Cywilizacja

Irina przytnie grzywkę, Andrij trawnik. Ukraińcy w Polsce AD 2021

Jakie przybysze z Łucka czy Użhorodu mają wyobrażenie kraju, do którego trafiają? Co wiedzą o Polszczy , jakie mają związane z nią nadzieje czy obawy? Z jakimi zachowaniami się spotykają? Czy mają szanse na kontakt bardziej zdawkowy niż „proszę, dziękuję” w kiosku czy kebabowni?

Basen w połowie lipca: błękit nieba i kafelków, opary olejku do opalania, wokół pełno bryzgów, wizgów i szczęśliwych pisków, z prysznica przy wejściu ciekną lodowate strużki. Z głośników – lekko blaszany komunikat z muzakiem w tle: „Szanowni Państwo, ogłaszamy kwadrans przerwy na oczyszczenie zbiorników. Prosimy o przejście na teren rekreacyjny”. Po chwili zaś ta sama lektorka: „Szanowni Pani ta Panowe, powidomljaemo…”.

Jak to? Czyżby wynaleziono w końcu sposób na wędrówki w czasie? Ale dlaczego trafiłem akurat do Łucka nad Styrem, w sam środek lata 1932 roku, trzeciego roku rządów wojewody Henryka Józewskiego, jednego z najbardziej zaufanych ludzi Marszałka, uruchamiającego właśnie na wielką skalę, za wiedzą i zgodą Piłsudskiego, „eksperyment wołyński”?


Wehikułu czasu jeszcze nie wynaleziono: jestem w Warszawie, w Centrum Rekreacji na wolskim Moczydle, jest środek lata roku 2021, Józewski nie żyje od 40 lat. Liczba Ukraińców pracujących i mieszkających w Polsce sięgnęła przed pandemią blisko półtora miliona i można przypuszczać, że niedługo wróci do tej wysokości. Od 1939 roku nie byliśmy jeszcze nigdy tak blisko sytuacji demograficznej z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Jako jej dziedzic mogę się z tego tylko cieszyć – chociaż oczywiście świadom jestem możliwości napięć, jakie spowodować może obecność i zakorzenianie się przybyszów znad Pełtwi, Styru i Dniepru nad Wisłą. Szczególnie w sytuacji, gdy wiele podmiotów zainteresowanych będzie wywołaniem tych napięć lub wręcz sytuacji kryzysowych.

U kosmetyczki i mechanika, ale i na uniwersytecie

Ukraińscy imigranci zarobkowi, pracownicy czy – używając brzydkiego germanizmu – gastarbeiterzy obecni są w Polsce od kilkunastu lat. Konia z rzędem (i teorbanem na dodatek) temu, kogo nigdy nie strzygła pani Irina czy Nadia, komu dobry fachowiec Petro nie wyklepywał nadkoli po zimowej stłuczce, kto nie umawiał się z Andrijem na koszenie trawnika, a z panią Kateryną – na robienie zakupów i gotowanie obiadów starszej, schorowanej cioci, mieszkającej na drugim końcu linii metra.

Mniej może jest to widoczne w mniejszych miastach (chociaż i tam Ukraińcami stoją w znacznej mierze usługi budowlane), ale w większych ośrodkach to już nie tylko szara i pół-szara strefa prywatnego zatrudnienia: mjękki zaspjew, charakterystyczne przejęzyczenia („bogato” zamiast „dużo”, od ukraińskiego „bahato”, „detektyw” w znaczeniu „serial kryminalny”, „gotować” (hotuwatysja) w znaczeniu „przygotowywać się”) można usłyszeć od Katii w kiosku i od Alony w punkcie pobrań krwi. „Komisija za hroszowyj perekaz” (opłata za przekaz) – wyświetla się na terminalu bankomatu, który chwilę wcześniej, po wsunięciu karty, zaoferował nam wybór jednego z czterech języków: polski, english, deutsch lub ukraińśkyj.
W roku akademickim 2019/2020 naukę na wyższych uczelniach w Polsce podjęło blisko 40 tys. studentów z Ukrainy. Na zdjęciu studenci poznańskiego UAM, stypendyści programu im. dr. Jana Kulczyka. Fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk
To zjawisko nieuchronne i naturalne jak dyfuzja w fizyce: różnica stężeń wymusza przenikanie wody, różnica zarobków i poziomu życia w połączeniu z niżem demograficznym i deficytem na rynku pracy – migrację pracowników. Na szczęście nie dokonuje się to na dziko, w transformacyjno-pierestrojkowym stylu, z wypchanymi po sufit „marszrutkami”, godzinami spędzanymi na granicy i nieograniczonymi niemal możliwościami zastraszania, korupcji i wyzysku. Liberalizacja reżimu wizowego od 2017 ułatwia obywatelom Ukrainy podróżowanie po Europie bez wizy, w Polsce zaś, pod warunkiem posiadania paszportu biometrycznego i deklaracji zatrudnienia, Ukraińcy mogą legalnie podejmować pracę.

