Kultura

Słuszny gniew czarnych zagrabiony przez marksistów

W Ameryce nie było typowej walki klasowej między klasą robotniczą i burżuazją. W roli klasy uciskanej obsadzono więc mniejszości etniczne i seksualne.

Wizerunek BLM może się zmienić po reakcji przedstawicieli tego ruchu na wydarzenia na Kubie. The Black Lives Matter Global Network Foundation nie tylko nie kwapi się do potępienia działań komunistycznego reżimu, ale winę za los Kubańczyków zwala na USA.

BLM uznało, że to nie komunistyczny reżim jest odpowiedzialny za fatalną sytuacje na wyspie (do największych od paru dekad protestów przyczyniła się m.in. porażka komunistów w walce z COVID), ale że winni są Amerykanie, których kolejne rządy od 60 lat używają embarga w relacjach z totalitarnym rządem w Hawanie.

Amerykanie nie płyną na Kubę

BLM nazwało embargo „okrutnym i dehumanizującym”. Według BLM to nie nieudolność komunistycznego rządu oraz jego totalitarne zapędy spowodowały powolne szczepienia Kubańczyków i fatalną sytuacje gospodarczą po zupełnym załamaniu się turystyki w czasie pandemii, ale wieloletnia polityka Waszyngtonu. W oświadczeniu BLM można przeczytać, że od 1962 roku Kubańczycy cierpią przez izolację i brak towarów objętych embargo, a mieszkańcy wyspy są karani przez USA, za dążenie do „suwerenności”.

W oświadczeniu nie ma nic o „suwerenności” Kuby od Związku Radzieckiego oraz obozach koncentracyjnych dla przeciwników reżimu. Jest za to stwierdzenie, że rząd w Hawanie solidaryzował się z „prześladowanymi Afrykanami”.

W podobnym tonie wypowiadały się gwiazdy amerykańskiej lewicy na czele z kongresmenką Alexandrą Ocasio-Cortez czy Bernie Sandersem, czym rozwścieczyli przedstawicieli kubańskiej diaspory w Miami. Jedna z protestujących przeciwko reżimowi imigrantek z Kuby w rozmowie z Breitbart News doskonale podsumowała działania Ocasio-Cortez i Sandersa, mówiąc, że dziwnym trafem Amerykanie nie odpływają na tratwach na Kubę.

BLM zostało skrytykowane nie tylko z pozycji antykomunistycznych, ale też rasowych. Prof. Danielle Clealand z wydziału studiów Mexican American and Latina na Uniwersytecie Teksańskim w rozmowie z NBC przypomniała, że reżim na Kubie na długą historię rasizmu wobec czarnych. Jej głos jest o tyle istotny, że jest to głos autorki książki „The Power of Race in Cuba”.
Parada Juneteenth 19 czerwca 2021 r. w Galveston w Teksasie. W całych Stanach Zjednoczonych tego dnia co roku odbywają się obchody święta upamiętniającego koniec niewolnictwa. Fot. Go Nakamura/Getty Images
BLM odniosło się do jej słów w mailu do NBC, gdzie podkreśliła, że organizacja jest świadoma problemów rasowych na Kubie i opresji „wszystkich aktorów działań, w tym Stanów Zjednoczonych Ameryki”. Skąd taki upór w obronie komunistycznego reżimu? Ważni działacze BLM są po prostu marksistami.

Krytyczna Teoria Rasy

Współtwórczyni BLM Patrisse Cullors już w 2015 roku (wideo było przypominane w apogeum protestów BLM po śmierci Floyda) przyznała, że ona i jej najbliżsi współpracownicy są „wyszkolonymi marksistami”. Cullors była protegowaną Erica Manna, skazanego na 18 miesięcy więzienia byłego członka Weather Underground, czyli marksistowsko-leninowskiej organizacji, która została w 1969 roku uznana przez FBI za organizację terrorystyczną. W wywiadzie dla The Real News Network chwaliła się, że wraz z inną współzałożycielką BLM Alicią Garzą przyjęły konkretne „teorie ideologiczne”. Promując w 2018 książkę “When They Call You a Terrorist: A Black Lives Matter Memoir” opowiadała o swojej fascynacji marksizmem.

