Cywilizacja

Igrzyska olimpijskie dla komputerowych graczy? Dotąd za sport uznawano rywalizację opartą na sprawnościach fizycznych

MKOl. planuje wprowadzenie do programu igrzysk e-sporty. Facet grający na komputerze może się spocić z podniecenia, ale to jeszcze nie czyni z niego sportowca. Manipulowanie dżojstikiem czy padem nie wymaga sprawności fizycznej, która zasługuje na medal olimpijski.

Letnie igrzyska olimpijskie w Tokio to już historia. Sportowo zakończona, ale ciągle pisana w innych obszarach życia. Ponure żniwa pandemii nadal trwają. Podczas igrzysk szybko zwiększały zasięg. Liczba przypadków infekcji rosła wśród ludności i wśród uczestników.

Statystyki zakażeń są płynne. Jednak z wyraźną tendencją w górę. Wariant Delta najszybciej podbijał stolicę Japonii. W tym mieście padł swoisty rekord kraju, bo aż 2848 osób zachorowało w ciągu jednej doby w niespełna tydzień po rozpoczęciu igrzysk.

Gdy igrzyska się skończyły, dobowy wynik zachorowań przekroczył 4000 osób. W zamkniętej strefie olimpijskiej covidem zaraziło się ponad 400 ludzi, w tym także 53 zawodników, lecz nie jest to rachunek zamknięty.

Musi minąć trochę czasu zanim uda się dokładnie podsumować stan szkód zdrowotnych jakie wirus na pięciu kółkach olimpijskich poczynił w świecie sportu. W tej sprawie nie liczyłby szczególnie na MKOl., gdyż nie leży to zupełnie w jego interesie.

Masa krytyczna

Decyzja o igrzyskach w pandemii była nie tylko ryzykowna, była nieodpowiedzialna. Żeby nie stracić pieniędzy, MKOl. zaryzykował zdrowiem i życiem sportowców oraz całej populacji Tokio, wobec której prezydent Thomas Bach nie odczuwał empatii, jak donosiły japońskie media.

Straty ludzkie wśród mieszkańców stolicy, zarówno w liczbie zachowań jak i zgonów, były nieuchronne i zostaną podliczone. Jednak wątpię, aby dało się precyzyjnie określić, ile nieszczęść można było uniknąć, gdyby igrzyska zostały odwołane.

Z tej przyczyny MKOl. nie zapłaci za ewentualne szkody. Szybciej zapłaci swoją posadą premier Japonii Suga Yoshihide. W końcu to on uległ dyktatowi Bacha wbrew opiniom ekspertów i protestom rodaków.

W MKOl. nie pracują wyłącznie księgowi od bilansów finansowych. W różnych komisjach jest tam wielu wybitnych, były sportowców, którzy doskonale znają liczne zagrożenia związane z taką karierą.

Zatem dokładnie wiedzą i to, że im wyższa forma, tym słabsza odporność na różne infekcje. Powód jest banalny. Organizm wyczynowca w najwyższej formie jest maksymalnie wyżyłowany, mówiąc najprościej. Wirusy grypy czy anginy mają do niego łatwiejszy dostęp.

Na igrzyskach olimpijskich wysoka forma jest standardem. Dziesięć tysięcy zawodników to ogromna masa krytyczna potencjalnych zachorowań. Dlaczego koronawirus miałyby być mniej groźny od wirusa grypy? Wiedza o sporcie i medycynie wyklucza taki bieg zdarzeń.

Mimo śmiertelnych zagrożeń igrzyska przeprowadzono. Co tam zaraza, co tam upały, robota musi być wykonana. Mniej więcej w tej konwencji MKOl. podszedł do tematu bezpiecznych igrzysk. Potraktował sportowców jak zarządca folwarku chłopów pańszczyźnianych.

