Cywilizacja

Pokolenie wolnych od dzieci

Aż 13 proc. polskich rodziców żałuje, że zdecydowało się na posiadanie dziecka, a co czwarty dorosły mieszkaniec Michigan w ogóle nie chce mieć dzieci.

Doktor Konrad Piotrowski z Uniwersytetu SWPS w Poznaniu przepytał 1775 polskich rodziców w wieku od 18 do 40 lat oraz 1280 osób mających dzieci w wieku 18-30 lat. Pytał m.in. o to, czy podjęliby taką samą decyzję dotycząca rodzicielstwa, gdyby mogli cofnąć się w czasie. Uczestnicy odpowiadali też na pytania związane z ich stanem psychicznym, sytuacją społeczną i demograficzną.

Okazało się, że w pierwszej grupie 13,6 proc. osób, a w drugiej 10,7 proc. wyraziło żal, że są rodzicami. „Odkryliśmy, że rodzice, którzy żałują posiadania dzieci częściej mieli traumatyczne dzieciństwo naznaczone przemocą i odrzuceniem, mają wyższy poziom objawów depresyjnych i niepokoju, są wrażliwsi na ocenę i krytykę, a także doświadczają silnego wypalenia. Żal związany z byciem rodzicem wiązał się też z sytuacją finansową. Także wychowywanie dziecka samemu zwiększa prawdopodobieństwo, że rodzic będzie żałował posiadania dziecka” – wyjaśnił autor pracy, która ukazała się na łamach pisma „PLOS ONE”.

To nie jest pismo o gigantycznym prestiżu, typu „Cell”, „PNAS” czy „Science” lub „Nature”, a średniak niższych lotów. A jednak to także na tych łamach ukazał się niedawno inny artykuł na podobny temat, który wywołał niemałą medialną zawieruchę. Zwłaszcza tam, gdzie tak jak w Polsce, termin „child-free” to jeszcze nowinka.

Szczęśliwi bezdzietni

„Osoby bezdzietne z wyboru różnią się od rodziców, którzy mają dzieci, jeszcze nie-rodziców, którzy planują mieć dzieci i osób bezdzietnych, które chciałyby mieć dzieci (ale nie mogą). Większość badań dotyczących statusu rodzicielskiego i cech psychospołecznych nie pozwalała skutecznie odróżnić osób bezdzietnych z wyboru od innych osób niebędących rodzicami lub opierała się na próbach niereprezentatywnych. W tym badaniu wykorzystujemy zatem reprezentatywną próbę 981 dorosłych osób z Michigan, aby oszacować częstość osób bezdzietnych z wyboru, zbadać, jak różnią się one od rodziców (i innych rodzajów osób niebędących rodzicami) pod względem zadowolenia z życia, poglądów politycznych i osobowości, a także zbadać, czy osoby bezdzietne są postrzegane jako grupa obca.” To standardowy początek pracy naukowej. Wziąwszy jednak pod uwagę główny wynik tego opisanego suchym, naukowym slangiem i dość prostego metodologicznie badania ankietowego: „że ponad jedna czwarta dorosłych osób z Michigan jest child-free”, sprawa jest rozwojowa. Przyjdzie się nam z nią zmierzyć jako społeczeństwu.

Gdy zaś przyjąć do wiadomości (co nie znaczy zaakceptować) dalszą część wyników tego badania z zakresu psychologii społecznej, wielu z nas się zasmuci lub osłupieje. Tak odległe są bowiem owe wyniki od wyznawanego przez nas ideału życiowego lub od naszego stereotypowego myślenia o sprawie.

Cytując dalej: „po zestandaryzowaniu cech demograficznych nie stwierdzamy różnic w zadowoleniu z życia, a jedynie niewielkie różnice w cechach osobowości między osobami bezdzietnymi z wyboru a rodzicami, jeszcze nie-rodzicami lub osobami bezdzietnymi z konieczności.”

Oznacza to, że jeśli mamy jakieś konkretne oczekiwanie wobec życia (np. mieć dzieci lub nie mieć dzieci) i ono zostanie spełnione, to jesteśmy szczęśliwi. Zatem według psychologii społecznej (która analizuje, że lepiej być zdrowym, pięknym i bogatym niż chorym, brzydkim i biednym) tupot małych stópek nie czyni nas szczęśliwymi sam z siebie. On czyni nas szczęśliwymi, jeśli jego właśnie pragniemy, a swoimi wyborami życiowymi sprawimy, że nasze oczekiwanie zostanie spełnione i żaden pech nam w tym nie przeszkodzi.

Dalsze słowa wspomnianego wyżej artykułu z „PLOS One” autorstwa Jennifer Watling Neal i Zacharego P. Neala, psychologów z Michigan State University nie pozostawiają wątpliwości, że: „ci, którzy mają lub chcą mieć dzieci, chłodnymi uczuciami darzą osoby bezdzietne z wyboru. Zupełnie przeciwnie jest pomiędzy osobami bezdzietnymi z wyboru”.
Lato nad brzegiem Łaby w Hamburgu. Fot. Christian Ender/Getty Images
Czy należy dziwić się, że osoby mniej liberalne (to wspólna według tego badania cecha rodziców) są chłodne wobec znacznie bardziej liberalnych osób z grupy „child-free”? Zresztą, gdzie mieliby się spotkać, aby się poznać? Jedni nie uprawiają clubbingu, surfingu ani postcrossingu, a drudzy nie chadzają na wywiadówki, do szkółek pływackich czy na zajęcia w pałacu młodzieży.