Cullors w czerwcu tego roku zrezygnowała niespodziewanie w czerwcu z kierowania BLM. Za jej kadencji udało się zebrać 100 mln dolarów (pojawiają się już pytania, gdzie się podziały te pieniądze) i skutecznie lobbować w szkołach za promocją Krytycznej Teorii Rasy, czyli spojrzenia na historię, kulturę i nawet sport przez pryzmat „uprzywilejowania białych”. Krytyczna Teoria Rasy był ostro zwalczana przez administrację Donalda Trumpa. Ekipa Joe Bidena ochoczo ją wprowadza w życie. Podobnie czyni w ostatnich miesiącach brytyjska lewica.

Krytyczna Teoria Rasy jest niezwykle podobna do Teorii Krytycznej ze Szkoły Frankfurckiej, tworzonej przez marksistów pragnących przebudować kulturę według swoich idei. Reedukacja amerykańskich i brytyjskich dzieci pod kątem „grzechów białej rasy” jest kopią pomysłów włoskiego komunisty Antonio Gramsciego, który nie widział szans triumfu marksizmu bez reedukacji robotników, poprzez wejście w ich kulturę czy religię.

Amerykański marksistowski socjolog i jeden z ideologów rewolty pokolenia 68, Herbert Marcuse, przeniósł Teorię Krytyczną na grunt amerykański, gdzie nie było walki klasowej między klasą robotniczą i burżuazją, takiej, jaką znała Europa. Nową klasą uciskaną stały się więc mniejszości etniczne i seksualne.

Wyszkolona marksistka

Cullors doskonale więc wpisała się we wzięty z teorii Gramsciego „długi marsz” Marcuse’a i jego następców. Nie wiadomo, dlaczego zrezygnowała z kierowniczego stanowiska w BLM, choć może mieć to związek z kontrowersjami dotyczącymi z jej nieruchomości o wartości milionów dolarów oraz kuriozalnymi postulatami likwidacji policji, więzień i sądownictwa, co nazywała abolicją.

Rasową? Chyba nie, skoro abolicja została już wprowadzona przez Abrahama Lincolna w 1863 roku. Trudno nie odczytywać jej postulatów jako elementu czysto bolszewickiej rewolucji. Problem w tym, że „wyszkolona marksistka” Cullors, właścicielka domów o wartości 3,2 miliona dolarów (tak wyliczył New York Post) to obciążenie dla ruchu, który ma socjalizm wypisany na sztandarach.

Komu bije Krzywa Dzwonu. Rzecz o buncie BLM

Porządni Afroamerykanie cierpią wskutek kryminalnych działań – by tak rzec – swoich „czarnych owiec”.

zobacz więcej
Po odejściu Patrisse Cullors marksizm może pozostać na sztandarach BLM . Reakcja na sytuację na Kubie pokazuje to dobitnie. Na to wszystko nakłada się też marksistowski trend w popkulturze i kinie. Nie chodzi tylko o infantylne wykorzystanie wizerunku Che Guevarry na wszelakich lewicowych protestach, który przez takie hollywoodzkie laurki jak „Che” (2008) Stevena Soderbergha ugruntowały romantyczny obraz tego żądnego krwi komunisty.

Współczesne kino jest przesiąknięte tematyką wojny klasowej, co widać było na dwóch ostatnich galach oscarowych. O wojnie klas opowiada koreański „Parasite” Bonga Joon Ho. O symbolicznej wojnie klas opowiada też „Nomadland” Chloe Zhao. Dodajmy do tego „Jokera” Todda Philipsa i seriale z platform streamingowaych jak „Snowpiercer” czy mający tydzień temu premierę „Biały lotos”.

