Kultura

Zabijać facetów jak leci? W kinie – jak najbardziej

Oferta płciowej wojny, zwłaszcza tej krwawej, wydaje się kolejnym szaleństwem świata rozchwianego i pozbawianego wartości. Eksperci, psychologowie, alarmują, że faceci stają się istotami wciąż obwinianymi, wpychanymi w bezsilność. Ale poza wszystkim to obłęd!

Tego tekstu nie da się popełnić bez spoilerowania. Jak inaczej komentować zakrętasy fabuły, łącznie z ich finałami, z pointami? Kto omawianych tu filmów nie oglądał, a chce być zaskakiwany, niech przynajmniej go odłoży.

Niedawno zdarzyło mi się podsumowywać tu galę Oscarów. Porównałem ją do sowieckiej akademii ku czci – przyznając równocześnie, że przynajmniej niektóre z nagrodzonych filmów są znacząco lepsze niż otoczka, jaką nam zafundowano na tym rytualnym święcie amerykańskiego i światowego kina. Można ją traktować jako ozdobnik, a można jako sygnał trendów.

Oscarowa gala jak sowiecka akademia. Hollywood maszeruje w jedynie słusznym kierunku

W aurze filmowej rewolucji natychmiast pojawiają się skojarzenia z socjalistycznymi punktami za pochodzenie.

zobacz więcej
Artyści zawsze byli przechyleni w lewo. Ale tym razem kolejni prowadzący rozprawiający bez żadnych hamulców o triumfie sprawiedliwości społecznej, o rasowej rewolucji, kazali się zastanowić, czym będzie kino, a szerzej popkultura za dziesięć, piętnaście lat. Jednak sztuką? Może nie tą z najgórniejszej półki, ale rządzącą się odrębnymi od polityki i ideologii prawami? Czy coraz bardziej przedłużeniem ideologicznych mniemań i preferencji?

Cassandra szuka zemsty

Obiecywałem sobie jednak, że jeden film skomentuję oddzielnie – „Obiecująca. Młoda. Kobieta”. Był nominowany i w kategorii najlepszy scenariusz, i najlepsza reżyseria. Dostał nagrodę za to pierwsze – za jedno i za drugie odpowiadała aktorka Emerald Fennell, znana polskim widzom choćby jako Camilla Parker-Bowles z brytyjskiego serialu „Crown”.

Nominowano także główną aktorkę, 36-letnią Carey Mulligan. Oscara nie dostała, ale widać było, że film trafia w gusta Filmowej Akademii. Oczywiście był anonsowany ze sceny jako triumf kolejnej sprawiedliwości – wobec kobiet.

Formalnie rzecz biorąc to kryminał, thriller, dreszczowiec, czasem też opisywany jako czarna komedia, choć komizmu dostrzegłem w nim nie za wiele. Tytułowa, bohaterka o imieniu Cassandra żyje – zupełnie jak postaci z kina Tarantino i podobnych twórców – jedną ideą, zemstą. Nie za swoją krzywdę, a przyjaciółki, która, zgwałcona przez kolegę (kolegów?) z uczelni, popełniła samobójstwo.

Forma tej zemsty jest do czasu oryginalna. Cassandra zwabia podpitych, przypadkowych facetów do mieszkania i karze ich za zamiar uprawiania seksu. Jak? Niezbyt dotkliwie, bo poniżeniem. Ale kiedy przypadkiem styka się ze swoim dawnym środowiskiem, jej wola odwetu nasila się. Celem stają się najpierw osoby odpowiedzialne za to, że sprawcy się upiekło, a na koniec on sam, już przy użyciu przemocy (w momencie, kiedy szykuje się do ślubu).

Film przyjmuje jako aksjomat, że świat, zaludniony śliniącymi się facetami, jest zdominowany przez „kulturę gwałtu”, powszechnie tolerowaną, także przez wiele kobiet. Nie znajdziemy tu żadnych wątpliwości czy choćby okoliczności łagodzących.

Nie poznamy okoliczności, w jakich koleżanka padła ofiarą. Ale czy same prowokacje Cassandry nie sprowadzają jej żarliwości do absurdu? Czy pijana kobieta wioząca do swego domu przygodnie poznanego mężczyznę może następnie uznawać jego erotyczne awanse za napaść? Nie mówię nawet o sensie prawnym, a wyłącznie moralnym.

