Cywilizacja

COVID-19 to „syndrom zimna i wilgotności”. Tradycyjna medycyna chińska oparta na faktach

Diagnoza ma tu na celu wykrycie symptomów przez pomiar pulsu, wygląd języka, skóry i oczu, a także obserwację m.in. snu i nawyków żywieniowych pacjenta. Lekarze służyli bowiem w czasach najdawniejszych władcom, owi zaś w Chinach byli bogami, a boga nie wolno dotykać, rozbierać, osłuchiwać... Trzeba sobie było zatem poradzić inaczej. Bóg może wystawić język.

Tradycyjna medycyna chińska (TCM) ma 4 tys. lat, a od co najmniej dwóch weszła w okres klasyczny, czyli jest, jaka jest – osiągnęła pełnię. Było cesarstwo i upadło, przyszedł Przewodniczący Mao i umarł, przyszedł Przewodniczący Ping i zwesternizował Chiny, pociągnąwszy je na sam niemal szczyt światowej potęgi, a ona… Trwa, tylko minimalnie zwesternizowana w ostatnim ćwierćwieczu i to głównie poza granicami Chin.

Oczywiście, gdy pojawia się coś nowego, jak np. COVID-19, to największe autorytety TCM spotykają się, by ustalić, z jakim zaburzeniem równowagi organizmu mamy do czynienia i stosownie do tego dobrać terapię. Po długich naradach – rzecz jest bowiem nietrywialna, skoro objawy bywają tak różne, a przebieg choroby trudny do przewidzenia – ustalono, że COVID-19 to „syndrom zimna i wilgotności”. W szpitalach Wuhan powszechnie zastosowano zalecenia specjalistów TCM i uzyskano wysoki, około 50-procentowy poziom skuteczności, to znaczy połowa chorych po mniej więcej 10 dniach opuszczała szpitale jako wyleczona [1]. Tę historię opowiedział mi polski farmaceuta i fitoterapeuta Bartosz Jemioła[2], inspirujący się w swej pracy etnobotaniką, a zatem tradycjami zielarskimi różnych regionów świata, w tym zwłaszcza Chin.

Dowód w tej sprawie jest anegdotyczny, żadne bowiem zachodnie czasopismo medyczne nie przyjęłoby – na razie – poważnych opracowań opartych o to, jak komu „podnoszono Qi”, czy też „obniżano yang” za pomocą tradycyjnych preparatów ziołowych o nie zawsze znanym składzie chemicznym. Ale… Już w maju 2019 roku, czyli jak dziś mówimy – w przededniu pandemii, Światowe Zgromadzenie Zdrowia, organ zarządzający WHO, formalnie zatwierdził najnowszą wersję swojego wpływowego, globalnego kompendium
[3], które po raz pierwszy zawiera rozdział poświęcony tradycyjnej medycynie chińskiej.
Farmaceuci przetwarzają receptury tradycyjnej medycyny chińskiej w kawiarni Tongrentang w Pekinie, 15 listopada 2020 r. Tongrentang Group, apteka TMC, otworzyła kawiarnię w dzielnicy Chaoyang, aby sprzedawać herbatę i kawę z tradycyjnymi chińskimi ziołami. Fot. VCG / VCG via Getty Images
Co to praktycznie oznacza? Że TCM, pod wpływem chińskiego lobby w WHO (jak to sugerowała niegdysiejsza reklama PZU: „duży może więcej”) została włączona do głównego nurtu globalnej opieki zdrowotnej. W tym do strumienia pieniędzy na badania, programy profilaktyki etc. Wreszcie do systemu refundacji diagnozy i terapii funkcjonujących w wielu krajach zachodnich, pozostających nadal pod wpływem geopolitycznym płynącym z innego bieguna.

„Toksyczna” i „zagrażająca zwierzętom typu tygrys, łuskowiec, nosorożec”

Krytyka, która ze strony zachodnich uczonych, medyków i czasopism fachowych spadła wtedy na WHO, była rozmiaru sporego tsunami. Sformułowania, że „WHO przeoczyła toksyczność niektórych leków ziołowych i brak dowodów na ich działanie”, czy że jak twierdzą obrońcy praw zwierząt, „będzie to jeszcze bardziej zagrażać zwierzętom typu tygrys, łuskowiec, niedźwiedź i nosorożec, których narządy są wykorzystywane w TCM”, były najłagodniejszymi ze stosowanych w zachodnim medycznym świecie. Krytycznie o rzeczy całej wypowiedziały się w swych komentarzach odredakcyjnych czasopisma fachowe i popularyzujące naukę, od „Science” po „Scientific American”, który nazwał ten ruch „rażącym błędem w myśleniu i praktyce medycyny opartej na faktach” – znanej nam w Polsce bardziej jako „konwencjonalna”.

Faktem jednak pozostaje, że tzw. świat zachodni od co najmniej pół wieku stosuje coraz więcej różnorodnych „chińskich ziółek”, za których aplikowanie cierpiącym biorą się specjaliści mniejszej lub większej klasy, niepochodzący z Państwa Środka. Można rzec zatem, że mleko już dawno się rozlało, a WHO „klepnęła” status quo, nie zaś go generuje.

Czy 4 tys. lat tradycji może się mylić i musi się legitymizować „badaniami klinicznymi 1., 2. i 3. stopnia, prowadzonymi metodą podwójnej ślepej próby”? Oto jest pytanie. Spojrzałam na nie – zwłaszcza w kontekście fitoterapii – najpierw w perspektywie historycznej, bo ona ma szansę nam tu coś wyjaśnić, zanim w rozmowie z Bartoszem Jemiołą zaczęliśmy się zastanawiać, jak „po zachodniemu” ująć, co to qi (czyt. „czi”), meridiany, yin-yang etc. Nie da się tego bowiem tak po prostu przetłumaczyć, do czego jeszcze powrócę.