Pożeraj bogatych

Nie można nie wspomnieć w tym miejscu o czołowym czarnoskórym filmowcu Jordanie Peelu. Dostał w 2017 roku Oscara za horror „Uciekaj!”, który opowiadał o białych głosujących na Baracka Obamę liberałach, którzy pod maską postępowców kryją głęboki rasizm i podstępnie opanowują ciała młodych, czarnoskórych mężczyzn, by żyć wiecznie. Rok później Peel był nominowany do Oscara za swój kolejny horror „To my”, gdzie hasło „pożeraj bogatych” zostało wprowadzone w życie bardziej dosłownie niż w „Uciekaj”.

To właśnie Peel ogłosił, że nie wyobraża sobie, by mógł napisać scenariusz filmu z białym aktorem w roli głównej. Całe jego kino (zarówno jako reżysera i producenta), w tym nowa wersja „Candymana”, która będzie miała premierę pod koniec sierpnia czy serial „Kraina Lovecrafta”, są opowieściami o potrzebie ucieczki, separacji i zemście na białych za rasizm ich ojców. To gniew jakiego nigdy nie miał w sobie ojciec chrzestny czarnego kina Spike Lee, który regularnie kręci filmy z białymi w głównych rolach („25 godzina”, „Oldboy”) i bardzo uczciwie pokazał radykalizm Malcolma X w swoim filmie z 1992 roku.

Radykalizacja nastrojów wśród czarnoskórych Amerykanów jest właśnie najlepiej widziana w kinie. Słuszny gniew na systemowy rasizm w USA, który przez dekady miał miejsce i jest największym grzechem „Miasta na górze” nie ma dziś twarzy Martina Luthera Kinga, który „miał sen” o jedności. Ten gniew ma twarz Malcolma X, uważającego, że każdy biały jest diabłem.

Judasz, mesjasz i Lenin

Malcolm Little prowadził walkę z Allahem na ustach. Jego następcy wybierają nie religię, ale ideologię. Wybierają marksizm. Dobitnie to pokazuje wychodzący właśnie w Polsce na DVD „Judasz i czarny mesjasz”, za którego Daniel Kaluuya dostał w tym roku aktorskiego Oscara.

Film Shaki King to opowiedziana w duchu oscarowych „Infiltracji” Martina Scorsese i „BlacKkKlansman” Spike’a Lee historia Billa O’Neala (LaKeith Stanfield), który staje się tajnym współpracownikiem FBI i inwigiluje przewodniczącego Czarnych Panter w stanie Illinois Freda Hamptona (Daniel Kuluuya).
Działaczka (już była) BLM Patrisse Cullors z politykiem Partii Demokratycznej Chim Ossém w programie ABC News "Soul of a Nation" 9 marca 2021. Fot. Nick Agro/ABC via Getty Images
To kawał solidnego kina, dotykającego tak uniwersalnych tematów jak zdrada czy odkupienie. Jednak Shaki robi z tego przypowieść biblijną z Hamptonem jako mesjaszem (tak został ironicznie ochrzczony przez demiurga amerykańskiej polityki, dyrektora FBI J. Edgara Hoovera) i O’Nealem jako Judaszem. „Judasz i czarny mesjasz” tworzy obraz romantycznego buntownika, który zostaje nie tyle zabity przez policję w 1969 toku, ile wręcz ukrzyżowany.

Hampton sam siebie określał jako marksistę i leninistę. Podziwiał też dwóch wyjątkowo okrutnych czerwonych siepaczy Mao Zedonga i Cho Chi Mihna, co podczas wojny w Wietnamie akurat nie było czymś niezwykłym wśród zachodnich rewolucjonistów z pokolenia 68.