W obsesyjnym drążeniu „kultury gwałtu” nie ma jednak mowy o pomyłkach, choć przecież w świecie powszechnego seksualnego luzu i rozrywkowego trybu życia płci obojga przemoc seksualna może się doczekać pewnej relatywizacji. Na pewno nie tutaj. Owszem, Cassandra niszczy sama siebie podporządkowaniem życia zemście. Ale cały czas pozostaje tylko reprezentantką ofiary i ofiarą.
"Obiecująca. Młoda. Kobieta", reż. Emerald Fennell/ Fot. materiały prasowe
Co jeszcze bardziej charakterystyczne, faceci są tu jeden w drugiego wredni. Nikomu nie można zaufać, także chłopakowi, który przez dłuższą chwilę staje się przedmiotem uczucia Cassandry, między innymi dlatego, że wydaje się być wzorcowym dżentelmenem, nie narzucającym się z seksem, pytającym dziesiątki razy, czy może. Jeśli już nie ma sam obrzydliwości na sumieniu, to toleruje je u innych.

Kino ambitne czy agitka?

Efekt jest oczywisty. Film będący do pewnego momentu zgrabnie kręconą makabreską, staje się manichejskim traktatem o złych mężczyznach i krzywdzonych, na dokładkę ogłupionych aurą powszechnej pobłażliwości, kobietach. Można długo dyskutować, czy tak jest nadal, dziś, nie w Chorwacji, na Ukrainie czy nawet w Polsce, a w wielkomiejskiej Ameryce.

Ale co ważniejsze nienawiść Cassandry może się udzielić widzom. Ciężko orzec, na ile facetom, ale kobietom – z pewnością.

Czy pani Fennell ma prawo do kreowania takiej wizji świata? Zapewne, choć mogę w tym podejrzewać modę, schlebianie gustom i stereotypom lewicowych elit. Czy ja mam prawo do uważania jej za wizję prostacką i niebezpieczną? Sianie nienawiści to coś, co trudno usprawiedliwiać nawet w sztuce.

Feministyczne filmy powstają od dziesięcioleci. Kibicowaliśmy Thelmie i Louise, ich buntowi przeciw męskiej tępocie i przedmiotowemu traktowaniu kobiet, w roku 1991. Trzy lata wcześniej współczuliśmy bohaterce granej przez Jodie Foster w „Oskarżonych”, kiedy próbowała dochodzić sprawiedliwości po zbiorowym gwałcie. Takie tytuły można mnożyć do woli.

Dlaczego tamte filmy, też mocno jednostronne, mnie nie irytowały, a dzieło pani Fennell – i owszem? Bo dzięki kilku nieraz kreskom, dzięki zróżnicowaniu męskich postaci i wielobarwności tła, dostawaliśmy jednak kawałek porządnej sztuki. Bo zmierzano tam w kierunku uogólnień, a jednak nie przekraczano granic oddzielających dzieło artystyczne od agitki. Przykro mi, ale „Obiecująca. Młoda. Kobieta” staje się agitką. Na dokładkę agitką naładowaną czystym hejtem.

Wymordować wszystkich kolegów

Zarazem ten film jest upozowany na kino ambitne. Ale to może jeszcze zabawniejsze, kiedy podobne manichejskie morały znaleźć można w produkcjach można by rzec klasy b. Tak jest z filmem grozy „Czarne święta” (rok 2019).

To młodzieżowy slasher, który staje się potem także horrorem, bo na koniec pojawia się klątwa i czarna magia. Miejscem akcji, jakże typowym dla tego typu obrazów, jest uniwersytecki kampus, świat męskich bractw i żeńskich siostrzeństw. Staje się on widownią regularnej wojny płci.

Mamy więc aroganckich studentów-gwałcicieli i dziewczyny prześladowane przez tajemniczych napastników. W finale (przepraszam, że zdradzam!) okazuje się, że całe bractwo zostało opętane i panienki, amatorki sportów samoobrony, muszą pokonać i zabić wszystkich swoich kolegów. Poza jednym, który wymyka się klątwie. Czy trzeba dodawać, że jest on czarnoskóry?