Dlaczego Chińczycy jedzą zupę z nietoperzy, duszone węże i smażone łaskuny? Wirus na talerzu

Jedzenie rzadkich dzikich zwierząt jest dziś symbolem zamożności, szpanem obliczonym na zaimponowanie biesiadnikom.

zobacz więcej
W medycynie zachodniej jest etap przednaukowy: półmityczny Asklepios, Hipokrates i szkoła z Kos oraz powstanie medycyny humoralnej, zrywającej z koncepcją choroby jako woli czy kary bogów, Arystoteles i jego filozofia naturalna, czyli wiedza o ogólnej budowie świata z czterech „elementów-żywiołów” [4], Paracelsus, dla którego nic nie było ani trujące, ani lecznicze, bo wszystko zależało od dawki – zatem cała długa, od głębokiej starożytności ciągnąca się po koniec XVIII wieku epoka medycyny obserwacyjnej. Gdzie terapie i profilaktyczne diety były oparte o koncepcje czterech żywiołów i humorów. Na Zachodzie, w którym zaistniał prąd myślowy zwany oświeceniem, powstaje jednak metoda naukowa oraz z czasem medycyna oparta na faktach. Pierwsze nieoficjalne i oficjalne sekcje zwłok, idące z czasem w tysiące, konsekwentny rozwój patoanatomii oraz chirurgii, zaczyna się izolowanie „substancji czynnych” z ziół i minerałów oraz synteza chemiczna leków, a wreszcie poszukiwanie eksperymentalne przyczyn chorób: postulaty Roberta Kocha i zakaźnictwo, antyseptyka i wakcynologia, diagnostyka mikroskopowa i patocytologia, odkrycie chromosomów i patogenetyka itd.

W medycynie zachodniej od grubo ponad stu lat nie chcemy terapii, o których nie wiemy, dlaczego działają, nie chcemy efektu placebo, unikamy toksyczności ogólnoustrojowej. Zanim wejdziemy do kliniki, musimy wykonać doświadczenia na komórkach i na zwierzętach, stosujemy wyszukane metody statystyczne, aby policzyć skuteczności, synergizmy i antagonizmy leków. Korzystamy z wielu aparatów diagnostycznych i żywimy przekonanie, że im głębiej zajrzymy do wnętrza człowieka (po poziom biochemiczny czy genetyczny), tym lepiej zrozumiemy chorobę, a zatem będziemy w stanie leczyć ją przyczynowo, a nie objawowo.

Nic takiego w rozwoju medycyny chińskiej nie miało miejsca. To, co się wydarzyło przez te 4 tysiące lat, nie wiązało się z żadnym filozoficznym przełomem, podejście nie uległo zmianie. Postęp polega na dokładaniu kolejnych, szczegółowych, czasem sprzecznych pomiędzy autorami recept. Jednak ich koncepcja i struktura muszą się zmieścić w tej podstawie, którą dali „ojcowie założyciele” w kanonicznych tekstach: „Kanon medycyny Żółtego Cesarza” i „Traktat o uderzeniach zimna”. W jakimś sensie zatem – jeśli chodzi o proces rozwojowy – przypomina to raczej religię niż naukę, zakorzenia się zaś głęboko w taoizmie i konfucjanizmie. Zbiory ksiąg gromadzonych od setek lat w bibliotekach takich, jak cesarska, pieczołowicie kopiowanych, z dopiskami na paginach, z dwoma–trzema dziełami, które są fundamentem. Dopiero pojawienie się w Chinach około 200 lat temu „białych diabłów” wywołało konfrontację z medycyną Zachodu. Chińczycy byli jej jeszcze do niedawna bardzo niechętni i uważali za trucicielską i zwodniczą.
Sklep reklamujący Yartsa Gunbu (Ophiocordyceps sinensis) – grzyb gąsienicowy uważany za afrodyzjak i lek na wszelkie dolegliwości zarówno w tradycyjnej medycynie chińskiej, jak i tybetańskiej. Fot. Jon G Fuller / Eye Ubiquitous / Universal Images Group via Getty Images
I byłoby tak do dziś, gdyby – już za czasów Czang Kaj-szeka oraz niemiecko-brytyjsko-francuskich walk o dominację nad chińskim wybrzeżem – nie pojawiły się gigantyczne ogniska epidemiczne cholery. Chińska medycyna tradycyjna ich nie ogarnęła, a poradziła sobie zachodnia, wyposażona w mikroskop, antyseptykę, zdolność doprowadzenia czystej wody i zaprowadzenia kanalizacji oraz wyposażona w leki chemiczne.

Nie prowadzi badań naukowych, nie wykonuje operacji chirurgicznych

Czasy Rewolucji Kulturalnej to z kolei powrót do chińskich korzeni. Partia komunistyczna wspierała medycynę chińską i uczyniła z niej oficjalnie praktykę państwową. Aczkolwiek wcześniej dołożono starań, aby filozoficzno-metafizyczne „brednie”, które nie przystoją niosącym postęp komunistycznym materialistom z „Czerwona Książeczką” w kieszeni, przypudrowano wyjaśnieniami z zakresu „zachodniej”’ (do pewnego czasu po prostu radzieckiej) anatomii i patologii. Lekarze TCM byli wtedy zsyłani masowo z wielkich miast gdzieś np. pod mongolską granicę, z nakazem pracy i pozostania do śmierci, aby dobrodziejstwo terapii było dostępne wszystkim i „za darmo” (opłaty w naturze były przyjęte).

