Historia

Nie było własowców, „Legion Wołyński” wkroczył we wrześniu. Mity i fakty o Powstaniu Warszawskim

Andrzej Łapicki wspominał po latach: „Ta hołota szła przez Pole Mokotowskie, aż pod wieczór dotarła do bloku na Niepodległości 225. Zaczęły stamtąd dobiegać straszne krzyki. Tak krzyczą ludzie, którym się rozpłata brzuchy i podrzyna gardła. Straszna noc – ciepła, letnia i w ciszy te krzyki zarzynanych ludzi, charkot konających. Nic nie można było zrobić. Najwyżej modlić się, żeby nie poszli dalej. W takiej atmosferze siedzieliśmy 12 dni”.

Na rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego Telewizja Polska przygotowała wiele filmów, dokumentów i programów, w tym m.in. filmy wojenne Miasto 44 (TVP Historia 31.07 g. 22:50), Godzina „W” (m.in. TVP Historia 30.07 g. 21:55 i TVP Kultura 1.08 g. 14:20) oraz Kolumbowie (TVP Historia 30.07 g. 18:45, kolejny odcinek 2.08 g. 18:50). Premierowo emitowany będzie w TVP Historia dokument Szpital Dobrej Woli (5.08 g. 17:25), a w TVP HD można obejrzeć koncert – Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki (1.08 g. 20:45).


Wielkim wydarzeniom historycznym zazwyczaj towarzyszą niedomówienia, przekłamania i mity, tworzone specjalnie lub powstałe nie wiadomo, dlaczego i w jakich okolicznościach. Powstanie Warszawskie obrosło mitami bądź ocenami na nich opartymi. Oceny wahają się pomiędzy krytyką, że była to bezsensowna ofiara polskiej krwi i jak wiele innych powstań – erupcja romantycznej bohaterszczyzny bez szans na zwycięstwo, a apologią bohaterstwa powstańców i zrozumieniem, że po latach okupacji chęć wyzwolenia miasta była naturalna.

Polacy mający zaburzony zdrowy rozsadek literaturą romantyczną, Henrykiem Sienkiewiczem, „Kamieniami na szaniec” i patriotycznym wychowaniem – tu najzłośliwsi dodają, że niedorzecznym, bo mocarstwowym – rzucili się z visami na tygrysy. Albo nie mogący już wytrzymać, okupacji postanowili rozliczyć się z Niemcami, co przynosi chwałę i – przede wszystkim – utrzymało ducha narodu przez następne pokolenia w czasach komunizmu.

Bywają takie lata, że przy okazji rocznic Powstania Warszawskiego przeważają te pierwsze oceny w publicystyce i nawet literaturze naukowej. Mówi się nawet o zbrodni władz cywilnych państwa podziemnego i dowództwa Armii Krajowej wobec ludności stolicy. Nierozważnym pseudopatriotyzmie – patetycznie i pompatycznie nie liczyli się ze stratami i oczywistą klęską. Łagodniejsza wersja tej oceny to nie zbrodnia, a szaleństwo – może takie nasze, polskie i bliskie, ale jednak obłęd.
Żołnierze AK podczas akcji „Burza” w Lublinie, lipiec 1944. Fot. Centralne Archiwum Wojskowe, Domena publiczna, Wikimedia Commons
Otóż ten obłęd to jeden z najsłabiej uargumentowanych, ale za to najbardziej nośnych mitów o Powstaniu Warszawskim. Decyzja, żeby w czasie, gdy Armia Czerwona bije Niemców za Wisłą i lada moment wejdzie do Warszawy zdobyć miasto na uciekających wojskach niemieckich i przedstawić się nowemu okupantowi, jako gospodarz stolicy, była racjonalna. No bo co miały robić władze cywilne i wojskowe, gdy zmienia się okupacja? Według krytyków tej decyzji – nic. Jeden wróg wyjdzie, drugi wejdzie a my, uznawane międzynarodowo państwo, strzeżemy wartości pod nową okupacją.

