Kultura

Nie było „polonizacji” Kresów. Wynaleziono sarmatyzm

Większość twórców polskich, arcypolskich zabytków znajdujących się poza granicami politycznymi, ale wyznaczających jakąś granicę kulturową, nosiła obce nazwiska. Twórcą kościoła św. Anny w Wilnie był Michał Enkinger z Gdańska; wileński kościół św. Janów i świątynię w Berezweczu rzeźbił wywodzący się ze Świdnicy Jan Krzysztof Glaubitz; lwowski kościół Dominikanów ozdabiał posągami Herman Hutte; Kamieniec budował Jan de Witte.

Wiele wspaniałych postaci z naszej historii, dawniejszej i najnowszej, przewija się na kartach tej księgi – typowej dla Bohdana Urbankowskiego kolejnej syntezy naszych dziejów. Są wśród nich: najpopularniejszy w Europie poeta polskiego baroku Maciej Kazimierz Sarbiewski, artyści, myśliciele, działacze i wielcy wodzowie jak Chodkiewicz, Żółkiewski, Kościuszko aż po Piłsudskiego. Iluż tu wspaniałych bohaterów, którzy wykazują się na wielu polach – walki, sztuki i intelektu. Byłby to obraz nad wyraz budujący, gdyby pomiędzy bohaterami chyłkiem nie przemykali zdrajcy.

Bohdan Urbankowski znany jest z patriotyzmu, ogromnej erudycji, błyskotliwych myśli i ciętych sformułowań. Wiedzę historyczną wiąże z refleksją filozofa, pisząc barwnym, wyrazistym językiem. Tutaj rozprawia się z kłamliwymi narracjami kształtującymi historyczna wiedzę i niewiedzę współczesnych ludzi . Takie mamy czasy, że nawet w szkołach dokonuje się przekłamań, zamieniając dowolnie role bohaterów i zdrajców. Ta książka prostuje wiele spraw, w tym pomaga zrozumieć, na czym polega bohaterstwo i jak perfidna potrafi być zdrada.

Bohdan Urbankowski wydobywa na światło dzienne dorobek polskiej myśli społecznej, politycznej i filozoficznej oraz jej wkład w wielkie europejskie dziedzictwo. Ustala przyczyny kłopotów niektórych „nowoczesnych” Polaków z chrześcijańską tożsamością swego narodu. Fragment książki „Bohaterowie i zdrajcy. Wspólna pamięć narodu” drukujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Biały Kruk.
„Bohaterowie i zdrajcy. Wspólna pamięć narodu”
Zamiast motta: Turyści podziwiający na przedmieściu Białegostoku świątynię Zmartwychwstania Pańskiego nie wiedzą, że patrzą jednocześnie na kościół, który stał 400 kilometrów na wschód, nad brzegiem jeziora w Berezweczu – na ówczesnych Kresach Rzeczypospolitej. Kościół, którego już nie ma.

Kresy to słowo mgliste i jednocześnie migoczące wieloma znaczeniami. Zrozumieć je można, rozważając sens jego przeciwieństw. Logicznie – należałoby mówić o bezkresie, historycznie – za Kresami były już Dzikie Pola. Kończył się świat jednej kultury, lecz nie zaczynał drugiej. Nie wyjaśniajmy tego słowa do końca. Niech pozostanie na razie trochę zamglone, trochę migotliwe – jak same Kresy.

Znakiem obecności Rzeczypospolitej na Kresach było Piękno: świątynie, które górowały nad ich ziemiami przez kilkaset lat. Podobnie piękne w Krakowie i Wilnie, we Lwowie i w Połocku. Wspaniale wkomponowane w krajobraz, stawały się uzupełnieniem i zwieńczeniem piękna natury. Łączyły wyznawców z Bogiem, z umarłymi przodkami, ale i z innymi wyznawcami – nie tylko z tej samej miejscowości, także z Czech, Niemiec, Italii, a nawet starożytnej Grecji.

Piękno jednoczyło te ziemie, nadawało im nową jakość. Mówimy oczywiście o idealnym projekcie, pomijamy błędy, odstępstwa, obszary pozbawione piękna – jak mówiąc o demokracji ateńskiej, pomijamy hańbę niewolnictwa, mówiąc o miłości chrześcijańskiej – ponurą nadgorliwość inkwizycji.