Medycyna chińska w swej klasycznej formie nie prowadzi badań naukowych, nie docieka fizjologicznych, mikrobiologicznych, histologicznych, biochemicznych czy genetycznych przyczyn obserwowanych w ciele chorego zjawisk czy przemian, nigdy nie sekcjonowała ciała ludzkiego (konfucjanizm tego wprost zabrania), nie wykonuje operacji chirurgicznych. Chińczycy w swej powszechnej mentalności nie czują potrzeby takich dociekań. Ujmując rzecz w sposób nieakceptowalny dla nas, ludzi Zachodu, którym oświeceniowy racjonalizm i empiryzm wbito do głowy w ramach powszechnej edukacji, Chińczyk na pytanie „co to Qi?” odpowie, że „Qi to qi”.

Owo Qi dałoby się chyba najprościej, ale też niekoniecznie adekwatnie, ująć pojęciem „energii życiowej”. W swej klasycznej formie jest ono zatem pseudonaukowe, ale w potocznej? Kto nigdy nie powiedział „jestem wypalony, wypompowany, mam energetycznego doła” niech pierwszy rzuci kamieniem. A coraz częstsze pojawianie się diagnoz typu „zespół przewlekłego zmęczenia”, niekoniecznie wnikających lub zdolnych wniknąć w etiologię tego, co dzieje się z pacjentem, utrwala w nas to pojęcie.

Ani słodki, ani kwaśny, ani gorzki, ani słony. Smak z mleka mamy, czyli umami

Sprawcą złej sławy glutaminianu sodu był zakład dwóch Amerykanów o 10 dolarów, że prestiżowe czasopismo medyczne wydrukuje absurdalne zarzuty w liście od nieistniejącego doktora.

zobacz więcej
Bartosz Jemioła rozmawiał ze mną o TCM z pozycji kształconego na polskich uczelniach magistra farmacji. Uwaga o tyle ważna, że w zachodnim szkolnictwie medycznym fitoterapie są nauczane szczątkowo lub wcale – przedmioty takie, jak farmakognozja to niemal nasza specjalność. Na marginesie: w świecie „prawdziwego Zachodu” (w którym my jesteśmy „Osteuropą”) ziołolecznictwo to niemalże czarodziejstwo. Aczkolwiek nie ma problemu, by z powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego pokrywać w Niemczech czy we Francji (gdzie ziołolecznictwa, jako „guseł” zakazał podczas swych rządów marszałek Filip Pétain) koszt znacznie mniej od fitoterapii osadzonych naukowo praktyk, jak homeopatia czy biorezonans.

Wracając do Qi, Bartosz Jemioła starał się wyjaśnić mi je w oparciu o pojęcia znane nam w swej mocno uproszczonej formie ze szkoły, jak np. równanie Einsteina E=mc2: „Einstenowskie twierdzenie o równoważności masy i energii to dla mnie droga do wytłumaczenia, czym jest Qi. Qi jest zarówno aspektem energetycznym, jak i materialnym. Qi jest w ciągłym ruchu i może się kondensować, przyjmując postać materialną. Zwiększona dyspersja Qi oznacza dematerializację”. Materialną formą Qi jest Xue. Ta forma ma do wykonania określone i niezbędne do życia funkcje. W uproszczeniu bywa to tłumaczone jako „krew”, ale…. W zakres Xue może wchodzić także na przykład, limfa, płyn tkankowy oraz płyn mózgowordzeniowy.

Według TCM, Qi krąży przez kanały zwane meridianami, które mają rozgałęzienia powiązane z różnymi organami ciała. Współczesna nauka twierdzi, że nic takiego w naszym organizmie nie ma, ale jednocześnie w 2018 roku odkrywa nowy, gigantyczny organ ludzki zwany interstitium, który co najmniej na pierwszy rzut oka robi wrażenie, jak z opisu meridian – gdyby miały one sens anatomiczny. No ale przecież nie mają, bo nie w anatomii clou, lecz w identyfikacji jednostek funkcjonalnych (które regulują trawienie, oddychanie, starzenie się itp.). Na to, by uznać, że jakieś punkty w stopie korelują z pracą serca czy nerek, medycyna zachodnia potrzebuje dowodu empirycznego, a nie tradycji, tak już jest skonstruowana. Co nie znaczy, że nie warto dbać o stopy (np. odwiedzać pedologa) i że ich masaż nas nie relaksuje.
Wskazanie 14 meridianów – szkic do akupunktury z ok. 1340 roku, za dynastii Yuan. Fot. 滑寿 Hua Shou - 大字)十四经发挥》Domena publiczna, Wikimedia Commons
Uzyskawszy zachodnią edukację ciężko bez dyskusji uznać, że gdy wbijemy sobie igiełkę pod kciukiem, to przestanie nas boleć ząb, nieprawdaż? Poza tym nie rozwiąże to problemu próchnicy, a w naszym sposobie myślenia na tym nam właśnie zależy. Aczkolwiek, gdy boli tak palec, jak i głowa, a także np. przy wysiękach i krwotokach prawidłowo zastosowana akupunktura pomaga, co wiem z własnego doświadczenia. Zatem nawet medycyna zachodnia godzi się wprowadzić terapie bólu akupunkturą, np. w opiece nad ciężarną, gdy zakazane jest przyjmowanie wielu środków przeciwbólowych – tak jest np. na pograniczu francusko-niemieckim, gdzie ubezpieczenie zdrowotne pokrywa częściowo koszt seansów akupunktury zleconych przez lekarza ginekologa. Tylko trudno nam naukowo ustalić, dlaczego to może działać. Badania trwają, trudno tu jednak zastosować tak klasyczną metodę „podwójnej ślepej próby” bez żadnych tricków – bo jakże leczony ma nie wiedzieć, że mu się igły wbija w ciało? Uczciwie trzeba też powiedzieć, że najpowszechniej stosowany w medycynie zachodniej i w dodatku bez recepty środek przeciwbólowy ze wskazań ogólnych, jakim jest paracetamol, też nie ma w pełni poznanego mechanizmu działania. [5]