W czarnym wózku czy w białym?

Dziecko to szczęście i błogosławieństwo! W tym stereotypie wciąż żyjemy. Niezależnie od tego, co przeżyliśmy w domu rodzinnym ani jakiego jesteśmy wyznania. Wiemy też jednak, że dzieci to choroby, troski i nieprzespane noce. Że pojawienie się dziecka w rodzinie to rewolucja, a te, jak wiadomo, mogą przynieść różne skutki.

Gdy rozmawiałam o tym z dr. Marcinem Kędzierskim z Centrum Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie i głównym ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego zwrócił on uwagę, że przekaz ten jest prawdopodobnie szczególnie silny w byłych krajach Bloku Wschodniego. Ma pochodzić od matek, które weszły w macierzyństwo w momencie transformacji ustrojowej. Ich młode życie (średnia wieku rodzącej pierwsze dziecko była wtedy w Polsce ponad 5 lat niższa niż dziś – w 2019 roku było to 27 lat i 6 miesięcy) stało się bardzo trudne przez konieczność połączenia macierzyństwa z ekonomiczną niepewnością, brakiem jakichkolwiek realnych osłon, lękiem przed bezrobociem i samotnością wychowawczą – z partnerami zapracowanymi lokalnie lub na saksach. Tę traumę przekazują dziś swoim córkom.

Nie zmienia to jednak faktu, że do niedawna panował powszechny i wzmacniany przez kulturę stereotyp, iż dziecko jest naszym głównym pragnieniem, a jego brak – gigantycznym wyrzeczeniem lub dramatem życiowym. O tym traktuje choćby popularny dwie dekady temu serial telewizyjny „Ally McBeal”. I to tak dosłownie, że niemowlę w pieluszce wkracza i tańczy w halucynacji głównej bohaterki, teoretycznie wyemancypowanej prawniczki z wielkiego miasta.

Trend przeciwny zaczął się, jak ja to zapamiętałam, bodaj 30 lat temu. Pojechałam wtedy na pierwszą, dłuższą wizytę w Zachodniej Europie i zobaczyłam czarne wózki dla niemowlaków. Pierwsze skojarzenie – „Dziecko Rosemary”; w latach 60. XX w. trzeba było być Antychrystem, żeby leżeć w czarnym wózeczku. Nie miałam wtedy dzieci, byłam studentką, ale te czarne wózki na brytyjskich, duńskich czy szwedzkich ulicach psychicznie mnie rozwalały.

Dziś już opatrzyliśmy się z czarnymi wózkami dziecięcymi i nie robią na nikim wrażenia. Do tego stopnia, że gdy znajome, młode małżeństwo kupiło niedawno biały jak śnieg (sama jako niemowlę w takim leżałam niemal 50 lat temu, tylko buda była bordowa), moja pierwsza myśl była: „ale im się to będzie brudziło”. Nikt jednak dotknięciem czarodziejskiej różdżki nie zmienił w międzyczasie skojarzeń.

Emancypacja kobiety to nie uwolnienie się od mężczyzny, bo w XX wieku okazało się to być banalnie proste – prawo do rozwodu, do posiadania i zarządzania własnym majątkiem i do głosowania… I już po zawodach. Emancypacja kobiety to uwolnienie się od dziecka.

Bo czy nam się to podoba czy nie, biologia wskazuje, że mężczyzna dziecko płodzi – na ogół nie bez przyjemności – i ujmując rzecz brutalnie, może zapiąć rozporek i wyjść, nie pojawiwszy się nigdy więcej. Kobieta zaś dziecko płodzi (z różną przyjemnością), nosi w sobie przez 9 miesięcy i rodzi (na ogół w bólach, jak zapisano w Księdze Rodzaju 3, 15-16). A to dwie zupełnie różne sytuacje życiowe.

Armia zsynchronizowanych mózgów. W wojsku już niemal jest, a w życiu?

Przyszłość ma przypominać filmowy „Matrix”: podłączeni do wspólnego mózgu zarządzającego, stworzymy sieć uwspólnionego myślenia. Czy pozwoli to kontrolować ludzkość?

zobacz więcej
Obok wszystkiego innego, według psychologów rozwoju, matka przygotowuje się psychicznie niemal od momentu poczęcia do relacji z dzieckiem, do pełnej z nim synchronizacji na poziomie funkcjonowania ośrodkowego układu nerwowego. Dla ojca zaś najczęściej dziecko pojawia się, stanowi obiekt poznania i nawiązywania relacji, dopiero gdy się rodzi lub nawet później, gdy zaczyna mówić.

