Historia

Podróż przez ZSRR: wszędzie ten sam ostry smród

Hotel był pełen uchodźców czekających na Harbin Maru, statek, którym my także mieliśmy się zabrać. Poinformowali nas, że to miejsce jest prawdziwym zoo, jeśli chodzi o robactwo – pchły, wszy głowowe, wszy odzieżowe, pluskwy, reprezentowane są tu wszystkie gatunki.

Jej książki wciąż są czytane, zwłaszcza „Krystyna, córka Lavransa” . Jej biografia mogłaby posłużyć za kanwę do pięknego, wielowątkowego filmu o miłości, wierności i odwadze: Sigrid Undset, laureatka literackiej Nagrody Nobla w 1928 roku, w protestanckiej Norwegii przeszła na katolicyzm, połowę pieniędzy z nagrody przeznaczyła na fundusz dla rodzin dzieci z niepełnosprawnościami, a medal noblowski sprzedała, aby wesprzeć finansowo Finlandię zaatakowaną przez Związek Sowiecki w 1939 roku.

Ale to nie dlatego drukujemy dziś fragmenty jej książki „Odzyskać przyszłość” w przekładzie Katarzyny Tunkiel, wydanej przez Ośrodek KARTA.

Tę zdecydowanie reporterską książkę noblistka napisała – czy raczej spisała ze wspomnień – w USA, dokąd dotarła późnym latem 1940 roku zmuszona do ucieczki z ojczyzny, gdzie Niemcy umieścili ją na liście osób poszukiwanych. Już w latach 30. była znaną przeciwniczką nazizmu, a kilka dni po inwazji Niemiec na Norwegię w kwietniu 1940 roku, wygłosiła w radiu płomienną mowę wzywającą rodaków do walki z najeźdźcą. W obronie Norwegii zginął jej starszy syn Andres, z młodszym przedostała się przez Związek Radziecki i Japonię do USA.

Jej wspomnienia z tej drogi – z nieznanym całkowicie wstrząsającym opisem sowieckiego życia – po norwesku ukazały się dopiero w 1949 roku, po śmierci pisarki, wcześniej zostały wstrzymane z powodu interwencji sowieckiej ambasady. Po polsku ukazują się po raz pierwszy.

Sigrid Undset nie poszła śladem omamionych i zmanipulowanych zachodnich kolegów po piórze, ale pokazała Moskwę, kolej transsyberyjską i Władywostok tak jak je zobaczyła. Fragmenty książki drukujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Ośrodek KARTA.
Moskwa lata 40. Reprezentacyjna aleja Lenina. Fot. Anatoliy Egorov/FotoSoyuz/Getty Images
Była wtedy połowa lipca, a w Moskwie panował skwar. Codziennie podczas naszego pobytu wieczorem się chmurzyło – grzmot przetaczał się gdzieś w oddali, na wielomilionowe miasto spadał ciepły deszcz. Upalne powietrze stawało się wtedy jeszcze duszniejsze, ciężkie i parne. Jak w łaźni tureckiej unosiło się znad bruku, z murów domów i ciasnych, śmierdzących podwórzy – bogato nasycone niezliczonymi brzydkimi zapachami.

Czytałam oczywiście wiele sprzecznych ze sobą doniesień o państwie sowieckim, a od ludzi, którzy tam byli, słyszałam o wspaniałościach lub nędzy tego kraju – to, co się widzi, bardziej niż kiedykolwiek zależy tutaj od oczu patrzącego – więc pomyślałam, że nic, co zobaczę, nie powinno mnie zaskoczyć. Co jednak mnie zdziwiło – przynajmniej trochę – to to, że obraz wyglądał tak jednolicie. Naprawdę nie było widać różnic między ludźmi, trzeba to Rosjanom przyznać.

Tłumy na obrzeżach miasta i tłumy w centrum były tak samo marnie ubrane, tak samo nieogolone, o tak samo niechlujnych włosach. W kamienicach wychodzących na mury Kremla i w starej carskiej ujeżdżalni ludzie siedzieli na balkonach przy samowarze – okolica musiała być kiedyś „elegancką dzielnicą”. Teraz kamienice były tam tak samo zrujnowane jak wszystkie inne domy, a kobiety i mężczyźni na balkonach tak samo źle ubrani jak pozostali.

