Historia

Polacy pojawiali się tam, gdzie się ich jeszcze nie spodziewano. W pogoni za bolszewikami

Na Zachodzie pojawił się osobliwy poczet zbawców Polski. Zwycięstwa gratulowano obecnemu w Warszawie generałowi Maxime'owi Weygandowi, ale i marszałkowi Francji Ferdynandowi Fochowi, który nie ruszył się z Paryża, ale był w kontakcie z Weygandem. Gratulowano Davidowi Lloyd George'owi. Premier nie ruszył się z Londynu i nawet nie był z nikim w kontakcie, ale popierał wysłanie do Polski Weyganda. Lloyd George zaś gratulował D'Abernonowi jako cywilnemu członkowi Misji Międzysojuszniczej w Warszawie.

Z okazji 101. rocznicy Bitwy Warszawskiej na antenie TVP1 będzie można zobaczyć w niedzielę, 15 sierpnia, o godz. 20.15 film dokumentalny „Wojna światów”, a o 21.50 film fabularny w reżyserii Jerzego Hoffmana „1920. Bitwa Warszawska”.
TVP Historia pokaże:
w sobotę, 14 sierpnia o godz. 17.15 „Spór o historię - Cud nad Wisłą”, a o godz.19.00 teleturniej „Giganci historii - Wojna Rosji bolszewickiej z Polską”;
w niedzielę, 15 sierpnia:
o godz. 16.30 teleturniej „Giganci historii - Bitwa Warszawska”,
o godz. 17.20 reportaż „Przedmurze Europy, czyli Bitwa Warszawska 1920” z cyklu „Wojownicy czasu”;
o godz. 19.05 film dokumentalny „Bitwa Niemeńska 1920”;
w poniedziałek, 16 sierpnia o godz. 02.40 film dokumentalny „Warszawa 1920. Portret zagrożonego miasta”.


Bitwa Warszawska trwająca w dniach 13 – 25 sierpnia 1920 roku przeważyła szalę zwycięstwa na stronę Polaków w wojnie polsko-bolszewickiej. Wojsko Polskie, od kilku tygodni w odwrocie przed nacierającym Frontem Zachodnim Armii Czerwonej, zdołało powstrzymać bolszewików pod Warszawą, przejść do natarcia i zadać agresorom spektakularną klęskę. Bitwa Warszawska, zaliczona przez angielskiego historyka i dyplomatę, lorda Edgara Vincenta D'Abernona do osiemnastu bitew decydujących o losach świata, trwała wiele dni i nie była tak całkiem warszawska, bo jej wydarzenia szybko rozciągnęły się na froncie liczącym 450 kilometrów.

Droga do Berlina

15 sierpnia1920 roku Polacy przełamali front bolszewicki pod Radzyminem, ale to by nie wystarczyło do zmuszenia bolszewików do panicznego odwrotu. Decydujące było uderzenie oskrzydlające znad Wieprza, 16 sierpnia, co grożąc najeźdźcom całkowitym okrążeniem, zmusiło ich do cofania się na całej linii aż do oparcia się o Niemen.

Manewr oskrzydlający Armię Czerwoną został zaplanowany i przeprowadzony przez marszałka Józefa Piłsudskiego, głównodowodzącego wojsk polskich. Powodzenie tego manewru było decydujące dla pozbycia się bolszewików z centralnej części kraju. Bolszewicy stali już na przedpolach Warszawy i było naprawdę groźnie. Nie tylko dla powstałego po 123 latach niewoli państwa polskiego, ale i dla Europy. Moskwa planowała przecież „po trupie białej Polski” przenieść swoją rewolucję jak najdalej na Zachód. Po wzięciu Warszawy droga do Berlina byłaby dla komunistów otwarta.
Bitwa Warszawska. Piechota polska w tyralierze. Fot. Centralne Archiwum Wojskowe/Wikimedia
Jak by było z rewolucją światową, tego nie wiadomo. Wielu polskich historyków uważa, że nasi żołnierze ocalili Europę Zachodnią, a na pewno Niemcy, przed komunizmem, z czym zgadza się opinia lorda Edgara Vincenta D'Abernona o znaczeniu Bitwy Warszawskiej. Niemcy poniosły duże straty w I wojnie światowej na froncie zachodnim, ale z frontu wschodniego do kraju wróciło ponad milion żołnierzy bardziej znużonych wielomiesięczną bezczynnością niż pokonanych. Czy zatem Armia Czerwona po zwycięstwie nad Polską (gdyby wygrała Bitwę Warszawską) weszłaby w Niemcy jak nóż w masło? Tego się nigdy nie dowiemy, ale w rewoltujących się po przegranej wojnie Niemczech Reichswehra byłaby na pewno w dużym kłopocie.

