Historia

Dom, w którym mieszkał Hans Kloss. Kilka łez z ulicy Chmielnej

Old house, pełen niezwykłych wspomnień i jeszcze bardziej niezwykłych ludzi. Śledząc ich losy, odkryłem, jak mocno historia wryła się w ich dzieje.

Poznałem kiedyś fana zespołu The Smiths i jego wokalisty, rozmarzonego, a zarazem wiecznie nieszczęśliwego Morrisseya. Ulubionym kawałkiem tego zamieszkałego w Johannesburgu człowieka, ze względu na swoje przywiązanie do tematu doskonale potrafiącego wyłapać amplitudę emocji i liryzmu, była piosenka „Back to the Old House”, w której frontman śpiewał, że nie chce powracać do dawnego domu, kolebki dzieciństwa, bo czyha tam zbyt wiele złych wspomnień. Przez nawiedzające go echa dawnych wydarzeń chciał pogrzebać całą przeszłość w niepamięci.

Tymczasem myśląc o swoim własnym dzieciństwie, doświadczam zupełnie odwrotnych emocji. Poczułem w pewnym momencie, że bardzo chciałbym powrócić do domu, w którym się wychowałem, poznać jego wszystkie tajemnice i jednocześnie spróbować odtworzyć obraz warszawskiej ulicy Chmielnej sprzed półwiecza, gdy w jednym budynku zamieszkali najbardziej niezwykli ludzie, jacy tylko mogli się wyłonić z odmętów Polski Ludowej.

Grunty Mullera i Kroegera

Chmielna powstała jako łącznik traktu królewskiego z ówczesną wsią Wielką Wolą. Początkowo nie miała nazwy, pełniła rolę granicy pomiędzy terenami Zakonu Augustianów od południa i przestrzenią rolną misjonarzy na północy. Przy drodze rozlokowało się wiele drewnianych dworków z przyległymi do nich ogrodami i sadami. Ponieważ droga przechodziła przez dawny ogród zwany Chmielnikiem, zaczęto tej nazwy używać także w stosunku do niej samej.

Do czasu, gdy za regulację śródmiejskich ulic zabrał się w latach siedemdziesiątych XVIII wieku geodeta Maciej Deutsch, uliczny charakter miał tylko odcinek od Nowego Światu do Szpitalnej, zaś dalszy, idący na zachód w kierunku Woli, był zwykłą drogą. Ale już potem Chmielną dociągnięto do ulicy Miedzianej, a pod koniec lat dwudziestych XIX wieku została wybrukowana i z dumą weszła do miejskiej historii Warszawy.

Ulica zawsze dzieliła się na dwie części – lepszą i gorszą. W jej sercu, bliskim Nowego Światu, rozwijał się biznes, działały teatry, sklepy i lokale rozrywkowe. Odcinek wolski od zawsze pozbawiony był blichtru i renomy. Kamienice były mniej wystawne, a i charakter całej ulicy bardziej przemysłowy, stanowiący zaplecze manufaktur oraz biegnącej obok trakcji kolejowej – z trójkondygnacyjną parowozownią na czele.

Zachodni fragment ulicy mógł tylko marzyć, żeby życie wyglądało tu podobnie, jak w części śródmiejskiej Chmielnej. Oto na rogu z Bracką rozlokował się pierwszy cyrk w mieście, zwany Hecą. Pod numerem 33 mieściło się kino Atlantic grające na rok przed wybuchem wojny „Drugą młodość”, reklamowaną jako najpiękniejszy polski film. Z kolei pod piątką mieścił się Dom Sztuki w 1922 roku przyjmujący obrazy na licytację i aż strach dzisiaj pomyśleć, co można było kupić za garść marek polskich z wizerunkiem Piłsudskiego.
Ul. Chmielna w Warszawie. Fot. Polona/ Nowoczesne Wydawnictwo Polskie, pocztówka sprzed roku 1914
Vis-à-vis Dworca Głównego (położonego wówczas przy Alejach Jerozolimskich, między Marszałkowską a Emilii Plater), w okolicach numeru 55 rozkwitał amoryczny biznes, uwijały się liczne prostytutki, dość oględnie i bez szczegółów opisywane w książkach varsavianistycznych. Tym niemniej nadawały one okolicy dość nieobyczajny charakter. Pod numerem 62 miał zaś swoją pracownię okryć, futer i kostiumów niejaki Stefan Galarda.