Samolubny gen i nagi instynkt… macierzyński

Gdy patrzeć na sprawę biologicznie, darwinowsko to jest „samolubny gen/genom”, który musi się powielić. To jest jego sukces ewolucyjny. U zwierząt o rozmnażaniu płciowym – a takim jesteśmy – rekombinacja materiału genetycznego w czasie tworzenia gamet (komórek jajowych i plemników) jest niezbędna dla zapobieżenia akumulacji szkodliwych mutacji i wygenerowania bioróżnorodnej populacji. Bo tylko taka jest w stanie stawić czoła zmieniającym się warunkom środowiska – przetrwają najlepiej przystosowani do tu i teraz, ale „tu i teraz” zmienia się, więc potrzebujemy różnorodnych osobników, żeby przetrwać jako gatunek. Dlatego popęd płciowy, dążenie do zapłodnienia jest naturalne i podstawowe w życiu, a zachowania takie jak np. homoseksualizm w klasycznym darwinizmie są sprzeczne z naturalną tendencją do osiągania ewolucyjnego sukcesu.

Rudawki liżą się w męskim kręgu, a makaki mają flufferki. Paradoksalny homoseksualizm Darwina

Czy uprawianie seksu z tą samą płcią może być ewolucyjnie korzystne? I ile właściwie jest tych płci? U rozszczepki naliczono ich 20 tysięcy.

zobacz więcej
Ów sukces zaś mierzy się tylko jednym kryterium – liczbą wnuków. Zatem, mimo odmiennych sytuacji życiowych każde stworzenie „pragnie” pozostawić swe geny na wieczność. To jest realna nieśmiertelność, na wyciągniecie ręki dla każdego płodnego osobnika.

Człowieka od reszty królestwa Animalia odróżnia jednak przede wszystkim kultura i wtedy rz eczy przestają być takie proste. Pojawiają się tzw. ideały życia. Dawno, dawno temu pojawił się ideał życia „nierządnicy sakralnej” zapewniającej płodność ziemi czy westalki – dziewicy robiącej to samo, aczkolwiek właśnie dobrowolną ofiarą swojej bezdzietności. Pojawił się ideał życia zakonnego, życia dla Boga i w służbie innym „dzieciom bożym”, wsparty na dziewictwie Matki Boga.

Owa „lepsza cząstka”, oparta według psychologów o zjawisko sublimacji, czyli dobrowolnego wyrzeczenia się potomstwa za pomocą nieświadomego, dojrzałego mechanizmu obronnego, który przesuwa nieakceptowany popęd płciowy na twórczość. A także dobroczynność, opiekę nad innymi, oddanie wielkim dziełom miłosierdzia. Jeśli ufać Freudowi, to właśnie sublimacji zawdzięczamy wspomnianą wyżej kulturę, która odróżnia nas od zwierząt. Aczkolwiek Freud nie był nieomylny i nie każda twórczość bierze się ze stłumionego popędu.

Czym innym jest jednak nie mieć dzieci, gdyż tłumi się popęd płciowy, a czym innym realizować w pełni popęd płciowy, a dbać jedynie o to, by jak to ujął Rafał Wojaczek: „robić tak, aby nie było dziecka”.

A co jeśli nasze drastyczne odejście od „dawnych dobrych czasów”, kiedy dzieci rodziło się średnio po siedmioro w małżeństwie, z czego czworo umierało przed osiągnięciem dojrzałości płciowej, to tylko przytłumienie „samolubnego genu” zdolnością do pełnej kontroli nad płodnością, a nawet nad żywymi urodzeniami, którą dają nam – i sankcjonują je – współczesne obyczaje i prawo?

Człowiek jest zwierzęciem o długim rozwoju postembrionalnym, długim dzieciństwie służącym uczeniu się, kiedy jest zdany na opiekę rodziców – a to wymaga, by istniało biologiczne podłoże dla zjawisk obejmowanych wspólnym terminem „instynktu macierzyńskiego”. A to, jak każdy „instynkt”, miałoby być czymś wrodzonym obejmującym ustaloną reakcję behawioralną w kontekście pewnych bodźców (tu: dziecka). Nie ma on głęboko ugruntowanego naukowego potwierdzenia. Choć w okresie dojrzewania, podczas ciąży oraz tuż po porodzie kobiety przechodzą gwałtowne przemiany hormonalne, a nic tak nie wpływa na mózg, jak hormony.
Rodzic, niezależnie od płci, uczy się rozpoznawać sygnały płynące od noworodka oraz zapewniać mu bezpieczeństwo. Na zdjęciu samotny ojciec córeczki James Alvarez. Fot. Leonard Ortiz/MediaNews Group/Orange County Register via Getty Images
Instynkt macierzyński miałby nas motywować do pragnienia posiadania dzieci, a następnie dokładnego poznania, co robić, gdy przyjdą na świat. Psychologowie rozwoju twierdzą jednak, że matka – lub ktokolwiek opiekujący się noworodkiem – uczy się „w działaniu”, poprzez instrukcje, dobre wzorce do naśladowania i obserwowanie, co jest skuteczne, a co nie w przypadku konkretnego dziecka. Rodzic lub opiekun, niezależnie od swej płci, uczą się rozpoznawać i reagować na sygnały płynące od noworodka oraz zapewniać mu bezpieczeństwo.

Nie wolno zabierać noworodków matkom zakażonym COVID-19

Mleko chorych kobiet ma przeciwciała skierowane na SASR-CoV-2, więc działa ochronnie na dzieci.

zobacz więcej
Według jednego z badań „Trusted Source” z 2018 r., te uczucia rozwijają się u matek kilka dni po porodzie, a niektóre kobiety z trudem odczuwają je nawet kilka miesięcy później, co wywołuje u nich poczucie porażki. Potrzebują zatem wsparcia i pomocy w rozwijaniu bardziej realistycznych oczekiwań. No i samego kontaktu – dziecka nie wolno zatem od matki oddzielać.