Optymistycznie czasem się przyjmuje, że brzydota jest tylko brakiem piękna, jak zło brakiem dobra. Na Kresach jednak było inaczej: brzydota, podobnie jak zło, jak barbarzyństwo była realną siłą.

Piękno przeciwko przemijaniu

Przedchrześcijańskie budowle tej części Europy były jakby częścią jej przyrody. Wykonywane były w drzewie, ulegały żywiołowi ognia czy równie zabójczemu, a bardziej podstępnemu działaniu wody i powietrza. Niewiele możemy powiedzieć o ich pięknie. Stojące dziś gdzieniegdzie drewniane kościoły – Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny w Tadaniach czy św. Michała w Taboryszkach – wzorowały się już na kamiennych świątyniach chrześcijańskich.

Sanktuaria polskie. Co warto zobaczyć?

Ile jest sanktuariów w Polsce? Z pewnością ponad 1200.

zobacz więcej
Zmiana religii, zmiana myślenia o bogach połączyła się ze zmianą sposobu budowania świątyń: drewno zastąpiono cegłą i kamieniem, sprowadzano najlepsze marmury z głębi kraju i z dalekiej Italii. Dzięki solidności budulca świątynie trwały wieki, z punktu widzenia jednostki – wieczność. Do tej wieczności przenoszono to, co chciano unieśmiertelnić: ciała ludzi, posągi, obrazy, nawet utwory muzyczne.

Świątynie przekształcały się z biegiem dziesięcioleci w panteony. Takimi panteonami są w Krakowie Wawel i Skałka, w Warszawie – katedra Świętojańska.

Takie panteony powstawały też na Kresach: we Lwowie – katedra łacińska, w Żółkwi – kościół św. Wawrzyńca; w Wilnie do rangi panteonu wyrastały nawet dwie świątynie: katedra św. Stanisława i jezuicki kościół Janów – co było jakby odbiciem współzawodnictwa dwóch kast, dwóch rodzajów władzy. Katedra św. Stanisława była kościołem rycerskim, reprezentowała majestat królów i książąt, kościół Janów – potęgę duchowieństwa. Obydwie te świątynie przebudowywano tak często, że niemal permanentnie. Jakby ścigały się z czasem – i wyścig ten wygrywały. Zawsze musiały być najpiękniejsze. Ściany, wieże, zwłaszcza zaś sarkofagi wykonywano z najtrwalszych, najcenniejszych materiałów. „Innoświatowe” istnienie nie mogło podlegać zniszczeniu – świątynie nie mogły obawiać się czasu. To czas miał się bać ich nieśmiertelnego piękna.

Dwie przebudowy

W XIV wieku, po odziedziczeniu Rusi przez Kazimierza Wielkiego (1350), a zwłaszcza po unii Polski z Litwą (1385) następuje pierwsza przebudowa Kresów: z drewnianych na kamienne; od razu w stylu dojrzałego, ceglanego gotyku. Potem gotyk zastępowany będzie z wolna przez renesans.

Druga wielka przebudowa Kresów nastąpiła w zasadzie po unii brzeskiej (1596): stylem łączącym Kościół greckokatolicki z katolickim, Kresy z Rzecząpospolitą i Rzeczpospolitą z Rzymem będzie barok. Początkowo skromniejszy, w poetyce rzymskiej świątyni Il Gesù, z biegiem lat coraz bujniejszy, coraz bardziej „sarmacki”.

Trzeba jednak od razu powiedzieć: ta kultura nie miała charakteru agresywnego. Nie podbijaliśmy żadnych państw „kresowych” zorganizowanych już przez Ukraińców czy Białorusinów, lecz chroniliśmy ludzi i ziemie będące obiektem agresji, niszczone przez ludy stepowe i niosące ten step ze sobą. Świadczą o tym Berdyczów, Berezwecz, Poczajów i dziesiątki podobnych miejsc. Gdy na ziemiach tych powstały struktury administracyjne i religijne innych narodów, można mówić o konflikcie kultur, lecz nie można już mówić o Kresach.