Owszem, w ubiegłym roku media zelektryzowała wiadomość o Ukraińcu, przetrzymywanym i zastraszanym przez właścicieli gospodarstwa rolnego w Wielkopolsce, gdzie pracował od 14 lat. Są to jednak wyjątki: polscy pracodawcy mają obowiązek rejestrowania ukraińskich pracowników w ZUS, chroni ich w pełni prawo pracy.

Czy ZSRR faworyzował Ukraińców kosztem Rosjan? Tak twierdzi Putin

Gospodarz Kremla usiłuje udowodnić mieszkańcom Ukrainy, że są ubogimi krewnymi Rosjan, którym powinni dziękować za swój stan posiadania.

zobacz więcej
Owszem, większość z nich to ciągle pracownicy krótkoterminowi lub „zmianowi” (3 miesiące w Polsce, 3 na Ukrainie), jednak rosnąca ich liczba myśli o związaniu się z Polską na stałe: z sondażu przeprowadzonego we wrześniu 2020 r. przez Grupę Impel wynika, że blisko połowa (49%) ukraińskich pracowników sprowadziła do Polski swoją rodzinę lub zamierza zrobić to w przyszłości. Janę, Oksanę i Artioma można więc spotkać już nie tylko u kosmetyczki i mechanika, lecz w podstawówce i na studiach: w roku akademickim 2019/2020 naukę na wyższych uczelniach w Polsce podjęło blisko 40 tys. studentów z Ukrainy.

Na cjenkim cjescje, sos mijeszany, na winos

Na płaszczyźnie ekonomicznej wnioski są jednoznaczne: polska gospodarka czerpie oczywiste korzyści z rosnącej ukraińskiej migracji. Według analizy opublikowanej w ubiegłym roku przez ekspertów SGH i Narodowego Banku Polskiego, imigranci z Ukrainy od roku 2014 (kiedy to po Majdanie skokowo wzrosła ich liczba) odpowiadają za wzrost polskiego PKB o 0,5% rocznie. Studium NBP potwierdza nasze intuicje, wyrastające z codziennych doświadczeń: ukraińscy imigranci trafiają przede wszystkim do branży budowlanej, usługowej (mechanika samochodowa, remonty), medycznej (medycyna kosmetyczna, stomatologia) i e-commerce. Doświadczenie codzienne podpowiada jeszcze branżę spożywczą, osobliwie – kebabową. (źródło: www.nbp.pl/publikacje/materialy_i_studia/322_en.pdf)

W pewnym sensie jest to na płaszczyźnie ekonomicznej „gra o sumie dodatniej”: Polska za sprawą ukraińskich imigrantów „łata” zapaść demograficzną i luki na rynku pracy, unikając zarazem w ogromnym stopniu napięć kulturowych i politycznych, doświadczanych przez Europę Zachodnią. Ukraina zaś „łata” swoje trudności gospodarcze: jak ocenił Bank Światowy w studium z 2019, za sprawą pracowników sezonowych i długoterminowych na Ukrainę w drodze przekazów pieniężnych trafia rokrocznie blisko 16 mld USD, z czego zdecydowana większość (blisko 70%) właśnie z Polski. Reklama „hroszowych perekazów” ma najwyraźniej wielu odbiorców…