Kopciuszek, tokofobia i hipergamia

Dlaczego więc są kobiety, które nie chcą mieć potomstwa albo chcą, a mimo to go nie mają?

Jako dzieci jesteśmy powszechnie karmieni baśniami, w których matki umierają przy porodzie, a dziećmi – zwłaszcza małymi dziewczynkami – opiekują się złe macochy. Obok zatem normalnych obaw przed ciążą i porodem, oscylujących pomiędzy niepokojem o zdrowie własne i dziecka a wręcz lękiem przed śmiercią, istnieje tokofobia. To zaburzenie polegające na intensywnym przerażeniu i obrzydzeniu związanym z ciążą i/lub porodem.

Może ona obejmować wyniszczający stres, różne reakcje fizyczne wynikłe z paniki i obrzydzenia oraz różne zachowania kompulsywne. Cierpiąc na to zaburzenie, można dzieci pragnąć, a jednocześnie zdecydować się ich nie mieć z powodu paraliżującego strachu. Sam termin został ukuty dopiero w 2000 roku, a definicja tokofobii bywa różna w zależności od autorów badań, co utrudnia wyciągnięcie wniosków.

Rozróżnia się tokofobię pierwotną (lęk przed ciążą/porodem bez doświadczenia z pierwszej ręki, często rozwijającym się w dzieciństwie/młodości) i wtórną, która pojawia się po traumatycznej ciąży, poronieniu lub trudnym porodzie. Nasilenie objawów bywa różne – od stosunku ambiwalentnego [1], przez niechętny [2] aż po unikający [3].

AAAA Pana z dopasowanym genomem poznam. Cel matrymonialny

Analiza „dopasowania genetycznego” jest znacznie prostsza niż analiza „dopasowania charakterów”.

zobacz więcej
Poza zaburzeniem, jest normalność. A w niej „AAAA pani pozna pana” lub (rzadziej) odwrotnie.

Vincent Harinam, danolog (czyli spec od analizy wielkich zbiorów danych) z Cambridge przebadał matematycznie problem procesu doboru partnera. W ostatniej dekadzie uległ on, według niego, dramatycznej zmianie.

We wspomnianym już, kultowym serialu sprzed 20 lat – Ally, prawniczka w średnim wieku nie szuka upragnionego faceta w internecie, co dzisiaj jest udziałem rosnącej rzeszy z nas. Co się zmieniło? Nastąpił wzrost „kultury randek”, rozpowszechnianie się aplikacji randkowych i coraz wyższy jest wiek, w którym zawiera się pierwsze małżeństwo.

Istotne dla tej zmiany wydają się cztery parametry: coraz większe osiągnięcia kobiet, rosnąca zmienność statusu i kompetencji mężczyzn (czyli mężczyźni się dzielą edukacyjnie i ekonomicznie na dwie skrajne grupy), pragnienie zawarcia małżeństwa wśród kobiet, globalizacja rynku matrymonialnego i wynikające z tego załamanie lokalnych hierarchii statusu.

„Mówiąc wprost, rosnąca grupa kobiet sukcesu goni za kurczącą się liczbą wartościowych, ale niechętnych do zaangażowania mężczyzn.[…] Ta nierównowaga na rynku matrymonialnym nie jest dobrą rzeczą. Społeczeństwo pełne samotnych kobiet i sfrustrowanych seksualnie mężczyzn zmierza ku katastrofie. Konieczne jest, abyśmy jako społeczeństwo uważnie przemyśleli rozwiązania tego narastającego kryzysu” – podsumowuje autor.


Kobietami zaś rządzi hipergamia, zrodzona z surowej, darwinowskiej konieczności. To rozwinięta strategia seksualna, w której jednostki łączą się i/lub poślubiają osoby najbardziej zdolne do zapewnienia długoterminowego bezpieczeństwa. Chociaż mężczyźni są zdolni i angażują się w hipergamię, jest to koncepcja i strategia najczęściej przypisywana kobietom. Według psychologa ewolucyjnego Davida Bussa, aby przetrwać wraz z potomstwem, nasze „pramatki” musiały ocenić pozycję mężczyzny, a także jego potencjał na przyszłość. W rezultacie kobiety zazwyczaj łączą się w pary powyżej i w poprzek hierarchii dominacji, podczas gdy mężczyźni zazwyczaj łączą się w pary poniżej i w poprzek nich. Czy da się przekonać kobietę, że może stworzyć szczęśliwy związek z mężczyzną poniżej jej statusu społecznego, a mężczyznę, że partnerka zarabiająca więcej nie stanowi dla niego zagrożenia, tylko szansę? Może się to okazać kluczowe dla przetrwania naszego świata.