Bo boga nie wolno dotykać, rozbierać, osłuchiwać…

W TCM zdrowie postrzegane jest jako harmonijna interakcja między owymi funkcjonalnymi jednostkami i światem zewnętrznym, choroba zaś interpretowana jest jako dysharmonia. Diagnoza ma tu zatem na celu wykrycie jej symptomów przez pomiar pulsu, badania obrazu języka, skóry i oczu, a także przez obserwowanie m.in. snu i nawyków żywieniowych pacjenta. Tu Bartosz Jemioła wyjaśnił mi prawdopodobne źródło historyczne takiego podejścia wyłącznie zewnętrznego: lekarze służyli w czasach najdawniejszych władcom, owi zaś w Chinach byli bogami, a boga nie wolno dotykać, rozbierać, osłuchiwać… Trzeba sobie było zatem poradzić inaczej. Bóg może wystawić język. Wyciąga również rękę w geście łaski, można się złapać…

Jak by nie było, istnieją świadectwa – choćby pochodzące od mego rozmówcy – skuteczności owego systemu diagnostycznego. Jak wyjaśnia: „Język obrazuje stan energetyczny obiegów czynnościowych lub ujmując to prosto – narządów. Pozwala to praktykowi TCM na stwierdzenie, jakiego rodzaju zaburzenie ma miejsce w danym przypadku. Można np. ocenić zaburzenie pracy wątroby, analizując wygląd brzegów języka – charakterystyczne obrzmienie w postaci „oponki” brzegów wskazuje na pewne osłabienie funkcji wątroby (np. intensywne odtruwanie krwi po spożyciu alkoholu). Innym przykładem jest obraz spodu języka, dokładniej gałęzi żyły podjęzykowej. Nabrzmienie oraz widoczne wypełnienie krwią tych naczyń może wskazywać na problemy z nadmierną krzepliwością krwi”.

Częstochowa, do której nie wolno pielgrzymować i Matka Boża, królowa... Chin

Każdy kościół katolicki w Chinach jest „dyskretnie” obserwowany przez nieumundurowanych funkcjonariuszy bezpieki.

zobacz więcej
Brak jest jednak dowodu statystycznego. Populacja Chin nie charakteryzowała się nigdy średnią długością życia wyższą niż w reszcie globu, co uległo poważnej zmianie dopiero wraz z wprowadzeniem masowych szczepień, powszechną poprawą wyżywienia oraz erą antybiotyków. Czyli, jak wszędzie.

Koncepcja ciała i choroby w TCM kładzie nacisk na procesy dynamiczne nad strukturą materiałową, w czym podobna jest do europejskiej teorii humoralnej. Jest zakorzeniona w pojęcia kosmologiczne, np. yin i yang [6] (zatem w systemie dualistycznym – takim, jaki funkcjonował w starożytnej medycynie humoralnej przed Arystotelesem), czy wu xing. W tej ostatniej chińskiej teorii, zamiast arystotelesowskich czterech żywiołów/elementów, mamy ich pięć: znane nam już ogień, woda i ziemia, a ponadto metal i drzewo (wiatr zaś jest zaliczany do czynników chorobotwórczych).

Czyż nie jest to obraz dogłębnie podobny do medycyny panującej w zachodnim świecie aż do końca XVIII wieku, gdzie ciało ludzkie podlegało prawom obejmującym całą przyrodę, a więc lekarz powinien znać całość natury? Wiązane było to z czwórpodziałem natury, w który wierzono również w innych dziedzinach, na przykład w cyklu pór roku i istnieniu czterech żywiołów, a także czterech (występujących w dwóch parach) podstawowych cech materii: ciepła, zimna, wilgotności i suchości.

Nie dziwi zatem, że gdy do Chin i na dwór cesarza Yongli, ostatniego z dynastii Ming, zawędrował w połowie XVII wieku misjonarz, polski jezuita Michał Piotr Boym ze Lwowa, to zachwycił się medycyną chińską. Bo żył w pojęciach z zakresu fizyki i metafizyki, które były bardzo podobnego rodzaju, a jako syn lekarza docenił skuteczność chińskiej fitoterapii. Pojęcia zaś „duchowe” postanowił skutecznie „ochrzcić”, dokładnie tak samo, jak mu się to udało w stosunku do samego cesarza, jego rodziny i dworzan, którzy przeszli na katolicyzm. Temu niezwykłemu Polakowi, orientaliście (prekursorowi tej nauki), o którym niewielu z nas słyszało, zawdzięczamy pierwsze łacińskie tłumaczenia dzieł klasycznej medycyny chińskiej. Choć niestety z tego autorstwa został skutecznie po swej śmierci obrabowany.
Rynek wart 13 miliardów dolarów. I nadal się szybko rozwija

Jest prostym faktem, że badania naukowe nie znalazły histologicznych ani fizjologicznych dowodów na koncepcje TMC, takie jak qi, meridiany, czy punkty akupunktury (aczkolwiek analiza „mumii” Ötziego wykazała na jego ciele dziwaczne, kropkowane tatuaże, które specjaliści od TCM skomentowali, że są dokładnie w miejscach, które należałoby kłuć przy schorzeniach, na które cierpiał ów Lewantyńczyk sprzed ok. 5,5 tys. lat). Tylko, że przecież on nie miał kontaktu z Chinami, co wskazuje, że technologia akupunktury mogła być znana także innym kulturom.