Varsavianista Jerzy Majewski w jednym z tomów „Korzeni miasta” barwnie opisywał warszawski „Dziki Zachód”, czyli okolice, gdzie Chmielna styka się z Miedzianą i gdzie stała mała zagroda, w której hardy gospodarz, znany powszechnie jako Jan Pustelnik, hodował najprawdziwszego byka. Nie było żadnego praktycznego celu, dla którego zwierzę miało tam przebywać, pełniło najwyraźniej rolę odstraszacza i dawało do zrozumienia, kto tu rządzi.

W dwudziestoleciu międzywojennym wolska część ulicy była znana głównie z tego, że pod numerem 122 w kamienicy Karola Bagieńskiego zamieszkiwali bracia Goldowie, autorzy muzyki do popularnych w międzywojniu piosenek, z których jedna dedykowana była ich miastu. W „Uśmiechu Warszawy” w ostatniej zwrotce pada „A gdy z prowincji do nas wpadnie gość / To woła sam: Miasteczka mam dość / Z Warszawką znowu chcę mieć rendez-vous / Tak mi rozkosznie było tu”.

Według spisu z 1930 roku kamienica spod numeru 116 należała do niejakiego Mullera, zaś ta oznaczona numerem 118 – do Pawła Kroegera. Książka adresowa Królestwa Polskiego z 1904 roku wskazuje, że pod tym adresem pracował cieśla Ferdynand Kroeger, zapewne ojciec wspomnianego Pawła. Mieściła się tu także spółka zajmująca się oponami i taksometrami. „Przedstawicielstwo Taksometrów-liczników «Argo» z oświetloną chorągiewką i dokładną kontrolą kilometrów dziennej i nocnej taksy. Przeróbka taryfy na Zł 0,60 uskutecznia przez odpowiednie siły fachowe”.


Rejon powoli stawał się małym Soho, życie tętniło, monety z Piłsudskim i żniwiarką przechodziły z rąk do rąk, na Złotej, nie bez przyczyny tak nazwanej, pracowało wielu złotników, Ulica Twarda tykała wskazówkami zegarmistrzów. Et la guerre arriva...

Biały kieł PRL-u

Bliska Śródmieściu część Woli została zniszczona podczas Powstania Warszawskiego. Pożoga objęła niemal wszystkie przylegające do Chmielnej kwartały. Jedną z pozostałych przy życiu konstrukcji była kamienica pracowników PKP na rogu z Żelazną. Do dziś widać w jej murach liczne dziury po kulach, które jeszcze kilkanaście lat temu kryły się pod liśćmi potężnego bluszczu porastającego budynek.

Jeszcze w latach siedemdziesiątych w kwartale pomiędzy Prostą, Marchlewskiego (obecną Jana Pawła II), Towarową i Alejami Jerozolimskimi pozostawało wiele częściowo zniszczonych kamienic. Widać było w nich dziury odsłaniające część pokoi, brakowało niektórych pionów, straszyły zbite szyby, zamurowane drzwi na wyższych kondygnacjach, na ścianach ślady po dawniej wiszących krzyżach czy obrazach, zupełnie jakby wojna dopiero co się skończyła.

Po co Sowieci bombardowali Warszawę?

Bombowce krążyły nad miastem i zrzucały bomby, często na oślep.

zobacz więcej
I to wszystko zaledwie czterysta metrów od świeżutkiego Pałacu Kultury i Nauki! Dalej nazywano ten obszar Dzikim Zachodem, ponieważ inwestycje Polski Ludowej jakoś nie mogły się tu przebić, zupełnie jakby jakaś tajemna dłoń nie pozwalała na odbudowanie terenów po południowej części getta i biegnącej tuż obok niego Chmielnej.

Co najdziwniejsze, w tych nadpalonych domach, ocalonych od miotaczy ognia, bomb i dynamitu, mieszkali nadal ludzie, wychowywały się dzieci, posyłane na Złotą do stworzonej na tysiąclecie Polski nowej szkoły imienia Tupaca Amaru, przywódcy zakończonego klęską indiańskiego powstania przeciwko Hiszpanom w 1780 roku w Peru. To tam zaczęło się kłębić życie całego regionu, a obok rozpoczęto budowę sześcio-, dziewięcio- i dziesięciopiętrowych bloków.