Mógł sobie na to pozwolić, bo decydenci mieli świadomość, że sportowcy przybyli do Tokio nie po to, żeby tam być, tylko po to żeby wystartować. Tylko polscy pływacy przyjechali, żeby zaraz wyjechać. Koszmarny upał nikomu nie pomagał. Kamila Lićwinko dostała udaru słonecznego. A przecież nie biegała na 5 km, tylko skakała wzwyż.
Protest przeciw olipiadzie w czerwcu 2021 w Tokio. Na zdjęciach przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Thomas Bach i przewodniczący Komisji Koordynacyjnej MKOl John Coates. Fot. ISSEI KATO / Reuters / Forum
Sport wyczynowy jest zajęciem ryzykownym. Ryzyko zawodowe jest akceptowane i w miarę przewidywalne. Nieprzekraczalne granice ustala organizm. Jednak sport na falach pandemii to rosyjska ruletka. Taka gra przekracza dopuszczalne granice.

I mniejsza o stan wyjątkowy, w tokijskiej wersji wręcz oryginalny. Mniejsza o rygory sanitarne, zamknięcie w pokojach, niechętne spojrzenia tubylców, milczące trybuny czy zakazy kontaktów towarzyskich., bo sportowcy, mimo wszystko, dawali radę.

Granice ludzkich możliwości?

Pod względem sportowym igrzyska w Tokio były udane dla wielu zawodników i drużyn. W tym także dla Polaków mimo siatkarskiej traumy. I głównie za sprawą lekkoatletów. Nie często na igrzyskach padają rekordy świata. W tej imprezie najważniejsze są medale, nie rekordy.

Każdy medal daje dożywotni tytuł medalisty olimpijskiego. I mniejsza o ten dodatek do emerytury. Ten tytuł to przepustka do kariery jak w przypadku Dawida Tomali w chodzie czy Patryka Dobka w biegu na 800 m.

A jeżeli kariera się kończy jest potwierdzeniem najwyższej marki jak to się stało Anitą Włodarczyk w rzucie młotem. Sam rekord bez medalu zawsze pozostawia niedosyt. Tak było z Aleksandrą Mirosław. Pobiła rekord świata we wspinaczce na czas i była czwarta.

Zapewne miała uczucia mieszane, ponieważ igrzyska to impreza specyficzna. Optymalne rozwiązanie to rekord i medal, gdyż parka najlepiej się trzyma. Lekkoatleci w Tokio, nie tylko nasi, dawali przykład jak to się robi. Padały historyczne wyniki.


Nie będę się nad nimi rozwodził, lecz o jednym muszę napisać. To rekord świata Norwega Karstena Warholma na 400 metrów przez płotki 45,94. Mam świadomość, że te cztery cyferki mogą nic nie mówić komuś, kto nie jest kibicem tej dyscypliny.

Dlatego trochę to rozwinę, dla lepszej czytelności. W tym sezonie tylko dwóch polskich czterystumetrowców przebiegło ten dystans poniżej 46 sekund. Ale bez płotków na bieżni, po tartanie równym jak stół, choć nie są słabiakami. Są olimpijczykami.

Zarówno wynik jak i talent Norwega można porównać jedynie do Usaina Bolta. Nominalnie Jamajczyka, praktycznie kosmity. Tacy sportowcy trafiają się raz na pokolenie a nawet raz na kilka pokoleń. Wywracają do góry nogami wszelkie statystyki i teorie.

Nazwa Tokio pozostanie w tabelach obok nazwiska Warholma. Przez pryzmat jego fenomenu będą opisywane i oceniane tak, jak to się dzieje z nazwą Pekin i nazwiskiem Bolt. Obaj przekroczyli tzw. „granice ludzkich możliwości”. Odświeżając zarazem odwieczne pytanie – gdzie one są?

Olimpijskie teorie względności

MKOl. zawalił temat bezpiecznych igrzysk. Od lat ten komitet koncentruje uwagę na olimpijskim biznesie z pominięciem zasad olimpizmu, które w tym przeszkadzają, lecz pierwszy raz w historii zrobił to tak otwarcie i z takim tupetem.

