Historia

Titanik Adriatyku. Na pokładzie tonęły żony i dzieci wracających z wakacji oficerów

Kapitan Winter opuścił mostek i udał się dokądś w towarzystwie tajemniczej kobiety. Pierwszy oficer Luppis – bez wiedzy kapitana – też zszedł z mostku, idąc na obiad z pasażerami. W feralnym momencie dowodził drugi oficer Tenze i podjął niezrozumiałą decyzję…

Rovinj, niewielkie miasto na chorwackim półwyspie Istria. Latem pełne jest turystów, także z Polski. Zwłaszcza wieczorem po starym mieście krążą tłumy, wybierając w końcu jedną z dziesiątek restauracji, by zjeść ćevapčići, ryż zabarwiony atramentem kałamarnicy czy po prostu pizzę – niemal włoską, bo to zaledwie 90 kilometrów od granicy tego kraju. Mało kto odwiedza położone centralnie muzeum, na którego pierwszym piętrze tego lata obejrzeć można wystawę o największej katastrofie morskiej na Adriatyku – zatonięciu 13 sierpnia 1914 r. statku pasażerskiego „Baron Gautsch”.

Jest jednak grupa i to wcale niemała, która interesuje się „Baronem”. To miłośnicy nurkowania. Sześć mil na południe od Rovinja na dnie morskim spoczywa wrak statku, uważany – choć trudno to uznać za powód do radości – za najpiękniejszy wrak w tym morzu. Nazywany jest „Titanikiem Adriatyku”. Ma długość 84,5 m i szerokość blisko 12 m, leży na głębokości 40 metrów. Z pozoru nie wygląda na zniszczony, ale cały pokład, wszystkie elementy nadbudówek i burty obrośnięte są muszlami. A kiedyś był to elegancki, spory statek pasażerski, choć cztery razy mniejszy od „Titanika”.

Za cesarza Franciszka Józefa I
Dwa zdjęcia z Rovinja. Na pierwszym, pokolorowanym (może to pocztówka?) – nabrzeże portowe; w tle widać charakterystyczne kamieniczki i górującą nad nimi wieżę kościoła św. Eufemii. Przy kei stoi nieduży statek pasażerski, z którego po trapie wychodzą pasażerowie: panie w długich sukniach, panowie w garniturach i kapeluszach na głowach. Na drugim, przy nabrzeżu przycumowany jest niewielki torpedowiec z charakterystyczną, czerwono-biało-czerwoną banderą Cesarsko-Królewskiej Marynarki Wojennej. Ustawieni swobodnie marynarze najwyraźniej pozują do fotografii.
Oba zdjęcia pochodzą sprzed 1914 roku. Wyraźniej widać to w przypadku torpedowca, pochodzącego z przełomu XIX i XX wieku. Wtedy to Rovinj należało do Austro-Węgier. Większość jego mieszkańców stanowili Włosi. Według spisu z 1911 r. stanowili prawie 98 procent ludności (dziś jest to 11 proc.). Podobnie było w przypadku całej Istrii; nawet Triest należący obecnie do Włoch był austro-węgierski. Na mapach stosowano jednak włoską nazwę Rovigno. Tak było i w Puli, noszącej wówczas włoską nazwę Pola. Nie powinno to dziwić: przed końcem XVIII wieku cały region należał do Wenecji, a włoskie wpływy są bardzo widoczne, choćby w architekturze.

Dziś do Puli turystów przybywa dużo więcej niż do Rovinja, bo też jest co zwiedzać – znakomicie zachowana rzymska Arena (nieco mniejsza niż Koloseum), świątynia Augusta czy dawna wenecka forteca z XVI wieku. W 1911 r. Włosi stanowili tu 46 proc., gdy Austriacy (wówczas określający się po prostu jako „Niemcy”) 49 procent. I oczywiście ówcześni turyści też zwiedzali Arenę oraz oglądali wenecką fortecę. Ale port, w którym dziś dominują małe i duże statki pasażerskie, podzielony był na dwie części. Ta północna była cywilna, a południowa – wojskowa. Na pocztówce sprzed I wojny światowej widać stojące na kotwicy, potężne austro-węgierskie pancerniki typu „Tegethoff” z działami 305 mm – trudno dziś powiedzieć, które, może trójka z Viribus Unitis” i „Prinz Eugen”, bo czwarty „Szent Istvan” do wybuchu wojny pozostawał w stoczni we Fiume (dziś Rijeka).