Z jakiegoś powodu komunistycznymi planiści ocenili, że pomiędzy Chmielną a Złotą należy lokować przybyłą z różnych zakątków kraju inteligencję pracującą, przemieszać ją z naukowcami i artystami, by trzymać ich w jednym rewirze, na bezpieczny dystans od nieco podejrzanej Miedzianej czy Siennej. Okiem cyklonu w tym szatańskim planie stała się zespolona parcela 116 i 118, dawne włości Kroegerów i Mullerów, przeznaczona pod budowę przez Nauczycielską Spółdzielnię Budowlaną dziesięciopiętrowego bloku o kształcie pudełka od zapałek i doskonale białej fasadzie. Pierwsi mieszkańcy zjawili się już w nim pod koniec 1969 roku, a w kolejnym roku biały kieł, wyrosły wśród wojennych zgliszcz, został zasiedlony od parteru po dach.

Widać ten budynek w dokumencie poświęconym budowie pobliskiego Dworca Centralnego. W ujęciu na zachód z lewej stoi budynek kolejowy, przed nim puste pole, zaś kawałek z prawej dumnie lśni Chmielna 116/118. Przed wejściem do domu powstał parking dla mieszkańców, w okolicy posadzono młode jabłonki. Wydawało się, że narodził się inny świat, pozwalający zapomnieć o siermiężności PRL-u. Old house, pełen niezwykłych wspomnień i jeszcze bardziej niezwykłych ludzi. Śledząc ich losy, odkryłem, jak mocno historia wryła się w ich dzieje.

J-23 i ocaleniec

W lśniącym bielą budynku zamieszkał Hans Kloss. Oczywiście w cywilu, nosił marynarkę zamiast munduru. To on był największą gwiazdą i tym, kto wypełniał wyobraźnię młodych chłopaków kopiących piłkę na betonowym placyku. Sceny z czołówki serialu, gdy ciosem pięści ogłusza szeregowego hitlerowca, a chwilę potem chwyta Brunnera za fraki i ciska nim w oszklone drzwi, czyniły zeń niemalże gościa w kolorowym trykocie. Dorośli go szanowali, bo - mimo że od zawsze trzymał sztamę z systemem, był zaangażowanym członkiem PZPR zajmującym wysokie stanowiska partyjne – nigdy nie wywyższał się i w windzie zawsze grzecznie się kłaniał.
Budowa Dworca Centralnego, rok 1974. W tle z lewej budynek PKP, w środku blok przy ul. Chmielnej 116/118. Kadr z filmu "Centralny", reż.Jerzy Jaraczewski, WFDiF 1976
Zmieniło się to w stanie wojennym, gdy Stanisław Mikulski zaczął bardziej ostentacyjnie wspierać reżim. Jeździł wtedy białą ładą, na której ktoś pewnego dnia namalował sprayem czerwoną gwiazdę, a na klatce schodowej dopisał „Miś Kolabor”. Dla nieświadomych politycznych niuansów dzieciaków aktor jednak nadal był legendą – kiedy w szkole powiedziało się: „U mnie na piątym mieszka Kloss”, przebijało się przechwałki kolegów z niedalekiej ulicy Pańskiej, opowiadających, że to właśnie w ich bloku kręcono „Czterdziestolatka”.

Mikulski od początku pobytu na Chmielnej mieszkał z żoną, Jadwigą Rutkiewicz. To ona przygotowywała kostiumy Stanisława Tyma i Zdzisława Maklakiewicza w „Rejsie” i czapki dla Wacława Kowalskiego w serialu „Dom”. Film ten okazał się zresztą ostatnim w jej kostiumologicznej karierze, ponieważ zmarła przedwcześnie w 1985 roku.

Na tym samym piętrze mieszkał człowiek, który metody niemieckich okupantów znał nie tylko z serialu o Klossie. Nazywał się Jerzy Smurzyński i urodził się trzy lata później niż Mikulski, w 1932 roku, w podlaskiej Łomży.

Jako jedyny przeżył niemiecki mord dokonany na polskiej inteligencji w Lesie Jeziorkowskim pod Łomżą w lipcu 1943 roku. Traf chciał, że owego dnia wyszedł rano na naukę, dzięki czemu nie podzielił losu swoich rodziców oraz kilkudziesięciu innych osób. Ocalał i od razu włączył się w partyzantkę Armii Krajowej.

Po wojnie uczył chemii w warszawskim liceum im. Tadeusza Reytana, w roku 1962 rozpoczął też pracę w TVP na Woronicza i właśnie jako „pana z telewizji” najbardziej go kojarzyłem. Ktoś, kto w tamtych czasach pracował w telewizji, był odpowiednikiem dzisiejszego youtubera z ponad milionem subskrypcji. Niosła się więc za panem Jerzym fama szarej eminencji, człowieka z kontaktami, podczas gdy w rzeczywistości jego pasją – bardziej niż praca w TVP – była historia i martyrologia ziemi łomżyńskiej, którą opisywał w swoich książkach.