Dlatego nie dziwi, że jeszcze w 2007 roku komentarz odredakcyjny „Nature” na temat TCM i jej „rozpychania się” w zachodnim świecie streszczał tytuł: „Trudne do przełknięcia”. To tekst, gdzie „całus i policzek” ozwały się razem, czytać zatem możemy:

„Firmy farmaceutyczne są, co zrozumiałe, chętne do wejścia na chiński rynek wewnętrzny, który Boston Consulting Group oszacował w zeszłym roku na 13 miliardów dolarów i szybko się rozwija. Kusi ich jednak przede wszystkim perspektywa, że TCM może zawierać wiele potencjalnie dochodowych związków, ukrytych gdzieś w tajemnej gamie mikstur i mieszanek ziołowych. Do zadania znalezienia tych nieuchwytnych klejnotów naukowcy podeszli w typowo redukcjonistyczny sposób, szukając pojedynczych związków, które mogłyby odgrywać rolę w leczeniu określonych chorób. Czasami się to udaje: na przykład artemizynina, która jest obecnie najskuteczniejszym lekiem na malarię, została wyłowiona z chińskich ziół przeciwgorączkowych. Takie jednak historie sukcesu były bardzo nieliczne.

Skoro więc tradycyjna medycyna chińska jest tak wspaniała, dlaczego jakościowe badanie jej wyników nie otworzyło drzwi do morza lekarstw? Najbardziej oczywistą odpowiedzią jest to, że w rzeczywistości ma ona niewiele do zaoferowania: jest to w dużej mierze po prostu pseudonauka, bez racjonalnego mechanizmu działania w przypadku większości swoich terapii. Jej adwokaci odpowiadają twierdzeniem, że naukowcom brakuje aspektów sztuki, zwłaszcza interakcji między różnymi składnikami w tradycyjnych terapiach”.

Jest kwestią bezdyskusyjną, że medycyna jest nie tylko nauką, ale i sztuką leczenia. Dlatego nie wszyscy lekarze są równie dobrzy, a tym bardziej równie dobrze oceniani przez pacjentów. Często niewiele to ma wspólnego z ich naukowym przygotowaniem. Nie da się również wykluczyć, że w konkretnych produktach roślinnych poza samymi substancjami biologicznie czynnymi tkwi siła ich synergizmów, które ciężko się bada i trzeba aż do tego tworzyć całe wielkie roboty.

Czystek jest przereklamowany. Nie doceniamy za to aronii czy czarnej porzeczki

Warto korzystać z dobrodziejstwa roślin leczniczych z głową.

zobacz więcej
W międzyczasie jednak – w dużej mierze po napisaniu wspomnianego tekstu, opublikowanego w „Nature” – powstała cała nowa gałąź nauk medycznych, tzw. biologia systemów. Zajmująca się badaniem interakcji między białkami, genami, metabolitami i składnikami komórek lub organizmów, także w ocenie przydatności tradycyjnych leków chińskich (pojawiły się takie publikacje). Nadal jednak wydaje się problematyczne, aby stosować zupełnie nową technikę, w dużej mierze niesprawdzoną w klinice, w celu sprawdzenia prawdziwości tradycyjnej medycyny chińskiej, „gdy dziedzina ta jest tak pełna pseudonauki” – jak to opisał „Nature”.

Wspomniana wcześniej artemizyna, wyizolowana z bylicy rocznej, to pierwsze w historii lekarstwo, które zaczęło jako „chińskie ziółko przeciwgorączkowe”, a skończyło jako jeden z najskuteczniejszych obecnie leków przeciw malarii, nagrodzony Noblem dla jej odkrywczyni, chińskiej farmaceutki i chemiczki Tu Youyou w 2015 roku. Artemizyna została przez nią odkryta już w 1972 roku, z interwencją chińską w ramach wojny wietnamskiej w tle. Armia chińska bowiem, wspierając Wietkong, siedziała po szyję w bagnie, co kończyło się malarycznie. Artemizyna została wybrana jako skuteczna przeciw malarii dzięki 5 latom ciężkiej pracy chemiczki z ponad 5 tys. tradycyjnych leków chińskich, stosowanych w sytuacji gorączki. Medycyna zachodnia dziś rozumie częściowo jej działanie przeciw zarodźcowi malarii, choć nie jest jasne, dlaczego lek wykazuje aktywność wobec wszystkich stadiów rozwojowych drobnoustroju, bo teoretycznie powinien działać jedynie na ten żyjący w czerwonych krwinkach ludzkich.

WHO nie zaleca monoterapii malarii artemizyną, gdyż pojawia się na nią oporność, zaś TCM leczyłaby nią nawet COVID-19 [7]. Lek jest drogi, jeśli ma być izolowany z roślin, produkują go dziś zatem transgeniczne drożdże, po czym ulega modyfikacjom chemicznym już syntetycznie. Jednak jego odkrycie było wielkim przełomem w terapii tej najpoważniejszej choroby zakaźnej na świecie [8]. Jest też eksperymentalnie stosowany w terapiach przeciwko innym pierwotniakom z królestwa protistów (np. ameba, rzęsistek, świdrowiec) oraz antybakteryjnie. Podobny, choć znacznie wcześniejszy sukces, przeżył na Zachodzie żeń-szeń [9].
Żeń-szeń – Panax. Korzenie o różnych kształtach i rozmiarach konserwowane w alkoholu i wystawione na sprzedaż. Fot. BSIP/Universal Images Group via Getty Images
Chińczycy kontrolują rynek leków „zachodnich”. Czy narzucą swoje?