Tylko zamanifestowanie suwerenności w stolicy dawało szansę, że zachodnia część koalicji antyhitlerowskiej postara się wpłynąć na „sojusznika naszych sojuszników” – który ma na sumieniu zabranie połowy Polski w 1939, Katyń i zsyłki Polaków do łagrów – w sprawie powojennej suwerenności, ustroju i granic. Powstańcy strzelali do Niemców, ale było to z powodu zajmującej kraj Armii Czerwonej. Gdyby nie potrzeba demonstracji podmiotowości państwa i narodu wobec Związku Sowieckiego i dla Zachodu, to rzeczywiście po co to wszystko? Niemcy i tak byliby z Warszawy wkrótce przegnani.

Powstanie Warszawskie jako zamiar strategiczny, jak i cała akcja „Burza” było najbardziej rozsądnym zwieńczeniem całej, prawie pięcioletniej walki Armii Krajowej z Niemcami. Wbrew mitotwórcom „szaleństwa”, miało szanse powodzenia, gdyby nie wykonanie.

Należało je wywołać w chwili, gdy Niemcy naprawdę ustępują z miasta, poczekać cierpliwie na taki moment. Tymczasem Warszawa powstała, gdy jednostki pancerne Grupy Armii Środek (Heeresgruppe Mitte) dokonały udanej kontrofensywy pod Radzyminem. Zdarzały się Wehrmachtowi takie ostatnie podrygi inicjatywy strategicznej, ale po bitwie na łuku Kurskim i udanym lądowaniu w Normandii dla każdego było jasne, że wynik wojny jest przesądzony. W Warszawie wystarczyło poczekać najwyżej dwa tygodnie.

Tramwajowy zwiad, zakończony krwawo

W późnym PRL można było oddawać hołd powstańcom warszawskim, ale nie powstaniu. Przeciwstawiano waleczność i poświęcenie szeregowych żołnierzy nieudolności – i o wiele gorszym cechom – dowódców. Co do dowódców, to można się zgodzić, choć propaganda PRL miała im za złe wywołanie powstania pod niesłusznym kierownictwem politycznym, wiadomo, że było skierowane przeciwko sowieckim zakusom na Polskę. Wywołanie powstania było racjonalne, gorzej z przygotowaniem i momentem wybuchu.
Wieczorem przed naradą w Komendzie Głównej AK zaplanowaną na 31 lipca 1944, dowódca okręgu i późniejszy dowódca powstania pułkownik Antoni Chruściel „Monter” udał się osobiście na rekonesans – lub, jak kto woli – zwiad. Dotarł tramwajem – są wersje, że rowerem – na rondo Waszyngtona. Tam kogoś zagadnął, gdzie są Rosjanie, ten ktoś powiedział, że tuż, tuż – niedawno widział ich czołgi.

„Monter” usłyszał, co chciał usłyszeć i następnego dnia zameldował Komendantowi Armii Krajowej Tadeuszowi „Bór” Komorowskiemu, że czołgi rosyjskie są już na Pradze. To przesądziło o decyzji o wybuchu powstania następnego dnia, 1 sierpnia o godzinie 17. Wychodzący od „Bora” z narady oficerowie minęli się z odpowiedzialnym za wywiad pułkownikiem Kazimierzem Irankiem-Osmeckim „Hellerem”, który przyszedł zameldować, co naprawdę dzieje się na froncie za Wisłą. Było za późno, rozkazy dla łączniczek już były wydane.

Antoni Chruściel bardzo chciał walczyć i nie przejmował się trudnościami. Do powstania stanęło około 30 tysięcy żołnierzy liniowych, z czego broni – wliczając w to pistolety – starczyło dla jednej dziesiątej. Obiektów ważnych dla zaplecza frontu broniło 16 tysięcy Niemców uzbrojonych po zęby. Instytucje i dzielnica niemiecka były chronione workami z piaskiem, bunkrami i zasiekami, nie brakowało Niemcom artylerii i broni pancernej. Wzmożony ruch młodych ludzi w biały dzień zmierzających na punkty koncentracji, dwie przedwczesne strzelaniny i informacje Gestapo sprawiły, że o zaskoczeniu Niemców nie było mowy.