Zawsze skromny i uśmiechnięty Jerzy Smurzyński ma obecnie 93 lata, ale żyje jakby miał ich dwadzieścia mniej, i jest cichym bohaterem całej tej opowieści. Widział na własne oczy najgorsze horrory wojny, przetrwał chore fantasmagorie PRL-u i odnalazł się w wolnej Polsce. Sam powiada, że czuje się zażenowany, gdy ktoś robi z niego bohatera, ponieważ tylko ślepy traf sprawił, że przeżył masakrę w Łomży. Skromny i nielubiący wyróżnień, prawdziwy ocaleniec z trybów historii.

Artystyczna dziesiątka

Komunistyczni planiści mieli jakiś chytry plan, bo artystów umieścili na ostatnim piętrze w bloku przy Chmielnej 116/118. Cóż, bohema zawsze mieszkała na poddaszach… Tu w jednym miejscu zjawili się: rzeźbiarz i projektant monet Jerzy Jarnuszkiewicz, filmowe małżeństwo reżyserki Barbary Sass i operatora Wiesława Zdorta, a także krytyk filmowy Oskar Sobański. Odwiedzali się, żyli w swoistej enklawie, z systemem bratając się zapewne tylko na tyle, na ile musieli.

Hans Kloss, agent GRU w niemieckim mundurze

„Stawka większa niż życie” ma już 50 lat. Aktorzy, którzy zagrali niemieckich oficerów, byli idolami, co szczególnie pikantne – przede wszystkim w NRD.

zobacz więcej
Jarnuszkiewicz to autor projektu słynnego Pomnika Małego Powstańca, stojącego pod Barbakanem na Starym Mieście, sugestywnej alegorii opowiadającej o powstańczym dramacie Warszawy - bez słów, bez wskazywania winnych. Mieści się w tej skromnej rzeźbie znacznie więcej, niż to, co potem pokazali twórcy umieszczonego przy placu Krasińskich pomnika bohaterów Powstania Warszawskiego.

Jarnuszkiewicz podejmował już wcześniej patriotyczną tematykę projektując wybitą w 1965 roku miedzioniklową monetę z Kolumną Zygmunta, a następnie serię niesamowitych wzorów, prezentujących kłosy wyrastające ze świetlistości, rybę przeplecioną kłosami oraz okolicznościową monetę zatytułowaną „Byliśmy, jesteśmy, będziemy” przedstawiającą historię Polski w pigułce.

Te dwa ostatnie numizmaty zostały wybite w latach, gdy rzeźbiarz mieszkał już na Chmielnej. Codziennie rano wstawał o piątej, jadł śniadanie i ruszał do tramwaju numer 33, jadącego na Bielany, gdzie miał swoją pracownię. Wracał pod wieczór, jadł kolację, oglądał Dziennik Telewizyjny i o ósmej kładł się spać. Jak wspomina jego wnuk, życie słynnego rzeźbiarza było usystematyzowane, praca artystyczna została wpisana w codzienny plan działań.

Z kolei Wiesław Zdort – jako młody chłopak, jeszcze zanim zamieszkał na Chmielnej – wraz ze swym aparatem biegał po planie „Popiołu i diamentu”, wykonując wszystkie fotosy, z których pamiętamy film Andrzeja Wajdy. Takie jak ujęcie Zbigniewa Cybulskiego i Adama Pawlikowskiego stojących z karabinami na tle umęczonego, dziwacznego drzewa, czy zdjęcie Cybulskiego z kieliszkami z płonącym spirytusem. Negatywy tych fotografii zostały zapakowane do słoików i trafiły na wiele lat do piwnicy w domu na Chmielnej.

Do dramatycznych wydarzeń doszło u Zdortów w 1983 roku, w końcówce stanu wojennego. W ich mieszkaniu trwało przyjęcie z udziałem ekipy „Krzyku”, właśnie ukończonego filmu Barbary Sass o miłości wypuszczonej z więzienia dziewczyny z pielęgniarzem z domu starców. Grający go aktor Krzysztof Pieczyński pożegnał się z uczestnikami imprezy, wyszedł na Chmielną i miał pecha znaleźć się na trasie demonstracji, rozpędzanej właśnie przez zmotoryzowane obwody milicji obywatelskiej. Funkcjonariusze wrzucali do wejścia prowadzącego do Dworca Centralnego gaz łzawiący i pałowali przechodniów jak popadło. Pieczyński został wzięty w obroty w milicyjnej ciężarówce zwanej potocznie budą, pobity czekał już na odwiezienie do jakiejś katowni.