Z tym, że jest to oczywiście zjawisko obosieczne – co szczególnie łatwo nam zrozumieć, ponieważ wciąż ubolewamy nad bezpowrotną emigracją Polaków do Niemiec. Ceną za miliardy przekazów jest drenaż ukraińskiego rynku pracy i gigantyczne koszty społeczne, nakładające się na wszystkie postsowieckie patologie rodzinne: rośnie pokolenie wychowywane przez niedołężne babcie, spotykające mamę – zmęczoną po kilkunastogodzinnej podróży – dwa razy do roku: na wakacje i Nowy Rok. Co więcej, drenaż ten będzie się pogłębiał – w Europie Środkowej nasila się rywalizacja o pracowników z Ukrainy: jak wynika z raportu Krzysztofa Dębca z Ośrodka Studiów Wschodnich, czescy pracodawcy wręcz domagają się od rządu liberalizacji przepisów migracyjnych.
Katowice, 2016. Zebranie założycielskie Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników Ukraińskich w Polsce. Fot. Fotograf: Maciek Jarzębinski/Forum
Niezależnie jednak od korzyści gospodarczych i negatywnych (dla Ukrainy) skutków społecznych, pozostaje pytanie o codzienne funkcjonowanie ponad milionowej społeczności. Owszem, wystarczy kilku dni czy tygodni, żeby nauczyć się zwracać do wszystkich per „pan”, „pani”, opanować podstawowe zwroty, poznać ulubione smaki wędlin, twarożków czy piwa, trafić (w większym mieście) na mszę do grekokatolickiej parafii, wybrać ulubiony serial i bez kłopotu perewodyty hroszy (przesyłać pieniądze).

Jakie jednak przybysze z Łucka czy Użhorodu mają wyobrażenie kraju, do którego trafiają? Co wiedzą o Polszczy , jakie mają związane z nią nadzieje czy obawy? Z jakimi zachowaniami się spotykają? Czy mają szanse na kontakt bardziej zdawkowy niż „proszę, dziękuję” w kiosku czy kebabowni?

Imigrancka asymetria

Troje badaczy, związanych z wrocławskim Kolegium Europy Wschodniej – Nadiia Koval, Laurynas Vaičiūnas i Iwona Reichardt – we współpracy z Fundacją im. Friedricha Eberta oraz kijowską Radą Polityki Zagranicznej „Ukrainian Prism” podjęło jedną z pierwszych prób odpowiedzi na te pytania. Nie zajmowali się ani relacjami polsko-ukraińskimi na szczeblu rządowym, ani nawet wymiarem ekonomicznym dokonującej się wymiany: interesowało ich postrzeganie Ukrainy i Ukraińców przez Polaków, oraz Polski i Polaków przez Ukraińców. (źródło:https://www.kew.org.pl/wp-content/uploads/2020/12/RAPORT-Polacy-i-Ukraincy-w-codziennych-kontaktach-05-07.pdf)

Nie raz przeczytałem o sobie, że jestem banderowcem

Jedyne, do czego mógłbym się w Polsce przyczepić to ulotki z nagimi kobietami wtykane za wycieraczki samochodu – mówi Dima Garbowski, autor książki „Polak z Ukrainy”.

zobacz więcej
Nie sposób streścić tu 63 stron raportu, który nie ma zresztą pretensji wyczerpania kwestii wzajemnych stereotypów, wyobrażeń historycznych czy związanych z przeszłością punktów spornych. Można jednak powiedzieć, że słowem-kluczem do opisywanego współistnienia dwóch społeczności, pojawiającym się w raporcie kilkunastokrotnie, jest „asymetria” – wyobrażeń, odczuć i lęków.

Jest ona oczywiście pochodną zasadniczej asymetrii, nazwijmy to – demograficzno-ekonomicznej. Ponadmilionowa społeczność imigrantów gospodarczych z Ukrainy stanowi zdecydowaną mniejszość wobec 37 milionów Polaków: mniejszość rozproszoną, nie tworzącą ani zwartych skupisk lokalnych, ani nawet (zważywszy na specyfikę zatrudnienia) dużych społeczności pracowniczych. Zdecydowana mniejszość też funkcjonuje w większych, bodaj doraźnych, społecznościach ukraińskich, tworzonych w oparciu o parafie, kluby czy stowarzyszenia: zwykle żyją w pojedynkę lub w wynajmowanych w kilka osób mieszkaniach, między pracą, komórką a „ukraińskim” internetem czy telewizorem: to też umacnia wrażenie izolacji i bycia w mniejszości.

Jest to jednak również asymetria przekonań i sympatii: Ukraińcy zwykle lubią Polaków i Polskę bardziej i odczuwają wobec nich większą bliskość niż na odwrót. Znacznie więcej jest wśród Ukraińców (być może wyrastających na podłożu sentymentalizmu lub słabnących ech oficjalnej propagandy sowieckiej) deklaracji przyjaźni czy „braterstwa”, niemal brak resentymentów historycznych. Co ciekawe, ta asymetria przekłada się również na postrzeganie sfery politycznej: polski rząd i gospodarka są postrzegane przez Ukraińców znacznie bardziej pozytywnie niż przez Polaków, gdzie te opinie są dużo bardziej zróżnicowane.