W 1944 roku Armia Krajowa przekazała dwa tysiące sztuk broni długiej z Warszawy na wschód, na potrzeby tamtejszej akcji „Burza”. Na niektórych magazynach podziemnych całkiem dosłownie siedzieli Niemcy – jednostki policyjne i pomocnicze frontu wschodniego zajęły nieszczęśliwie budynki, pod którymi AK zmagazynowała broń. W tej sytuacji niezrażony pułkownik „Monter”, planując walki w Warszawie twierdził: „Niemcy nie wytrzymają naszych uderzeń kierowanych ze wszystkich stron jednocześnie. (...) Żołnierz niemiecki jest zdemoralizowany odwrotem i zniechęcony do dalszego prowadzenia wojny, bić się nie będzie”. Jednocześnie instruował podkomendnych: „Kto nie będzie miał broni palnej, dostanie granaty, a dla kogo zabraknie granatów, niechaj bierze do ręki kamień, łom czy siekierę i tym zdobywa broń dla siebie”.
„Szary Wilk” – niemiecki transporter Sd.Kfz.251, zdobyty przez powstańców ze Zgrupowania „Krybar” na 5. Dywizji SS „Wiking” 14 sierpnia 1944. Zdjęcie wykonane na ul. Tamka. Żołnierz z pistoletem maszynowym MP-40 to jego pierwszy powstańczy dowódca plutonowy, podchorąrzy Adam Dewicz „Szary Wilk” – od jego pseudonimu nazwano maszynę, użytą w ataku na Uniwersytet Warszawski. Fot. Sylwester Braun, Domena publiczna, Wikimedia Commons
Co do kamieni i innego niestandardowego „uzbrojenia”, to „Monter” udzielił szczegółowych instrukcji, dodanych już w trakcie walk: „Żołnierze nie uzbrojeni – noszą butelki zapalające, granaty lub po prostu kamienie o kształcie i wadze granatów ręcznych. Rozbiją one twarz żołnierza niemieckiego lub obezwładnią jego ręce całkiem skutecznie na bliską odległość. A tej amunicji nam nie brakuje”.

Inne źródła mówią o tym, że – według „Montera” – brak broni zrekompensuje „furia odwetu”. Gorący patriota sprawdził się w wojnie 1920 roku, a w kampanii wrześniowej jako dowódca pułku. Gdy przyszło do większych zadań, mierzył „siły na zamiary”, co kosztowało życie około 20 tysięcy powstańców i przynajmniej 150 tysięcy ludności cywilnej.

Bezsens powstania jest trującym mitem, brak sensu tak przygotowanego wywiadowczo, w uzbrojeniu i dowodzonego powstania jest, niestety, faktem.

Złowroga kariera nazwiska sowieckiego generała

Powstanie Warszawskie ma wiele nieścisłości, pojawiających się we wspomnieniach uczestników. Wydawałoby się, że kto, jak kto, ale walczący powstaniec powinien wiedzieć z kim ma do czynienia.

Wielu opowiadało i pisało o „własowcach” jako swoich przeciwnikach i dokonujących ludobójstwa na ludności cywilnej Woli i Ochoty. Rozstrzeliwania, ale i bestialskie mordy w stylu rzezi na Wołyniu są faktem – z tym, że w 1944 roku nie istniała armia generała Andrzeja Własowa. Powstańcy i wspominający cywile w każdym nie mówiącym po niemiecku kolaborancie w niemieckim mundurze widzieli własowca. Złowrogą karierę nazwiska generała, który podczas powstania był trzymany przez Niemców w areszcie domowym, może wyjaśnić tylko siła niemieckiej propagandy.

