Historia

Kto naprawdę uratował „Bitwę pod Grunwaldem”

Choć historię ewakuacji i ukrycia „Bitwy pod Grunwaldem” przed Niemcami opisywało wielu autorów, to po 80 latach od tamtych wydarzeń wciąż żyjemy w kłamstwie. Informacja o roli Stanisława Kalinowskiego i Romana Ślaskiego nie może się przebić. Ani do mediów, ani do literatury. – Propagandziści z organów PKWN chichoczą w grobach, bo okazuje się, że wykonali świetną robotę – mówi historyk dr Gapski.

W ostatnich dniach sierpnia 1939 r. w warszawskiej Zachęcie musiało być gorąco. I to nie tylko za sprawą letnich upałów, które przedwojenne gazety nazywały tropikalnymi. Na trzy dni przed wybuchem II wojny światowej, po ogłoszeniu mobilizacji, do stolicy wrócił Stanisław Mikulicz-Radecki, dyrektor administracyjny Zachęty i w obliczu zbliżającego się kataklizmu zarządził pakowanie zbiorów.

Pracownikom musiała towarzyszyć nie lada nerwowość. Do ewakuacji musieli przygotować m.in. wielkie dzieło mistrza Matejki „Bitwę pod Grunwaldem”. Wówczas eksponowana była w Zachęcie, która to odkupiła słynny obraz od spadkobierców warszawskiego bankiera Dawida Rosenbluma. Ten wcześniej nabył go u Matejki jako inwestycję. Wysyłał „Bitwę” w rozliczne zagraniczne podróże i zarabiał na biletach kupowanych przez admiratorów malarstwa.

Jak zdjąć „Bitwę” ze ściany? To ponad 40 metrów kwadratowych pokrytego farbą płótna o wadze około 1,5 tony. A w Zachęcie obecni byli tylko ci pracownicy, którzy nie zostali powołani do wojska. Ochotników do zdejmowania „Bitwy” ze ściany trzeba było szukać wśród przechodzących nieopodal Zachęty przechodniów. Tak zaaranżowana ekipa nie miała doświadczenia w manewrach znacznej wielkości płótnami, mało brakowało, by przy zdejmowaniu „Bitwy” nie doszło do tragedii. Dzieło, które runęło na ziemię omal nie przygniotło wicedyrektora Zachęty, malarza Stanisława Ejsmonda.

Płótno udało się w końcu wyjąć z ram i nawinąć na spory drewniany wał o średnicy około 1 m – razem z innym zdeponowanym w Zachęcie matejkowskim obrazem „Kazaniem Skargi”. Zwinięte płótna, zaszyte w ceratę trafiły do wyłożonej azbestem drewnianej skrzyni. Włożono do niej jeden z trzech egzemplarzy protokołu ewakuacyjnego i zamknięto wieko.

Konną platformą do Lublina

Tak przygotowany pakunek o długości blisko 5 m czekał już tylko na transport. I choć wybuchła już wojna, mijały kolejne wrześniowe dni, ale nic w tej sprawie nie dawało się zrobić. Warszawski magistrat rozkładał ręce, tłumacząc kierownictwu Zachęty, że nie ma ani odpowiedniego pojazdu, ani benzyny by wywieźć „Bitwę” na wschód. W dyrekcji Zachęty narastała rezygnacja. Z braku transportu planowano zostawić wał w pakowni gmachu galerii i go zamaskować.
Stanisław Radecki-Mikulicz, dyrektor biura Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie. Lata 30. XX wieku. Fotografia z dachu Pałacu Prasy w Krakowie. Fot. NAC/IKC
Jednak 6 września w nocy Mikulicz-Radecki usłyszał przez radio wezwanie prezydenta miasta do kierowców ciężarówek, by zgłaszali się do Zakładu Oczyszczania Miasta. „Jeżeli są potrzebni szoferzy, to znaczy, że są samochody i jest benzyna. Ubrawszy się, pospieszyłem do ZOM. Przyjął mnie dyrektor ZOM płk Meyer, który kategorycznie oświadczył, że na jakieś tam obrazy nie ma samochodu, bo są stokroć ważniejsze rzeczy do ratowania” – wspominał Mikulicz-Radecki w swojej relacji odnalezionej po latach w rodzinnych papierach i opublikowanej w 1966 r. w czasopiśmie „Stolica”.

Płk Mayerowi Mikulicz-Radecki przyniósł jednak dyspozycję od prezydenta miasta i mógł wybrać samochód. Tyle, że żaden do transportu „Bitwy” się nie nadawał, bo same ważyły mniej niż skrzynia z dziełami Matejki i mogły przewieźć ledwo dwumetrowy ładunek, a nie skrzynię o długości blisko 5 metrów.