Każdy może być rasistą. Rewolucja hunwejbinów Zachodu

Tym, co najbardziej szokuje, jest ustępliwość władz, na wszystkich szczeblach i w najrozmaitszych instytucjach.

zobacz więcej
W akompaniamencie groźnych, a potem radosnych okrzyków dziewczyny palą na koniec swoich kolegów żywcem – w budynku bractwa. Prawda, jakie to krzepiące? Trudno tego nie uznać za, prawda toporną, ale jednak metaforę.

I znowu – kobiety od dawna wdzierają się do kina akcji przejmując role zajęte niegdyś przez facetów. – Wujku, to takie feministyczne – zauważył mój trzynastoletni chrześniak, kiedy wspólnie patrzyliśmy w kinie na zajawkę „Aniołków Charliego”. Dziewczyny regularnie tłukły w niej facetów. Musimy się przyzwyczajać. I pocieszać się, że nie zawsze tłuką ich jako facetów. Po prostu muszą być walczące, to ich nowa rola społeczna.

A równocześnie kobiety wciąż częściej są w filmach ofiarami niż sprawcami, co odzwierciedla logikę statystyk kryminalnych w wielu krajach, acz również i założenie, że kobieca krzywda to ważny społeczny temat. Obie te prawidłowości spotkały się w „Czarnych świętach”. Niby nic zaskakującego. Dlaczego jednak efekt – dla mnie przynajmniej – jest tak bardzo odpychający?

Reżyserką i scenarzystką „Czarnych świąt” jest również kobieta (i aktorka), Sophia Takal. Jej dziełko wydało mi się słabe także w kategoriach swojego gatunku, na co żywo reagowali szukający rozrywki internauci na przykład na Filmwebie. Nie przeszkodziło to lewicowemu krytykowi Jakubowi Majmurkowi dać mu 6 gwiazdek na 10, gdy obok buzowały prześmiewcze posty. Wszak film ma „słuszne” przesłanie.

Rewolucja w Shadyside

Te wojenki z mężczyznami jako odwiecznymi okupantami i krzywdzicielami są częścią większej całości. Zwłaszcza w kinie amerykańskim można odnieść wrażenie coraz większej mobilizacji wokół haseł różnych rewolucji łączonych w jeden zamysł: napisania na nowo historii świata i wykucia nowego człowieka. Ich domeną staje się już nie ambitne (przynajmniej w teorii) kino społeczne, a kino gatunkowe, najszerzej rozumiana twórczość popularna.

Długi czas bagatelizowałem twierdzenia, jakoby Netflix był narzędziem tej rewolucji. Trafiałem bowiem tam wciąż (i trafiam) na seriale czy filmy niejednoznaczne, wymykające się prostym ideologicznym kwalifikacjom. Owszem, widziałem nadreprezentację wątków LGBT, ale często pojawiały się one bez wyraźnej tezy. Skoro w Ameryce i Europie zachodniej geje czy lesbijki wciąż świętują swoje „wyzwolenie”, muszą być bardziej widoczni, taka była moja konkluzja.

I przyszedł czas częściowej modyfikacji tej konkluzji. Za sprawą trzyczęściowego horroru „Ulica strachu” z roku 2021, któremu tygodnik „Polityka” poświęcił cały artykuł. Ale który wzbudził aplauz nawet niektórych konserwatywnych krytyków – z powodu swoich nawiązań do tradycyjnego młodzieżowego kina slasherowego. Po raz trzeci twórcą jest kobieta – Leigh Janiak.

Aplauz dla jej produktu cokolwiek mnie zdziwił, bo poza może drugą częścią jako kino grozy sprawdza się ten cykl bardzo średnio. Jest za to klasycznym, ideowo-politycznym manifestem. Tak spójnym i tak jednostronnym, że można odnieść wrażenie, iż tylko po to go nakręcono, a wiedźmy, zjawy, opętani i seryjne mordy to jedynie wygodny kostium.
"Ulica strachu", reż. Leigh Janiak/ Fot. printscreen/ official trailer/ Netflix
Schemat jest prosty. W następstwie klątwy wiedźmy z XVII wieku jedna osada podzieliła się na dwie miejscowości. Pierwsza kwitnie, jest ostoją bogactwa i powodzenia. Druga – nie dość, że pogrążona jest w ruinie i smutku, to jeszcze staje się amerykańskim centrum zbrodni. Co i rusz ktoś z mieszkańców popada tam w obłęd i morduje współmieszkańców.