Jednak obserwująca to zdarzenie z balkonu na Chmielnej jego filmowa partnerka Dorota Stalińska rzuciła się z odsieczą, zbiegła na dół, wskoczyła do budy, zrugała milicjantów niczym praskich żuli z „Krzyku” i odbiła Pieczyńskiego. Na własnych plecach wciągnęła go do dużego pokoju w mieszkaniu Zdortów, położyła na dywanie, pokrwawionego i półżywego. Wylizał się z ran, ale to zdarzenie było ponoć głównym powodem wyjazdu aktora do USA w poszukiwaniu nowego życia. Kariery za oceanem nie zrobił. Wystąpił m.in. w towarzystwie wampirów w telewizyjnym „House of Frankenstein”. W jednej ze scen do dachu prowadzonego przez niego samochodu przyczepił się jakiś agresywny wąpierz, być może nawet groźniejszy od zomowców.
Akurat tego filmu nie recenzował inny mieszkaniec X piętra w bloku przy Chmielnej, Oskar Sobański, ponieważ wolał bardziej zwiewne, artystyczne kino. O jednym z radzieckich filmów pisał, że ogląda się go jak akwarelę. Z kolei w recenzji kultowego dziś „Badlands” Terrence'a Malicka chwalił się, że gwizdał podczas jego projekcji na festiwalu w San Sebastian. Właśnie – pan Oskar wiele podróżował, a hiszpańskie miasteczko w Kraju Basków stanowiło jedynie preludium do wojaży po całym świecie.

Podobno był hrabią, natomiast z całą pewnością wyróżniał go wygląd – wysoki, postawny, z kępami siwych włosów po obu stronach czaszki, przypominał Tall Mana z filmu „Phantasm”. W redakcji tygodnika „Film” pojawił się na samym początku lat siedemdziesiątych, gdy redaktorem naczelnym był jeszcze Zygmunt Chrzanowski, zmarły tragicznie kilka lat później podczas festiwalu w Cannes. Nazwisko Sobańskiego w stopce widniało jeszcze... dwie kolejne dekady. Było tam nawet w momencie, gdy na ekrany wkraczał „Gladiator”!

Ale, co także ważne, wraz z żoną Janiną Pałęcką, która w jednym z wywiadów wspomniała, że nie liczy już odwiedzonych krajów, zaczął jeszcze w latach siedemdziesiątych pisać przewodniki: Portugalia, Hiszpania, Francja, Włochy oraz wiele innych. Z czasem przeważyła pasja kulinarna i po zwiedzeniu zamków nad Loarą i Akropolu podróżnicze małżeństwo skupiło swoją uwagę na mulach i musace. Oskar Sobański, człowiek wielu talentów, globtroter, dzielnie reprezentował ekipę z Chmielnej na każdej szerokości geograficznej.

Kwarki przemijania

Artystyczne popisy mieszkańców bloku przy Chmielnej to jeszcze nic w porównaniu z dokonaniami tutejszych naukowców. Często jeździłem windą z postawnym starszym panem w garniturze, uśmiechającym się grzecznie, lecz nigdy nie wiedziałem, kim on jest. Zawsze dostojny, spokojny i co najważniejsze pogodny. Takich ludzi nie imają się choroby ani zgryzoty. Dożył prawie stu lat, a dopiero niedawno dowiedziałem się, że był fizykiem teoretycznym i założył na Uniwersytecie Warszawskim Zakład Teorii Cząstek Elementarnych, jako jeden z pierwszych na świecie zgłębiając właściwości kwarków, czyli najbardziej pierwotnych składników materii. Nazywał się Wojciech Królikowski i podczas pobytu na Politechnice w Zurychu odbywał staż pod kierunkiem noblisty, słynnego fizyka, Wolfganga Pauliego.