Kresy były również wewnętrznym problemem Rzeczypospolitej, wyzwaniem dla budowniczych, artystów i gospodarzy, obowiązkiem dla rycerzy. Kiedy w 1840 roku Wincenty Pol zaczynał wieloletnią pracę nad Mohortem – poematem o Kresach i ich obrońcy, poematem, który utrwalił w polszczyźnie słowo „Kresy” – opisywał zjawisko właśnie zanikające.
Włączając się z opóźnieniem w świat dojrzałej kultury chrześcijańskiej, najpierw Polska, potem jej Kresy odniosły pewną korzyść: otrzymywały wzory tej kultury w formie dojrzałej. Pozwalało to czasem przeskakiwać dziesiątki lat. Wspomniany już kościół (a także klasztor) w Berezweczu został wybudowany w latach 1756–1767, w stylu barokowym, na miejscu kościółka drewnianego, który wiek wcześniej ufundował dla bazylianów wojewoda mścisławski Józef Korsak. Twórcą świątyni był śląski architekt Jan Krzysztof Glaubitz, o którego pracach będzie jeszcze wielekroć mowa. Berezwecz był jednym z ostatnich jego dzieł. Śląski mistrz pobił tu wszystkie rekordy: falująca jakby pod tchnieniem wiatru fasada miała dziewięć wypukłości i osiem wklęśnięć, ażurowe, ustawione teleskopowo wieże zdawały się unosić całą świątynię ku obłokom.

Ten sam wojewoda Korsak ufundował w pobliskim Głębokiem klasztor i kościół Karmelitów pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i w tym przyklasztornym kościele został – zgodnie z ostatnią wolą – pochowany. Kilkadziesiąt lat po śmierci, bez przenosin – znajdzie się w piękniejszej świątyni: w 1735 roku, kościół Karmelitów zostanie przebudowany – i będzie to pierwszy pomnik wileńskiego baroku, pierwsze dzieło Glaubitza na tych terenach. Któryś z historyków sztuki nazwie je „apoteozą rokoka”.

Bliźniacze niemal świątynie: Głębokie i Berezwecz to piękny symbol barwności i tolerancji Kresów, dziś nawet użylibyśmy określenia: symbol ekumenizmu. Być może historia projektowała symbol jeszcze bardziej wymowny: z biegiem lat Berezwecz stał się przedmieściem Głębokiego, świątynie jakby zbliżyły się do siebie. Rosjanie jednak zapobiegli nadmiernemu rozrostowi symboliki – obydwa zespoły sakralne oddane zostały Cerkwi prawosławnej. Bazyliański Berezwecz – po likwidacji unii (1839), karmelickie Głębokie – po Powstaniu Styczniowym.

Berezwecz – tak się wówczas wydawało – miał nie tylko więcej piękna, ale i więcej szczęścia. Trwał. Natomiast w pokarmelitańskim Głębokiem nowi gospodarze zmienili dedykację świątyni z Wniebowzięcia NMP na Narodziny Bogurodzicy i wyrzucili z krypty zwłoki wojewody Korsaka. Skrzydła barokowego klasztoru rozebrali, by pozyskać cegłę /…/ .

Wychowanie przez kulturę

Nie tylko Haberbusch i Schiele. Jak Niemcy zostawali Polakami

Ojciec poety był weteranem powstania styczniowego, dziad – listopadowego. Ale prapradziad przybył z Turyngii.

zobacz więcej
Większość twórców polskich, arcypolskich zabytków znajdujących się poza granicami politycznymi, ale wyznaczających jakąś granicę kulturową, nosiła obce nazwiska. Twórcą kościoła św. Anny był Michał Enkinger z Gdańska; wileński kościół św. Janów i świątynię w Berezweczu rzeźbił, bo tak to trzeba nazwać, wywodzący się ze Świdnicy Glaubitz; lwowski kościół Dominikanów ozdabiał posągami Hutte; Kamieniec budował de Witte, który może był z pochodzenia Holendrem, może (jak chciał Jerzy Łojek) Ormianinem, na pewno jednak nie „pełnokrwistym” Polakiem. Nawet Paweł Szczęśliwy i Ambroży Przychylny byli Włochami! Polscy twórcy – owi Polejowscy, Urbanikowie, Moszyńscy – u nich uczyli się swej sztuki.