Pozostawiając na boku ahistoryczne „co by było, gdyby...”, stwierdzić należy, że wygrana przez Polskę wojna z bolszewikami była istotna dla pokoju w Europie po Wielkiej Wojnie, jak wtedy nazywano I wojnę światową.

30 kilometrów dziennie

Gdy udał się manewr oskrzydlający znad Wieprza, Armia Czerwona, zmęczona ucieczką, zatrzymała się dopiero w drugiej połowie września, aby się zreorganizować. Wojsko Polskie też było już wyczerpane wielotygodniową pogonią za przeciwnikiem. Obie strony szykowały się do następnej dużej bitwy nazwanej później bitwą nad Niemnem. I tutaj, podobnie jak w Bitwie Warszawskiej, nie nad samym Niemnem toczyły się walki, ale na dużo szerszym froncie.

Komarów wieńczy dzieło. Jak polska armia rozniosła Sowietów

Pierwsze zwycięstwo od Sobieskiego

zobacz więcej
Obie wielodniowe bitwy mają wiele cech wspólnych. Przede wszystkim szybkość działań polskich. Wojsko Polskie przechodziło dziennie w manewrze znad Wieprza i w podobnym manewrze oskrzydlającym Armię Czerwoną znad Niemna średnio ponad trzydzieści kilometrów dziennie, a bywały dni, że i pięćdziesiąt. Kawaleria rutynowo pięćdziesiąt. Na niewielu odcinkach można było wykorzystać kolej, no i wtedy piechota nie jeździła samochodami.

Polacy wykazali szybkość i manewrowość charakterystyczną niegdyś dla Napoleona w jego najświetniejszych zwycięstwach, czyli pojawiali się tam, gdzie ich się jeszcze nie spodziewano. Nie spodziewano się do tego stopnia, że gdy w ręce bolszewików wpadł mapnik zabitego oficera z planami uderzenia znad Wieprza, to znalezione dokumenty potraktowali oni jak prowokację, gdyż uwidoczniona w planach szybkość poruszania się WP nie wydawała się im realna. Dowodzący bolszewikami Michaił Tuchaczewski dopiero w ostatniej chwili zdołał wycofać część swoich sił z okrążenia.

I Marszałek, i Matka Boża

Jeszcze w najlepsze trwał pościg za uchodzącymi na wschód bolszewikami, gdy za linią frontu rozgorzał spór o przyczynę zwycięstwa i jego autorów. Zaczęło się już 14 sierpnia artykułem Stanisława Strońskiego w „Rzeczpospolitej” „O cud Wisły”. Postulatywny tytuł – autorowi marzył się „cud” podobny do zwycięstwa Francuzów nad Marną – szybko posłużył za nazwę całej bitwy – cud nad Wisłą.

Środowiska chrześcijańsko-narodowe nie mogły się pogodzić z chwałą wojenną Józefa Piłsudskiego, wywodzącego się przecież z PPS. Stąd to nie Marszałek wygrał, ale Matka Boża Królowa Polski, której święto – wtedy pod nazwą święta Matki Bożej Zielnej (dogmat o Wniebowzięciu Matki Bożej pochodzi dopiero z 1950 roku) – przypadało 15 sierpnia.

Rosjanie biali czy czerwoni... Ktokolwiek, byle nie Polacy. Jak Brytyjczycy negocjowali z bolszewikami

Gdy w lipcu 1920 roku brytyjski premier oddawał bolszewikom, w naszym imieniu, Galicję Wschodnią, nie widział żadnego problemu.

zobacz więcej
14 sierpnia pod Ossowem zginął kapelan wojskowy ksiądz Ignacy Skorupka trafiony odłamkiem, gdy udzielał ostatniego namaszczenia śmiertelnie rannemu żołnierzowi. Szybko powstała legenda ks. Ignacego, która przeniosła go do Radzymina, gdzie 15 sierpnia w sutannie (naprawdę zginął w mundurze kapelana), ze stułą na piersi i krzyżem w ręku prowadził natarcie. Wtedy w chmurach nad nacierającymi Polakami miała się pojawić Matka Boża, którą widzieli nawet bolszewicy.