Promotorem i przyjacielem Królikowskiego był zamieszkały cztery piętra pod nim Wojciech Rubinowicz. Być może jeszcze większy umysł, także fizyk teoretyczny, kopenhaski współpracownik Nielsa Bohra, człowieka, który - było nie było - rozgryzł strukturę atomu. Największym dokonaniem polskiego naukowca okazało się badanie zjawiska dyfrakcji, czyli nietypowych aspektów rozchodzenia się fal elektromagnetycznych. Wnikał w cząstki elementarne w czasie, gdy większość ludzi w Polsce zmagała się z filozoficznym problemem, czy uda im się jutro kupić w mięsnym kiełbasę. Jego karierę dwukrotnie przerywały wojny, zmiany granic zmuszały go do przenosin do kolejnych miast i uczelni. Przed I wojną światową zrobił doktorat na Uniwersytecie w Czerniowcach, przed II wojną światową był profesorem na Politechnice Lwowskiej, a następnie na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Po wojnie trafił na Uniwersytet Warszawski.

Schody sprowadzono z ZSRR i strzeżono niemal jak instalację wojskową

Trasa W-Z była ziszczeniem okupacyjnych marzeń urbanistów o nowej jakości miasta.

zobacz więcej
Wojciech Rubinowicz zmarł, gdy miałem rok, i siłą rzeczy nie mogę go pamiętać. Widywałem za to jego syna, Jana, architekta, a z wnuczką studiowałem na wydziale matematyki i informatyki. Świat jest bardzo mały.

Poza Jerzym Smurzyńskim wszyscy opisani przeze mnie bohaterowie z Chmielnej nie żyją. Chudziutkie dzikie jabłonki wyrosły i są już masywnymi drzewami. Na parkingu pojawił się otwierany pilotem szlaban. Fasada domu kilkakrotnie zmieniała kolor, ale teraz znów powróciła do bieli.

Gdy te mury powstały, sprowadzali się do nich głównie ambitni czterdziestolatkowie. To okolice Dworca Centralnego, samo centrum miasta, więc obecnie wiele lokali jest wynajmowanych, a na korytarzach równie często jak język polski słychać angielski, chiński czy hiszpański. Nieopodal, po drugiej stronie ulicy, powstał najwyższy w Unii Europejskiej wieżowiec, Varso Tower, który mieszkańcom bloku spod numery 116/118 zasłonił widok na Dworzec Centralny, Hotel Marriott i kopułę kościoła parafii św. Barbary. Z okien wychodzących na północny wschód można oglądać jeszcze Pałac Kultury, ale i on niebawem przestanie być widoczny, bo w planach jest budowa kolejnego wysokiego budynku.

Pewnie to wszystko musiało się stać i nie ma co teraz wylewać krokodylich łez nad tym, co przemija. A jednak wciąż marzy mi się, żeby świat sprzed półwiecza ożył, choćby na chwilę. Bo był tak ciekawy, jak mieszkańcy domu mojego dzieciństwa.

– Piotr Mańkowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor (rocznik 1973) jest dziennikarzem specjalizującym się w tematyce komputerów i gier komputerowych. Współpracował z miesięcznikiem „Secret Service”, pracował jako recenzent filmowy w m.in. w: „Nowej Fantastyce”, „Dzienniku”, „Wprost” i „Filmie”. Był dyrektorem artystycznym festiwalu filmowego horroru. W bloku przy ul. Chmielnej 116/118 mieszkał w latach 1973-2002 na przedostatnim, IX piętrze.
Zdjęcie główne: Chmielna i okolice. Na pierwszym planie półkolisty budynek Złotych Tarasów, dalej w lewej gmach PKP, z prawej budynek na ul. Chmielnej 106b, w środku blok na Chmielnej 116/118. Fot. arch. autora
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
SB nagrała, media wyemitowały. Największy sukces komunistów AD...
Nieformalne posiedzenie rejestrowali agenci bezpieki oraz – także podejrzewany o współpracę ze służbami – Mieczysław Wachowski.
Historia Poprzednie wydanie
Jak „zagranica” zmuszała Polskę do pokory
„Nie pozostawimy Polski w potrzebie i nie pozwolimy jej skrzywdzić” – zapowiedzieli sojusznicy.
Historia Poprzednie wydanie
Największa winiarnia Starego Świata. Odkryto ją w Izraelu
Tutejsze wino było zapewne codziennym napojem św. Hieronima, który stworzył Wulgatę.
Historia Poprzednie wydanie
Ściśle tajne. Jedyna prawdziwa gazeta w PRL
Kto miał w PRL władzę, ten miał BS. Lub jak kto woli, kto miał BS, ten był kimś.
Historia Poprzednie wydanie
Superszpieg z „Liceum”
Miała 24 lata i kierowała siatką wywiadowczą.