Jak Lenin kupował sznurek od Zachodu

Chińczycy nie byli pierwsi. Przed nimi tego samego spróbowali Sowieci.

zobacz więcej
W moich wcześniejszych wyobrażeniach nie istniał za to zapach Moskwy. Zatem to on wywarł na mnie najbardziej przytłaczające wrażenie. Mdła woń bawełny, którą prano często, ale bez mydła, niezadbanych kobiecych włosów, woń sypialni wypełnionych brudnymi łóżkami, wydobywająca się z każdego otwartego okna w letnią noc. Woń moczu i ekskrementów z brudnych podwórzy, na których szereg walących się szop służył za latryny. A nad całym miastem – zapach gnijących, kruszących się, popadających w ruinę rzeczy, zapach pleśni, zapach zjedzonego przez grzyb drewna, tynku odchodzącego od ścian, zapach czarnego śluzu między kostkami brukowymi i w dziurach w asfalcie.

Szczególny składnik tej symfonii zapachów stanowił tłusty, ostry i straszny smród, podobny do jełczejącego oleju, który wydziela trujące kwasy. Woń swego rodzaju tranu, którym Rosjanie smarują buty z cholewami, jak wyjaśnił jeden z naszych znajomych. W takim razie Rosjanom musi być naprawdę ciężko – nie mieć takich butów, lecz nadal czuć smród smarowidła do nich. Choć oczywiście żołnierze nosili buty z cholewami. (…)

Nikt nic nie czyta

Otrzymałam adres swego rodzaju księgarni uniwersyteckiej, otwartej codziennie. Było w niej pełno ludzi – młodych i starych, mężczyzn i pojedynczych kobiet – którzy grzebali w stertach książek, stali pochłonięci lekturą albo kręcili się po sklepie, cicho ze sobą rozmawiając. Poza tym byli to jedyni czytający Rosjanie, jakich widziałam. Podobno Rosja sowiecka ma na koncie wielkie osiągnięcia w walce z analfabetyzmem. Ale to, że wszyscy ludzie nauczyli się czytać, nie oznacza, że mają ochotę to robić. Nigdy nie widziałam, by ktoś kupował prasę w kiosku, nikt siedzący na ławkach w tak zwanych parkach nigdy nie czytał gazety czy książki.
Czytelnia w bibliotece im. Lenina w Moskwie. Lata 40. XX wieku. Na zdjęciu – wszystkie miejsca zajęte. Fot. Anatoliy Egorov/FotoSoyuz/Getty Images
„Prawdę” widziałam na prawo i lewo, ale zawsze w postaci papieru pakowego. W hotelowej restauracji nikt nigdy nie czytał przy jedzeniu. Ale w księgarni uniwersyteckiej było tłoczno. Mieli też dość dużo książek. Druk i papier były straszne – mniej więcej jak w niemieckich gazetach sprzed wybuchu tej wojny.

Jak wydać ruble?

Hans (syn pisarki – przyp.red.) przybył do Rosji sowieckiej pełen wielkich oczekiwań. Jak większość młodych Norwegów, żywo interesował się komunistycznym eksperymentem i był gotów bardzo wiele zeń zaakceptować. Jego przerażenie rzeczywistością, która nam się ukazała, było wręcz komiczne.

Zieloni powstańcy, zielony gaz. Jak Sowieci pozbyli się zbuntowanych chłopów

Tuchaczewski pokonał „bandytów” bronią chemiczną, egzekucjami, głodem, obozami koncentracyjnymi dla dzieci (matki wyły, by dopuszczono je do trzylatków).

zobacz więcej
(Hans) nigdy nie przebywał poza Skandynawią. Dlatego nawet mu się nie śniło, że taki brud i nędza mogą w ogóle istnieć. Bezgraniczne było jego przerażenie, kiedy usłyszał, że nigdzie w Rosji nie może pić nieprzegotowanej wody – czteromilionowe miasto bez zdrowej wody pitnej. Sama zresztą też uważam to za jedną z najpoważniejszych wad Moskwy.

Ale wstrząśnięty był zwłaszcza żebrakami. Bo to prawda – pod masami jednolicie ubogich i niechlujnie wyglądających moskwian niekiedy dostrzegaliśmy przelotem pariasów – ludzi, których rządzący system wyrzucił poza społeczeństwo, którzy nie mieli z czego żyć, poza wyżebraną jałmużną.

Wyglądali też jak skoncentrowana nędza, dużo gorzej niż najgorsze, co widziałam wszędzie indziej. Przyciśnięte do ściany mijanej przez strumień ludzi, tkwiły jak szmaciane tobołki – głównie stare kobiety, ogorzałe od brudu i bezdomnego życia, o włosach zielonkawych od błota czy pleśni; czasem żebrały też wycieńczone dzieci. Gdy wydaliśmy ostatnie ruble i kopiejki, syn zażądał, żebyśmy wrócili do siebie: „Bo nie dam rady przejść obok i nic im nie dać...”.

Zresztą tylko w ten sposób mogliśmy wydawać nasze ruble. W całej Moskwie nie było ani jednej rzeczy, jaką moglibyśmy kupić (…).