Ksiądz kardynał Aleksander Kakowski, prymas Polski, uznał śmierć księdza Skorupki za punkt zwrotny w wojnie 1920 roku, a arcybiskup ormiańskokatolicki Józef Teodorowicz podczas nabożeństwa na Jasnej Górze mówił: „Niechaj wodzowie spierają się (…) niech długo uczenie rozprawiają, jaki to plan strategiczny do zwycięstwa dopomógł(...), ale modły bitwę rozegrały, modły cud nad Wisłę sprowadziły.”

Cud nad Wisłą przeszedł do historii i powszechnej wyobraźni wielu wiernych. Zwyciężyła Opatrzność, a nie Józef Piłsudski, co już dopowiadała prawicowa prasa. Oponenci Marszałka myślący bardziej po świecku jako autora zwycięstwa pod Warszawą wskazywali jego szefa sztabu, generała Tadeusza Rozwadowskiego, no i francuskiego generała Maxime'a Weyganda, który rzeczywiście doradzał sztabowi WP, ale którego rad nie zrealizowano. Sam Weygand wypowiedział się za to racjonalnie w kwestii cudu nad Wisłą: „ jak mówią nasze stare przysłowia: pomagaj sobie, a niebo ci dopomoże, ale też i Polska cudownie sobie dopomogła.”

Po zamachu majowym w 1926 roku cud nad Wisłą przeniósł się do kościołów, a wyobraźnię świecką zdominował Marszałek. Wraz z upływem lat ginęły nazwiska innych dowódców, nieraz bardzo zasłużonych i samodzielnych, jak na przykład generała Władysława Sikorskiego.

Źródło: Zamek Królewski w Warszawie – Muzeum/YouTube

Nadprzyrodzone z tym, co czysto wojskowe postarał się pogodzić Jerzy Kossak, malując na dziesięciolecie zwycięstwa 1920 roku alegoryczny obraz „Cud nad Wisłą”. Na górze płótna jest Matka Boża, nad którą zamiast aniołów unoszą się samoloty, a Ona sama stoi jakby na czymś w rodzaju obłoku z widmowej husarii. Jest zacięty bój, nasi napierają, bolszewicy uciekają, ksiądz Skorupka w sutannie z krzyżem w ręku w pierwszej linii, a z oddali z konia w otoczeniu sztabu przygląda się wszystkiemu marszałek Józef Piłsudski w „siwym strzelca stroju”.

Niepiśmienni chłopi stali się Polakami. Inny Cud nad Wisłą

Osamotnione, wyniszczone państwo, po 123 latach nieistnienia, dokonało czegoś, co nie miało prawa się udać.

zobacz więcej
Nie odmawiając nikomu wiary w siłę modlitwy – a w tych krytycznych dniach kościoły Warszawy były pełne – można mówić o całkiem ziemskim cudzie w przypadku całej wojny 1920 roku. Cudowna była mobilizacja, poświęcenie, odwaga i myśl strategiczna w armii państwa, którego przez ponad wiek nie było na mapie. Niepiśmienni chłopi poczuli się Polakami, wstępowali ochotniczo do armii, nie uchylali się od poboru i byli zupełnie niewrażliwi na ulotki bolszewickie z rysowanymi tam wstrętnymi polskimi panami, którzy ich okładają batogami.

Tuchaczewski chce znowu do Warszawy

A nie tak miało być. W zamysłach Moskwy proletariat i chłopstwo mieli stanąć u boku Armii Czerwonej, gdy ta pojawi się w Polsce. Nastroje rewolucyjne wśród Polaków były wielkim złudzeniem komunistów w Moskwie, silnym, bo zgodnym z leninowską interpretacją marksizmu. Inne złudzenia żywił dowódca frontu zachodniego Michaił Tuchaczewski. Po przegranej Bitwie Warszawskiej donosił władzom w Moskwie, że zwycięstwo jest bliskie, bo Polacy już się wyczerpali pościgiem za jego siłami, który pochłonął całą ich energię.

