Felietony

Pozamykane bramy, pogrodzone osiedla, wszędzie płoty

Rzecz nie dotyczy tylko miasta. Już nie można mówić, że miedza dzieli. Polska wieś, zwłaszcza ta, gdzie są letniskowe osady, jest pocięta na kawałki i „wyhaftowana” płotami, siatkami, drutami i parkanami.

Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza …Ha! Mamy chyba problem i to nie z tym – oby znanym – cytatem, ale z jego treścią i pięknym przesłaniem. Brama bowiem już nikogo nie zaprasza. Bramy w Polsce nie tylko są pozamykane, ale też jest ich coraz więcej.

Furtki, wrota , bramy, szlabany i płoty mnożą się jak grzyby po deszczu. I cóż, że prócz tych szkaradnych, bylejakich w wielu miejscach pojawiają się coraz bardziej artystyczne, kute, w listeczki, kwiaty i inne wymyślne wzory? Że obok szkaradnych płotów z betonu rosną parkany drewniane, z eleganckich sztachet albo z porządnej siatki.

W deweloperskich ofertach i dostępnych wszędzie reklamach królują „zamknięte osiedla”. I gdybyż chodziło tylko o nowe osiedla! Ambicją wielu zarządów wielu tradycyjnych spółdzielni mieszkaniowych, często podzielonych teraz na mniejsze, jest właśnie brama i płot: żeby to było tylko nasze. Nasze, nasze, nasze! Tylko dla naszych samochodów i tylko dla naszych dzieci! Żadne inne, małe brudasy nie będą nam się kręcić po naszym osiedlu!

– To w pewien sposób zrozumiałe – broni sprawy znajomy psycholog, który zastrzega anonimowość nie tylko dlatego, że nie ma żadnych badań pod ręką, ale też popiera ogrodzenia i bramki i umie to uzasadnić. – Ludzie mają potrzebę ochrony swojej prywatności, izolowania się przed obcym, którego nie chcą wpuszczać do swojej przestrzeni i to z wielu przyczyn. Bo będzie nas widział, a my nie chcemy? Bo może sprofanuje naszą przestrzeń, zabrudzi, zapaskudzi? Zakłóci nam poczucie bezpieczeństwa?

To dlaczego w mickiewiczowskim zaścianku brama była na wciąż (prof. Stanisław Pigoń wyjaśniał, że to znaczy „na oścież”) otwarta i gościnnie zapraszała? Czy to kresowe dziedzictwo już nic nie znaczy? Pamiętam moje wileńskie ciotki, które – jak w Soplicowie – zawsze miały dom otwarty i zawsze było w nim coś na ząb. A przecież czasy były biedne, a i domy wykorzenionych z Kresów to były po prostu małe peerelowskie mieszkania. Ale brama była tam zawsze otwarta….

Na przełaj przez dwa podwórka

Bramy i płoty to jest dopiero czubek góry lodowej. Sama góra bowiem ma rozmiary bliżej nieznane: chodzi także o pozamykane tradycyjne przejścia między domami w zabudowie miejskiej, o blokowane szlabanami, barierami i słupkami osiedlowe drogi i dróżki, o pozmienianą tkankę miejską.
Z bramy do bramy, z podwórka na podwórko. Dziś to już niemożliwe. Na zdjęciu: kamienica przy ul. Noakowskiego 16 w Warszawie. Fot. Krystian Maj/Forum
Nie można już wejść na staromiejskie podwórko, żeby je pokazać dziecku czy gościowi z zagranicy, jeśli się nie zna kodu. Nie można już sobie skrócić drogi, biegnąc na przełaj przez dwa podwórka i jedną bramę, żeby wypaść na inną ulicę. Nie trzeba wcale odwoływać do historycznych wspomnień z „Kamieni na szaniec” albo „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie” czy do opisów z czasu stanu wojennego, żeby zrozumieć, jak możliwe były ucieczki przed pościgiem, jak można było kluczyć i wyskakiwać po przejściu trzech kamienic na zupełnie inne, spokojne, miejsce.

Nie trzeba historycznych wspomnień, bo zupełnie młody człowiek, lat 26, który wychował się w sercu stolicy, tuż obok sławnej i zasłużonej Hali Koszyki, z żalem wspomina czas – niedawnego przecież – dzieciństwa, kiedy po szkole przemykał z chłopakami przez podwórko, wypadał na zaplecze „Koszyków” i wpadał na następne podwórko, aby wyjść przez bramę na równoległą ulicę Noakowskiego.

A dziś? – Wszystko pozagradzane, pozamykane, nawet nie ma jak narzeczonej pokazać starych szlaków – żali się młody warszawiak.

– Za każdym razem, kiedy jadę do syna na Bemowo (stosunkowo nowa, wielka dzielnica stolicy – przyp. red.) zastanawiam się, czy znajdę do zaparkowania miejsce, z którego dojdę takim skrótem jak poprzednim razem, bo wciąż wyrastają tam nowe płoty – opowiada z kolei stary warszawiak. On też nie pokaże wnukom z Bemowa miejsc na Starym Mieście, gdzie się bawił jako dziecko, bo dawne podwórko ciotek jest zamknięte – i koniec. Nie znasz kodu do furtki, nie wejdziesz. Czy miasto jest jeszcze nasze? Nasze już bez cudzysłowu? Kto z nas próbuje się przeciwstawiać, bo mnie się jeszcze nie zdarzyło.