Mikulicz-Radecki nie dał jednak za wygraną. „Zauważyłem na podwórzu ogromne 4 -metrowe platformy konne, na świetnych resorach i balonowych kołach. Płk Meyer dał mi bez trudności taką platformę, parę olbrzymich koni, zapas owsa i siana na kilka dni oraz furmana, który jednakże postawił jako warunek, że będzie wolno zabrać żonę i dwoje dzieci”.

I tak kiedy wojska Niemieckie opanowywały centralną Polskę i docierały do przedmieść Warszawy, o godz. 5.30 nad ranem furman z rodziną, Mikulicz-Radecki z żoną i Stanisław Ejsmond ruszyli w drogę do Lublina, by tam ukryć „Bitwę pod Grunwaldem”.

Zbiory łupili Niemcy, Sowieci i władcy PRL. Stuletni magazyn „prezentów” wciąż o nie walczy

Marszałek Rokossowski w 1949 r. zabrał z muzeum i podarował Stalinowi 20 sztuk cennej broni palnej z XV-XVIII w. Rok później szable z XVII-XVIII w. sprezentował chińskiemu marszałkowi Zhu De.

zobacz więcej
To zresztą nie był pierwszy raz, kiedy Ejsmond uczestniczył w ewakuacji „Bitwy”. Po wybuchu I wojny światowej też Ejsmond, tyle że Franiczek – ojciec Stanisława, brał udział w akcji wywiezienia obrazu Matejki do Moskwy, gdzie zrolowana „Bitwa” przeczekała wojenną zawieruchę. Do kraju wróciła dopiero w 1922 r.

Tym razem na wschód jechała pod ostrzałem Luftwaffe. Choć Mikulicz- Radecki w opisie drogi do Lublina jest oszczędny („Droga do Lublina, bardzo uciążliwa z powodu zatłoczenia szosy przez uchodźców i ustawiczne naloty bombowców niemieckich, trwa 2 dni” – wspomina), to zdaniem historyka Biura Badań Historycznych IPN Tomasza Sudoła przedarcie się ze skrzynią z obrazami na wschód było brawurową akcją ludzi pełnych poświęcenia.

– Droga Warszawa-Lublin była dla niemieckiej Luftwaffe jednym z intensywniej ostrzeliwanych celów, bo tamtędy ewakuowały się władze, oddziały wojskowe i ludność cywilna. Ze wspomnień żołnierzy niemieckich, którzy przemieszczali się nią około 13-15 września wynika, że widok był makabryczny, taki, jakiego nie widzieli nawet podczas I wojny: wokół trupy, zniszczone kolumny samochodów, martwe konie. Droga była zupełnie niedrożna, Niemcy nie byli w stanie przemieszczać się nią ani ciężarówkami, ani pojazdami gąsienicowymi. To, że pod takim niemieckim ostrzałem udało się z obrazem dojechać do Lublina, to cud – mówi historyk.

Platforma z „Bitwą” do Lublina dotarła 9 września o 5 rano. W drodze do ekipy ewakuującej obraz dołączył malarz Bolesław Surałło-Gajduczeni, który do Lublina zmierzał na rowerze.
Przedwojenny Lublin dobrze prezentował się na zdjęciach. Fot. NAC/IKC
Skrzynię z „Bitwą” zdjęto na dziedzińcu Muzeum Lubelskiego mieszczącego się wówczas przy ul. Narutowicza 4, a Mikulicz-Radecki z żoną oraz Ejsmond z Surałło-Gajduczenim rozdzielili się, by załatwić formalności w urzędach. Po godzinie mieli się spotkać na śniadaniu, ale plany pokrzyżowało bombardowanie Lublina. Mikulicz-Radecki z żoną ukryli się w kościele przy ul. Krakowskie Przedmieście, Ejsmond z Surałło-Gajduczenim byli w magistracie, w który trafiły niemieckie pociski. Obaj zginęli.

„Bitwa” ocalała i to pomimo tego, że jedna z bomb trafiła w budynek muzeum. Zwinięte w rulon dzieła Matejki zostały przeniesione do sali czytelni w gmachu muzeum. Ukryto je, obudowując rulon drewnianą ladą.