Z biegiem lat jednak coś się zmieniało: Ślązak Mikołaj Gensecke stawał się Gąską, Merettini – Meretynem, Glaubitz – Glaubiczem, Herman Hutte – po prostu Czapką. Żenili się z Polkami, niektórzy zapisywali swe majątki na budowę następnych świątyń. Tak właśnie uczynił Przychylny, który przeznaczył cały swój majątek na budowę kościoła i szpitala św. Łazarza we Lwowie. Nazwiska mogą mylić – nie myli jedno: ci twórcy czuli się Polakami/…/

Kresy – obszarem wielokrotnie większe od rdzennej Polski – były miejscem realizowania pewnej utopii: poszukiwania sposobu na życie na pobojowisku, na życie w przeciągu kultur. Nie przeprowadzano „polonizacji” Kresów, wynaleziono sarmatyzm. Wynalazek polegał na szukaniu nie tyle złotego środka, ile złotego szczytu, na łączeniu indywidualizmu z uspołecznieniem i demokracji z monarchią, na unii narodów i kościołów, na tym, że nie odrzucano wartości innych kultur, lecz próbowano je połączyć w nową, wyższą całość.


Wywodzono Polaków od walczących z Rzymem Sarmatów – jeżdżono na studia do Italii, stamtąd też sprowadzano architektów, malarzy, muzyków. W nowej kulturze był na swoim miejscu wschodni strój i łacińskie maksymy, rzymskie prawo i turecki kilim na ścianie, słucki pas i zakrzywiona szabla.

Sarmatyzm ozdabiał życie świątyniami, ale także ucztami, oracjami, świętami. Sarmatyzm to była wyższa jakość życia. Do rangi symbolu urastają wielodniowe uroczystości w 1773 roku w Poczajowie jednoczące duchowieństwo zachodniego i wschodniego obrządku, co więcej, także wyznawców obydwu Kościołów. Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o roli klasztorów i zakonników. Oni tworzyli tu szkoły i drukarnie, uczyli nowych upraw, organizowali opiekę zdrowotną. Rezygnując z życia prywatnego, poświęcali swym pracom całą energię.

Oczywiście: sarmatyzm był ideologią elit, duchowieństwa, artystów – lecz powoli spływał w dół społeczeństwa. Na początek ogarniał enklawy szlacheckie, masy pozostawały nadal barbarzyńskie, pozbawione umiejętności czytania i pisana, a zatem możliwości uczestnictwa w kulturze. A sarmatyzm był właśnie projektem wychowania poprzez kulturę – poprzez sztukę, obyczaj (czyli sztukę życia) i religię. Miał szanse – póki stała za nim siła.
Siłą był mecenat Żółkiewskich, Sobieskich, Paców, siłą był mecenat Rzeczypospolitej nad Kresami. Gdy jej zabrakło – rozpadały się świątynie Grodna i Mińska, zginął – jakby wyrwany z ziemi – Czerwonogród. Parafrazując jednego z najwybitniejszych Polaków – też rodem z Kresów: siła bez piękna jest tylko barbarzyństwem, piękno bez siły – dziecinadą.

Jeśli jednak ostatnie wydarzenia historii oznaczają, iż dawne Kresy będą odbudowywane siłami nowych, niepodległych państw – oznacza to koniec legendarnych Dzikich Pól, oznacza koniec barbarzyństwa – i zarazem oznacza koniec Kresów.

Świątynie istniejące, nieistniejące i ruiny

Z pewnego punktu widzenia można dzisiaj świątynie Kresów podzielić na istniejące i nieistniejące. Te drugie są jednak w jakiś sposób obecne w zbiorowej świadomości, co pozwala żywić nadzieję, że kiedyś zostaną wskrzeszone jak kościół z Berezwecza, który odrodził się na przedmieściu Białegostoku. Jeśli nie – będą istnieć tylko w pamięci, co nie jest pełnym istnieniem, ale i nie jest zupełnym brakiem istnienia. Oczywiście dopóki żyją ludzie, którzy chcą pamiętać…

Można też mówić o świątyniach kalekich, które ulegając w walce z siłami przyrody, zamieniają się powoli w ruiny – jak kościół Wszystkich Świętych w Hodowicy, kościół Wniebowzięcia Bogarodzicy w Jazłowcu, jak kaplica Skirmunttów w Mołodowie, jak kościół Świętej Trójcy w Wołczynie, jak dziesiątki, dziesiątki innych.