Monarchia Franciszka Józefa I posiadała silną flotę – 11 pancerników i 5 krążowników oraz 69 kontrtorpedowców i torpedowców. A Pula była jej główną bazą. Posiadała też sporą marynarkę handlową. Największym przedsiębiorstwem shippingowym był Österreichische Lloyd (Austriacki Lloyd). Jego jednostki pływały na bardzo dalekich trasach, aż do Chin. Zbudowany w 1911 r. statek pasażerski „Wien” i rok później jego „młodszy brat” o nazwie „Helouan” kursowały głównie na trasie Triest – Aleksandria, pokonując ją w trzy dni. Kabiny mieściły 185 pasażerów w pierwszej, 61 w drugiej i 54 w trzeciej klasie.

C.K. obywatele, C.K. żołnierze

Franciszek Józef I świeżo poślubionej małżonce wręczył po nocy poślubnej Morgengabe, czyli „wynagrodzenie za utratę dziewictwa” w niebagatelnej kwocie12 tysięcy złotych dukatów w worku z jeleniej skóry.

zobacz więcej
„Baron Gautsch” był częścią tej samej firmy. Czarny kadłub, nad nim białe nadbudówki i dwa czarne kominy. Był podobnych rozmiarów co „Wien”; przewoził 150 pasażerów w pierwszej klasie, 50 w drugiej i 100 w trzeciej. Z prędkością 17 węzłów pływał przede wszystkim wzdłuż austro-węgierskiego wybrzeża Adriatyku, od Triestu do należącego dziś do Czarnogóry Kotoru (wówczas Cattaro). Była to „szybka trasa” o nazwie „Dalmatia” z postojami w Puli, Mali Lošinj (wtedy Lussinpiccolo), Zadarze (Zara), Splicie (Spalato), Dubrowniku (Ragusa) i Herceg Novi (Castelnuovo). Miał dwóch „braci” kursujących po tej samej trasie: „Prinz Hohenlohe” oraz „Baron Bruck”.

Możemy sobie wyobrazić taką podróż. Oficerowie i marynarze między sobą mówili po włosku, ale z pasażerami rozmawiali oczywiście po niemiecku. A podróżni mogli pochodzić ze wszystkich zakątków Austro-Węgier. Dziś, jadąc na przykład z Krakowa do Puli, trzeba przekroczyć cztery granice – wówczas był to jeden kraj. Trudno powiedzieć, ilu Polaków docierało nad Adriatyk. Z pewnością jednak pływali też statkami Österreichische Lloyd.

Ofiara własnej miny

Ale nadeszła I wojna światowa. 28 czerwca 1914 r. arcyksiążę Franciszek Ferdynand został zastrzelony w Sarajewie przez serbskiego zamachowca Gawriło Principa. 23 lipca Austro-Węgry wystosowały wobec Serbii ultimatum – Belgrad poszedł na ustępstwa, nie zgodził się jednak na samodzielne śledztwo austriackie na swym terytorium. 28 lipca Austro-Węgry wypowiedziały więc Serbii wojnę. Niewielka Czarnogóra była sojusznikiem Belgradu i wypowiedziała Austro-Węgrom wojnę 6 sierpnia. To oznaczało, że państwo Franciszka Józefa I musiało walczyć na froncie rozciągającym się od Adriatyku po Dunaj. Równolegle do wojny przystąpiły światowe potęgi: Niemcy po stronie Austro-Węgier, Rosja, Francja i Wielka Brytania po stronie Serbii.

„Baron Gautsch” został zarekwirowany przez armię. Otrzymał dwa zadania: wieźć na południe żołnierzy, a na północ ewakuować cywilów. I odbył cztery rejsy, przewożąc łącznie blisko trzy tysiące pasażerów i pokonując prawie dwa tysiące mil.


12 sierpnia wypłynął z Kotoru kierując się na północ. Kotor położony był wówczas kilka kilometrów od czarnogórskiej granicy. Co prawda armia czarnogórska była bardzo słaba, ale usiłowała ostrzeliwać miasto i bazę marynarki wojennej z pasma górskiego Lovćen. Austro-węgierskie pancerniki odpowiadały ogniem, ale ludność Kotoru poniosła straty.