Armia Czerwona miała znacznie gorszy wywiad niż Wojsko Polskie, stąd Tuchaczewski był zaskoczony oskrzydleniem jego wojsk od północy znad Niemna. Rzekomo wyczerpani Polacy na zdrowy wojskowy rozum nie mieli prawa się tam pojawić. Szczególnie wtedy, gdy komandarm Tuchaczewski jeszcze nie przygotował swoich żołnierzy do ponownego ataku na zachód. Tuchaczewski zamiast nieść na bagnetach rewolucję, musiał organizować odwrót, by nie dać się całkowicie okrążyć i zniszczyć.

Zaskoczenie Armii Czerwonej w bitwie niemeńskiej było możliwe dzięki – podobnie jak w Bitwie Warszawskiej – nadspodziewanie szybkiemu przemieszczaniu się sił polskich, ale także dzięki naruszeniu terytorium Litwy, która, niby neutralna, trzymała dotąd stronę bolszewików. O granicę z Litwą opierało się prawe skrzydło zbierającego siły do ataku Frontu Zachodniego. Tymczasem WP pojawiło się na północy, a nawet na północny-wschód od pozycji bolszewickich, czyli za ich plecami.

Komandarm – wtedy jeszcze rewolucyjna Rosja nie używała tradycyjnych stopni wojskowych – Michaił Tuchaczewski dysponował siłami porównywalnymi z tymi, które miał w Bitwie Warszawskiej. Z głębi ZSRS doszły rezerwy i właśnie ryzykowne zlekceważenie tego uzupełnienia przez Polaków doprowadziło do powstania śmiałego planu bitwy niemeńskiej. Tuchaczewski szykował się do ponownego marszu na Warszawę, a gdy uświadomił sobie, że trzeba się bronić, bo Polacy następują, zgromadził największe siły na środku swojego frontu w okolicach Grodna, sądząc, że tutaj nastąpi główny atak.
Nad Niemnem. Polscy żołnierze w czasie wojny polsko-bolszewickiej we wrześniu 1920 roku. Fot. Centralne Archiwum Wojskowe
Wojsko polskie atakowało Grodno, ale – podobnie, jak w Bitwie Warszawskiej ważniejsze od Radzymina było obejście wroga od południa – teraz ważniejsze od Grodna było obejście bolszewików od północy.

Bitwa niemeńska trwała od 20 do 26 września 1920 roku. Po jej zakończeniu Wojsko Polskie już nie walczyło z Armią Czerwoną, ale ścigało jej maruderów, biorąc wielu jeńców i zdobywając dużo dział i innego sprzętu wojennego. 14 października WP zajęło bez walki Mińsk, na czym skończyły się działania w wojnie polsko-bolszewickiej.


Komandarm Tuchaczewski tak bardzo chciał znów do Warszawy, że stracił kontakt z rzeczywistością. 12 października, w dniu podpisania rozejmu w Rydze przewidującego zakończenie wszelkich działań wojennych na 18 października, wydal rozkaz: „Komendanci, Komisarze, Komuniści! Wasza socjalistyczna ojczyzna żąda nowych wysiłków od szeregów frontowych. Podbój albo zgon! Śmierć albo zwycięstwo! Naprzód!”.

W momencie wydania tego rozkazu w rękach polskich było 40 tysięcy żołnierzy jego armii i 140 dział. Wojna była przegrana i trzeba było z pańską Polską szybko podpisać rozejm, aby zatrzymać polski pościg.

Wyczerpani pościgiem

Inna sprawa, że zwycięska Polska też miała dosyć wojny i nie tylko armia była zmęczona. Sześć lat nieustannej wojny w kraju – przesuwające się fronty I wojny światowej, wojna o Lwów, powstania śląskie, konflikt o Zaolzie – zrobiło swoje i Marszałek nie dostałby zezwolenia Sejmu na dalsze działanie w głąb terytorium ZSRS. Kraj chciał odpocząć, wojsko też i cieszyć się zwycięstwem.

Bitwa niemeńska jest nieco zapomniana w porównaniu z Bitwą Warszawską, choć była jej koniecznym uzupełnieniem i potwierdzeniem. Bardziej zwraca uwagę, gdy zagrożona jest stolica, ale gdyby nie zwycięstwo nad Niemnem, do zagrożenia Warszawy mogłoby dojść po raz drugi.