– Tu nie chodzi o kody do furtek, tylko o kody do naszych głów – mówi psycholog.

Własny dach nad głową tylko dla wybranych. Wyzysk mieszkaniowy czy wolny rynek?

Chyba jeszcze nigdy mieszkania w Polsce nie były tak drogie.

zobacz więcej
To, co się w nich porobiło? Tak długo musimy „odpracowywać” różne bóle i rany zadane przez komunę, kiedy z kolei nic nie miało być „nasze” i „moje”? Nawet nie odwołując się do poważnych badań, można stwierdzić, że rozwarstwienie rośnie. Klasowe?

Odstraszyć wszystkich

A przecież rzecz nie dotyczy tylko miasta! Już nie można mówić, że miedza dzieli. Polska wieś, zwłaszcza ta, gdzie są letniskowe osady, jest pocięta na kawałki i „wyhaftowana” płotami, siatkami, drutami i parkanami.

Spacerowałam niedawno z gościem z Warszawy wzdłuż dzikawego wciąż brzegu Wisły na często przeze mnie opisywanych kilometrach biegu rzeki, 576. i jeszcze kilku. Tam też pojawiają się oznaki „naszości”: otóż na „swoim” kawałku brzegu – czyli tym, na który wychodzi brama od posesji – jej właściciel lubi odstraszać wędkarzy, którzy przyjeżdżają z miasta, rozkładają foteliki i – o zgrozo – nawet plandekę nad nimi, i zasiadają na całą noc z nadzieją, że będzie branie. Właściciel ustawia więc nawet własne znaki drogowe, żeby ostrzec, że można tam wpaść do rzeki!

– Jeszcze gorzej jest nad jeziorami – objaśnił mi gość, zapalony kajakarz. – Sam parę lat temu w okolicach jeziora Serwy trafiłem do agroturystyki, której zabudowania były oddalone od brzegu. A właściciele działek położonych nad samym brzegiem poodgradzali się elegancko i to w taki sposób, że nie było jak wejść z zewnątrz do jeziora.


A przecież jest coś takiego jak prawo wodne! Wie o nim każdy zaawansowany miłośnik kajakowych wypraw szlakami śródlądowych rzek i jezior. Prawo wodne mówi mianowicie w artykule 32. że: 1. Każdemu przysługuje prawo do powszechnego korzystania z publicznych śródlądowych wód powierzchniowych, morskich wód wewnętrznych oraz z wód morza terytorialnego, jeżeli przepisy ustawy nie stanowią inaczej.

2. Powszechne korzystanie z wód służy do zaspokajania potrzeb osobistych, gospodarstwa domowego lub rolnego, bez stosowania specjalnych urządzeń technicznych, a także do wypoczynku, uprawiania turystyki, sportów wodnych oraz, na zasadach określonych w przepisach odrębnych, amatorskiego połowu ryb.


Gdyby to było niejasne, to mamy jeszcze artykuł 232: 1. Zakazuje się grodzenia nieruchomości przyległych do publicznych śródlądowych wód powierzchniowych oraz do brzegu wód morskich i morza terytorialnego w odległości mniejszej niż 1,5 m od linii brzegu, a także zakazywania lub uniemożliwiania przechodzenia przez ten obszar.
Latem nad jeziorem Necko w Augustowie. Tu dostęp mają wszyscy. Fot. Adam Bolewski/Forum
A więc nad wodą wszystko jest oczywiste: nie można grodzić terenu i urządzać prywatnej plaży. Dostęp do jeziora czy rzeki przysługuje każdemu. Właścicielem tych wód jest Skarb Państwa. Co nie znaczy, oczywiście, że nie dochodzi do łamania prawa. I nie należy się na to zgadzać, co już wymaga jakiegoś zaangażowania, także wiedzy, może przełamania niewiary w sens obywatelskiego działania, może wyjścia ze swej splendid isolation. Czy warto? Czy to się da zrobić?

W krótkim wakacyjnym artykule powinno być słonecznie, lekko, wesoło i optymistycznie. Dlatego na zakończenie jeszcze jeden przykład z „mojego” odcinka biegu rzeki Wisły: Na kolejnym, 577. jej kilometrze, rozmiłowani w swej rzece mieszkańcy przy wsparciu burmistrza umocnili wysoki brzeg, oczyścili, przygotowali do parkowania – żeby jak najwięcej osób mogło tam przyjeżdżać, zrzucić łódkę, korzystając z wygodnego zejścia na brzeg i cieszyć się nieujarzmioną jeszcze przyrodą, wiatrem i słońcem, rybami i swobodą. Bez bramek, bez furtek i zasieków.

– Barbara Sułek-Kowalska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Ambicją wielu zarządów tradycyjnych spółdzielni mieszkaniowych jest właśnie brama i płot. Fot. Marcin Dlawichowski/Forum
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Poprawiny
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Osiołkowi...
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Wino z farfoclami. Czyli spokojny sen Bachusa
Jakość win, nawet tych najtańszych, supermarketowych, ciągle rośnie. Ceny pewnie spadną, ale jakość się utrzyma.
Felietony Najnowsze wydanie
Przekłute balony pychy. Gorzka pigułka dla autorytetów III RP
„Kisiel” pozwalał sobie w „Dziennikach” na brutalną szczerość.
Felietony Poprzednie wydanie
Koguty
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.