Radykalizm w wersji rozrywkowej

Film nie pokazuje radykalnych, czysto komunistycznych poglądów czarnoskórego działacza na gospodarkę i życie społeczne. Cóż, mogłyby one przerazić lewicowych widzów, którzy swoje manifesty broniące Berniego Sandersa piszą na IPhonie, siedząc w Starbucksie albo innej kawiarni, należącej do wielkiej korporacji napompowanej w okresie prezydentury neoliberałów Reagana, Bushów i Clintona.

Wyklęty przez liberałów za łamanie norm poprawności politycznej, wybitny czarnoskóry krytyk filmowy Armond White zwrócił uwagę, że Judasz O’Neal nie przez przypadek dostaje za inwigilację Jezusa Hamptona 300 dolarów, czyli w domyśle 30 srebrników. „Ta duchowa przenośnia jest fałszywą romantyczną fantazją. (…). To szokujące, ze Warner Bros, wielkie studio w Hollywood, promuje polityczny radykalizm w wersji rozrywkowej” – pisze w „National Review” Afroamerykanin. BLM potrzebuje swoich mesjaszów również w popkulturze.

To zagrabienie protestów czarnoskórych Amerykanów przez marksistów jest smutne, bo przecież mówimy o słusznym gniewie, który wymaga zadośćuczynienia. Nie zapominajmy, że haniebne przepisy Jima Crowa i segregacja rasowa funkcjonowały – w kraju, który miał być w założeniu biblijnym Miastem na Górze i krainą wolności – aż do 1964 roku. Ba, jeszcze w 1967 roku widzowie byli zszokowani, gdy Norman Jewison pokazał jak czarnoskóry policjant (Sidney Poitier) ma czelność spoliczkować białego gliniarza (Rod Steiger)!

Hymn płonącego Los Angeles

Od 1967 roku Ameryka się jednak bardzo zmieniła. Sekretarzem Stanu w prawicowej administracji był czarnoskóra Rize Condoleezza Rice, a prezydentem Afroamerykanin Barack Obama. A mimo tego walka ze spuścizną rasizmu dziś w USA wciąż odwołuje się do czerwonego radykalizmu lat 60-tych. A przecież jeszcze kilka lat temu tak nie było.

W kwietniu 2019 w wieku zaledwie 51 lat zmarł reżyser John Singleton, który w moim przekonaniu był o wiele ważniejszym ojcem chrzestnym czarnego kina, niż Spike Lee. Singleton nakręcił przełomowych „Chłopaków z sąsiedztwa” (1991), obsadzając w jednej z ról radykała Ice Cube’a z hip hopowej grupy N.W.A. To jej hymn „Fuck tha police” stał się hymnem płonącego Los Angeles w rasowych zamieszkach z 1992 roku.

Rewolucja młodych, wykształconych, z wielkich miast

Korzeni obecnych buntów należy upatrywać w roku 1968, kiedy marksistowskie hasła zagościły na amerykańskich uczelniach – twierdzi prof. Tomasz Żyro.

zobacz więcej
Film stał się symbolem walki o prawa czarnych w latach 90-tych. Podobnie jak jej symbolem byli członkowie N.W.A, na czele z Ice Cubem, który zagrał potem także w filmie Singletona „Studenci” (1995). Inny raper i głos radykalnego buntu lat 90-tych Tupac Shakur wystąpił natomiast u Singletona w „Poetic Justice” (1993), który też dotykał społecznych problemów Afroamerykanów.

Silny ojciec i profesor uniwersytetu

Singleton jasno mówił w swoim kinie, że systemowy rasizm był problemem Ameryki, a czarni przez niego są do dziś zamknięci w gettach. Tyle że – jego zdaniem – wyrwanie się z tego getta nie powinno odbywać się ani przez gangsterkę, ani przez ideologiczny radykalizm. W „Chłopakach z sąsiedztwa” to silny ojciec (Lawrence Fishburne) wyrywa syna z objęć „prawa ulicy”, przekonując go, że czarnoskóry z wyklętego Compton w Los Angeles powinien się edukować i zmieniać Amerykę w białym kołnierzyku, a nie z glockiem w ręku.