Jest potencjał (Polacy i Ukraińcy deklarują bardziej pozytywne nastawienie do siebie nawzajem niż do większości narodów ościennych, w tym szczególnie Niemców i Rosjan), są jednak i zagrożenia. Część z nich wynika z resentymentów – już to historycznych, już to typowych wobec „gastarbeiterów”. Polacy stosunkowo często jako słowa kojarzące się z Ukraińcami wymieniali terminy „banderowiec”, „UPA”, „bandyci” i „masowa przemoc”. Najmocniejszym negatywnym skojarzeniem Ukraińców związanym z Polakami jest tymczasem epitet „chytry”.

Stepan Bandera jest czwartym najczęściej kojarzonym z imienia i nazwiska Ukraińcem (po Julii Tymoszenko, Witaliju Kliczce i XIX-wiecznym poecie-budzicielu narodu Tarasie Szewczenko) – wymieniło go aż 7,5% badanych, co świadczy o głębi wołyńskiej traumy – ale też o uderzającej dysproporcji w postrzeganiu przeszłości Ukrainy.

Szewczenko? Który Szewczenko?

Te resentymenty historyczne mogą być oczywiście używane do podsycania napięć między Polakami a Ukraińcami – nieraz zresztą działo się tak już zresztą w ostatnich latach, by wspomnieć tylko na demonstracje Młodzieży Wszechpolskiej i innych środowisk narodowców w Przemyślu czy profanacje cmentarzy ofiar akcji Wisła. Można tylko obawiać się, że ich potencjał zapalny może być dużo większy, gdy w grę wchodzić będą stosunkowo duże, a jednocześnie słabo zakorzenione społeczności, gdy pole codziennych kontaktów stawać się będzie znacznie gorsze.
Wśród Polaków najbardziej rozpoznawalna Ukrainka, była premier Julia Tymoszenko. Fot. EPA/SERGEY DOLZHENKO/PAP
Tego rodzaju emocje zwykle karmią się ignorancją. Ta zaś, niestety, nie dotyczy tylko obszaru najnowszej historii politycznej – i jest równie głęboka po obu stronach. Znani „tamci”? Niemal wyłącznie politycy: wśród Polaków, prócz Tymoszenko i Kliczki, jeszcze obecny prezydent Wołodymyr Zełenski, wśród Ukraińców podobnie: na pierwszym miejscu Andrzej Duda (13%), a następnie Lech Wałęsa (10%) i Lech Kaczyński (8,5%): to jest, nie oszukujmy się, wiedza nieuważnego widza migawek telewizyjnych.

Kto jeszcze? Polacy kojarzą wspomnianych Szewczenkę i Banderę, prócz nich, kto starszy (40+) - piłkarza Walerę Łobanowskiego i tyczkarza Siergieja Bubkę; ktoś jeszcze słyszał o pisarce Oksanie Zabużko, ktoś o Gogolu. Ukraińcy kojarzą (podręcznikowo, pocztówkowo, bombonierkowo) Chopina i Mickiewicza, poza tym zaś (ale to popularność jednocyfrowa, w żadnej grupie wiekowej ani wykształcenia nieprzekraczająca 9%) Roberta Lewandowskiego i.. Andrzeja Sapkowskiego.

Jak ukraińska „Zniewolona” budzi romantyczną duszę Polaków

Kopciuszek w wydaniu zza wschodniej granicy. Na czym polega fenomen serialu?

zobacz więcej
Filmy? Na Ukrainie „Czterej pancerni” oraz „Znachor” i „Wiedźmin”, w Polsce nadawana przez TVP opera mydlana „Zniewolona”. Podsumowując – po ukraińskiej stronie dominują (nawet w najbardziej perspektywicznej, dynamicznej i najczęściej odwiedzającej Polskę) skojarzenia z czasów sowieckich, w Polsce króluje ignorancja lub – rzadsze niż w latach 90. XX wieku, ale stale obecne – sięganie po koszmarny wspólny mianownik „ruski”. Jak wprowadzić do polskiej wyobraźni Andruchowycza i Żadana?

