazury. Ten, kto widział serial „Osiecka”, kojarzy z nią naszą krainę jezior.

Mazury stały się mekką artystów już w latach 50. XX wieku. Kraina Tysiąca Jezior i bezgranicznej ciszy życzliwie przytulała wszelkich przybyszów: poetów, aktorów, polityków, rozbitków dziejowych i władców PRL. Mówiło się „piaski, laski i karaski”. Osiecka nie była jedyną, która tam bywała, ale jedną z wielu. Niemniej była największą atrakcją tego miejsca, kiedy się tam pojawiała. Urodziwa, kochali się w niej wszyscy, a ona pływała swoją słynną motorówką, którą nazwała „Mister Paganini”, i fotografowała nałogowo, bo fascynowało ją „rzewne światło mazurskie” i krowy. Napisała tam mnóstwo piosenek.

To były czasy i wakacje, kiedy było biednie, ale cudnie. Zwłaszcza w Krzyżach, które na przełomie lat 50. i 60. były takim dziewiczym miejscem. Zamiast łazienki jakaś miska czy dzbanek, obiady gotowała siostra urodziwego leśniczego Stanisława Popowskiego. Bywali tam wszyscy związani z STS-em, a wśród nich Olga Lipińska, która podobno próbowała reżyserować okoliczną faunę i florę. Krążyły opowieści, że składała petycje u samego sołtysa w sprawie uciszenia kogutów, które zakłócają sen, bo pieją zbyt wcześnie rano. Z kolei szalona Krysia Sienkiewicz samemu Bruno Coquatrixowi, który był bogiem estradowego Paryża i proponował jej międzynarodową karierę, w drodze nad Jezioro Nidzkie wysłała z dworca telegram: „Wolę Krzyże niż Paryże”.

Jak podsumowałaby pani tamte wakacje w PRL-u naszych rodzimych gwiazd?

Myślę sobie, że pomimo braków, mimo szarości, potrafili się bawić, korzystać z życia, poczuciem humoru i śmiechem zaklinać tę rzeczywistość. Nie potrzebowali do tego zbyt wiele. Nie musieli mieć luksusów, kurortów za ogromne pieniądze. Życie nigdy nie toczy się w jednym kolorze, każdy miał jakieś swoje smutki i troski, ale mam wrażenie, że ludzie, w tym artyści potrafili z niego korzystać, przeżywać i mieć nadzieję, że uda się to robić jak najdłużej. I tak, jak piszę na końcu swojej książki, była sobie tamta Polska zgarbiona, dumna, cierpliwa, odważna, ale i właśnie roześmiana. Wszyscy mówili, że to najweselszy barak w obozie socrealistycznym. Każdy w nim miał taki raj, jaki był ten kraj i jaki chciał mieć.

– rozmawiała Marta Kawczyńska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Krystyna Gucewicz
– pisarka, poetka, dziennikarka, recenzentka teatralna, a także krytyk sztuki, reżyser i satyryk. Autorka scenariuszy widowisk teatralnych, programów telewizyjnych i filmów. Od 20 lat przygotowuje i prowadzi Ostry Dyżur Poetycki w Teatrze Narodowym w Warszawie. Autorka ponad 20 książek, w tym „Wakacje gwiazd w PRL. Cały ten szpan” i tomu poezji „Aria motyla”, wyd. MUZA, Warszawa 2021 i 2020.
Zdjęcie główne: Kadr z filmu „Niebieskie jak Morze Czarne” w reżyserii Jerzego Ziarnika, 1971 rok. Od lewej: Wacław Kowalski, Józef Nowak, Zdzisław Maklakiewicz, Andrzej Szczepkowski. Fot. archiwum Filmu / Forum
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Małżeństwo to nie umowa, którą można rozwiązać jak każdą inną
– mówi dr Tymoteusz Zych, rektor Collegium Intermarium, działacz Instytutu Ordo Iuris.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Biorąc pod uwagę prestiż, Yamaha to Lexus, a Steinway: Maybach
Doskonały dźwięk ma swoją cenę. Fortepian koncertowy: 900 tys. zł. Półkoncertowy: 550 tysięcy. Więcej niż niejeden dom.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Pokazali mi materiał spod wieży telewizyjnej. To była wojna
Sekretarz redakcji powiedział, że przysyłam zdjęcia, to pewnie żyję.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Roślinny styl vintage. Moda na trzykrotki, paprotki, geranium...
W pandemii wydajemy na rośliny coraz więcej. Co zrobić, by przetrwały zimę?
Rozmowy wydanie 8.10.2021 – 15.10.2021
„Polskie Carcassonne”, gdzie kat cytował Homera
Była to terenowa rezydencja dla książąt i królów Polski.