– Niemcy byli pewni, że „Bitwa” dotarła do Lublina. Wywiad niemiecki, jak się okazało, był bardzo sprawny, dostarczał mnóstwo informacji – mówi dr Marcin Gapski, historyk z Muzeum Narodowego w Lublinie. I dodaje: – Trzeba pamiętać o niemieckiej V kolumnie działającej w Polsce. Na terenie przedwojennej Polski mieszkały tysiące Niemców, nie tylko na Śląsku. We Wschodniej Polsce były dziesiątki niemieckich wsi z osadnictwa XIX-wiecznego. Na samej Lubelszczyźnie było ich kilkanaście. Nie oskarżam ich mieszkańców, większość z nich było lojalnymi obywatelami RP. Chcę jednak pokazać, że Niemcy mieli możliwość stworzenia w naszym kraju sprawnie działającej siatki wywiadowczej.

Czy Goebbels oferował 2 mln marek?

Szanujmy obciach. Po latach wyśmiewania, Matejko wraca na pozycję mistrza

Czuł się jak Stańczyk, dostrzegając zagrożenia dla ojczyzny, podczas gdy decydenci pląsają na salonach.

zobacz więcej
Nie trudno domyśleć się, że dzieło Matejki obrazujące pokonanie Zakonu Krzyżackiego przez wojska polsko-litewskie, nie wywoływało wśród Niemców ciepłych uczuć. W 1879 r. było wystawione w Berlinie w Akademii Gebäude. „Płótno Matejki wielkiego entuzjazmu nie wzbudziło, ale berlińskim krytykom sztuki się spodobało. Jednak dla niemieckich nacjonalistów klęska wojsk Zakonu Krzyżackiego pod Grunwaldem jeszcze po pięciu wiekach była raną niezagojoną” – piszą Monika Kuhnke i Włodzimierz Kalicki w książce „Sztuka zagrabiona: uprowadzenie Madonny” i przypominają gwałtowne protesty III Rzeszy, kiedy w 1938 r. Poczta Polska z okazji setnej rocznicy urodzin Jana Matejki wydała znaczki przypominające grunwaldzkie zwycięstwo.

W dziesiątkach publikacji zarówno tych pisanych przez naukowców, jak i dziennikarzy przeczytamy, że Niemcy za punkt honoru postawili sobie odnalezienie „Bitwy pod Grunwaldem”. Mieli prowadzić szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, przesłuchania pracowników muzeów. Za wskazanie gdzie ukryto „Bitwę” mieli nawet wyznaczyć nagrodę w wysokości 2 mln marek (za czym stać miał sam Joseph Goebbels, minister propagandy), a potem – w związku z brakiem chętnych do dzielenia się informacjami – podnieść ją do 10 mln marek. Informacje na ten temat powtórzono w wielu publikacjach, ale trudno dotrzeć do jej źródła, jakiegoś dokumentu, który rzeczywiście potwierdzałby choćby te 2 mln marek.

Tomasz Sudoł z Biura Badań Historycznych IPN jest w tej sprawie nieufny. – „Bitwa pod Grunwaldem” Matejki niesie przekaz o tym, że wspólne działanie, zjednoczenie wszystkich warstw społecznych doprowadziło do pokonania Krzyżaków. To naturalnie nie mogło się Niemcom podobać, mam jednak wątpliwość co do tego, ile jest prawdy w przekazach o tym, jak dużo energii Niemcy włożyli w to, by odnaleźć „Bitwę pod Grunwaldem” – mówi.
Zwraca uwagę, że już wyznaczona nagroda w wysokości 2 mln marek wydaje się mało prawdopodobna. – Aparat policji był szczególnie skupiony na tropieniu polskiego podziemia, ujawnianiu ukrytej broni i amunicji czy likwidacji podziemnych fabryk materiałów wybuchowych, a mimo to osoby ujawniające Niemcom takie miejsca mogły liczyć raczej na symboliczną gratyfikację w postaci produktów spożywczych, przemysłowych czy drobnej kwoty pieniędzy. 2 mln marek za obraz, czyli wówczas równowartość 10 mln dolarów to niebotyczna kwota, wręcz niewiarygodna. Dziwi też to, że mówi się o nagrodzie mającej zostać wypłaconej w markach. Do kogo ta nagroda miała być skierowana? Na terenie Generalnej Guberni posługiwano się przecież złotym zwanym pod okupacją młynarką – zastanawia się historyk i dodaje, że przeglądając prasę okupacyjną z Generalnego Gubernatorstwa – zarówno gadzinówki skierowane do Polaków, jak i wydawnictwa adresowane do Niemców – nigdy nie spotkał się z ogłoszeniem o tym, że Niemcy poszukują „Bitwy pod Grunwaldem” i za informację o niej wyznaczają nagrodę 2 mln marek.
Na terenie Generalnego Gubernatorstwa obowiązującą walutą był złoty, tzw. młynarki. Na 500 złotowy banknot z 1940 mówiono „góral”. Fot. Wikimedia
Zachowane w IPN zespoły materiałów archiwalnych poszczególnych urzędów aparatu niemieckiej policji na poziomie dystryktów – Radom, Lublin, Kraków, Lwów i Warszawa też, jak mówi, nie wskazują na to, by Niemcy w sposób szczególny angażowali się w poszukiwanie dzieła Matejki.