Hipergamia często objawia się ochroną fizyczną. Jest zatem zrozumiałe, dlaczego cechy fizyczne, takie jak „oczy błyszczące i ciało muskularne” (jakże wymownie opisywane w cyrografie własną krwią przez księżniczkę Disperandę w „Igraszkach z diabłem” Jana Drdy), są traktowane priorytetowo przez kobiety. Poza tym „kasa misiu, kasa” – kobiety cenią dobre perspektywy finansowe u partnera mniej więcej dwa razy bardziej niż mężczyźni u partnerki. Status społeczno-ekonomiczny mężczyzny jest głównym wyznacznikiem jego atrakcyjności dla kobiety, ale nie odwrotnie [4]. Przy czym pogląd, że większość kobiet bezdusznie pożąda zasobów, jest nietrafny. Poszukują one raczej głównych zmiennych pozyskania zasobów. Mianowicie inteligencji i zdolności do ciężkiej pracy. To są wskazówki do rozwiązania problemu ochrony.
We Francji kobiety nadal są dość powszechnie zorientowane na rodzinę i próbują pogodzić z nią aspiracje zawodowe. Na zdjęciu matka z córką na spacerze w miejskim parku w Le Mans. Fot.Michel GILE/Gamma-Rapho via Getty Images
Współczesna cywilizacja pozwala jednak kobiecie nie tylko samotnie żyć, zarabiać, odnosić sukcesy życiowe i wychowywać dzieci, ale i tych dzieci w ogóle nie mieć. Co więcej – osoba konkretnego mężczyzny nie jest dziś kobiecie niezbędna ani do spłodzenia dziecka, ani do jego utrzymania. Owo upragnione i małpie przywiązanie do bezpieczeństwa może zostać zaspokojone inaczej.

Co zatem istotne? Trzeba zacząć wspierać edukację mężczyzn. Dziś już 70 proc. studentów to kobiety. Z drugiej strony konieczne są działania dowartościowujące na „rynku matrymonialnym” mężczyzn nie posiadających co prawda wyższego wykształcenia, ale za to z dobrą profesją, pracowitych, zaradnych i opiekuńczych. Wymaga to dość powszechnego przewartościowania społecznego, aby owe coraz lepiej wykształcone i niezależne kobiety odnalazły wartość w partnerze, który może nie jest magistrem, ale np. cenionym stolarzem, który potrafi utrzymać rodzinę, nie zdradzi, „zbuduje dom, posadzi drzewo”, etc.. I aby po takim wyborze nie spotkał ich ostracyzm ze strony „wykształconych, z dużych ośrodków” znajomych i rodziny.

Warto bowiem pamiętać, że dysproporcja kobiet do mężczyzn w wieku produkcyjnym w polskich dużych miastach (nawet 130 kobiet na 100 mężczyzn) i na wsiach (130 mężczyzn na 100 kobiet) jest dramatyczna, i jako społeczeństwo coś z tym powinniśmy zrobić.

Łatka „starej panny” już nie przeszkadza

Jednym z powodów spadku liczby urodzeń jest dominująca „orientacja” młodych kobiet – z jednej strony „prorodzinna”, z drugiej „prozawodowa”. Wydaje się, że np. we Francji kobiety nadal są dość powszechnie zorientowane na rodzinę i próbują pogodzić z nią aspiracje zawodowe. Co więcej, młode Francuzki oczekują od życia dobrej zabawy, przyjemności i żeby się nie musiały przemęczać. A np. w Skandynawii, pomimo aktywnej polityki państwa ułatwiającej rodzicielstwo, kobiety coraz częściej prezentują orientację prozawodową i nie chcą tracić czasu na dziecko w najbardziej dynamicznym okresie rozwoju kariery.

Kim są panie, które każą wszystkim „wypier…”? Przewodnik po polskim feminizmie

Przyszłość polityki czy gwiazdy jednego sezonu?

zobacz więcej
A jaką orientację mają młode Polki? W kraju, gdzie kultura jest raczej żeńska, matriarchalna niż patriarchalna? Nie mamy jednoznacznych wyników badań, ale zdaniem dr. Kędzierskiego kobiety bardziej oczekują rozwoju zawodowego i ciekawej kariery. Jego zdaniem udział „child-free” wśród najmłodszych Polaków będzie rósł, nawet jeśli proste przekładanie sytuacji w USA do tej w Polsce może być mylące.

Warto dodać, że „Czarny protest” w roku 2016 i „Strajk kobiet” z roku ubiegłego pokazują, że kobiety urodzone w latach 70. XX w., w okresie transformacyjnym wyemancypowały się wewnętrznie, ale jeszcze nie społecznie. A emancypacja ich córek urodzonych w latach 90. (także od ewentualnych dzieci) stanowi element sprzyjający emancypacji społecznej pokolenia matek.

Tu można odwołać się do raportu zamówionego przez min. Jadwigę Emilewicz powstałego z badań Polek od 18 do 50 r.ż. Możemy tam przeczytać: „Aż 68 proc. (najwyższy wynik wśród badanych krajów) Polek akceptuje decyzję kobiet o nieposiadaniu potomstwa.” Co przeciekawe, Polki mówiące o sobie prezentowały tradycyjne, konserwatywne podejście, ale omawiając „inne Polki” prezentowały wizję znacznie bardziej liberalną. Hipoteza dr. Kędzierskiego jest taka, że Polki w pierwszej serii pytań odpowiadały zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami, jakie wobec siebie odczuwają (by zadowolić pytającego), natomiast w pytaniach dotyczących „innych” wyrażały de facto swoje przekonania i ukryte pragnienia.