Zarzuca się dowództwu, że nie domknęło okrążenia i nie zniszczyło całkiem wojska Tuchaczewskiego, pozwalając większości jego sił na ucieczkę. Tuchaczewski od pewnego momentu unikał walki i starał się ratować swe siły i rzeczywiście strat w zabitych i rannych miał mniej niż w Bitwie Warszawskiej. Tygodniowy pościg bojem może jednak wyczerpać najlepiej zmotywowane siły.
Gen. Władysław Sikorski ze sztabem 5 Armii podczas Bitwy Warszawskiej. Fot. Centralne Archiwum Wojskowe/ Wikimedia
Zarzuca się generałowi Władysławowi Sikorskiemu, że po zwycięskiej bitwie kawalerii pod Komarowem – ważny epizod kampanii niemeńskiej – nie wsparł Juliusza Rómmla ścigającego konarmię Siemiona Budionnego i jej pokonane resztki uszły z pola walki. Sikorski nie docenił skali zwycięstwa polskiej kawalerii.

Po Bitwie Warszawskiej też nie zniszczono tylu sił bolszewickich, jak – zdaniem krytyków – było można. Pościg polski zaczął wyhamowywać już 18 sierpnia i widocznie, zarówno nad Wisłą, jak i nad Niemnem, zmęczony walką żołnierz polski nie mógł w nieskończoność ścigać bardzo szybko uciekających bolszewików.

Obydwie bitwy – warszawska i niemeńska – ocaliły byt państwa polskiego. Sam cud nad Wisłą, wobec uzupełnień, jakie otrzymał Tuchaczewski, stojąc nad Niemnem, by nie wystarczył. Co by było, gdyby to on pierwszy wyprowadził natarcie na zachód, które planował na 25 września?

Co Polska przegrała?

Polska wygrała pokój czy przegrała zwycięstwo?

Moglibyśmy dostać więcej przy innych negocjatorach.

zobacz więcej
Mówi się, nie bez racji, że zwycięstwo w wojnie zostało przegrane podczas rozmów pokojowych w Rydze. Był taki moment w negocjacjach, że przestraszony Lenin upoważnił sowiecka delegację do oddania Polsce tyle terytorium, ile by Polacy chcieli. Delegacja polska złożona z endeków pod przewodnictwem Jana Dąbskiego nie chciała jednak za wiele.

Narodowa demokracja miała koncepcję państwa jednolitego etnicznie i w przyszłości chciała polonizować mniejszości, co im dalej na wschód, tym byłoby trudniejsze. Marszałek Piłsudski miał koncepcję państwa federacyjnego i chciał, by Polskę od ZSRS oddzielały niepodległe, ale związane z naszym krajem, Ukraina, Białoruś i Litwa. Sytuacja w polityce krajowej i zmęczenie wojną żołnierzy oraz ludności pogrzebały te plany. Zajęty Mińsk i okolice zostały oddane, a o nowej wyprawie na Kijów nie mogło być mowy.

W Rydze nawet nie ruszając wojsk, można było wziąć więcej niż wzięła polska delegacja. Z drugiej strony jednak powstała Polska z granicami na wschodzie mniej więcej jak po drugim rozbiorze – wobec tego, że jeszcze niedawno nie było żadnej Polski, było to gigantycznym sukcesem.

Drugą przegraną w wojnie polsko-bolszewickej była klęska propagandowa na zachodzie Europy. Do Polski przyjechała dość liczna francuska misja wojskowa, w tym dużo oficerów. Oficerowie francuscy widzieli się w sztabach i w punktach dowodzenia jako – może nie formalnie, ale faktycznie – dowodzący Polakami. Marszałek Piłsudski szybko sprowadził ich do roli instruktorów, a najwyższych stopniem do roli doradców. Żaden obcy oficer o niczym nie decydował.