Ani „tylko nasze”, ani „tylko wasze” – wspólne dobra Rzeczypospolitej na Białorusi i Ukrainie

Takie obiekty, jak zamki Radziwiłłów, są ważne dla historii dwu, a nawet trzech narodów. Białorusini, choć może mniej to okazują niż Ukraińcy, ale też mają kłopot z polską częścią swojej historii.

zobacz więcej
To kalectwo na ogół bywa ukrywane, albumy tworzą fikcyjną, piękną rzeczywistość, nie pokazując, o ile ten obszar piękna został pomniejszony. Piękno Kresów ukazywały kiedyś rysunki Napoleona Ordy, piękno, ale i dramat – współczesne nam fotografie Krzysztofa Hejke, artykuły Marcina Hałasia i liczne „fotki” przygodnych turystów – czasami przypadkowe i przeważnie bezmyślne.

Istnieje takie pojęcie jak zabójstwo przez nieudzielenie pomocy. I to właśnie dzieje się na Kresach. W ruiny popadają kościół zamkowy w Brzeżanach i kaplica Skirmunttów w Mołodowie; rozsypują się świątynie zakonne: pijarów w Warężu, reformatów w Rawie Ruskiej, kapucynów w Kutkorzu, jezuitów w Jurewiczach… Rozpada się, jakby konał, barokowy kościół Świętej Trójcy w Wołczynie, w którym może do dzisiaj walają się szczątki ostatniego króla. Dogorywają Założce, Postołówka, Liczkowce, Tajkury, Nowy Zahorów… To wyliczanie przypomina apel poległych.

Świątynie te kiedyś były symbolami zwycięstwa kultury nad naturą, nad – użyjmy określenia Conrada – dziczą. Dziczą wokół człowieka i dziczą w człowieku. Teraz dzicz bierze odwet. Na ścianach pojawia się pleśń, w świątyniach zamieszkują zwierzęta, natura odbiera ten kraj. Widzimy ludzi, którzy tych świątyń bronią, i ludzi, którzy stanęli już po stronie dziczy /…/

Przeklętym pytaniem naszego pokolenia było to: czy po Auschwitz można się jeszcze modlić. Czy można pisać wiersze i budować świątynie? Historia Kresów poucza, iż pytanie to wraca nieomal z każdym pokoleniem – i że wraca razem z odpowiedzią.

Wspomnijmy Mińsk: w 1505 roku miasto niszczy najazd Tatarów, w 1708 roku – żołdactwo Piotra I, w połowie XX wieku – wojna światowa. Po wojnie komuniści wysadzają w powietrze ocalałe klasztory i kościoły. Każda z tych dat oznacza Zagładę, ale i Zmartwychwstanie. Czy więc możliwe było budowanie świątyń po najazdach tatarskich? Pisanie wierszy po rzeziach dokonywanych przez czerń? śpiewanie pieśni po egzekucjach dokonywanych w Berezweczu? Było możliwe. Było konieczne.

Na pytanie „czy można modlić się po Auschwitz?” nie znaleziono innej, mniej gorzkiej odpowiedzi niż ta: tak. Bo oni tam też się modlili.

– Bohdan Urbankowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Tytuł i śródtytuły od redakcji
Zdjęcie główne: Neobarokowy kościół pw Zmartwychwstania Pańskiego w dzielnicy Wysoki Stoczek w Białymstoku, kopia nieistniejącego kościoła w Berezweczu na dzisiejszej Białorusi. Fot. Anatol Chomicz / Forum
Zobacz więcej
Kultura wydanie 12.11.2021 – 19.11.2021
Groteska jak z Monty Pythona. Terry Gilliam „skasowany”
Lewicowiec, którego zwalcza nowa lewica.
Kultura wydanie 5.11.2021 – 12.11.2021
Odurzony haszyszem włóczył się po knajpach. Czy z buntownika...
Hanka Zborowska pozowała Modiglianiemu do aktów, ale zawsze w towarzystwie przyzwoitki.
Kultura wydanie 29.10.2021 – 5.11.2021
Pekin to miasto Chopina?
Szkoda, że Warszawa nie skorzystała z przykładu Salzburga. Tam Mozart jest na każdym rogu.
Kultura wydanie 15.10.2021 – 22.10.2021
Chciał kręcić superprodukcję, drugą po „Krzyżakach”
Sto lat temu przyszedł na świat Andrzej Munk, reżyser „Eroiki” i „Zezowatego szczęścia” – kamieni milowych polskiego kina.
Kultura wydanie 8.10.2021 – 15.10.2021
Tajemnice konkursu chopinowskiego. Zapomniany fundator
Gdyby nie pieniądze, które wyłożył z własnej kieszeni, konkurs by się nie odbył.