Generał sowiecki Andriej Adriejewicz Własow dostał się do niewoli niemieckiej w 1942 roku. Tam przyjął postawę antybolszewicką i antystalinowską i zadeklarował Niemcom współpracę w walce ze wspólnym wrogiem. Niemcy przyjęli ofertę i wozili Własowa po zdobytych miastach radzieckich, gdzie ten wygłaszał antysowieckie przemówienia. Własowowi pozwolono utworzyć zaczątki organizacji Komitet Wyzwolenia Narodów Rosji, która miała sztab w Berlinie, ale dopiero od jesieni 1944 roku.
Generał Andriej Własow (z prawej) w towarzystwie niemieckiego generała dokonuje przeglądu oddziału Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej. Widoczne karabiny maszynowe - na pierwszym planie DT, za nim DP. Fot. NAC/Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, sygn. 2-1984
Generał był coraz bardziej popularny wśród sowieckich jeńców i ludności ZSRS na zajętych obszarach. Niemcy nie wiedzieli, co zrobić z inicjatywą, na którą sami się zgodzili. W kierownictwie III Rzeszy obowiązywała doktryna o słowiańskich podludziach, z którymi się nie współpracuje, tylko ich eksterminuje. Rzeczywiście, hitlerowcy zagłodzili w niewoli prawie trzy miliony jeńców radzieckich. Z drugiej strony pomoc na tyłach przeciwko partyzantce sowieckiej bardzo by się Wehrmachtowi przydała, odciążając jednostki frontowe.

Ta potrzeba spowodowała nagłośnienie propagandowe osoby i idei Andrieja Własowa – niech namawia antykomunistów i formuje z nich oddziały. Karierze Własowa w III Rzeszy podobno położył kres sam Adolf Hitler, stąd ten areszt domowy w lipcu 1944 roku. Żadnej armii nie sformowano. Dla celów propagandowych jednostkom złożonym z byłych żołnierzy Armii Czerwonej i ochotników, niepodlegających Własowowi i sformowanych bez jego udziału z inicjatywy lokalnych dowódców frontu wschodniego w 1943 roku, naszyto na rękawy niemieckich mundurów naszywkę „POA” – pisane z rosyjska, czytamy: „ROA”, czyli Rosyjska Armia Wyzwoleńcza (Ruskaja Oswoboditielnaja Armija). Żołnierze z naszywkami „POA” nie byli żadną rosyjską armią, szczególnie wyzwoleńczą, tylko jednostkami pomocniczymi SS i policji, dowodzonymi przez Niemców.

Niektóre takie jednostki trafiły do Warszawy na pomoc miejscowemu garnizonowi w tłumieniu powstania. Były one złożone z Rosjan, Turkmenów, Azerów, ludów Kaukazu i mieszane, rosyjsko-ukraińskie i rosyjsko-białoruskie. A nawet niemieckie z domieszką narodów ZSRS, jak złożona z niemieckich kryminalistów, ale i z Rosjan i Ukraińców brygada Waffen SS „Dirlewanger”. Jednostką, w której służyli obywatele ZSRS pod bezpośrednim dowództwem Rosjanina (z pochodzenia Polaka) Bronisława Kamińskiego była RONA (Ruskaja Oswoboditielnaja Narodna Armija). Mylono ich z mitycznymi własowcami, choć nie walczyli o niebolszewicką Rosję, a Kamiński podlegał na miejscu wyższemu dowódcy SS Heinzowi Reinefarthowi.

Dostarczyciele nadziei, roznosiciele radości i sprawcy rozpaczliwego bólu

Para powstańców warszawskich zgubiła się w ruinach i odnalazła po 72 latach. Dzieci przeniosły 150 000 listów i paczek. Prawdziwe historie – obejrzyj je u nas.

zobacz więcej
Nie było w Warszawie, choć według niektórych powinna być, dywizji ukraińskiej Waffen SS „Galizien” (Hałyczyna – to ukraińska nazwa Galicji). Dopiero we wrześniu pojawił się 150-osobowy, wydzielony z niej oddział. We wrześniu pojawił się także złożony z Ukraińców „Legion Wołyński”, liczący 400 żołnierzy. Może oni także w imaginacji warszawiaków jakoś podlegali Andrzejowi Własowowi. Jeżeli chodzi o kolaborantów ze wschodu, to warszawiacy nie odróżniali rosyjskiego od ukraińskiego, a niemówiących między sobą po rosyjsku z naszywką „POA” nazywali kałmukami. Wszyscy ci kolaboranci – także własowcy, których nie było – pozostawili koszmarne wspomnienia wśród tych, którym udało się przeżyć spotkanie z nimi.