Tuż po Bitwie Warszawskiej do ojczyzny wrócił generał Maxime Weygand, którego nazywano tam zbawcą Polski, odznaczano i fetowano. Opinii o roli Weyganda w rozgromieniu bolszewików pod Warszawą nie zmieniła jego osobista uczciwość, gdy w wywiadach prasowych mówił, że doradzał, nie decydował. Decyzje podejmował kto inny i – dodajmy – były to inne decyzje niż rady generała.
Misja Międzysojusznicza, sierpień 1920. W pierwszym rzędzie od lewej: Edgar Vincent D’Abernon, Jean Jules Jusserand, gen. Maxime Weygand i Maurice Hankey. Fot. Wikimedia
Zbawcą polski został także marszałek Ferdynand Foch, który nie ruszył się z Paryża, ale podobno był w ścisłym kontakcie z Weygandem. W wielkiej Brytanii zwycięstwa pod Warszawą gratulowano Davidowi Lloyd George'owi. Premier nie ruszył się z Londynu i nawet nie był z nikim w kontakcie, ale popierał wysłanie do Polski Weyganda. Skądinąd wiadomo o Lloyd George'u, że był za jak najsłabszą Polską, bo silna Rosja, po zakończeniu bezsensownego eksperymentu komunistycznego, przyda się Europie do szachowania w przyszłości Niemiec i Francji. David Lloyd George złożył gratulację po Bitwie Warszawskiej D'Abernonowi jako cywilnemu członkowi Misji Międzysojuszniczej w Warszawie i generałowi Maxime'owi Weygandowi, a premier Włoch samemu Lloyd George'owi.

Ten niedorzeczny poczet zbawców polski, a w przypadku Lloyd George'a groteskowy, świadczy o tym, że opinii publicznej w Europie nie mogło pomieścić się w głowach, że państwo znikąd samo dokonało tego, czego dokonało.

Klęska Sowietów w wojnie z Polską zasmuciła nie tylko komunistów w Moskwie. Znana niemiecka działaczka komunistyczna Klara Zetkin w rozmowie z Leninem podsumowała sytuację w nostalgicznie egzaltowanym stylu: „Przedwczesny przymrozek odwrotu Armii Czerwonej z Polski zwarzył rozwijający się kwiat rewolucji.” Czerwona odwilż dla Europy Środkowej przyszła dopiero po ponad dwóch dekadach, czego już nie dożyli ani Zetkin, ani Lenin.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Z okazji 101. rocznicy Bitwy Warszawskiej na antenie TVP1, w niedzielę 15 sierpnia o godz. 20.15 będzie można zobaczyć film dokumentalny „Wojna światów”, a o 21.50 film fabularny w reżyserii Jerzego Hoffmana „1920. Bitwa Warszawska”.
TVP Historia pokaże:
w sobotę, 14 sierpnia o godz. 17.15 „Spór o historię - Cud nad Wisłą”, a o godz.19.00 teleturniej „Giganci historii - Wojna Rosji bolszewickiej z Polską”;
w niedzielę, 15 sierpnia:
o godz. 16.30 teleturniej „Giganci historii - Bitwa Warszawska”,
o godz. 17.20 reportaż „Przedmurze Europy, czyli Bitwa Warszawska 1920” z cyklu „Wojownicy czasu”;
o godz. 19.05 film dokumentalny „Bitwa Niemeńska 1920”;
w poniedziałek, 16 sierpnia o godz. 02.40 wyemitowany zostanie film dokumentalny „Warszawa 1920. Portret zagrożonego miasta”.
Zdjęcie główne: Kawaleria polska, bitwa nad Niemnem, wrzesień 1920. Fot. Centralne Archiwum Wojskowe/Wikimedia
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Setki manifestantów utopionych w rzece? Fakty czy legenda
Prezydent przyjął wersję wydarzeń przygotowaną przez komunizujących historyków.
Historia Najnowsze wydanie
Ścięty na gilotynie. Śląski męczennik
Dlaczego młody ksiądz został oskarżony o zdradę stanu?
Historia Poprzednie wydanie
Polska pod obcym protektoratem. Suwerenność reglamentowana
Skoro sami Polacy zaprosili „zagranicę” do ingerencji, trudno, żeby nie skorzystała.
Historia Poprzednie wydanie
Sybiraczka z rodu Mickiewiczów
Dwa tygodnie po śmierci synka przyszła paczka od męża przez Czerwony Krzyż z Persji. Myślałam, że mnie to zabije. Czemu nie przyszła wcześniej!
Historia Poprzednie wydanie
Miał kmicicowatą naturę. Pierwszy rzucał butelkę z benzyną
Śmierć przyszła po Baczyńskiego wcześniej, i to na polu chwały, a nie w ubeckich kazamatach, jak dopadła „Anodę” Rodowicza.