Skupienie na zyskach wymaga czujności. Stałego monitorowania rynku, testowania preferencji klienta, szukania produktów, które sprzedadzą się najlepiej. Stąd ciągłe korekty programu igrzysk. W Tokio debiutowały 4 nowe dyscypliny i aż 15 nowych konkurencji.

Igrzyska bez sushi. Wszystkim chodzi tylko o pieniądze

Działacze olimpijscy w Tokio zaryzykują tylko, jeśli pójdą w miasto. Wtedy mogą coś złapać. Chociaż niekoniecznie koronawirusa.

zobacz więcej
Wprowadzanie nowych form sportowych powinno być oparte na jakieś analizie potrzeb, najlepiej sensownie uwarunkowanych. Jednak MKOl. ma z tym duży i coraz większy problem.

Ten problem wynika z grzechu pierworodnego jakim jest relatywizacja zasad. Nawet sam sport jako sport staje się podejrzany. Z definicją sportu nigdy nie było kłopotów. Ani w starożytnej ani w nowożytnej wersji igrzysk.

Kiedyś Grecy, a potem reszta świata przez całe stulecie, za sport uznawała rywalizację opartą na sprawnościach fizycznych. Określone reguły wyróżniają dyscypliny, ale wszyscy zawodnicy opierają działania na cechach motorycznych.

Siła, szybkość, skoczność, wytrzymałość to podstawowe, funkcjonalne wektory ruchu w przestrzeni każdego człowieka. Sportowcy stale je doskonalą, ponieważ konkurują w strefie możliwości fizycznych. I one zdefiniowały sport.

Obecnie bazowa definicja sportu podlega teoriom względności. A jeżeli MKOl. wprowadzi do programu e-sporty, tak obiecuje Thomas Bach, ugruntowana definicja przestanie istnieć. A razem z nią oczywista podstawa igrzysk.

Facet grający na komputerze może się spocić z podniecenia, co jeszcze nie czyni z niego sportowca. Manipulowanie dżojstikiem czy padem nie wymaga sprawności fizycznej, która zasługuje na medal olimpijski. To nie ta półka kompetencji.

Idąc tą drogą należało by otworzyć olimpijskie wrota dla szachów, brydża, a potem pokera, oczka, scrabbli, cymbergaja, bo dlaczego by nie? Rzut beretem antenką do góry byłby w tym otoczeniu prawdziwie sportowym wyczynem.

A taniec na rurze, ponoć bardzo poważnie rozważany, mógłby ukoić sumienia członków Komitetu, gdyż łączy elementy gimnastyczne z taternictwem, że już pominę wrażenia estetyczne i punkty za styl.

W 1999 roku MKOl. uznał szachy za sport. Szachiści od dawna rozgrywają swoje olimpiady. Od lat próbują też dołączyć do globalnej rodziny olimpijskiej, choć jak na razie bezskutecznie i światełka w tunelu nie widać.

Podobnie jest z brydżem sportowym. Brydżyści żyją nadzieją, że wejdą do grona olimpijczyków, ale ten tunel został zamknięty. Konkretnie przez orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE, a poszło o podatki.

Unijna dyrektywa przewiduje zwrot podatku VAT w przypadku organizacji świadczącej usługi „ściśle związane ze sportem lub wychowaniem fizycznym”. Na tę dyrektywę powołała się brytyjska federacja żądając zwrotu podatkowego.

Trybunał odrzucił ten wniosek przy okazji definiując czym jest sport. W orzeczeniu uzasadnił, że sport musi zawierać istotny element fizyczny, jeśli organizator zawodów chce uzyskać zwolnienie z podatku.