Co przyniesie przyszłość? Są tu dwa aspekty. Jeden czysto (geo)polityczny. Jest po prostu tak, że zwycięzca walki o światową dominację narzuci swoje zasady w wielu grach. Także w tej farmaceutycznej, zwłaszcza, że Chiny są dziś globalnym producentem substratów dla leków jak najbardziej „zachodnich” i de facto kontrolują ich rynek. Co zostało nieco tylko zahamowane w ramach pandemii, aczkolwiek nie ukrywajmy, że obudziliśmy się na Zachodzie, np. w kwestii stosowanej na cukrzycę metforminy, z „ręką w nocniku”. Ponadto jest jasne, że chińscy lekarze nie zaczną korzystać z dobrodziejstwa naszych europejskich czy amerykańskich roślin leczniczych, skoro jest to u nas bardzo marginalna część farmakopei. Uważają oni zresztą nasze leki ziołowe – jak wyjaśnił mi Bartosz Jemioła – za w większości przypadków pozbawione uściślonej farmakologii według TCM (aczkolwiek, jak miałoby to być możliwe, skoro nie były tam stosowane) lub słabsze. No cóż, u nas, jeśli mają być lekami a nie suplementami diety, czeka je ten sam proces rejestracyjny, co całą resztę. Na Zachodzie również ciężko o uzyskanie patentu na naturalne składniki roślinne, a zatem bardzo wielki nakład środków zainwestowanych w poszukiwania prawdopodobnie nie przyniesie zysków.

Drugi aspekt jest naukowy. Są rzeczy na niebie i ziemi, o których się nie śniło naszym filozofom. Być może zatem kategoryczność sądów na temat tego, na ile koherentna z medycyną Zachodu, a na ile z nią dywergentna jest TCM, ulegnie przesunięciu w stronę koherencji? Na ten temat opublikowano już w 2011 roku na łamach tegoż samego prestiżowego periodyku „Nature” obszerny tekst autorstwa Penga Tiana z pekińskiego „The Economic Observer”. Nie jest to tekst biologa czy lekarza, ale… Autor zadaje tam pytanie poważne: „Jeśli TCM zostanie zmodernizowana do tego stopnia, że będzie mogła przedstawiać uzasadnione naukowo twierdzenia, czy może zaoferować nowe perspektywy, które przyniosą korzyści współczesnej medycynie – w tym wskazówki, jak radzić sobie z najmniej uleczalnymi chorobami i stanami? I podobnie, czy nowe perspektywy rozwijane na Zachodzie, takie jak biologia systemów, mogą pomóc położyć naukowe podstawy pod TCM?”. Nie jest zadekretowane, że odpowiedź na te pytania brzmi: „2 x NIE”. Są bowiem rzeczy…

Zbawienne dla młodości i zdrowia. Czy ratują też przed koronawirusem?

Jak przyjdzie trzecia fala COVID-19, ta jesienno-zimowa, to będzie już kiszona kapusta, ogórki i wszystko, co ukisimy właśnie teraz.

zobacz więcej
Gdy na składy chemiczne chińskich leków ziołowych patrzy Bartosz Jemioła, widzi przykłady konwergencji między fitoterapią zachodnią a TCM. Dla przykładu: znany surowiec leczniczy w obydwu medycynach – liść mięty pieprzowej (Mentha piperita) – według zasad TCM posiada smak ostry oraz charakter chłodny. Nasza farmakologia poucza zaś, że olejek eteryczny z mięty zawiera duże ilości mentolu, który jest drażniący dla błon śluzowych (smak ostry) i stymuluje receptory zimna (nasz mózg obiera to jako informacje o chłodzie). Drugim przykładem może być efekt działania wspomnianego żeń-szenia. Pod względem fitochemii, żeń-szeń właściwy (Panax ginseng) zawiera specyficzne substancje saponinowe: panaksozydy oraz ginsenozydy. Wykazano, iż działają one ochronnie na mitochondria i siateczkę cytoplazmatyczną (centra metabolizmu komórkowego), immunostymulująco, podnoszą też poziom noradrenaliny i dopaminy w układzie nerwowym (pobudzająco). Stymulują komórki do syntezy aminokwasów i białek.

Jeżeli ten surowiec przeanalizować pod kątem działania według dwóch założeń – TCM i fitoterapii zachodniej – to można znaleźć pewne punkty wspólne: TCM określa jego działanie jako podnoszące Yang (czyli wzmagające aktywność obiegów czynnościowych) oraz usuwające zastoje Qi ze śledziony i płuc. W odniesieniu zachodnim odpowiada to działaniu immunostymulującemu (wpływ na śledzionę), pobudzającemu i wzmagającemu aktywność (wpływ na neuroprzekaźniki i ochrona mitochondriów, powodująca większą wydajność procesów dostarczających organizmowi energii). Ma też działanie niepożądane przy długotrwałym stosowaniu: możliwość wystąpienia nadciśnienia (wg zasad TCM, wysoki poziom Yang bardzo często wskazuje na obecność nadciśnienia tętniczego).

Lekarz medycyny i lekarz TCM zbadali tego samego pacjenta…

Chińska medycyna ziołowa identyfikuje i leczy syndromy, a nie coś, co my nazywamy zdiagnozowaną chorobą, a co ma swój numer w klinicznym zestawieniu WHO. System TCM wydaje się znacznie dokładniejszy w tym sensie, że wyróżnia swoimi metodami co najmniej kilka syndromów w jednej zachodniej diagnozie. Dziś uczeni chińscy, we współpracy z zachodnimi instytutami badawczymi, stosują te dwa różne systemy diagnostyczne i terapeutyczne w badaniach porównawczych skuteczności. Następnym krokiem jest analiza metabolitów pacjentów, w celu znalezienia podstawowych różnic biochemicznych między różnymi syndromami wg TCM, aby sprawdzić, czy istnieje związek między diagnozami medycyny chińskiej a współczesnymi definicjami medycznymi [10].