– W sytuacji, w której obraz byłby szczególnie poszukiwany informacja ta powinna być przekazywana okólnikiem do wiadomości innych urzędów w dystryktach. Takich dokumentów po prostu nie ma. To pokazuje, że ta historia wymaga weryfikacji historycznej. Należałoby przeprowadzić szeroko zakrojone poszukiwania zarówno w archiwach krajowych, jak i niemieckich. Być może w zbiorach prywatnych są jeszcze wspomnienia świadków historii, które mogłyby rzucić nowe światło na sprawę. Nie wykluczam jednak, że akcja ukrycia obrazu po prostu obrosła legendą, została mocno podkoloryzowana. Zupełnie niepotrzebnie, bo była to bezprecedensowa operacja, jedyna taka akcja w całej Europie – mówi Tomasz Sudoł.

Wzmianki o nagrodzie za „Bitwę” znajdziemy jednak w świadectwach świadków historii. Roman Pieczyrak, naczelnik wydziału gospodarczego miasta Lublina zaangażowany w ukrywanie płócien Matejki w Lublina, opisując przekazanie obrazu władzom PKWN, wspomina, że za te obrazy „okupanci ogłosili wysokie nagrody”. W listach intendenta Muzeum Lubelskiego znajdziemy też wzmianki o tym, że w muzeum nachodziło go SS i SD. W dodatku wysokonakładowe wydawnictwa z lat 60. XX wieku o ukrywaniu obrazów Matejki informują o milionowych nagrodach. A wtedy żyli jeszcze świadkowie tamtej historii. Czy gdyby to była nieprawda, nikt by jej nie prostował? Więcej tu pytań niż odpowiedzi. Do wątpliwości co do faktów i bohaterów jeszcze wrócimy, bo w tej historii przekazywanej od dziesięcioleci nie tylko z milionami marek jest problem.

Pod balią i w szopie

Wróćmy tymczasem do samej operacji ukrycie Matejkowskiej „Bitwy” wraz z „Kazaniem Skargi”. Nie zakończyła się ona na obudowaniu rulonu z płótnami biblioteczną ladą. Po zajęciu budynku Muzeum Lubelskiego przez Niemców obraz także stamtąd trzeba było ewakuować. Operację przemyślano w najdrobniejszych szczegółach.
W muzeum zainscenizowano prace remontowe. Rozebrano ladę, pod którą znajdowały się cenne płótna, przeniesiono je do komórki na dziedzińcu. Wał, załadowany na wóz drabiniasty, przykryto różnego rodzaju szpargałami, by transport wyglądał na przeprowadzkę. „Bitwę" przewieziono w ten sposób przez miasto do budynku Taborów Miejskich znajdujących się przy ul. Elektrycznej.

W operację wtajemniczony był kierownik Taborów Miejskich Franciszek Galera. „O zmierzchu wóz drabiniasty podjechał pod Muzeum Lubelskie na który załadowane zostały »rzeczy«. […] Gdy wóz bez przeszkód zajechał na dziedziniec Taborów Miejskich w Lublinie z »rzeczami«, to na nim zobaczyłem różne meble domowego użytku, a styłu balję (pisownia oryg. – przyp. red.). przy zdejmowaniu dopiero zauważyłem długi rulon o średnicy około 1 m 30 cm, dług. przez cały wóz drabiniasty o wadze jakiejś 1600 kilogramów. Podczas zdejmowania dowiedziałem się jakie to »rzeczy« powierzono mi ukryć i czuwać nad ich bezpieczeństwem” – pisał Galera w oświadczeniu z 1949 r.

Dzieła Matejki postanowiono zakopać w szopie. Najpierw trzeba je było do tego przygotować. Wszystko w warunkach konspiracji. Po cichu kopano dół. „W Wielki Piątek rulon, zawierający obraz Bitwa pod Grunwaldem i Kazanie Ks. Piotra Skargi umieściliśmy w wykopanym dole, który był wyłożony deskami. Sam rulon był owinięty azbestem, następnie ceratą a ceratę owinęliśmy nasmoloną papą. W samym dole tak opakowany rulon poutykaliśmy słomą” – wspominał Galera.