Miękkiego nadgarstka przy wyrzucie karty z ręki najwyraźniej nie zaliczył do istotnych elementów fizycznych ściśle związanych ze sportem Lecz nawet gdyby zaliczył, MKOl. też by nie przygarnął brydża do rodziny. Dlaczego?

Wejście do gry nowych sportów czy konkurencji odbywa się przy zachowaniu pragmatyki biznesowej. Chodzi o wielkie zyski z możliwie największego rynku. Decydują dwa elementy. Pierwszy to lobbing, a drugi – popularność dyscyplin.
Aktorka Renata Dancewicz podczas 5. Otwartych Mistrzostw Europy w brydżu sportowym w lipcu 2011 w Poznaniu. Fot. PAP/Adam Ciereszko
Oba elementy często się ze sobą splatają a nawet wspomagają. Jednak tylko pod warunkiem, gdy rokują poważne dochody. A one obecnie są ściśle związane nie tyle z definicją sportu, co z liczbą odbiorców widowiska.

Ani szachy ani brydż nie gwarantują wielkich widowni, zatem wielu sponsorów, więc solidnych zysków. Muszą pozostawać w poczekalni. Co innego e-sporty. W tej adopcji MKOl. wyczuwa poważny interes.

W gry komputerowe grają miliony, co rokuje duże, zwłaszcza młode widownie. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by się domyśleć jak potężny lobbing optuje za e-sportami. Cały sektor przemysłu cyfrowego, na czele z producentami gier, to oczywiste.

Thoms Bach, który został wybrany na drugą kadencję prezydenta MKOl., świetnie nadaje się na promotora tego biznesu. Znacznie słabiej na promotora olimpizmu, ale kogo to obchodzi. Nie-sporty mają jak w banku karierę sportu olimpijskiego.

Igrzyska w teorii sportowe wejdą w rzeczywistość odwróconą. Zmieści się w niej wiele dziedzin o poważnym potencjale finansowym. Na przykład kasyna czy sektor automatów do gier. Wiadomo, że sport to hazard. A skoro sport to hazard, to hazard to sport. Logiczne?

Absurdalnie logiczne. Niestety ta globalna korporacja e-olimpizmu podąża dziś ścieżką absurdów, czego skutecznie dowiodły igrzyska w pandemii. Chciałoby się krzyknąć, nie idźcie ta drogą, lecz byłoby to wołanie na puszczy. Już poszli i nie zawrócą.

Prowizorka i chaos

Lokowanie nowych dyscyplin w programach igrzysk to nic innego jak lokowanie produktu. Nowe sporty mają przyciągać nowych sponsorów i nowych widzów. Spełniają funkcję bilbordów reklamowych, jak to w biznesie.

Jednak mimo narzędzi pomocniczych jak lobbing czy ocena popularności ten proces przebiega dość chaotycznie. A to dlatego, że oba instrumenty są zawodne. Lobbyści załatwiają głównie własne interesy a statystyczne oceny popularności bywają mylące.

Z faktu, że konkretna dyscyplina ma miliony fanów jeszcze nie wynika, że przyciągnie milionowe widownie do igrzysk olimpijskich. To nie działa mechanicznie, a są dwie tego przyczyny. Regionalny zasięg sportu oraz autonomia dyscypliny.

Sporty popularne w jakimś kraju albo nawet w wymiarze kontynentalnym wchodziły i wypadały z programu. Tak było z grą w polo, krykietem, lacrosse, rugby klasycznym i dziesiątkami innych dyscyplin.

Rugby ma własną, poprzedzoną tradycjami imprezę jaką jest Puchar Sześciu Narodów. Ma także Puchar Świata w randze mistrzostw, a dla fanów w randze igrzysk olimpijskich, na których przecież nie pojawią się lepsze drużyny.

Regionalizm i autonomia decyduje też o losach sumo. Mówisz sumo, myślisz Japonia. Gdzie mogło być lepsze miejsce na olimpijski debiut sumo jak nie w Tokio? Tak się nie stało, chociaż tak miało być.

