Historia

Był niepoprawnym kobieciarzem. Błagali go, płacząc, aby nie dogadywał się ze Stalinem

Skończył jako kiepski lider i warchoł, choć był odważny i ideowy. Padały oskarżenia o zawłaszczanie pieniędzy i inne brzydkie rzeczy. Umierał jako człowiek w dużej mierze osamotniony – chyba z własnej winy.

TVP Dokument w poniedziałek 19 lipca 2021 o godz. 17:05 pokaże film dokumentalny z 2000 roku pt. „Ostatni powrót Stanisława Mikołajczyka” w reżyserii Sylwestra Kiełbiewskiego

Stanisław Mikołajczyk urodził się 120 lat temu. To znaczy ta rocznica minie 18 lipca. Rocznik 1901, był więc jednym z młodszych polityków II Rzeczpospolitej.

Zdążył wziąć udział w wojnie z bolszewikami w roku 1920 – jako dziewiętnastolatek. Podobno wiózł z frontu do Wielkopolski swojego ciężko rannego kolegę, który potem zmarł. Złośliwi twierdzili, że to jedyny przyjaciel jakiego miał. Faktycznie, potem miał wielu współpracowników, których jednak traktował bardzo instrumentalnie.

Wymarzony bohater filmu

Mikołajczyk to jeden z bohaterów mojej powieści z 2017 roku „Zgliszcza”. Moje zainteresowanie jego osobą trwało od lat. Głosiłem tezę, że powinien być bohaterem filmu.

Na razie doczekał się jedynie dość uproszczonego spektaklu Teatru Telewizji autorstwa Janusza Petelskiego z 2009 roku (grał go tam, znakomicie, Adam Ferency). Pojawił się też, jeszcze jako premier emigracyjnego rządu, w filmie Władysława Pasikowskiego „Kurier” (tu z kolei dał mu twarz inny świetny aktor, Sławomir Orzechowski). Filmu zapewne nikt o nim nie nakręci, bo ta postać idzie w poprzek wszelkich stereotypów i mitów. Ale byłby to film ciekawy – tyle można by nim zilustrować prawidłowości i trendów.

To moje zainteresowanie wiodło polemistów do fałszywych wniosków, jakobym był apologetą Mikołajczyka. To nieprawda, ja tylko nawoływałem, aby zobaczyć jego eksperyment z Polskim Stronnictwem Ludowym tworzącym w latach 1945-1947 polityczną legalną opozycję w Polsce jako kolejny narodowy zryw, kolejne powstanie. I jako świadectwo ostatecznego uobywatelnienia chłopskich mas, które nagle znalazły się na pierwszej linii frontu walki nie tylko o swojej postulaty społeczne, ale o bardziej demokratyczną i bardziej wolną Polskę.

Ci z kolei, którzy przeczytali moje „Zgliszcza” , twierdzili, że pokazałem Mikołajczyka jako postać antypatyczną. Ja go po prostu pokazałem takim, jakim był – typowego polityka, oschłego i chwilami egoistycznego, chociaż odważnego i ideowego zarazem.

Syn chłopa, pyskacz, pragmatyk

Piszę, że był symbolem rozmaitych trendów. Pierwszy to po prostu jego społeczne pochodzenie – on uosabiał awans. Pochodził z chłopskiej rodziny z Wielkopolski, ale dorastał w Westfalii, gdzie jego rodzina wyemigrowała za chlebem. Miał niewielkie, formalne wykształcenie.

Wychowanie w Niemczech nie przeszkadzało mu nie tylko powrócić do Polski, ale być politykiem namiętnie antyniemieckim. Zwłaszcza w następstwie drugiej wojny światowej, kiedy antyniemieccy byli w zasadzie wszyscy, ale już wcześniej. Inaczej to bywa dzisiaj, ale tak było wtedy.