Dziecko nie jest już zatem nośnikiem statusu, a łatka „starej panny” stopniowo zanika. Nastąpiła nawet ciekawa transgresja. Młoda matka z dzieckiem jest odbierana jako patologia, z kolei bezdzietna 30-latka, nawet na prowincji, coraz częściej nie jest już postrzegana jako ktoś, z kim „coś jest nie tak”.

Jak pisze Noam Shpancer, profesor psychologii w Otterbein College, praktykujący psychoterapię w Columbus (Ohio, USA): „Pozostanie bezdzietnym z wyboru jest wciąż posunięciem, które rodzi pytania i spotyka się z uprzedzeniami, a nawet moralnym oburzeniem. Dotyczy to zwłaszcza kobiet, których tożsamość płciowa i wartość społeczna od dawna są związane z płodnością i macierzyństwem. Tak więc kobiety, które decydują się nie mieć dzieci, są powszechnie postrzegane nieprzychylnie.[…]Motywy pozostawania child-free są różne. Jednak w większości przypadków wiążą się one z interakcją między siłami makrospołecznymi – takimi jak dostępność środków antykoncepcyjnych, malejący wskaźnik małżeństw i rosnący udział kobiet w sile roboczej (z 5 do 40 proc. w USA w ciągu ostatnich 70 lat – przyp. MK-S) – a względami na poziomie mikro, w tym pragnieniem większych możliwości, wolności osobistej, spełnienia i mobilności” [5].

Według dr. Kędzierskiego, już dziś w Polsce macierzyństwo młodej kobiety jest postrzegane inaczej w dużych miastach i na prowincji. W centrach, choć wiek urodzenia pierwszego dziecka przesunął się bardzo w górę (do 30+) ze wszystkimi osobistymi i zawodowymi, demograficznymi oraz zdrowotnymi konsekwencjami dla matki i dziecka, posiadanie potomstwa daje konkretne zyski, choćby towarzyskie – zapewniając jak najlepsze dorastanie i edukację naszemu dziecku, mamy szansę podnieść swój status społeczny. Na wsi dziecko u bardzo młodej kobiety jest raczej postrzegane społecznie jako ciężar uniemożliwiający dalszą edukację, migracje do ośrodka miejskiego i jakikolwiek sukces życiowy.

Czy państwo powinno coś robić?

Kraje, w których dzietność drastycznie spada próbują coś z tym zrobić za pomocą wdrażania strategii rozwoju demograficznego. Skoro decyzja o dziecku jest decyzją indywidualną, państwo nie może oddziaływać bezpośrednio. Intuicja podpowiada nam jednak, że państwo powinno stworzyć warunki, aby urodzenie i wychowanie dzieci było łatwiejsze. Tylko czy państwo ma i mieć może skuteczne do tego narzędzia? Jeśli problem nie jest ekonomiczny, lecz kulturowy, to wysiłki mogą być i trudne do obmyślenia, i bezowocne.
Macierzyństwo czy kariera? Czy zawsze trzeba wybierać? Fot. Zhang Peng/LightRocket via Getty Images
Miernikiem, którym się to bada, jest różnica między deklarowaną a realną liczbą potomstwa. Gdy brak różnicy – problem jest kulturowy. Jeśli ona jest na niekorzyść realiów – problem jest ekonomiczny. Z badań wynika, że Polska jest jednym z krajów, gdzie ta różnica jest największa na świecie. 98 proc. Polaków w wieku reprodukcyjnym ponoć chce mieć dzieci (jakby w Polsce zjawisko „child-free” nie istniało), a prawie 40 proc. respondentów chce mieć co najmniej trójkę! To wskazuje rządzącym, że są obiektywne uwarunkowania do zmian politycznych wokół dzietności (opieka nad dziećmi, opieka nad ciężarną i rodzącą, zabezpieczenie ekonomiczne dla kobiet, niedostatek mieszkań i ich nieosiągalność dla związku młodych ludzi). Respondenci jednak znów – mogą mówić to, czego się od nich oczekuje, czyli oceniać, iż „dobrze jest mówić, że chcę więcej dzieci, bo to jest (nadal) dobrze społecznie przyjęte [6].

A gdyby tak było, to także w Polsce źródła rosnącej bezdzietności byłyby raczej kulturowe, co pozostawiałoby rządzącym niewielkie pole do popisu.

W Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej „ruch child-free” jest popularny wśród milenialsów. Jako pokolenie mają oni do czynienia z gorszymi perspektywami gospodarczymi i dużym niepokojem o przyszłość. Ale czy postawy millenialsów wobec dzietności to egoizm? Czy macierzyństwo to poświecenie, a jako populacja robimy się coraz mniej zdolni do poświęceń?

Nie jest przecież tak, że oni tylko siedzą przed kompem i w nic się nie angażują. Mają swoje ruchy, swój proekologiczny bunt, który nawet jeśli na dziadersach robi wrażenie dziecinady, nie jest mniej autentyczny niż wszelkiej maści „powstania podchorążych”. Dla wielu millenialsów w szerokim, globalnym kontekście, posiadanie dzieci może być uważane za samolubny wybór, biorąc pod uwagę wpływ na zmiany klimatu oraz fakt, że na całym świecie żyje wiele dzieci, które nie mają żadnych perspektyw rozwoju.