Miejscowość „zła”, o symbolicznej nazwie Shadyside, jest oczywiście archetypem społecznego wykluczenia. To tam mieszkają biedacy i rozmaici wykolejeńcy (o złotych sercach), mamy w niej nadprodukcję kolorowych, no i główną bohaterkę Deenę, lesbijkę, walczącą o względy przyjaciółki, która wybrała miejscowość „lepszą”, a na dokładkę względy chłopaka. Rzecz dzieje się na początku w roku 1994, więc starcie z mężczyznami odbywa się pod sztandarem LGBT.

Biały facet czyli ciemiężca

Ale część druga cofa nas do roku 1978, kiedy to na letnim obozie doszło do wyjątkowo masowej serii mordów na dzieciach. Tam wątków lesbijskich nie ma. Jest za to konflikt, a potem pojednanie dwóch sióstr. Mężczyźni są przeważnie źli lub neutralni, na pewno nie tacy którym można zaufać.

W części trzeciej cofamy się do roku 1666. Realia historyczne traktowane są z typową dla takiego kina, a ostatnio niestety dla wszelkiego kina, dezynwolturą. Dość powiedzieć, że Murzyni w XVII-wiecznej purytańskiej osadzie żyją jako wolni ludzie. To akurat element zmieniania wstecz historii w imię swoistej inżynierii. Znika wprawdzie w ten sposób dziejowa krzywda czarnoskórych, za to są oni równoprawnymi bohaterami poprzednich epok. Ale to akurat w tym filmie detal.

Okazuje się, że wiedźma, też o skłonnościach lesbijskich, grana przez Kianę Madeirę, tę samą aktorkę co współczesna Deena, była niewinna. To złe, żądne władzy i bogactwa białasy z elit (elit na miarę takiej osady) zawarły pakt z diabłem. I to one ukrzywdziły rzekomą czarownicę czyniąc z niej postrach na ponad 300 lat. W końcowych sekwencjach wracamy do roku 1994. Z obrzydliwym, choć przystojnym, białym i heteroseksualnym facetem stacza końcową walkę kombo złożone z lesbijek, nieszczęśliwych kobiet i z kolorowych.

Czy trzeba dodawać, kto wygrywa? Dodajmy, że ów zły biały w części drugiej o mało nie zwiódł jednej z bohaterek powierzchownością sympatycznego chłopca. W części trzeciej odzyskała jednak pion w gronie poprawnościowego kolektywu.

Miałem wrażenie spotkania z socjalistycznym produkcyjniakiem z lat 50., tyle że przyozdobionym efektami wziętymi ze współczesnego, nieco kampowego kina rozrywkowego. Owszem ktoś ucieka, ktoś krzyczy, krew tryska, ale tak naprawdę budujemy tą historią lepszy ład wyganiając „reakcjonistów”, i – tak jest – patriarchalnych facetów.

I po raz trzeci uderzę w ten sam ton porównań z niedawną przeszłością. Od dawna wiadomo, że w kinie, również tym popularnym, bogaci są częściej winni niż biedni, kobiety częściej miewają rację niż nie mają i tak można wyliczać bez końca. Rzecz jednak w skali, choć także i niuansach.

Cancel culture. Twitterowe wyroki i medialna cenzura

Dziennikarze symetryści muszą odejść.

zobacz więcej
Skądinąd filmowe horrory często unikały mocniejszych konturów ideologicznych – weźmy choćby głośny serialowy cykl „American Horror Story” (na razie 10 sezonów) przecierający temu gatunkowi nowe szlaki, a dziwnie konserwatywny, jeśli chodzi o przesłania. Nie brakowało wśród nich obrazów o przynajmniej pozorach zaangażowania religijnego. Zajmowanie się metafizyką zobowiązuje, nawet jeśli to konwencja lub zabawa.

Ale przecież nie wszyscy unikali. Stephen King nasycił swoje powieści i opowiadania (więc i filmowe adaptacje) rozlicznymi akcentami społecznymi i obyczajowymi w duchu amerykańskiej lewicy. A jednak ani przez moment (no może w kilku) nie miałem wrażenia, że podsuwa nam propagandę. A tu i owszem. A tu tak.