Był działaczem Polskiego Stronnictwa Ludowego Piast, potem Stronnictwa Ludowego. Rozmaite relacje z międzywojennej Polski przedstawiają go jako wiecowego aktywistę, pyskacza. Bodaj Jan Nowak-Jeziorański odnotował scenkę, jak w 1937 roku, podczas strajku chłopskiego, który był autentycznym i brutalnie pacyfikowanym wystąpieniem politycznym, sanacyjni policjanci załadowali związanego Mikołajczyka na furkę i powieźli do aresztu. Był wtedy jeszcze młody (36 lat), ale przecież w latach 1930-1935 zdążył już być opozycyjnym posłem na Sejm.
Stanisław Mikołajczyk z polskimi żołnierzami w maju 1943. Fot. Keystone/Hulton Archive/Getty Images
Od tego krępowania nabawił się kłopotów z krążeniem. Do końca życia będzie narzekał na bóle w nodze. Nabawił się też urazów wobec Sanacji. Jeszcze w latach 1945-1947 chętnie wplatał tyrady przeciw przedwrześniowemu państwu w ataki na rządzących Polską komunistów. Jedno kojarzyło mu się z drugim. Przesadnie i myląco. Kiedy w roku 1945 przemawiał w bliskim sobie Poznaniu, te jego wycieczki przeciw przedwrześniowym rządom zostały chłodno powitane przez tłum.

A zarazem, chociaż nie lubił II Rzeczpospolitej w sanacyjnej wersji, trudno go uznać za radykała. Andrzej Paczkowski, autor jego najlepszej politycznej sylwetki, przypomniał, jak to na początku 1939 roku Mikołajczyk instalował w Wielkopolsce nowe władze kółek rolniczych w sojuszu z ziemianami i konserwatystami. Wzywał do radykalnej reformy rolnej, ale dogadywał się z dawnymi elitami – tyle że raczej w endeckiej niż piłsudczykowskiej wersji. Co było typowe dla Poznańskiego.

Pan Nikt i jego eksperyment

Dla wielu ludzi pozostał jednak parweniuszem, człowiekiem z nizin. Jeszcze w roku 1939 służył w kampanii wrześniowej w wojsku jako zwykły podoficer. Dopiero we Francji przesunięto go z pozycji kaprala do grona polityków.

Zaryzykuję twierdzenie, że chociaż na emigracji, część polityków toczyła z nim w latach 1943-45 poważny spór o kierunki polityki, spór w którym on szedł za Churchillem w narzucaniu nowej, bardziej „realistycznej” linii, to pogarda, z jaką pisali o nim jego niektórzy emigracyjni oponenci miała także swoje społeczne korzenie. Dla nich był „Panem Nikt”. Odpłacał im niechęcią i pogardą.

Jako premier emigracyjnego rządu doznał jednego z najdotkliwszych upokorzeń, kiedy to w sierpniu 1944 roku Mołotow obwieścił mu obcesowo w Moskwie, w obecności Churchilla i amerykańskiego ambasadora Averella Harrimana postanowienia konferencji w Teheranie, formalnie ukryte przed Polakami, a okrawające polskie terytorium na rzecz Sowietów. Obciążała go i kontrowersyjna decyzja o wywołaniu Powstania Warszawskiego, i pokusy aby jednak dogadać się z Moskwą, pomimo mnożących się symptomów coraz potworniejszego dyktatu.

W czerwcu 1945 roku w Moskwie negocjował wejście do rządu z komunistami. Kilka ulic dalej sądzono szesnastu przywódców Polski podziemnej – trudno było o straszniejszy symbol tego kompromisu. Mikołajczyk wrócił do Polski jako wicepremier i minister rolnictwa. Zaczął organizować niezależny ruch ludowy. Jego PSL wchłaniał jedną organizację „lubelskiego” Stronnictwa Ludowego sprzymierzonego z komunistami po drugiej. Przeszedł do niego na wiceprezesa Stanisław Bańczyk, szef tamtej organizacji.

To z pewnością był wielki „eksperyment etyczny”, idący w poprzek naszym wyobrażeniom o godności i honorze. Petelski pokazał w swoim telewizyjnym widowisku konfrontacyjną rozmowę Mikołajczyka z jego emigracyjnym antagonistą generałem Władysławem Andersem, który przestrzegał go przed powrotem kreśląc scenariusz jego klęski w starciu z komunistyczną machiną.