Albo dzieci, albo ekologia. Jeden nastolatek mniej to ulga dla Ziemi

Decyzja, by ograniczyć potomstwo nabiera wagi tym większej, jeśli podejmują ją osoby opromienione blaskiem korony. Książę Harry też nie zamierza mieć więcej niż dwójkę dzieci, bo boi się o dobro planety.

zobacz więcej
Czy to jest racjonalizacja lęku przed reprodukcją, przed odpowiedzialnością z nią związaną, przed możliwym niepowodzeniem wychowawczym? Nie wiem, ale wiem, że i macierzyństwo wybrane z lęku przed samotnością wielkiej wartości moralnej nie posiada.

Podczas rozmowy z dr. Kędzierskim stało się dla mnie jasne, że we współczesnym przekazie – zwłaszcza w Polsce, gdzie ideał „Matki-Polki” jest tak mocno zakorzeniony – nadmiernie podkreśla się kwestię poświęcania się dla dzieci. Rodzicielstwo miałoby być rodzajem dobrowolnie i z miłością przyjmowanego krzyża. Tyle że dziś młodzi ludzie niekoniecznie są otwarci na takie narracje. Chcą po prostu żyć i cieszyć się życiem. Szukają przyjemności. A ich rodzice i dziadkowie nie potrafią przekazać im komunikatu o radościach i zyskach płynących z rodzicielstwa – jak możemy się stać dzięki dzieciom wewnętrznie bogatsi, odkryć to, co w życiu dla nas ważne, po prostu rozwinąć się. Zważywszy na to, że samorozwój jest dziś „bożkiem”, może warto przemyśleć głębiej ten aspekt „promocji” rodzicielstwa – jako źródła samorozwoju? A stereotyp/syndrom „Matki-Polki” trzeba przeformatować tak, aby młode kobiety mogły się w nim odnaleźć ze swoimi aspiracjami i potrzebami.

Biorąc pod uwagę rosnącą powszechność fenomenu osób child-free, ryzyko związane z ich statusem „grupy obcej” i ich potencjalną rolę w polityce jako grupy wyjątkowo liberalnej, nieugodowej i introwertycznej, ważne jest, aby analizy demograficzne odróżniły osoby bezdzietne z wyboru od innych i lepiej je zrozumiały – uprzedzają autorzy badania z Michigan.

Nie można wymagać od ludzi tylko służby i poświeceń, choć i owe są społecznie niezbędne do trwania populacji i powinno się w toku edukacji uzmysławiać ich ważność i celowość. Pojawienie się dziecka nie może wymuszać radykalnej zmiany modelu życia. Stwórzmy takie warunki, by 20-30-latkowie mogli korzystać z życia mimo posiadania dzieci. I odnajdować w rodzicielstwie ukryte w nim przyjemności, a nie tylko „krew, pot i łzy”.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Przypisy:

[1]. Osoby, które z różnych powodów nie wiedzą, czy w ogóle chcą mieć dzieci (lub dodatkowe dzieci), a szczególnie obawiają się posiadania dziecka w wyniku ciąży. Mogą doświadczać obsesyjnych wątpliwości i nieznośnej niepewności co do decyzji.

[2].Osoby takie zdecydowały, że ​​rzeczywiście chcą posiadać biologiczne dziecko przez ciążę, ale są całkowicie sparaliżowane strachem i niezdolne do podjęcia jakichkolwiek kroków w tym kierunku. Mogą też podjąć kroki, aby zajść w ciążę, ale po drodze będą nękane przez ataki paniki, skrajny strach przed bólem i inne niekontrolowane objawy lękowe.

[3]. Osoba z tego typu tokofobią zdecydowanie nie chce zajść w ciążę (w tym momencie swojego życia lub w ogóle). Tokofobia taka przedstawia się bardziej jako zaburzenie obsesyjno-kompulsywne, z obsesyjną obawą przed zajściem w ciążę. Podobnie jak w przypadku kompulsywnego unikania infekcji, osoba z tego typu tokofobią może wyczuć, że w jakiś sposób zetknęła się z nasieniem w miejscach publicznych lub mieć skrajne reakcje lękowe przed, w trakcie i po jakimkolwiek kontakcie seksualnym. Może stracić miesiączkę z powodu stresu, może „intensywnie unikać” kontaktów seksualnych i związków, powstrzymując się od seksu, kompulsywne korzystać z testów ciążowych i środków antykoncepcyjnych (np. stosować wielu form antykoncepcji jednocześnie), prosić partnerów, o zapewnienie, że nie są lub nie mogą być w ciąży, zbierać informacje (np. badać, czy możliwe jest zajście w ciążę w niejasny sposób) i stosować inne rytuały mające na celu stłumienie tego, co postrzega jako prawdopodobieństwo zajścia w ciążę.