Sumo widnieje na liście kandydatur olimpijskich. Międzynarodowa i europejska federacja optują za igrzyskami, jednak Japończykom się nie pali. Obawiają się obniżenia rangi tego sportu, komercyjnego spłaszczenia legendy.

Ślad w piaskownicy. Sędziowie tracą sporo władzy

Rekord olimpijski przyznano Amerykaninowi, gdyż – wedle wskazań stoperów – to on miał lepszy czas. Ale sędziowie uznali, że zwycięzcą w pływaniu na 100 metrów stylem dowolnym będzie Australijczyk.

zobacz więcej
Dla Japończyków sumo to bardziej obrzęd niż sport. Rytualny ceremoniał zapaśniczych walk z epoki feudalnej, pełen mistyki i magii. A zarazem swoiste potwierdzenie tożsamości narodowej. Nie zależy im na igrzyskach tak jak szefom federacji tego sportu.

MKOl. testuje nowe produkty handlowe nerwowo i bez myśli przewodniej. Wśród czterech nowych dyscyplin w Tokio, trzy zaadresował do odbiorcy młodzieżowego: wspinaczkę sportową, deskorolkę (skateboarding) i sufring.

Może miało by to sens strategiczny, gdyby młodzi nie wyrastali z krótkich spodenek i gdyby Komitet nadążał za modą na nowe dyscypliny. Te trzy, oględnie mówiąc, nie są najnowsze. Zaczynali je młodzi ludzie, którzy dzisiaj są dużo starsi.

Za trzy lata w Paryżu, a najdalej przy następnych igrzyskach, kolejne generacje wymyślą swoje nowe szaleństwa, których nie będzie w programie igrzysk, bo ich nie będzie, gdy będą zapadać decyzje. To jest jak pościg kota za własnym ogonem.

Brak strategii olimpijskiej, a właściwie brak pomysłu na igrzyska, prowadzi do prowizorki oraz zamieszania, tak koncepcyjnego jak i organizacyjnego. Spece od wspinaczki mocno krytykowali przebieg zawodów.

Odnieśli wrażenie, że ten kto układał formaty konkurencji, nie miał pojęcia, czym się zajmuje. A tłumacząc to najprościej - rywalizacja przebiegała tak, jakby maratończyków połączyć ze sprinterami w jednym biegu.

Reasumując: igrzyska olimpijskie w Tokio wygrali wyłącznie sportowcy, sromotnie przegrał MKOl. Nie tylko wizerunkowo, także w kategoriach etycznych narażając mnóstwo ludzi. Być może doszło do złamania prawa, to się jeszcze okaże.

Czy MKOl się jakoś ogarnie i zajmie tym, do czego został powołany? Czy nadal będzie parł do zysków bez względu na cenę, zasłaniając się ideami, które zdradził? Nie bardzo wierzę w to pierwsze. Co do drugiego jestem spokojny. Niestety...

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Zawody e-Nascar w Forth Worth w Teksasie w marcu 2020. Fot. NASCAR via Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Imigranci kolonizują Europę. Dzielnice z szariatem, ulice, na...
Trzeci świat został wpuszczony na nasz kontynent dzięki nowej religii praw człowieka.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dziecko i propaganda. Tak uśmiech, jak i ból służą do manipulacji
Prawdziwa może być buzia dziecka, łzy, bagna i las. A mimo to wszystko razem może być kłamstwem.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy covid zniknął z Japonii?
Nie bez znaczenia może się okazać genetyczna konstrukcja Japończyków.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czarna legenda nacjonalizmu
Uczyniono go głównym odpowiedzialnym za ksenofobię, wykluczenie, brak tolerancji. Czy słusznie?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kremlowska technologia władzy. Putinowski konserwatyzm
Prezydent Rosji nie odrzuca dziedzictwa sowieckiego, w tym również stalinowskiego.