Andrzej Łapicki wspominał po wielu latach: „Najgorsi byli Ukraińcy, w ogóle te kolaboracyjne formacje. Rosyjskie Kamińskiego czy własowcy. Ta hołota szła przez Pole Mokotowskie, aż pod wieczór dotarła do bloku na Niepodległości 225. Zaczęły stamtąd dobiegać straszne krzyki. Tak krzyczą ludzie, którym się rozpłata brzuchy i podrzyna gardła. Straszna noc – ciepła, letnia i w ciszy te krzyki zarzynanych ludzi, charkot konających. Nic nie można było zrobić. Najwyżej modlić się, żeby nie poszli dalej. W takiej atmosferze siedzieliśmy 12 dni”.

A prawdziwi własowcy weszli do boju zimą 1945 roku. Himmler wyciągnął Własowa z aresztu jesienią 1944 i pozwolił sformować dwie dywizje. Było to już długo po powstaniu.

Pod okiem Węgrów, bez małych powstańców

Od mitologizowania historii jest literatura i film i oglądający „Eroikę” Andrzeja Munka (1958 rok, scenariusz do filmu na podstawie własnych opowiadań napisał Jerzy Stefan Stawiński) mogli mieć takie wrażenie. W pierwszej noweli, otaczające walczącą Warszawę oddziały węgierskie mają dla AK propozycję: przystąpią do powstania, ale chcą gwarancji, że gdy przyjdzie Armia Czerwona, to potraktuje ich jak sojuszników. Można było pomyśleć, że to musi być „prawda ekranu”: Węgrzy, co by nie mówić sojusznik Hitlera, w Powstaniu Warszawskim i na dodatek na protektora wobec Armii Czerwonej upatrują sobie AK.
Wycofujące się z frontu wschodniego trzy dywizje węgierskie otrzymały zadanie niedopuszczania do Warszawy partyzantów z Kampinosu, a także walkę z nimi. Mieli zatrzymywać każdego, kto idzie do lub z Warszawy. Naprawdę było tak, że gdy łącznicy przechodzili przez pozycje węgierskie, to żołnierze patrzyli w inną stronę. Gdy „zatrzymali” takiego łącznika, to informowali, gdzie stoją Niemcy i puszczali w dalszą drogę. Wziętych „do niewoli” partyzantów leśnych z Kampinosu leczyli, żywili i puszczali dalej, nieraz obdarowując bronią i amunicją. Pod okiem Węgrów jeden oddział z Kampinosu dostał się na Żoliborz.

Okolicznej ludności żołnierze węgierscy dostarczali lekarstwa i żywność, a orkiestry pułkowe grały polskie patriotyczne pieśni podczas mszy świętych. Nic dziwnego, że Niemcy postanowili sojuszników wycofać, a i regent Horthy nalegał na ich powrót do kraju. Miklos Horthy uważał, że Węgry nie są w wojnie z Polską i polecił pomagać ludności na zajmowanych terenach, szczególnie lekarstwami. Odwieczna sympatia pozwalała sprzedać czy darować broń i amunicję, jednak przejście na stronę AK to zbyt grubymi nićmi szyta opowieść.

Jednak rozmowy, o których wspomniano w filmie, w rzeczywistości były i to wielokrotnie To raczej strona polska proponowała Węgrom dołączenie do powstania i oni to na serio rozważali. Armia Krajowa, co zrozumiałe, nie zagwarantowała Węgrom skutecznej protekcji u Rosjan, a sprawę rozstrzygnął rozkaz powrotu z Budapesztu. A było to 30 tysięcy ludzi, dobrze uzbrojonych i z artylerią. W przypadku „Eroiki” „prawda ekranu” okazała się też w dużym stopniu „prawdą czasu”.