[4]. Małżeństwa, w których żona zarabiała więcej niż mąż, były o 50 procent bardziej narażone na rozwód. Wysokie dochody męża zmniejszają ryzyko rozwodu, a wysokie dochody żony zwiększają ryzyko na wszystkich poziomach dochodów drugiego małżonka, ale zwłaszcza gdy dochód żony przewyższa dochód męża. Badanie szwedzkich par wykazało, że gdy żona dostarczała 80 proc. lub więcej całkowitego dochodu, ryzyko rozwodu było dwa razy wyższe niż w przypadku, gdy wnosiła mniej niż 20 procent. Co ciekawe, jedno z badań wykazało również, że mężczyźni, którzy nie byli głównymi żywicielami rodziny, częściej stosowali leki na zaburzenia erekcji w porównaniu z mężczyznami, którzy nimi byli.

[5].Częste przyczyny intencjonalnej bezdzietności to m.in. (za Wikipedią): przeorientowanie się na cele edukacyjne i zawodowe; brak możliwości połączenia pracy zawodowej z rodzicielstwem; niesprzyjająca sytuacja materialna lub brak stabilizacji ekonomicznej; brak odpowiedniego partnera lub znalezienie go w zbyt późnym wieku; pragnienie swobody, kojarzenie posiadania dziecka z ograniczeniami dotyczącymi dotychczasowego stylu życia i poziomu aktywności; obawy zdrowotne, wstręt lub silny lęk kobiety przed ciążą i porodem (tokofobia) oraz związanych z tym dolegliwościami psychosomatycznymi; lęk związany z przeludnieniem i in. problemami ekologicznymi; wahanie się co do woli posiadania dzieci, brak pragnienia zostania rodzicem, brak tzw. instynktu macierzyńskiego i „instynktu ojcowskiego”; obawa przed samotnym wypełnianiem obowiązków związanych z opieką nad dzieckiem, niechęć do tradycyjnych ról kobiecych i męskich oraz samotnego realizowania wzorców płci; postawa antyprokreacyjna i osobiste przekonania, jak np. antynatalizm, który przypisuje negatywną wartość narodzinom (siłą rzeczy prowadzących do zwiększenia cierpienia na świecie); obawa o pogorszenie jakości życia osobistego i relacji z małżonkiem/partnerem oraz utratę intymności; traumatyczne przeżycia z własnego dzieciństwa; obawa odziedziczenia choroby genetycznej przez potencjalne dziecko; niechęć do dzieci (wśród deklarujących decyzję o trwałej bezdzietności); brak jednoznacznych powodów, dla których chciałoby się mieć dzieci.

[6]. Dr Hanna Kelm w swoim doktoracie (źródło 7) analizuje przyczyny rezygnacji z decyzji o kolejnym dziecku – na pierwszy plan wychodzą złe doświadczenia kobiet z opieką nad pierwszym dzieckiem (brak wsparcia partnera, etc.), nie zaś kwestie materialne, którym naprzeciw wychodził program 500+ na drugie i kolejne dziecko. Analizując dane GUS dr Kędzierski uważa, że program 500+ wpłynął na urodzenie trzeciego, ale nie drugiego dziecka przez rodziców urodzonych w latach 80. XX w. Tu pojawia się też problem nierównomiernego rozłożenia obowiązków opiekuńczych i że młode Polki, które już urodziły jedno dziecko, mają złe doświadczenie z opieka nad nim i nie chcą powtarzać tego doświadczenia.

Źródła:

1. https://journals.plos.org/plosone/article?id=10.1371/journal.pone.0252528
2. https://www.healthline.com/health/parenting/maternal-instinct#is-it-a-myth
3. https://www.psychologytoday.com/us/blog/insight-therapy/201912/why-so-many-are-satisfied-being-childless-choice
4. https://www.psychologytoday.com/us/blog/finding-balance-postpartum/202011/why-pregnancy-and-birth-terrify-certain-people
5. https://quillette.com/2021/06/28/mate-selection-for-modernity/
6. http://kobieta2021.pl/ omówione tu: https://klubjagiellonski.pl/2021/04/03/polka-jest-centrystka-pragnaca-wyrownania-szans-analiza-raportu-kobieta2021/
7. https://wydawnictwo.uek.krakow.pl/index.php/monografie-prace-doktorskie/611-skutecznosc-polityki-rodzinnej-w-warunkach-regresu-demograficznego-w-polsce
8. https://www.gov.pl/web/rodzina/ruszaja-konsultacje-spoleczne-strategii-demograficznej-2040

Zdjęcie główne: Fragment pomnika Matki Polki zwanego „Lilka”, wzniesionego w Sejnach na 25-lecie PRL. Fot. Andrzej Sidor / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Będzie sobie życie… sztuczne
Można je zaprogramować, by precyzyjnie dostarczało leki i polowało na komórki nowotworowe.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wiedźmin wydrukuje trzustkę
Polska firma zaczyna produkcję szczepionek na COVID-19. Kolejne pracują nad lekami na raka, cukrzycę czy depresję.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sytuacja na granicy USA jest jak sprzed Trumpa, tylko gorsza
Złego białego ma zastąpić dobry niebiały. Zmiany demograficzne mogą dać władzę Demokratom na dziesiątki lat.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wstrząsnął establishmentem. Czy teraz idzie po władzę?
Mówi wprost, nazywając rzeczy po imieniu. Nic dziwnego, że okrzyknięto go „francuskim Trumpem”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jak eurokraci usiłują przejąć kontrolę nad Polską
Jan Rokita: Chodzi o oddanie rządów – przynajmniej na jakiś czas – zaufanym funkcjonariuszom instytucji unijnych.