Po zakopaniu „Bitwy” w szopie wylano beton dla ochrony obrazów przed pożarem i zrobiono odwodnienie rynny, by ograniczyć przedostającą się wilgoć. I tak obrazy przeleżały w ziemi do 1944 r. Niewykluczone, że leżałyby tam dłużej, gdyby powożący wozem drabiniasty Michał Grzesiak nie poinformował urzędujących w Lublinie urzędników PKWN, że coś cennego zostało zakopane w szopie przy Elektrycznej. Wówczas ukrywający „Bitwę” zdecydowali się poinformować władze PKWN o sprawie i przekazać ukryte dzieła.

Wymazani z historii

Wydobycie obrazów było wielkim wydarzeniem. Operację sfilmowała kronika filmowa.

Komunistyczne władze odznaczyły zaangażowanych w ukrywanie „Bitwy”: Romana Pieczyraka naczelnika wydziału gospodarczego miasta Lublina, pracowników wydziału gospodarczego – Henryka Krzesieńskiego, Franciszka Podleśnego, Józefa Serafinskiego, intendenta Muzeum Lubelskiego Władysława Woydę oraz jego syna Lechosława, Michała Grzesiaka woźnicę, pracownika Taborów Miejskich. Franciszek Galera, kierownik Taborów Miejskich został odznaczony dopiero pośmiertnie – całkiem niedawno, bo w 2016 r.
Doktor Marcin Gapski z Muzeum Narodowego w Lublinie, który przeprowadził kwerendę materiałów na temat ukrywania Matejkowskiego dzieła, zwraca jednak uwagę, że choć historię ewakuacji i ukrycia „Bitwy pod Grunwaldem” przed Niemcami opisywało wielu autorów, to po 80 latach od tamtych wydarzeń wciąż żyjemy w kłamstwie.

Wśród osób odznaczonych w PRL za zaangażowanie w ukrywaniu obrazu i wymienianych w licznych publikacjach (także po 1989 r.) brakuje tych najważniejszych – Stanisława Kalinowskiego, lubelskiego adwokata, członka zarządu Towarzystwa Lubelskiego faktycznie zarządzającego Muzeum Lubelskim w czasie wojny oraz Romana Ślaskiego, prezydenta Lublina, a w czasie okupacji niemieckiej polskiego administratora miasta.

– Propagandziści z organów PKWN chichoczą w grobach, bo okazuje się, że wykonali świetną robotę – mówi dr Gapski. I tłumaczy, że komunistyczne władze spośród osób zaangażowanych w ukrywanie obrazu pominęły Kalinowskiego i Ślaskiego, by pokazać, że to chłopo-robotnicy uratowali „Bitwę pod Grunwaldem”, podczas gdy inteligenci czy ziemianie w ogóle się nie sprawdzili. Spanikowali, uciekli z miasta, porzucili obraz – tłumacz dr Gapski.
Franciszek Galera z kolei, zdaniem jego wnuczki Barbary Długasiewicz, został pominięty ze względu na związki z AK. „Nawet nie został odznaczony pośmiertnie wtedy, kiedy odznaczano w latach 50. w Warszawie jego pracownika – Podleśnego. Pamiętam, jak panowie z Warszawy zabierali mojej babci fotografie wykonane w czasie wydobycia obrazu. Siedziała w kuchni i płakała. Pamiętam to doskonale. Nawet nie ma nazwiska mojego dziadka na tabliczce wystawionej przy obrazie w Muzeum Narodowym. Przypuszczalnie była to kara za zaangażowanie się brata dziadka w działalność AK. To od AK dziadek dostał rozkaz pilnowania obrazów” – opowiadała w 2009 r. Barbara Długasiewicz w rozmowie z autorami książki „Sztuka zagrabiona. Uprowadzenie Madonny”.

Doktor Marcin Gapski podkreśla, że choć do dziś wiele publikacji mózgiem operacji ukrywania „Bitwy pod Grunwaldem” czyni Władysława Woydę, intendenta w Muzeum Lubelskim, to de facto pełnił on w niej rolę wykonawcy, a nie kierownika.