Medycyna alternatywna to dochodowy biznes i szalbierstwo

Jakub Zawiła-Niedźwiecki, bioetyk: Jeśli ktoś głęboko wierzy w moc picia ziół czy zażywania borsuczego sadła, a stosowanie ich łączy z opieką medyczną, to być może mu pomogą znieść trudy leczenia.

zobacz więcej
Biorąc na świadków chińskich fachowców typu Daqing Zhang, dyrektor Centrum Historii Medycyny na Uniwersytecie Pekińskim, Peng Tian zapewnia też, że: „Praktyka medyczna TCM jest procesem prób i błędów i dotyczy zrozumienia i kontroli ziół z chińskiej Materia Medica. Teorie filozoficzne powstały później, aby zapewnić ramy wyjaśniające dla praktyk i są wykorzystywane do zdobycia zaufania pacjentów”. Nie ukrywam, że nie byłoby źle, gdyby lekarze na Zachodzie lepiej opanowali sztukę komunikowania pacjentowi, co z nim jest nie tak i jak będzie leczony. Aczkolwiek nie zachęcam do wykorzystywania w tym celu pojęć z zakresu filozofii greckiej czy guślarstwa. Może warto dużo lepiej uczyć w szkołach biologii? O czym zresztą pandemia przekonuje nas każdego dnia.

Mój rozmówca na koniec opowiedział mi anegdotę: lekarz medycyny i lekarz TCM zbadali tego samego pacjenta w kierunku schorzenia wątroby. „W biochemii krwi pacjent ma podwyższone ASPAT i ALAT, wskazuje to na stan zapalny wątroby” – powiedział lekarz. Specjalista TCM rzekł: „Na języku chorego widać, iż ma zastój Qi w obiegu wątroby i pęcherzyka żółciowego, na pulsie można wyczuć wzniesiony Yang obiegu wątroby, dodatkowo chory skarży się na bóle głowy”. Lekarz postanowił: „Zlecę mu badania tomografem, czy przypadkiem nie zarzyna rozwijać się nowotwór. Niestety niewiele jest leków wzmacniających wątrobę, a większość opiera się i tak na wyciągach ziołowych”. Specjalista od TCM postanowił: „Sporządzę odpowiednią recepturę z chińskich roślin leczniczych oraz podam zalecenia dietetyczne”. Zdaniem Bartosza Jemioły, połączone działania obu lekarzy, medycyny konwencjonalnej i TCM, mogłyby przynieść choremu największą korzyć. A przecież na tym polega medycyna w swym pierwotnym założeniu – na niesieniu skutecznej pomocy potrzebującym.

Dla mnie nie jest jednak jasne, czy te chińskie zioła by pacjentowi pomogły, skoro nie ma na to dowodów z badań klinicznych. Aczkolwiek ten czas może nadejść. Dziś na tomy już można liczyć monografie ziół chińskich w języku polskim, z opisanymi pełnymi składami chemicznymi większości tych roślin – a dobry farmaceuta wie, jak to czytać [11]. Z drugiej strony nie brak publikacji, próbujących przetłumaczyć składy chemiczne europejskich czy amerykańskich roślin leczniczych na język zrozumiały dla fitoterapeutów TCM, czyli obejmujący system syndromów, nie zaś diagnoz [12].

Mam jednak wrażenie, że gdy te wszystkie uczone słowa na temat TCM „oskrobać” z dialektyki, treściwe pytanie brzmi: czy naukowe elity Zachodu godzą się na powrót spirytualizmu do medycyny? (Nie mylmy tego z powrotem do niej religii czy ortodoksyjnie pojmowanej etyki chrześcijańskiej). Moim zdaniem czas na to jeszcze nie nadszedł, ale Era Wodnika dopiero się rozkręca, a kto dziś jest studentem, za ćwierć wieku będzie profesorem – i będzie wyznaczał kierunek.

– Magdalena Kawalec-Segond,
biolog molekularny i mikrobiolog, współautorka „Słownika bakterii” (Adamantan, Łódź 2008)


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Przypisy:

[1] Te dane odnosiły się do zastosowania konkretnej mieszanki w Wuhan, natomiast bardziej spektakularne dane dotyczą innej mieszanki, stosowanej w prowincjach Shaanxi i Hei Long Jiang - tam skuteczność była na poziomie 96 proc. Tadeusz Błaszczyk „Życie w cieniu coronawirusa – samoleczenie i samodiagnozowanie się medycyną chińską”. Wyd. Proherba, Konstancin - Jeziorna, 2020 (Książka polskiego specjalisty w dziedzinie TCM: ogólne zasady leczenia COVID-19 wg medycyny chińskiej)
https://ichgcp.net/pl/clinical-trials-registry/NCT04530617;
http://www.medycyna-chinska.com/wp-content/uploads/2020/03/Leczenie-COVID-19.pdf
wróć

[2] https://wkreconywzielone.pl] wróć

[3] Jedenasta edycja International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems, ICD: https://www.who.int/standards/classifications/classification-of-diseases wróć