Ciężko policzyć, jak duża część urobku Netfliksa, a może i całego kina rozrywkowego, zmierza w tym kierunku. Wydaje się, że mamy do czynienia z trendem przyszłości, zapowiadanym przez ideologiczne demonstracje filmowych elit, kwoty rasowo-płciowo– seksualne ustanowione przez Akademię Filmową przy okazji Oscarów, i Bóg wie co jeszcze.

Typowy film akcji, „Czarna wdowa”, jest anonsowany przez Scarlett Johanson jako przejaw walki o prawa kobiet. Tu akurat akcentów otwarcie antymęskich niby nie ma. Ale parę zdań o kobiecej solidarności pośród powszechnego mordobicia wystarczy aktorce do takich deklaracji. A może uwolnienie rzeszy manipulowanych „agentek” spod władzy demonicznego rosyjskiego generała Drejkowa też można czytać jako metaforę? Znów, toporną, ale jednak.

Bunt przeciw sportowcom

Jeszcze kilka lat temu (rok 2017) był możliwy w Netfliksie serial „Mgła”, na motywach minipowieści Stephena Kinga, który w zaskakujący sposób rozkładał bilans win. Niezależnie od głównej historii (demoniczna mgła ogarnia małe miasteczko, ludzie chronią się w centrum handlowym) mieliśmy tam do czynienia z klasycznym archetypem: zgwałcona licealistka i chłopak, gwiazda drużyny futbolowej, który ma być winny.

A jednak okazywało się, że jest to, całkiem wbrew lewicowemu stereotypowi, fałszywe oskarżenie, na dokładkę (to już istna zbrodniomyśl!) podrzucone przez zazdrosnego kolegę geja. Nie King to wymyślił, a scenarzyści, warto jednak taką herezję odnotować. Czy dziś podobne wywrócenie schematu byłoby możliwe? Coraz mniej prawdopodobne, serial nie doczekał się zresztą drugiego sezonu.

Kino amerykańskie od dziesięcioleci wojuje w filmach dziejących się w szkołach i na kampusach z maczyzmem, z dominacją młodych sportowców, uprzywilejowanych, a terroryzujących koleżanki i kolegów. Intencja jest zrozumiała i w zasadzie chwalebna. Najwyraźniej ta dominacja mocno zapisała się w amerykańskiej kulturze dnia codziennego i w psychice wielu artystów. Jednym z oskarżeń wpisanych w ten wątek była tradycyjnie przemoc seksualna, choć nie zawsze gwałt.
"Trzynaście powodów" autorstwa Briana Yorkeya. Fot. materiały prasowe/ Netflix
Po latach tej krucjaty można zauważyć, że walka klasowa się zaostrza zamiast słabnąć. W popularnym serialu młodzieżowym Netfliksa „Trzynaście powodów” idziemy za spowiedzią dziewczyny, która się zabiła nie mogąc znieść licealnej przemocy (której niektóre przejawy trudno nie uznać za wydumane, podobnie jak sam pomysł fabularny). Ukoronowaniem tej przemocy jest gwałt dokonany przez najbardziej aroganckiego kolegę, ma się rozumieć sportowca. Przy czym samobójczyni nagrana na kasety oskarża otoczenie o obojętność (co także jest kontrowersyjne zważywszy na jej niechęć do proszenia o pomoc).

Trudno uznać serial, skądinąd sprawnie nakręcony i zaciekawiający, za klasycznie antymęski. Głównym bohaterem jest chłopak wysłuchujący tych kaset z narastającym współczuciem, inne postaci są zróżnicowane, nie wszystko dotyczy tu tematu seksu i płci. Niemniej wyczuwa się w nim pretensje, których apogeum być może dopiero przed nami.

Ciekawym byłoby skądinąd sprawdzić, na ile ta popkulturowa ofensywa ma realny wpływ na życie szkolne i akademickie. Czy następuje przebudowa świadomości amerykańskiej młodzieży? Na jaką?

To paradoks, że to właśnie Ameryka ze swoim kultem cnót wojskowych, twardzielstwa i sportu staje się głównym centrum tych rewindykacji. Czy to zjawisko wyłącznie pozytywne, czy wraz z kampanią przeciw białym, bogatym i „militarystom” nie wpłynie też na osłabienie klasycznego ducha Ameryki? W Europie choć jej kino nie stroni od feministycznych tematów i przesłań, wojna z facetami wydaje się na razie łagodniejsza (jeśli nie, prośba o przykłady). A w Polsce?