100 tysięcy ludzi w więzieniach. Miliony zastraszonych. Jak wykończyć opozycję i wygrać wybory

Gomułka rzucił hasło: „dobić faszystów z PSL”. Jego słowa potraktowano dosłownie.

zobacz więcej
Ale wcześniej były inne rozmowy. Tej z Andersem tak naprawdę dokładnie nie zapisano. Możemy za to poznać dramatyczną scenę, kiedy to Tomasz Arciszewski, socjalista, dawny antyrosyjski terrorysta z 1905 roku, i potem następca Mikołajczyka na fotelu emigracyjnego premiera, błaga go płacząc aby nie dogadywał się ze Stalinem.

Między romantyzmem i realizmem

Proroctwa Andersa się sprawdziły. Dlaczego więc uważam, że Mikołajczyk miał prawo podjąć swój eksperyment? W połowie roku 1945 nic nie było jasne. Stany Zjednoczone oferowały Stalinowi wielkie pożyczki, można było sobie wyobrazić mniej konfrontacyjny model powojennego współistnienia, także z Polską potraktowaną jak Finlandia.

Można było próbować wejść w lukę, jaka się chwilowo wytworzyła. Zwłaszcza, że Mikołajczyk jako reprezentant mas chłopskich pasował do wizji społecznych przemian. Było zresztą jasne, że Polska przy każdym rządzie nie wróci do przedwojennych stosunków społecznych.

Już w kilka miesięcy później stało się jasne, że komuniści stawiają opór każdej bardziej niezależnej inicjatywie i że mają na to przyzwolenie Stalina. Czy należało więc przechodzić całą drogę przez mękę? Odrzucać perspektywę wejścia do bloku wyborczego z PPR i jej sojusznikami, ponosić klęskę w sfałszowanym referendum w czerwcu 1946, przechodzić próbę brutalnie pacyfikowanej kampanii w styczniu 1947 zakończoną kolejnym sfałszowanym głosowaniem i wyłonieniem nieprawego Sejmu?

PSL dostało najpewniej około 80 procent głosów jako jedyna naprawdę niezależna siła, a wprowadziło 28 posłów na 444. Jednym z nich był on sam, usunięty już z rządu i nawet ze służbowego mieszkania, Mikołajczyk bezsilnie odmawiający nowemu parlamentowi z trybuny na Wiejskiej prawomocności.

Można by to skwitować uwagą, że jeśli rozkręci się spiralę buntu, niezależnego ruchu, ciężko potem wymyślić drogę jego zamknięcia. Ale można na to spojrzeć inaczej (i ja tak patrzę). Wszystkie przejawy niezależnej aktywności polskiej: akcja Burza, eksperyment z PSL i antykomunistyczna partyzantka (przynajmniej do pewnego momentu) mogły być czynnikami hamującymi postępy komunizmu w wersji stalinowskiej. Czy gdyby komuniści weszli w Polska jak w masło, nie postępowaliby śmielej – choćby szybszą drogą kolektywizacji rolnictwa czy masowych represji wobec różnych środowisk? To jest oczywiście hipoteza, której nie da się dowieść matematycznie, niemniej bardzo prawdopodobna.

To ciekawe, ale Mikołajczyk po kilku klasach szkoły elementarnej nie tylko wygłaszał dobrze skonstruowane, alarmistyczne wystąpienia. On w swoich artykułach zwłaszcza w roku 1947, tuż przed klęską, sformułował ciekawą koncepcję syntezy romantycznego i realistycznego kierunku myślenia. Jego strategia cywilnego, politycznego oporu miała być jej realizacją.
Pierwsze posiedzenie Sejmu Ustawodawczego 4 lutego 1947. Z prawej prezes PSL Stanisław Mikołajczyk, obok sekretarz generalny Stronnictwa Demokratycznego Leon Chajn. Fot. PAP
Rozumiem rozgoryczenie emigracji, Mikołajczyk musiał zacząć swój „realistyczno-romantyczny” marsz od jej potępienia. A przecież trwania przy pryncypiach, przy legalizmie, też dawało się bronić. Mniej sensowne wydaje mi się dzisiejsze odsądzanie go od czci i wiary. Choć przyznaję: robił też rzeczy strasznie – jak wnioskowanie latem 1946 roku aby pozbawić polskiego obywatelstwa nie tylko Andersa, ale całą grupę polskich oficerów.