Najgorsze, co widziałam

Do Władywostoku pociąg przyjechał zgodnie z rozkładem, pomimo rozmaitych opóźnień (…) ukończyliśmy podróż w planowane dziewięć dni.

Zmierzchało, a nas wysadzono na źle oświetlonej stacji, po której dano nam się włóczyć i czekać przez kilka godzin. Szarak (pracownik biura podróży, który pilotował zagranicznych podróżnych – przyp. red.) wyjaśnił, że to przez samochody, które wysłać miał Intourist – nie przyjechały, a hotel znajdował się na drugim końcu miasta. Chodziliśmy więc w kółko.
Sigrid Undset „Odzyskać przyszłość”, wyd. Ośrodek KARTA
Zajrzałam przez okna do poczekalni – a tam niezmiennie ściśnięty tłum brudnych ludzi siedzących i leżących w milczeniu, cierpliwie, na swoich brudnych workach z pościelą, ten sam ostry smród.

Ale tuż pod jednym z okien siedziała mała dziewczynka, od której nie mogłam oderwać oczu. Moja własna córka chorowała od drugiego roku życia aż do śmierci w wieku dwudziestu trzech lat, ta mała Rosjanka zaś w zadziwiający sposób ją przypominała. Pod ciasno zawiązanym białym czepkiem para szeroko otwartych szarych oczu wyglądała z bladej jak wosk, wąskiej twarzy – o tym dziwnym, cierpliwym wyrazie dzieci przywykłych do bólu.

W końcu poprosiłam żonę żydowskiego profesora, żeby ją zagadnęła. Dziecko siedziało skulone na swoim worku z pościelą, jej ojciec stał tuż obok – potężny mężczyzna o czerwonej twarzy, z potarganą ciemną brodą, ubrany w wiekowy wojskowy płaszcz, związany w pasie kawałkiem liny. Ale był wyjątkowo chętny do rozmowy o swojej córeczce.

Nad ofiarami z piórem w ręku stali ich kaci. Pisanie sowieckiej ikony

Gułag opisywany jest jako „szkoła nowego, szczęśliwszego społeczeństwa”

zobacz więcej
Na imię jej było Oleha i miała dwanaście lat. Tak, chorowała na suchoty – i to bardzo poważnie, przez ostatni rok stale pluła krwią. Jednak wkrótce miała wyzdrowieć, bo dostała miejsce w sanatorium. Na Krymie. On sam miał jechać z nią aż do Moskwy, a stamtąd Oleha miała zostać wysłana na południe; wszyscy suchotnicy, którzy tam się leczyli, wracali do zdrowia – tak słyszał.

Podziękował, bardzo zadowolony, za mój podarunek dla Olehy – chociaż Bóg wie, jak miałby zdołać kupować jej po drodze „coś dobrego”. W każdym razie obiecał mi, że na stacjach będzie jej kupował jagody. A Oleha podała mi rączkę – w odczuciu była jak stopa martwego kurczęcia, zimna i koścista. Mimo parnego wieczoru dziecko miało policzki wilgotne od zimnego potu, gdy ich dotknęłam.

Nie chce mi się wierzyć, że dojechała żywa do Moskwy – z Bóg wie iloma przerwami po drodze, na przepełnionych dworcach, czekając z ojcem na wagon, w którym znalazłoby się miejsce, gdzie mogliby rozłożyć materace na jednej z półek. W międzyczasie dała pewnie radę zarazić tak wielu współpodróżnych, że można by nimi zapełnić całe sanatorium.

Po przelotnym spojrzeniu na piekło pociągów z więźniami Oleha była najgorszym, co widziałam w Rosji sowieckiej.

Prawdziwe zoo

(…) Wreszcie wylądowaliśmy w hotelu. Cieszyłam się na ciepłą kąpiel – w hotelu w Moskwie się kąpałam, choć pomieszczenie i wanna wyglądały odstraszająco. Zebrałam się jednak na odwagę i zmusiłam też do niej syna.

Rzut okiem na łazienkę w hotelu we Władywostoku w zupełności wystarczył – wolałam zachować na sobie brud zebrany w podróży przez Syberię, niż zamienić go na brud innych ludzi. W toalecie wszystkie rury doszczętnie zardzewiały, pewnie dobry rok wcześniej.