– Po przewiezieniu „Bitwy pod Grunwaldem” do Muzeum Lubelskiego i śmierci Stanisława Ejsmonda w bombardowaniu miasta, obraz znajdował się w rękach Mikulicz-Radeckiego, który przekazał go nie Władysławowi Woydzie, ale Stanisławowi Kalinowskiemu reprezentującemu wówczas Muzeum Lubelskie. Najprawdopodobniej Mikulicz-Radecki spisał protokół przekazania obrazu ze Stanisławem Kalinowskim, ale dokument się nie zachował. Na rolę, jaką odegrał Kalinowski wskazuje Roman Pieczyrak, naczelnik wydziału gospodarczego miasta Lublina. W jego oświadczeniu czytamy: „Zaświadczam, że obywatel Stanisław Kalinowski adwokat w Lublinie to członek zarządu Towarzystwa Muzeum Lubelskie. Przyjmował na przechowanie w 1939 r. obrazy Matejki »Grunwald« i »Kazanie Skargi«. Za jego wiedzą i zgodą obrazy te znajdowały się ukryte. Już po wejściu Niemców do Lublina na terenie nieruchomości Muzeum przy ulicy Narutowicza 4, następnie przeniesione do sali czytelni w tymże gmachu, a wreszcie wywiezione dla bezpieczeństwa, gdy Niemcy zajmowali gmach, w czym ja osobiście brałem udział. Po wyzwoleniu Lublina adwokat Kalinowski wraz ze mną przekazali ww. obrazy, za które okupanci ogłosili wysokie nagrody. Władzom PKWN podpisał odnośny akt” – cytuje Pieczyraka dr Gapski.

Miał fortunę równą magnackiej. Zapomniany gigant z Domu pod Gigantami

Był jednym z największych darczyńców w dziejach Polski, hojniejszym od najbogatszych magnatów. Jego dzieła zna niemal każdy Polak, choć prawie nikt nie wie, jak się nazywał.

zobacz więcej
Drugi z pomijanych w historii ukrywania „Bitwy” Roman Ślaski to osoba niezwykle zasłużona dla Lublina. Ślaski skończył studia ekonomiczne w Szwajcarii, wrócił do Lublina w czasie I wojny światowej i został szefem wydziału finansowego miasta.

– Dzięki niemu pozyskano tak zwaną pożyczkę ulenowską na remont miasta, realizację kanalizacji, wodociągu. Ślaski wykonywał pozytywistyczną pracę. Orientował się w światowych trendach finansowych, zarządzał dużymi przedsiębiorstwami i, co niezwykle ważne dla tej historii, był budowniczym elektrowni miejskiej. „Bitwę” ukrywano na terenie Taborów Miejskich, ale de facto budynek przy ul. Elektrycznej był jednym z obiektów elektrowni. Ślaski znał rozkład tych budynków. Do akcji ukrycia obrazu zaangażował pracowników elektrowni, których zatrudnił i do których miał pełne zaufanie. Wszyscy z odznaczonych przez komunistyczne władze uczestników akcji ukrycia obrazu Matejki to pracownicy miasta podlegli Ślaskiemu – wskazuje historyk.

Plan zakopania „Bitwy pod Grunwaldem” narodził się, gdy tylko obraz dotarł do Lublina. W naradzie, podczas której dyskutowano o nim, brali udział m.in. Stanisław Kalinowski, Roman Ślaski i wicewojewoda lubelski Stanisław Bryła.
Niewygodni i zapomniani: Roman Ślaski, prezydent Lublina i adwokat Stanisław Kalinowski. Fot. biblioteka.teatrnn.pl
– Narada odbyła się 9 września 1939 r. Zakopanie obrazu na terenie elektrowni było dokładną realizacją ustaleń z tamtej narady. Pisze o niej w wydanej w latach 60. książce „Wojenne losy dzieł Matejki” Włodzimierz Wójcikowski – mówi dr Gapski, ale tłumaczy, że Wójcikowski wykazał się niekonsekwencją, bo naradę z 1939 r. wspomina jedynie jako epizod, zupełnie nie zauważając, że zakopanie „Bitwy” w szopie przy ul. Elektrycznej było realizacją ustaleń z tamtego spotkania.

– Zgodnie z obowiązującą propagandą Wójcikowski pomija rolę, jaką odegrał Kalinowski i Ślaski. Kalinowski, człowiek niezwykle szlachetny i prawy, był zaangażowanym katolikiem, który po 1944 r. włączył się w odbudowę zbombardowanej w czasie wojny lubelskiej katedry. To nie mogło się podobać komunistycznym władzom. Z kolei Ślaski jest jedynym znanym nam człowiekiem, który trzykrotnie był więziony na Zamku Lubelskim. Po raz pierwszy jako nastolatek w czasie rewolucji 1905 r., następnie w czasie okupacji niemieckiej, a w latach 1944-46 dwukrotnie osadziły go tam władze komunistyczne. Współpracował z Armia Krajową. Choć jego majątek rodzinny nie kwalifikował się pod reformę rolną, to w dniu, w którym ogłoszono, że „Bitwa pod Grunwaldem” jest w rękach państwa polskiego, Ślaskiemu ten majątek odebrano. To była złośliwość, celowe działanie władz komunistycznych. Osobie, która była tak mocno zaangażowana w ukrywanie obrazu pokazano jej miejsce w szeregu – opowiada dr Gapski.