Często potępiają go ci, którzy za czołowego reprezentanta pragmatyzmu uznają Władysława Studnickiego, beznadziejnie i bez wzajemności zakochanego w Niemcach. Którzy zalecają polskim sanacyjnym władzom pójście w 1939 roku razem z Hitlerem – w roli de facto wasala. Realizm kończy się więc, choćby jako teoretyczna konstrukcją, tylko kiedy przychodzi grać z Rosją. Nota bene także niektórzy „niezłomni” krytycy Mikołajczyka z tamtych czasów kończyli nie mniej, a może bardziej dwuznacznie. Stanisław Cat-Mackiewicz zmienił w roku 1955 fotel emigracyjnego premiera na rolę kontaktu operacyjnego PRL-owskiego wywiadu. Za tę cenę wrócił w rok później do Polski.

Uciekinier, świadek

Dlaczego Mikołajczykowi, jednemu z liderów walki z komuną, nie stawia się dziś pomników? Przede wszystkim z powodu dwuznaczności końca jego eksperymentu. Nie godził się na zawieszenie działalności PSL, ale dowiedziawszy się o szykowanym jego własnym aresztowaniu i procesie, sam był w stanie załatwić sobie zorganizowaną wspólnie przez Anglików i Amerykanów ucieczkę z Polski.

Jeszcze na kilka dni przed nią, 20 października 1947 roku, zachęcał swoich kolegów z kierownictwa PSL do niezłomnego oporu. Tylko kilku z nich ujawnił swoje prawdziwe plany zachęcając aby uciekali na własną rękę – w tej liczbie Stefanowi Korbońskiemu, który od dłuższego czasu nawoływał, aby zawiesić opór, bo przynosi tylko społeczne straty.

Jerzy Urban rozpowszechniał w latach 80. teorię, że komuniści zawiesili inwigilację Mikołajczyka i pozwolili mu uciec. Pozbawili tym samym PSL nimbu heroizmu. Opuszczeni i załamani, czołowi politycy PSL ogłaszali jeden po drugim kapitulację i przyznanie racji władzom ustanowionym przez Sowietów. Nie ma na to niezbitych dowodów, choć są poszlaki. Ale nawet gdyby Mikołajczyk zdołał wyprowadzić bezpiekę w pole, Polacy nie lubią takich bohaterów bez bohaterstwa.

Jeśli były premier i wicepremier znalazłby się w więzieniu, pewnie w 1956 roku miałby do odegrania ważną, może dziejową rolę. Ale co jeśli skazano by go na śmierć jak chłopskich antykomunistycznych liderów z Rumunii i Bułgarii? Decydując się na ucieczkę, znał już te historie. Czy można wymagać od polityka heroizmu? A od takiego, który zachęca do męstwa innych?

Ma więc pomnik tylko w swoim Poznaniu, gdzie przez lata mieszkał, a gdzie podejście do polityki zawsze było bardziej realistyczne. Zarazem Mikołajczyk mógł mieć po fakcie jeszcze jeden argument na rzecz swoich racji. Zdaje się, że przeczuwał go już wcześniej.

Jana Olszewskiego przyjaciele z lat młodości. Wyklęci, torturowani, zamordowani, złamani

Nieznana opowieść byłego premiera o zaangażowaniu w mikołajczykowskie PSL i o tragicznych losach jego kolegów z tamtych czasów.

zobacz więcej
15 stycznia 1947 roku spotkał się w budynku PSL w Alejach Jerozolimskich w Warszawie z Marguerite Higgins, młodą amerykańską dziennikarką „New York Herald Tribune”, znaną w przeszłości z korespondencji wojennych. Opisała to spotkanie Maria Hulewiczowa, sekretarka Mikołajczyka, w swoim diariuszu. Amerykanka popłakała się opisując historie ludzi bitych i zamykanych do więzień – poniekąd za Mikołajczyka.

On zaś tłumaczył jej nieco protekcjonalnie, że może wszystkie polskie nieszczęścia, łącznie ze spreparowanymi wyborami, są potrzebne, aby pokazać Zachodowi naturę komunistycznego systemu. Faktycznie, te historie stały się potem argumentem – w Ameryce za doktryną Trumana, czyli mobilizacją przeciw ekspansji komunistów w innych miejscach, a w Europie na rzecz otoczenia rodzimych partii komunistycznych sanitarnym kordonem.