W Polsce bez zmian? A „Erotica”?

Krzywda kobiet była oczywiście, w różnych wersjach, ćwiczona w polskim kinie od lat. Pojawiał się i temat gwałtu, choć rzadko jako główny temat. I często jak w bardzo odległym „Prawie ojca” Marka Kondrata z 1999 roku bardziej jako problem słabości wymiaru sprawiedliwości wobec przestępczego świata niż wyzwanie cywilizacyjne.

Totalnej bitwy wytoczonej męskiemu światu raczej nie było. Nawet natrętnie feministyczny morał w polskim serialu Netfliksa „Sexify” nie był jednoznacznie antymęski. Owszem, faceci zostali pokazani jako niezaspokajający potrzeb erotycznych kobiet, ale po pierwsze nie wszyscy, po drugie – trudno było tam dopatrzeć się zapowiedzi kary.

A jednak i do nas docierają pierwiosnki nowych trendów. Film „Erotica 2022” to zbiór pięciu nowel wyłącznie reżyserek korzystających ze scenariuszów pisarek. Olga Chajdas, Anna Jadowska, Kasia Adamik, Jagoda Szelc, Anna Kazejak nakręciły odrębne historie pod wspólnym mianownikiem. Jakim? Zacytujmy zajawkę: „O kobietach, które próbują się odnaleźć w dystopijnej przyszłości – świecie seksu jako obowiązku emocjonalnej represji i patriarchalnej dominacji”.

Filmy z seksem w roli głównej. Polski towar eksportowy

Czy w sequelach „365 dni” będą pracować specjaliści od cenzurowania scen erotycznych?

zobacz więcej
Rzecz została przeniesiona w polskie realia, ale z bliżej nieokreślonej przyszłości, która rozwinęła się w kierunku innym niż zmierza nawet teraz, pod rządami prawicy. Obowiązują jakieś dziwne prawa, na przykład kobiety i mężczyźni jeżdżą oddzielnymi wagonami metra (choć w knajpach siedzą wspólnie). Głównym obowiązkiem kobiet zdaje się być uprawianie seksu z mężami i rodzenie dzieci.

Na dokładkę mężczyźni są wobec kobiet permanentnie oschli i zdradzają je. W pierwszej noweli, dobrej skądinąd reżyserki Anny Kazejak, bohaterka grana przez Agatę Buzek żeby zaprotestować przeciw nieczułemu mężowi wychodzi na koniec nago na ulice Warszawy.

Stopień ponurości poszczególnych części jest zróżnicowany. Na przykład w drugiej bohaterka podczas przypadkowego postoju pociągu na łonie natury uwodzi młodego chłopca i współżyje z nim na oczach współpasażerów. Nie dzieje się nic strasznego. Ale swoistym zwieńczeniem jest nowela piąta, Olgi Chajdas, według scenariusza Gai Grzegorzewskiej. Nazywa się „Nocna zmiana” i jest luźnym nawiązaniem do „Taksówkarza” Scorsese, naturalnie przeniesionego do „dystopijnej” Warszawy.

Znów strzelamy do facetów

Główna postać, kobieta, udaje faceta, kierowcę wynajmowanej na godziny limuzyny. I jest świadkiem brewerii nocnej pijanej stolicy. Wożone przez nią kobiety są tylko upojone i niemądre, więc zostają porzucone gdzieś po drodze. Za to faceci jeżdżą, żeby uprawiać seks z kim i czym popadnie, a tak naprawdę gwałcić.

Bohaterka przystępuje więc do dzieła czyszczenia – jak Travis-De Niro. Zabija kogo popadnie w willi będącej miejscem nocnych orgii, a jej sojusznikiem okazują się inne ciemiężone kobiety, łącznie ze zbuntowaną dmuchaną lalką, służącą do seksualnych uciech. I nie ma co się zastanawiać: wszyscy faceci są tacy sami, nawet napotkany przypadkiem sąsiad.