Wiadomo było, że wzdłuż wybrzeża austro-węgierskie okręty postawiły pola minowe – ale ich dokładne położenie było tajemnicą wojskową. Kapitan „Barona” Paul Winter otrzymał od kapitana portu w Zadarze Giovanniego Gelleticha instrukcje dotyczące nawigacji na wschodnim i zachodnim wybrzeżu Istrii. Polecono mu podróżować w odległości co najmniej piętnastu mil od wybrzeża. Po otrzymaniu instrukcji statek kontynuował podróż w kierunku Mali Lošinj. Gdy tam dotarł, na pokład weszły głównie żony i dzieci powracających z wakacji oficerów austro-węgierskich. Według zeznań jednej z pasażerek, wówczas dziewięcioletniej Carmen Suttora, statek opuścił Lošinj około południa 13 sierpnia i był pełen ludzi. Z pewnością było ich o wiele więcej niż oficjalnie dopuszczano.

Statek wypłynął spóźniony i kapitan Winter rozkazał drugiemu oficerowi kierującemu maszynownią, Giuseppe Jaklitschowi, płynąć z maksymalną prędkością, aby nadrobić stracony czas. Zostawił dowodzenie pierwszemu oficerowi Josefowi Luppisowi i zapewne udał się do swojej kajuty.


Po niespełna dwóch godzinach, tuż przed 14:00, Luppis przekazał dowodzenie drugiemu oficerowi Giovanniemu Tenze, a sam poszedł zjeść obiad w towarzystwie ważniejszych pasażerów. W tym czasie statek minął najbardziej wysunięty na południe punkt Istrii – przylądek Kamenjak. Ze względu na zbyt dużą liczbę pasażerów, nie zawinął do Puli, tylko płynął dalej w kierunku Triestu, gdzie miał dotrzeć o 18:00. Pogoda była słoneczna, morze spokojne, idealne dla żeglugi. Pomimo instrukcji, aby pozostać 15 mil morskich od wybrzeża, „Baron Gautsch” płynął znacznie bliżej lądu. Napotkano płynący w przeciwnym kierunku, trzy mile morskie na zachód, statek „Prinz Hohenlohe”.

Tymczasem właśnie w tym regionie, niedaleko od Wysp Briońskich, niewielki stawiacz min SMS „Basilisk” budował jeden z fragmentów pola minowego. Miało ono kształt wachlarza, rozszerzającego się w kierunku otwartego morza. Statek wpłynął na nie ze swą maksymalną prędkością 17 węzłów.


Według zeznań marynarza Rudolfa Adamca, minowiec sygnalizował niebezpieczeństwo flagami i strzelał ze swych dział 47 mm, ale „Baron” nie zareagował. Około 14:45 statek przepłynął w odległości około trzech mil morskich za rufą „Basiliska”, sześć mil morskich na południowy zachód od latarni morskiej na wyspie św. Ivan na Pučini (San Giovanni in Pelago) koło Rovinja. I właśnie tam wszedł na minę nr 1236, jedną z ostatnich położonych na tym polu minowym.

Naoczni świadkowie relacjonowali, że słychać było głośną eksplozję i widać było unoszącą się fontannę wody. Niedługo potem nastąpiła kolejna eksplozja, gdy eksplodował jeden z kotłów silnika parowego. Na pokładzie doszło do paniki. Nikt nie organizował ewakuacji z tonącego statku. Załoga i pasażerowie chwytali kamizelki ratunkowe i skakali z pokładu.

Udało się posadzić na wodzie tylko jedną łódź ratunkową. Powierzchnia morza pełna była zniszczonych fragmentów. „Baron Gautsch” zatonął w ciągu zaledwie siedmiu minut. Szacuje się, że na statku było 529 pasażerów (żołnierze i dzieci do lat 10 nie byli rejestrowani). Uratowało się zaledwie 190, pomimo intensywnej akcji ratunkowej, w której uczestniczyły kontrtorpedowce „Csepel”, „Balaton” i „Velebit”, a także torpedowiec „Triglav”.

Śledztwo bez efektu

Wkrótce po katastrofie rozpoczęto śledztwo. Pojawiło się mnóstwo znaków zapytania. Okazało się, że kapitan Winter opuścił mostek i udał się dokądś w towarzystwie tajemniczej kobiety. Pierwszy oficer Luppis – bez wiedzy kapitana – też zszedł z mostku, idąc na obiad z pasażerami. W feralnym momencie to drugi oficer Tenze dowodził statkiem. I to on podjął niezrozumiałą decyzję, by płynąć blisko lądu.

Zagadką pozostaje również, czemu udało się spuścić na wodę tylko jedną szalupę – i dlaczego popłynęli nią nie pasażerowie, a członkowie załogi. Takich pytań jest bardzo wiele, a odpowiedzi nie ma i nie będzie.