Jest on zdania, że przyszedł już czas , by oddać sprawiedliwość Kalinowskiemu i Ślaskiemu. – Jestem daleki od tego, by odmawiać bohaterstwa innym uczestnikom akcji ukrywania obrazu. To są bohaterowie, którzy dla ocalenia „Bitwy” podjęli ogromne ryzyko. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości – zapewnia.

Jak woźny został profesorem

Informacja o kierowniczej roli Kalinowskiego i Ślaskiego od lat nie może się jednak przebić. Ani do mediów, ani do literatury. Kolejne rocznicowe publikacje w gazetach i na portalach eksponują jako kluczową postać Władysława Woydy. Zdaniem historyka Muzeum Narodowego w Lublinie wynika to m.in. z faktu, że najpopularniejsze publikacje na ten temat – wspomniana już książka Wójcikowskiego, a także opublikowana w podobnym okresie „Bitwa o Grunwald” Moniki Warneńskiej – nie podważały propagandowego przekazu o chłopo-robotnikach ratujących obraz i zostały wydane w kilkudziesięciotysięcznych nakładach.

Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL

Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.

zobacz więcej
– Te książki są powszechnie dostępne na rynku antykwarycznym, w niemal każdej bibliotece. To po nie najczęściej sięgają dziennikarze przygotowujący materiały o ukrywaniu obrazu w czasie wojny. Przypuszczam, że na nich oparła się też Joanna Jodełka, autorka powieści historycznej „2 miliony za Grunwald”. Z Władysława Woydy, który przed wojną w naszym muzeum pełnił de facto funkcję woźnego, uczyniła profesora! Tymczasem pan Woyda miał co najwyżej podstawowe wykształcenie. Fikcja literacka wyrwała się spod kontroli. Także za jej sprawą tkwimy w głębokim kłamstwie co do tego, kto kierował akcją ukrycia obrazu. To kłamstwo jest bardzo skuteczne, bo zostało podszyte prawdą – 90 proc. nazwisk wskazywanych przez autorów książek i media jako tych, którzy ukrywali „Bitwę” jest zgodnych z prawdą. Zgadzają się też główne fakty dotyczące tej akcji.

Najprawdopodobniej „Bitwa pod Grunwaldem” została zakopana w szopie rok wcześniej niż zwykło się przyjmować – większość publikacji wskazuje 1941 r., ale zdaniem dr Gapskiego było to w roku 1940. To by oznaczało, że obraz pod ziemią spędził 4,5 a nie 3,5 roku.

Ze wspomnień świadków wynika, że do przeniesienia obrazu doszło, gdy Niemcy zajmowali gmach Muzeum Lubelskiego. – To wydarzenie datuję na rok 1940. Świadkowie mówią, że akcja przeniesienia obrazu odbyła się tuż przed Wielkanocą, w Wielką Środę, która w 1940 r. wypadła 20 marca. To by oznaczało, że operacja została bardzo szybko zrealizowana. „Bitwa” trafiła do Lublina we wrześniu 1939 r., a już w marcu 1940 r. – niedługo po wyjściu Stanisława Kalinowskiego z więzienia, gdzie osadzili go Niemcy – została przewieziona na ul. Elektryczną.
To był też moment, w którym okupanci tworzyli w Lublinie niemiecką dzielnicę. Wyrzucili z domów wielu ludzi. Ogromna fala przeprowadzkowa była dogodnym momentem do tego, by wóz z obrazami przejechał przez miasto bez zwracania niczyjej uwagi. Warto też zauważyć, że radio londyńskie fałszywą informację o tym, że „Bitwa” dotarła do Londynu podało w 1940 r. Przypuszczam, że była to inicjatywa Ślaskiego, który utrzymywał kontakty z AK. Mógł prosić o podanie takiej informacji w radiu, żeby Niemcy przestali wreszcie węszyć wokół Lublina.