Marzenia „Olgierda”

Co by na to powiedział Henryk Jan Józewski – pseudonim Niemirycz i Olgierd, jeden z najciekawszych umysłów II RP?

Z Ukrainą związany był od zawsze – urodzeniem, nie pochodzeniem. Rodem z Kijowa, uczeń tamtejszych gimnazjów i Wydziału Matematycznego Uniwersytetu św. Włodzimierza, od 1915 stał na czele głęboko zakonspirowanej kijowskiej POW, gdzie działał również po rewolucji bolszewickiej: bezustannie zagrożony aresztowaniem, torturami i śmiercią relaksował się, malując akwarele.

W ścisłym kontakcie z Piłsudskim wszedł, jako jeden z dwóch Polaków, do rządu Ukraińskiej Republiki Ludowej Symona Petlury jako wiceminister spraw wewnętrznych. Po upadku URL i pokoju ryskim, gdy Sowieci zażądali wysiedlenia Petlury, przez kilka miesięcy ukrywał go w Warszawie.

Do czynnej polityki wrócił po zamachu majowym, najpierw jako szef gabinetu Piłsudskiego – krótkotrwałego premiera. Od lipca 1928 z kilkoma przerwami sprawował przez 10 lat urząd wojewody wołyńskiego, zamierzając przekształcić ten region w „polski Piemont”, czyli rozsadnik przyszłej niepodległej Ukrainy, przejmując tym samym inicjatywę z rąk Sowietów. W województwie z największą populacją ukraińską w II RP zakładał dwujęzyczne szkoły, zatrudniał rosnącą liczbę ukraińskich urzędników, wspierał rozwój ukraińskiej prasy, związków zawodowych, organizacji społecznych.

Po śmierci Piłsudskiego przegrał: w proteście przeciw akcji odbierania i burzenia cerkwi podał się do dymisji. Przez całą okupację w podziemiu, stojąc na czele struktur piłsudczykowskich (Grupa Olgierda, Polskie Stronnictwo Demokratyczne), stał zarazem na czele okręgu Warszawa-Województwo Związku Walki Zbrojnej. W konspiracji pozostał i po wojnie – do 1953 roku: UB aresztowało go 5 marca, w przeddzień śmierci Stalina.
Odprawa komendantów powiatowych policji województwa wołyńskiego z wojewodą wołyńskim Henrykiem Józewskim (stoi w środku na pierwszym stopniu schodów). Rok 1930. Fot. NAC/IKC
W 1954 za „działalność kontrrewolucyjną” został skazany na dożywocie: w ramach postępów odwilży zmniejszano mu karę do 12, 10, 5 lat, wreszcie, już 1957, po prostu anulowano wyrok. Sam Józewski nigdy nie ubiegał się o rehabilitację: ćwierćwiecze emerytury i wdowieństwa spędził, malując obrazy, wystawiane w Muzeum Narodowym. Dożył Solidarności: zmarł, po krótkiej chorobie, w kwietniu 1981.

Stało się więcej niż pragnął: powstała niepodległa Ukraina, mimo okazjonalnych tarć, sporów o formuły pamięci, gigantycznych wyzwań, jakie rzuca jej reżim Putina, trwale związana z Polską i upatrująca w niej jednego z poważniejszych partnerów na scenie międzynarodowej. Nie ma mowy o zagrożeniach, jak mawiano w Dwudziestoleciu, „irredentą”, rewizjonizmem granicznym ani jakąkolwiek przemocą ze strony państwa. A zarazem wydaje się, że do jego wizji województwa współrządzonego przez obywateli Rzeczpospolitej pochodzenia ukraińskiego nadal trochę nam brakuje.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Ukraiński paszport pracownika z Lublińca. Fot. Daniel Dmitriew / Forum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Talibowie. Who is who. Przewodnik po władzach Afganistanu
Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ze skoczni na rower. Z nart na bieżnię. Z płotków na bobsleje
Primož Roglič i inni sportowcy wszechstronni.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksperci – największa plaga Ameryki
Fachowcy od urządzania innym życia wedle naukowych metod.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dlaczego cukrzycy są bardziej narażeni na ciężki COVID-19?
Czwarta fala może być niewesoła, jeśli wziąć pod uwagę, że w otyłości dobiliśmy do statystyk USA!
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eurokraci zgrzytają zębami. Francuz gorszy niż Polacy
Kandydat na prezydenta Francji zaatakował podstawy Unii Europejskiej, której przez dekady wiernie służył.