Finał jest więc podobny do „Czarnych świąt”, tylko w klimacie podniośle-żałobnym, który skądinąd cechuje całość tej produkcji. Co ciekawe w roku 2018 triumfy święcił w Gdyni, co prawda w bocznym konkursie Inne Spojrzenie, poprzedni film Chajdas: „Nina”.

Był to manifest miłości lesbijskiej, nieskomplikowany i dobitny. Małżeństwo szuka surogatki aby im urodziła dziecko. Ale po drodze żona (Julia Kijowska) zakochuje się w kandydatce do tej roli (Eliza Rycembel). Są pewne komplikacje, ale finał może być tylko jeden: połączenie.

Tamten obraz nie był właściwie wprost antymęski. Ale wywłaszczenie męża (Andrzej Konopka) z jego praw, i z jego męskiej pewności siebie, musiał cieszyć autorkę filmu, która przyznaje się do tej orientacji. Jak widać ten rodzaj alienacji rodzaju męskiego jednak nie wystarczył. Potrzebne było mocniejsze uderzenie, wojna.
"Erotica 2022", nowela "Nocna zmiana", reż. Olga Chajdas. Fot. Netflix/ materiały prasowe
Wojna, która – podobnie jak kiedyś akcja bohatera „Taksówkarza” – ma naturę krucjaty przeciw zepsuciu świata. Takie filmy jak „Nocna zmiana” czy „Czarne święta” ujawniają szczególny feministyczny purytanizm, tyle że wojnę z seksem uzasadnia się strachem przed męską dominacją. Wyjątek stanowi seks lesbijski, ten jest z natury dobry. Możliwe, że istnieje też dobry seks heteroseksualny, zapewniający kobiecie poczucie pełnej podmiotowości. Ale ciężko o niego w świecie, gdzie tak wielu facetów to dranie.

Trudno się w ostateczności dziwić, że film „Obiecująca. Młoda. Kobieta” spodobał się czołowemu katolickiemu fundamentaliście w sferze kultury Robertowi Tekielemu. Wszak konkluzją tego obrazu jest właściwie „delegalizacja” seksu, zwłaszcza tego przygodnego i bez konsekwencji. Gdyby do roboty zabrało się sto Cassandr, nikt by z nikim nie sypiał. Radykalizmy podają sobie ręce.

Za to oferta płciowej wojny, zwłaszcza tej krwawej, wydaje się kolejnym szaleństwem świata rozchwianego i pozbawianego wartości. Mniej nawet ważne, na ile jest ona na czasie. Eksperci, psychologowie, alarmują, że faceci stają się istotami wciąż obwinianymi, wpychanymi w bezsilność. Ale poza wszystkim to obłęd!

Czy stanie się ta wojna masową filmową inspiracją? Możliwe, że zmęczy i znudzi widzów. Kino szukające masowego odbiorcy musi szukać swoistego kompromisu z różnymi ich grupami. Na razie pomaga jej za to atrakcyjna forma thrillera lub horroru. Zabijanie facetów przez kobiety może być po Tarantinowsku atrakcyjne – jak każde inne.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: "Obiecująca. Młoda. Kobieta", reż. Emerald Fennell/ Fot. materiały prasowe
Zobacz więcej
Kultura wydanie 12.11.2021 – 19.11.2021
Groteska jak z Monty Pythona. Terry Gilliam „skasowany”
Lewicowiec, którego zwalcza nowa lewica.
Kultura wydanie 5.11.2021 – 12.11.2021
Odurzony haszyszem włóczył się po knajpach. Czy z buntownika...
Hanka Zborowska pozowała Modiglianiemu do aktów, ale zawsze w towarzystwie przyzwoitki.
Kultura wydanie 29.10.2021 – 5.11.2021
Pekin to miasto Chopina?
Szkoda, że Warszawa nie skorzystała z przykładu Salzburga. Tam Mozart jest na każdym rogu.
Kultura wydanie 15.10.2021 – 22.10.2021
Chciał kręcić superprodukcję, drugą po „Krzyżakach”
Sto lat temu przyszedł na świat Andrzej Munk, reżyser „Eroiki” i „Zezowatego szczęścia” – kamieni milowych polskiego kina.
Kultura wydanie 8.10.2021 – 15.10.2021
Tajemnice konkursu chopinowskiego. Zapomniany fundator
Gdyby nie pieniądze, które wyłożył z własnej kieszeni, konkurs by się nie odbył.