(…) Hotel był pełen uchodźców czekających na Harbin Maru, statek, którym my także mieliśmy się zabrać. Poinformowali nas, że to miejsce jest prawdziwym zoo, jeśli chodzi o robactwo – pchły, wszy głowowe, wszy odzieżowe, pluskwy, reprezentowane są tu wszystkie gatunki. Może mamy na nie jakiś środek?
Władywostok, lata 20. XX wieku kolejka po chleb. Fot. Getty Images
Żona żydowskiego profesora miała ocet sabadylowy i proszek na insekty, które rozdała, wyjaśniając nam, jak używać tych preparatów. Mój biedny syn Hans zbladł i zesztywniał ze strachu. Przez dwadzieścia lat swego życia nigdy jeszcze nie widział wszy, chociaż chodził do szkół powszechnych w mieście i na wsi – a na pieszych i narciarskich wycieczkach górskich nocował we wszelkiego typu chatach i schroniskach. Nawet pchły nie miał szansy zobaczyć, chociaż zawsze trzymaliśmy w domu psy i koty.

W moim najwcześniejszym dzieciństwie zdarzało się jeszcze w Norwegii, że dzieci miały „zwierzęta”. Teraz jednak prawie całkiem je zlikwidowaliśmy – podczas ucieczki na północ i w głąb Szwecji, gdzie co noc spałam w barakach, na kutrach i w chatach, na sianie i w pościeli, której tygodniami przede mną używali robotnicy, nigdy nie pamiętałam, że istnieje coś takiego jak wszy. Ani też mi o tym nie przypomniano. Niemcy sprowadzili ich znów całe masy.


(…) W porównaniu z Władywostokiem Moskwa, Omsk, Irkuck, Czyta i wszystkie inne sowieckie miasta, jakie widzieliśmy, były niemalże zadbane i czyste. Władywostoku nie da się opisać – trzeba go było samemu zobaczyć, żeby uwierzyć, jak wygląda. A gdy już się go zobaczyło, mimo wszystko nie daje się wiary – człowiek myśli, że pamięć na pewno spłatała mu figla.

Miasto liczy podobno milion mieszkańców, a w jego położeniu nie ma nic złego – zbudowane jest na niskich pagórkach otaczających szeroką i piękną zatokę. Większość importu z USA i Japonii prowadzi przez Władywostok – wiele razy dziennie niekończące się pociągi towarowe wyjeżdżają z miasta na zachód. Mnóstwo towarów składuje się też na nabrzeżach, placach i wzdłuż ulic – gdzie bądź. Wyglądają, jakby miały tak leżeć, aż popadną w ruinę. Mijaliśmy sterty elementów grzejników, typu używanego w Europie za mojej młodości – całkiem przerdzewiałych, tworzących wielkie rude góry żelastwa.

(…) W końcu nadszedł dzień, gdy mieliśmy pożegnać się z sowieckim rajem. (…) wsadzono nas do samochodów i odwieziono na przystań dla statków parowych. Stamtąd pochodzą nasze ostatnie wrażenia z Rosji sowieckiej. Drewniane nabrzeże, tak przegniłe, że trzeba je było związać przemyślnym systemem belek i łańcuchów przymocowanych do dachu budynku na lądzie. Parowiec stał przy pontonie ze starych barek; musieliśmy tam balansować na bardzo niebezpiecznie wyglądającym trapie, nad czarną jak węgiel wodą, która śmierdziała gorzej niż wszystko inne co cuchnie w Rosji. Woda w miejskich portach zwykle jest brudna i brzydko pachnie, ale ta we Władywostoku przypominała zawartość szamba.

– Sigrid Undset

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Tytuł i śródtytuły od redakcji. Zdjęcie autorki Al Fenn/Getty Images
Zdjęcie główne: Zagorsk (dziś Siergijew Posad), miasto leżące ok 70 km od Moskwy. Lata 40. XX wieku. Fot. Aleksandr Grinberg/FotoSoyuz/Getty Images
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Setki manifestantów utopionych w rzece? Fakty czy legenda
Prezydent przyjął wersję wydarzeń przygotowaną przez komunizujących historyków.
Historia Najnowsze wydanie
Ścięty na gilotynie. Śląski męczennik
Dlaczego młody ksiądz został oskarżony o zdradę stanu?
Historia Poprzednie wydanie
Polska pod obcym protektoratem. Suwerenność reglamentowana
Skoro sami Polacy zaprosili „zagranicę” do ingerencji, trudno, żeby nie skorzystała.
Historia Poprzednie wydanie
Sybiraczka z rodu Mickiewiczów
Dwa tygodnie po śmierci synka przyszła paczka od męża przez Czerwony Krzyż z Persji. Myślałam, że mnie to zabije. Czemu nie przyszła wcześniej!
Historia Poprzednie wydanie
Miał kmicicowatą naturę. Pierwszy rzucał butelkę z benzyną
Śmierć przyszła po Baczyńskiego wcześniej, i to na polu chwały, a nie w ubeckich kazamatach, jak dopadła „Anodę” Rodowicza.