Powrót do świetności

Byśmy mogli podziwiać to wielkoformatowe dzieło Matejki swoją bitwę musieli stoczyć konserwatorzy. Po wydobyciu obrazu z dołu w szopie Taborów Miejskich okazało się, że mimo azbestu, ceraty, papy, odwodnienia obraz jest w fatalnym stanie. „Bitwa” odrestaurowana pod kierunkiem profesora Bohdana Marconiego została wystawiona po raz pierwszy w 1949 r. – po 10 latach od ewakuacji z Zachęty.

Po 60 latach konieczna była kolejna gruntowna renowacja. Trwała 25 miesięcy. „Ze względu na gabaryty obrazu konserwację przeprowadzono w sali galeryjnej, która została do tego celu specjalnie przystosowana. Do prowadzenia prac wykonano drewniany podest pokryty wykładziną PCV. Dwa specjalne, metalowe podesty jezdne umożliwiały działania konserwatorów bez obciążania powierzchni obrazu. Konserwatorzy w wymuszonej półleżącej pozycji, prowadzili prace” – opisywała ostatnią konserwację Dorota Ignatowicz-Woźniakowska, główny konserwator Muzeum Narodowego w Warszawie w swoim referacie podczas konferencji „Wizja historyczna w służbie narodu: 140 lat historii obrazu Jana Matejki »Bitwa pod Grunwaldem«” zorganizowanej w 2018 r. przez Muzeum Pamiątek po Janie Matejce w Nowym Wiśniczu.
Zwijanie obrazu przed podróżą do Wilna w kwietniu 1999 roku. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Ignatowicz-Woźniakowska zwróciła uwagę, że obrazowi zaszkodziła ostatnia podróż „Bitwy” do Wilna w 1999 r., a doraźne interwencje konserwatorów okazały się nietrwałe. „Ze względu na sztywność poszczególnych warstw obrazu proces jego nawijania na wałek oraz przekręcanie narażały go na nowe zniszczenia” – tłumaczyła Ignatowicz-Woźniakowska. Dlatego „Bitwa pod Grunwaldem” z Muzeum Narodowego w Warszawie już nie wyjedzie.

A jeśli Mikulicz- Radecki z Ejsmondem nie uparliby się, żeby dzieła Matejki zwijać i pąkować do skrzyni? A gdyby przyjęli tłumaczenia warszawskiego magistratu o tym, że nie ma ani pojazdu, ani benzyny? Albo uznali, że platformą konną do Lublina się nie zajedzie?

W literaturze rozpowszechniony jest pogląd, że Niemcy szukali matejkowskiego płótna, by je natychmiast zniszczyć. – Niemcy mogliby, choć to tylko hipoteza, wykorzystać „Bitwę” propagandowo, organizując wystawę, która obśmiewałaby polski, antyniemiecki resentyment; pokazać, że Polacy od wieków jako państwo stanowią niebezpieczeństwo dla Niemiec, więc wejście do Polski w 1939 r. było słuszną decyzją. „Bitwa” mogła też zostać zrolowana i przechowywana w złych warunkach, a w Powstaniu Warszawskim zostałaby po prostu zniszczona. Gdyby nie akcja ewakuacyjna i ukrycie obrazu w Lublinie, pewnie dziś nie oglądalibyśmy w Muzeum Narodowym oryginału, tylko co najwyżej kopię – mówi Tomasz Sudoł.

– Agnieszka Niewińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: "Bitwa pod Grunwaldem" Jana Matejki. Fot. PAP/Jacek Turczyk
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
22 lipca dawniej E. Wedel
Wiele obiektów oddawanych w ramach zobowiązań na „Święto Odrodzenia Polski” po cichu później zamykano, aby zlikwidować niedoróbki.
Historia Najnowsze wydanie
Zbliżali się Sowieci, a władze niemieckie wydały zakaz ucieczki
Frau Buttler polewa progi obu sypialń lizolem, żeby w razie czego wmówić Sowietom, że domownicy chorują na tyfus.
Historia Poprzednie wydanie
Jak Polska pomogła tysiącom obywateli sowieckich uciec do Izraela
Samochody z arabskich ambasad na dyplomatycznych numerach podjeżdżały pod lotnisko na Okęciu i ich pasażerowie filmowali akcję przez szyby.
Historia Poprzednie wydanie
Błagali go, płacząc, aby nie dogadywał się ze Stalinem
Dlaczego Mikołajczykowi, jednemu z liderów walki z komuną, nie stawia się dziś pomników?
Historia Poprzednie wydanie
Pańska, szlachecka, faszystowska. Zohydzanie Polski
Kinematografia – narzędzie przygotowań do wojny.