Dotyczyło to nie tylko Polski, także Węgier, gdzie Partia Drobnych Rolników wygrała nawet wybory i miała swojego premiera, co nie uchroniło jej przed upadkiem. Na emigracji Mikołajczyk stał się emisariuszem Amerykanów tłumaczącym wraz z innymi politykami ludowymi z Europy naturę zagrożenia.

Zarazem skończył jako kiepski lider i warchoł. To że był skłócony z londyńską emigracją, to oczywiste. Był wszak człowiekiem, który zaakceptował Jałtę. Ale skłócił się i z większością braci ludowców. W roku 1949 opuścili go Kazimierz Bagiński i Stefan Korboński. W roku 1955 – Stanisław Bańczyk i Stanisław Wójcik. Padały oskarżenia o zawłaszczanie pieniędzy i inne brzydkie rzeczy. Mikołajczyk umierał 13 grudnia 1966 roku ( w wieku zaledwie 65 lat) jako człowiek w dużej mierze osamotniony – chyba z własnej winy.

…i kobieciarz

Warto na koniec odnotować jeszcze jeden fenomen dotyczący tego człowieka, który jeszcze mocniej go odbrązawia. Niepozorny, łysawy, był jednak Mikołajczyk niepoprawnym kobieciarzem. I odnosił na tym polu sukcesy.

Kiedy w roku 1945 do Anglii przywieziono mu więzioną wcześniej w obozie koncentracyjnym żonę Cecylię, miał już romans z Marią Hulewiczową. Ta dzielna kobieta, półkrwi Żydówka i rozwódka, jako kurier tatrzański wywiozła z Polski syna Mikołajczyka i przez Węgry i Turcję przerzuciła go do Londynu. Po wojnie żonę i syna zostawił na emigracji. W Warszawie Hulewiczowa była jego sekretarką i mieszkała z nim w jednym mieszkaniu. Jej diariusz to świadectwo podziwu dla wielkiego człowieka, ale i narzekania na jego oschłość.

W październiku 1947 roku kazał jej uciekać na własną ręką. Aresztowano ją w Czechosłowacji i wiele następnych lat spędziła na Rakowieckiej. Po 1956 roku bezskutecznie kołatała do komunistów po paszport. Odmawiano go jej, ale też Mikołajczyk nie chciał jej widzieć. Atrakcyjna wciąż polonistka została ostatecznie żoną komunistycznego pułkownika Janusza Przymanowskiego. Pomagała mu w pisaniu książki i scenariusza serialu „Czterej pancerni i pies”. Możliwe, że napisała go sama.
Stanisław Mikołajczyk z Elinor Lipper na lotnisku Stapleton w Denver w 1951 roku. Lipper była urodzoną w Belgii holenderską działaczką komunistyczną pochodzenia niemiecko-żydowskiego. Zamieszkała w ZSRR i 1937 roku jako ofiara Wielkiego Terroru trafiła do łagru. W 1948 udało jej się wyjechać na Zachód, gdzie opublikowała swoje wspomnienia pt. "Jedenaście lat w sowieckich więzieniach i obozach". Fot. Denver Post via Getty Images
Żona Mikołajczyka zmarła w roku 1951 roku. On zaś wdał się w ognisty romans z inną polonistka Janiną Wójcicką. To żona jednego z najbliższych współpracowników Mikołajczyka w Polsce, posła Franciszka Wójcickiego. Ona zdołała uciec z synami na początku roku 1949, podczas gdy jej mąż wpadł w łapy bezpieki i przesiedział lata w więzieniu.

Oburzenie na ten romans było jednym z powodów zerwania innych ludowców z Mikołajczykiem. W Polsce UB zainspirowała cykl artykułów w Życiu Warszawy na ten temat. Pokazano je wypuszczonemu już na wolność Wójcickiemu próbując go zachęcić do współpracy. Nieszczęsny prawnik nie dał się jednak złamać.

Mikołajczyk był w stanie załatwić Wójcickiej posadę szefowej słowiańskiej sekcji Biblioteki Kongresu USA. Rozwiodła się ona z mężem i wyszła za Amerykanina. Jeden z jej synów Stanley (Stanisław) został sławnym fizykiem w Berkeley. Wnuczka Susan Wójcicki jest szefową polskiego You Tube’a.