Ten sam Fishburne gra w „Studentach” profesora uniwersytetu odciągającego od ideologicznego radykalizmu zagubionego studenta (Omar Epps). Można zinterpretować jego postawę jako antymarksistowską. Profesor przekonuje studenta, że w życiu nic nie dostaje się za darmo, a każda skrajność prowadzi w ślepą uliczkę. Mimo masakry, jaką na uczelni dokonuje neonazista, to sojusz między czarnymi i białymi jest odpowiedzią na walkę z rasizmem – mówi nam reżyser w symbolicznym, ale też otwartym na interpretacje finale.

Usptawiedliwienie lenistwa

Również w zapomnianym i niedocenionym „Baby Boy” (2001) czarnoskóry filmowiec przekonuje, że źródłem problemów czarnych nie jest przede wszystkim „systemowy rasizm”, ale też nastawienie samych Afroamerykanów. Problemem są rozbite rodziny, seksualizacja kobiet, kultura maczyzmu i gwałtu rodem z hip-hopowych klipów (to zabawne, że jedną z ról gra Snoop Dogg), brak ojcowskiego autorytetu, niedojrzałość emocjonalna, ale też uzależnienie od pomocy społecznej.


W tym obrazie ojcem jest były skazaniec, grany przez Vinga Rhamesa, przekonujący tytułowego „dużego chłopca” (Tyrese Gibson), że tylko ciężką i uczciwą pracą, można zbudować szczęście rodzinne. Nie gniewem. Nie ciągłym usprawiedliwieniem swojego lenistwa rasistowskim systemem.

Przywołuję przykład kina Johna Singletona, by pokazać, że gniew dzisiejszego czarnego kina i popkultury nie musi mieć twarzy Freda Hamptona. Odpowiedzią nie musi być ani marksizm w odmianie Szkoły Frankfurckiej, ani Black Lives Matters. Odpowiedzią nie musi być odwrócony rasizm Malcolma X i jego następców, budujących nową segregację rasową w imię ukarania białych Amerykanów, za grzechy ich ojców i dziadów.

Black Lives Matters mogło mieć przecież twarz Martina Luthera Kinga. Kino antyrasistowskie mogło przemawiać w duchu Johna Singletona. Oby przedwczesna śmierć reżysera nie była zapowiedzią śmierci idei prawdziwej asymilacji białych z czarnymi.

– Łukasz Adamski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Amerykańscy sympatycy kubańskiego reżimu od dawna domagają się zdjęcia nałożonego przez prezydenta Donalda Trumpa embargo na współparcę USA z Kubą. Na fotografii protest pod hasłem "Ręce precz od Kuby" w Minneapolis 27 marca 2021. Teraz do prokomunistycznej akcji przyłączyło się BLM. Fot. Michael Siluk/Education Images/Universal Images Group via Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Przyśpieszony kurs przemian obyczajowych
„Teściowie” są znakomici. „The End” zjada własny ogon. „Czarna owca” jest gdzieś pośrodku.
Kultura Poprzednie wydanie
Człowiek, który wymyślił piekło
700 lat po śmierci Dantego świat czci jego geniusz, ale podąża w kierunku dokładnie przeciwnym, niż wskazywał włoski poeta.
Kultura Poprzednie wydanie
Francuzi opłakują w Belmondo swoją niegdysiejszą wielkość
Żyje jeszcze drugi francuski idol: Alain Delon, ale z nim mają relację o wiele mniej kumpelską.
Kultura Poprzednie wydanie
Co Gołas czytał z mankietów i czym popijał nalewkę o poranku?
Wielu pamięta go z filmów, wszyscy – z kabaretowej piosenki „W Polskę idziemy”.
Kultura Poprzednie wydanie
Nici z demokracji
Ile godzin musiała spędzić z igłą w ręku, żeby zaprotestować przeciw temu, co dzieje się w jej ojczyźnie?