Mroczne wakacje. Wycieczki śladami tragedii

Świat przemierzają turyści, którzy chcą poczuć dreszcz emocji w miejscu, gdzie czuć jeszcze zapach krwi.

zobacz więcej
Ponieważ trwała wojna, prasa miała zakaz pisania o sprawie, co dodatkowo dodało jej tajemniczości. Kapitan i pierwszy oficer zdołali się uratować – znaleźli się w areszcie domowym w Puli. Za tragiczne zajście nie ponieśli żadnych konsekwencji, bo po wojnie, już w latach 20. XX wieku, pojawili się jako kapitanowie na statkach włoskiej firmy Lloyd Adriatico.

Ocaleni z katastrofy skierowali do sądu pozew przeciwko Österreichische Lloyd. Firma nie chciała wypłacić odszkodowań, ostatecznie uczyniły to władze austro-węgierskie. Proces ciągnął się dalej po I wojnie światowej. Niestety, akta sprawy spłonęły podczas wielkiego pożaru wiedeńskiego Pałacu Sprawiedliwości w 1925 roku. Adwokat ocalonych, dr Schapiro, był Żydem – podczas pogromów w 1938-1939 roku zniszczona została jego kancelaria, w tym teczki sprawy. Poza aktem oskarżenia cesarsko-królewskiej prokuratury z Rovinja wobec kapitana Wintera i pierwszego oficera Luppisa, nie ma już żadnych oficjalnych dokumentów w sprawie zatopienia „Barona Gautscha”.

W 1951 r. wrak „Barona” odkrył nurek z Triestu, Giacomo Stocca, a dokładną lokalizację określono dopiero w 1958 roku. W kolejnych latach udało się wydobyć sporo przedmiotów, które trafiły do muzeum w Puli. 111 z nich (a także z kolekcji prywatnych) eksponowanych jest w Rovinju, a wystawa pozostanie otwarta do końca września tego roku. Eksponaty – w tym naczynia, elementy wyposażenia – robią spore wrażenie. Bo ponad sto lat temu wydarzył się na niewielkim Adriatyku dramat przypominający ten, jakiego doświadczył na wielkim oceanie „Titanic”, który zatonął niecałe dwa lata wcześniej.

W polskiej świadomości I wojna światowa niemal nie istnieje, a dzieje Istrii i całej Dalmacji są nam praktycznie nieznane. Niewiele wiemy o zmianach granic i wędrówkach ludności. A spacerując ulicami Rovinja i Puli warto sobie uświadomić, że miasta te zamieszkiwali dawniej Włosi i do 1918 r. należały do Austro-Węgier, potem do Włoch, a od 1947 r. do Jugosławii i wreszcie do niepodległej Chorwacji. Nie musimy się też dziwić, że miejscowi witają nas słowem „ciao” i znają zazwyczaj włoski równie dobrze jak chorwacki. Efekt historii minionego stulecia.

– Piotr Kościński

Autor jest wykładowcą uczelni Vistula i dziennikarzem tygodnika „Idziemy”

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Wystawa „Baron Gautsch 1914. Pierwsza ofiara Wielkiej Wojny na Istrii” można oglądać do 30 września 2021 w Muzeum Miejskim Rovinj-Rovigno, Trg maršala Tita 11.
Zdjęcie główne: Nikt nie organizował ewakuacji z tonącego statku „Baron Gautsch” . Załoga i pasażerowie chwytali kamizelki ratunkowe i skakali z pokładu. Fot. Domena publiczna, materiały z wystawy „Baron Gautsch – pierwsza ofiara I wojny światowej na Istrii”
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Setki manifestantów utopionych w rzece? Fakty czy legenda
Prezydent przyjął wersję wydarzeń przygotowaną przez komunizujących historyków.
Historia Najnowsze wydanie
Ścięty na gilotynie. Śląski męczennik
Dlaczego młody ksiądz został oskarżony o zdradę stanu?
Historia Poprzednie wydanie
Polska pod obcym protektoratem. Suwerenność reglamentowana
Skoro sami Polacy zaprosili „zagranicę” do ingerencji, trudno, żeby nie skorzystała.
Historia Poprzednie wydanie
Sybiraczka z rodu Mickiewiczów
Dwa tygodnie po śmierci synka przyszła paczka od męża przez Czerwony Krzyż z Persji. Myślałam, że mnie to zabije. Czemu nie przyszła wcześniej!
Historia Poprzednie wydanie
Miał kmicicowatą naturę. Pierwszy rzucał butelkę z benzyną
Śmierć przyszła po Baczyńskiego wcześniej, i to na polu chwały, a nie w ubeckich kazamatach, jak dopadła „Anodę” Rodowicza.