Wszystko to opisuję w „Zgliszczach”. Także scenę, kiedy w roku 1957 Mikołajczyk spotkał się w Paryżu z Mieczysławem Dąbrowskim, swoim dawnym sekretarzem w Polsce, złapanym podczas próby ucieczki z Hulewiczową. Scena ta została utrwalona w donosie Dąbrowskiego dla bezpieki. Mikołajczyk był zapewne świadom, że nie wypuszczono by politycznego zagranicę bez celu. Po latach ten sam Dąbrowski (którego, dodajmy, złamano torturami), stał się piewcą pamięci swojego dawnego szefa. Opisywał go w samych superlatywach. A jaka jest prawda?

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


TVP Dokument w poniedziałek 19 lipca 2021 o godz. 17:05 pokaże film dokumentalny z 2000 roku pt. „Ostatni powrót Stanisława Mikołajczyka” w reżyserii Sylwestra Kiełbiewskiego


Fragment powieści Piotra Zaremby „Zgliszcza”:

15 marzec 1957, piątek

Coraz bardziej go drażniło takie urzędowanie po hotelowych kawiarniach, z wiekiem i poczuciem, że jest generalnie nie na swoim miejscu. Ale naturalnie zgodził się na to spotkanie, przy Dworcu Świętego Łazarza.

Nie widział dziesięć lat tego mężczyzny, a teraz tamten wchodzi, nieco wymizerowany, w lichym garniturze. Ściskają sobie ręce. Potem Dąbrowski długo zamawia kawę przy barze – pewnie ma kłopoty z francuskim.

– Czytaj Mieciu mój wywiad dla News and World Report. Ja tam mówię żeby nie ufać Gomułce i jego rządom. On mi kiedyś powiedział, że nienawidzi polskiego narodu i że dopiero przyszłe pokolenia będą komunistyczne. O chłopach też pogardliwie się wysławiał…

– Ale kołchozy pozwolił żeby się rozpadły – odzywa się Dąbrowski podniesionym głosem.

– To zmiana metody tylko ze strony tego zyndera, lajdusa. On też chce uspółdzielczyć, tylko powolniejszą drogą. Będzie walczył z demokracją, z Kościołem, z polskimi bohaterami. Ze wszystkim co dla Polaków drogie i święte – Mikołajczyk zauważa, że jego dawny współpracownik maca go wzrokiem. Dostrzega, że były premier jest grubszy niż był, że ma wąsiki. Ale nie, on bada jakość materiału jego marynarki. Próbował być kiedyś elegantem ten Mietek, i w Budapeszcie i potem w zniszczonej Warszawie.

– No a jak mnie w Polsce postrzegają?

– Mówią, żeście się pożarli jak to zawsze na emigracji.

– A co, przed wojną to rozłamów nie było? – gwałtownie oponuje dawny premier. – To mali ludzie, szuszwole. Wyciągają moje rzekome złodziejstwa, chociaż gdyby nie ja, żadnych pieniędzy od Amerykanów by nie było. To mnie je dawali, to mnie….

– Ale…

– Oskarżają mnie o romans z Wójcicką. Ta kobieta ma amerykańskiego narzeczonego. Ja się nią opiekowałem, ona mi dom prowadziła, po śmierci żony, i tyle. Wójcik, on sam chciał z nią mieć romans. A Zaremba? On na mojej farmie zatrudniony, a jak się o zapłatę pokłócił, zaraz zaczął mnie wszystko wyciągać.

Milknie, bo czuje że nie takiego obrazu oczekiwał ktoś, kto z Polski przyjechał. Dorzuca więc: Nie masz pojęcia, ile jest PSL-owców we Francji, w Belgii. Młodzi ludzie, nasza krew. Niektórzy żony tutejsze wzięli, a one bardziej ludowcowe od mężów się zrobiły. I po polsku mówią.

– To wszystko zostawmy – mówi Dąbrowski, a trochę kawy spływa mu po podbródku. – Chłopi, w każdym razie działacze, mają i do pana pretensje i do Bańczyka z Wójcikiem. Żeście uciekli, ich zostawili.