[4] Humoralny pogląd na patologię zakładał istnienie czterech płynów ciała (humorów): krwi, żółci, śluzu (flegmy) i czarnej żółci, które wypełniają ciało, a ich wzajemne stosunki wpływają na zdrowie i temperament. Pozostawało to w relacji do podstawowych znanych w świecie antycznym pierwiastków świata (woda, ziemia, ogień, wiatr). wróć

[5] Toczy się debata na temat jego głównego miejsca działania, którym może być hamowanie syntezy prostaglandyn (PG) lub aktywny metabolit wpływający na receptory kannabinoidowe (https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/18811827/) wróć

[6]. Metafizyczna koncepcja yin i yang opisuje dwie pierwotne i przeciwne, lecz uzupełniające się siły, które odnaleźć można w całym wszechświecie:

• YANG (dosłownie rozumiane jako światło słoneczne) reprezentowana przez biel i Słońce oznacza siłę, aktywność, radość, ciepło i lato, symbolizuje męski aspekt natury, ekstrawersję oraz liczby nieparzyste, symbolizuje ogień, ziemię lub metal. Kolor czerwony;

• YIN (dosłownie rozumiane jako „zachmurzenie, zaciemnienie”) reprezentowana przez czerń i Księżyc, oznacza bierność, uległość, smutek, chłód i zimę, symbolizuje żeński aspekt natury, introwersję oraz liczby parzyste. Yin symbolizuje woda lub drewno. Kolor niebieski.

Wzajemne oddziaływanie yin i yang jest przyczyną powstawania i zmiany wszystkich rzeczy. Z nich powstaje pięć pierwiastków (ogień, woda, ziemia, metal, drewno), a z nich – wszystkie inne rzeczy. Wśród sił natury da się zauważyć stany yin i yang będące w ciągłym ruchu.
wróć


[7] https://ichgcp.net/pl/clinical-trials-registry/NCT04530617 wróć

[8] Podobnie jak odkrycie produkowanych przez bakterie glebowe avermektyn (także robiącej dziś niemały szum w ramach pandemii ivermektyny) stanowiło przełom terapeutyczny w filariozie czy ślepocie rzecznej wywoływanej przez robaki. Dlatego Chinka musiała się w 2015 roku podzielić Noblem na pół z tandemem William C. Campbell i Satoshi Ōmura, którzy odkryli avermektyny. wróć

[9] Według TCM, żeńszeń, ze względu na swoje działanie adaptogenne, stymuluje zarówno sferę psychiczną, jak i fizyczną oraz ma wpływ anaboliczny. Idealnie zatem wpasował się w realia zachodniego stylu życia, w którym każdy pożądał środka pozwalającego na sprawniejsze funkcjonowanie podczas intensywnej pracy lub osiąganie lepszych wyników. Obecne technologie hodowli tkanek roślinnych pozwalają na zaspokojenie bardzo dużego zapotrzebowania na wyciągi z korzenia żeń-szenia, co byłoby niemożliwe w przypadku pozyskiwania ich z tradycyjnych upraw, bowiem żeń-szeń rośnie powoli i dopiero po 15 - 20 latach surowiec można przetwarzać. wróć

[10] Jak w artykule z „Nature” z 2011 roku wyjaśnia Aiping Lu, dyrektor Instytutu Podstawowych Badań Medycyny Klinicznej, w jednym z badań jego zespół wykorzystał 18 różnych objawów klinicznych TCM, aby zaklasyfikować pacjentów z reumatoidalnym zapaleniem stawów do czterech podgrup, odpowiadających występowaniu objawów stawów (tkliwość, obrzęk i sztywność), typowi zimna (stawy i kończyny są zimne w dotyku, a pacjent ma nietolerancję zimna), niedobory (w tym osłabienie, zawroty głowy, zmęczenie i nokturia) i gorąco (w tym uczucie gorąca w stawach, rozdrażnienie, gorączka i pragnienie). Następnie wszyscy pacjenci zostali losowo przydzieleni do przyjmowania nowoczesnych terapeutyków lub leczenia TCM. Każda podgrupa zdefiniowana przez TCM reagowała inaczej na leczenie. „Wyniki pokazują, że podział na syndromy wg TCM poprawiły skuteczność zarówno terapii TCM, jak i nowoczesnych interwencji medycznych”. Warto zauważyć, że pacjenci z objawami o typie przeziębienia lepiej reagowali na współczesną medycynę, podczas gdy ci z niedoborem odnieśli najwięcej korzyści z TCM. wróć

[11] T. Błaszczyk. „Leczę ziołami chińskimi”. Wyd. Proherba, Podkowa Leśna, 2019. wróć

[12] Np. Jeremy Ross „Combining Western Herbs and Chinese Medicine. A Clinical Materia Medica. 120 Herbs in Western Use” Eastland 2012. wróć

Źródła:

https://edition.cnn.com/2019/05/24/health/traditional-chinese-medicine-who-controversy-intl/index.html

https://link.springer.com/article/10.1007/s00508-020-01625-w

https://www.nature.com/articles/480S84a

https://www.nature.com/articles/448106a

Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Talibowie. Who is who. Przewodnik po władzach Afganistanu
Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ze skoczni na rower. Z nart na bieżnię. Z płotków na bobsleje
Primož Roglič i inni sportowcy wszechstronni.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksperci – największa plaga Ameryki
Fachowcy od urządzania innym życia wedle naukowych metod.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dlaczego cukrzycy są bardziej narażeni na ciężki COVID-19?
Czwarta fala może być niewesoła, jeśli wziąć pod uwagę, że w otyłości dobiliśmy do statystyk USA!
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eurokraci zgrzytają zębami. Francuz gorszy niż Polacy
Kandydat na prezydenta Francji zaatakował podstawy Unii Europejskiej, której przez dekady wiernie służył.