Nieraz najlepsze chęci powodowania patriotycznych i po prostu ludzkich wzruszeń tworzą – w tym wypadku zapewne nieświadomie – mity szkodliwe dla sprawy, której mają bronić. Jest na Starym Mieście pomnik Małego Powstańca autorstwa Jerzego Jarnuszkiewicza. Chłopczyk, co najwyżej dziesięcioletni, w panterce, w wojskowych długich buciorach wyglądający jak kot w butach, hełm mu spada na oczy, a na szyi ma pistolet maszynowy, którego długość prawie dorównuje jego wzrostowi.
Pomnik Małego Powstańca z 1983 roku przy ul. Podwale w Warszawie. Fot. Cezary Piwowarski - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4154288
Z barykad goniono bezwzględnie małych powstańców, a i nieraz ręka żołnierska po ojcowsku przetrzepała siedzenie. Słynny Antek Rozpylacz był wyjątkiem i nastolatkiem. Dzieci, niestety z narażeniem życia, roznosiły pocztę, ale dzieci starsze od Małego Powstańca. Pomnik sugeruje, że AK używało do walki dzieci, jak dzisiaj watażkowie muzułmańscy w Afryce. To jeszcze jeden, niechciany pewnie przez autora, argument dla zwalczających szaleństwo i obłęd powstania i w ogóle powstanie – jak w PRL, kiedy pomnik postawiono. Pomimo czystych intencji, wyszła zjadliwie ponura kpina z powstania i powstańców.

Czas na mity lżejszego kalibru. To, co Mały Powstaniec na pomniku ma na szyi, to niemiecki pistolet maszynowy MP 40, zwany przez wszystkich powstańców schmeisserem. Chcieli go zdobyć, z niego strzelać, był żołnierskim marzeniem, bo była to dobra broń w swojej kategorii, w trzecim świecie używana do lat sześćdziesiątych w lokalnych wojnach. Konstruktorem pistoletu nie był jednak Hugo Schmeisser, jak AK 47 Michaił Kałasznikow, od którego broń ta jest zwana popularnie kałasznikowem.

Hugo Schmeisser zaprojektował jedynie magazynek do tego pistoletu maszynowego, ale każdy magazynek był podpisany jego nazwiskiem, stąd litery na magazynku stosują się jakby do całego pistoletu i wszyscy się nimi zasugerowali. Hugo Schmeisser zaprojektował w całości karabinek automatyczny STG 44, do którego łudząco podobny jest karabinek Kałasznikowa, ale to już zupełnie inna historia, podobno spiskowa.

Swoiście mitologizuje powstańców warszawskich brać dziennikarska, gdy jest w patriotycznym nastroju i sięga po motywacje postaw powstańców do książek Henryka Sienkiewicza. Od czasu do czasu dowiedzieć się można, że pseudonimy konspiracyjne to często nazwiska postaci Sienkiewicza. To jakby oczywistość. Literatura niższej klasy już w PRL także wciskała w szeregi AK jakichś Skrzetuskich albo Kmiciców. Bywali, ale szukanie ich w prawdziwych dokumentach i na listach żołnierzy AK, a szczególnie powstańców warszawskich, to jak szukanie igły w stogu siana. Akowcy mieli lepsze poczucie smaku, niż niektórzy ich opisywacze.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Fantazmaty Powstania Warszawskiego
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Jak „zagranica” zmuszała Polskę do pokory
„Nie pozostawimy Polski w potrzebie i nie pozwolimy jej skrzywdzić” – zapowiedzieli sojusznicy.
Historia Najnowsze wydanie
Największa winiarnia Starego Świata. Odkryto ją w Izraelu
Tutejsze wino było zapewne codziennym napojem św. Hieronima, który stworzył Wulgatę.
Historia Najnowsze wydanie
Ściśle tajne. Jedyna prawdziwa gazeta w PRL
Kto miał w PRL władzę, ten miał BS. Lub jak kto woli, kto miał BS, ten był kimś.
Historia Najnowsze wydanie
Superszpieg z „Liceum”
Miała 24 lata i kierowała siatką wywiadowczą.
Historia Poprzednie wydanie
„Księża patrioci” PRL-u, czyli siodłanie hipopotama
Dziękują za dzwony i talony na sutannę, dzwonią przyznawanymi im Krzyżami Komandorskimi Orderu Odrodzenia Polski.