– Chciałbyś żeby mnie zabili? Jaki z tego pożytek? Zrobili by to.

– Wspominają PSL, gdzie ludzie spoza ruchu ludowego grali pierwsze skrzypce, ale nie oni do więzienia poszli. Ja siedziałem z takimi, co za pana cierpieli.

– Chłopi takimi kategoriami nie myślą. Oni wiedzą, że jak nie ma bronić czego, trzeba się usunąć – głos Mikołajczyka brzmi mniej pewnie. Nie tak miało wyglądać to spotkanie.
Powieść "Zgliszcza" autorstwa Piotra Zaremby, wyd. Zysk i s-ka, 2017
Chaos wspomnień nawiedza skołataną głowę. Anders ze szpicrutą, której nigdy tak naprawdę nie trzymał, mówiący mu, że skończy tak jak skończył. Cyrankiewicz wymachujący butelką porto, pajac jest nadal premierem ukradzionej Polski. Tulczyński dyrektor wprowadzający go w błąd co do intencji Stalina. Lebiediew na tle portretu wąsatego Gruzina cedzący nijakie słówka i smak koniaku. Wrzask tej sejmowej sali, chcącej go zabić….

Gdybyż tam był, został. Jakby go nie zabili mógłby sięgać teraz po złoty róg. Wyrwać go szuszwolowi Gomule.

– A Hulewiczowa? Siedziałeś z nią, sądzeni byliście w tem samym procesie.

– Marysia wierzy, że się z panem połączy. Marzy o wyjeździe na Zachód. Teraz już czasem z kraju wypuszczają.

– Nic z tego nie będzie. Niech wraca do męża. On by na to, myślę, przystał – mówi twardo Mikołajczyk.

– Znaczy się, zawiodłem was – dopowiada, kiedy cisza się przedłuża. – Opowiedz coś jeszcze Mietek o tych spółdzielniach co się rozpadły…

Mikołajczyk wychodzi na rojną paryską ulicę, jest ciepła wiosna. Nikt go tu nie zna i nikt nie pozna. Wie naturalnie, że Mietek nie przyszedł do niego sam z siebie. Chciał go nawet o Nowaka pytać, o matkę, o paczkach, które im posyła, powiedzieć, ale się powstrzymał.

Wysłali go TAMCI, to oczywiste, kto by dał paszport politycznemu więźniowi. Ale gniew Dąbrowskiego jest prawdziwy i może nie tylko jego. I jednak to boli. Nie pamiętał już, jak to jest mieć wyrzuty sumienia. Trzeba było twarzy z Polski, nawet człowieka złamanego.

Dąbrowski widzi go przez wystawową szybę, nieco zgarbionego, utykającego, zawsze skarżył się na nogę. Do auta jakiego idzie? Oczywiście nie zapłacił za kawę, poznański sknerus!
Zdjęcie główne: Stanisław Mikołajczyk w Warszawie 28 kwietnia 1946 w czasie referendum ludowego. Fot. PAP/Jerzy Baranowski
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
22 lipca dawniej E. Wedel
Wiele obiektów oddawanych w ramach zobowiązań na „Święto Odrodzenia Polski” po cichu później zamykano, aby zlikwidować niedoróbki.
Historia Najnowsze wydanie
Zbliżali się Sowieci, a władze niemieckie wydały zakaz ucieczki
Frau Buttler polewa progi obu sypialń lizolem, żeby w razie czego wmówić Sowietom, że domownicy chorują na tyfus.
Historia Poprzednie wydanie
Jak Polska pomogła tysiącom obywateli sowieckich uciec do Izraela
Samochody z arabskich ambasad na dyplomatycznych numerach podjeżdżały pod lotnisko na Okęciu i ich pasażerowie filmowali akcję przez szyby.
Historia Poprzednie wydanie
Pańska, szlachecka, faszystowska. Zohydzanie Polski
Kinematografia – narzędzie przygotowań do wojny.
Historia Poprzednie wydanie
Czechosłowacy i Rzeczpospolitanie. Narodowe puzzle
Sto lat temu załatwiał to bonmot „naród to dialekt uzbrojony w karabin”, ale dziś?