Cywilizacja

Filibaster i Manchin, ostatnie nadzieje Republikanów

Ubrany w strój myśliwego wycelował z myśliwskiej strzelby w kopię ustawy przygotowanej przez swojego partyjnego kolegę, Baracka Obamę i ze słowami „mierzę do tej ustawy, bo jest zła dla Wirginii Zachodniej” wypalił z flinty.

W dzisiejszym, politycznym Waszyngtonie rządzi Partia Demokratyczna, której polityk – Joe Biden – zasiada od stycznia 2021 w Białym Domu oraz która kontroluje obydwie izby Kongresu. Jednak przewaga w parlamencie jest najmniejsza z możliwych: do przejęcia kontroli nad Izbą Reprezentantów brakuje Republikanom zaledwie 5 z 435 miejsc. W Senacie jest remis 50:50 i Demokraci rządzą tylko dlatego, że przy ewentualnych remisach, głos decydujący należy do Demokratki, wiceprezydent USA Kamali Harris.

Wszystko to sprawia, że aż do stycznia 2023 r., gdy rozpoczną kadencję politycy wybrani w listopadzie 2022 r. w wyborach „połówkowych” do Kongresu, najważniejszym po prezydencie USA politykiem zdaje się być senator Joe Manchin reprezentujący jeden z najbiedniejszych stanów Ameryki, Wirginię Zachodnią. To w dużej mierze od tego 73-letniego Demokraty zależą losy ambitnych, lewicowych planów przebudowy Ameryki autorstwa Bidena i jego partii.

Sen. Manchin doskonale zdaje sobie sprawę ze swej politycznej siły i potrafi ją wykorzystać. W zeszłym tygodniu wraz z grupą dziewiętnaściorga senatorów z obu partii (uważających się za centrowych) doprowadził do porozumienia z prezydentem, które może skutkować uchwaleniem długo oczekiwanej ustawy finansującej starzejącą się amerykańską infrastrukturę. Jest to pilnie potrzebne, co wie każdy jeżdżący po amerykańskich autostradach i mostach czy odwiedzający lotniska, które niewiele się zmieniły od lat 60. i 70. ubiegłego wieku. W wielu przypadkach wymagają poważnych napraw i modernizacji.
Spotkanie prezydenta Joe Bidena 24 czerwca 2021 w Białym Domu z ponadpartyjną (bipartisan) grupą senatorów, która wsparła kompromisową ustawę w sprawie finansowania infrastruktury w USA. Od lewej Rob Portman (Rep.), Bill Cassidy (Rep.), Jon Tester (Dem.), Lisa Murkowski (Rep.), Susan Collins (Rep.), Kyrsten Sinema (Dem.), Joe Manchin (Dem.) i Mark Warner (Dem.). Fot. Win McNamee/Getty Images
Nie udało się tego osiągnąć ani za prezydentury Baracka Obamy, ani Donalda Trumpa. Teraz rzeczywiście jest na to szansa i to dość realna. Ponadpartyjna zgoda obejmuje wydanie 1,2 biliona (1 200 miliardów) dolarów w ciągu ośmiu lat na rzeczy naprawdę wymagające solidnych inwestycji: 109 mld na drogi i mosty, 73 mld na linie energetyczne, 66 mld na linie kolejowe, 65 mld na szybkie łącza internetowe, 55 mld na wodociągi, 49 mld na transport publiczny i 25 mld na lotniska. W ramach kompromisu, proekologiczni Demokraci wywalczyli m.in. po 7,5 miliarda na elektryczne autobusy oraz stacje do ładowania elektrycznych samochodów.

„To największa w naszej historii inwestycja, która nie wymaga nowych podatków. Zmieniliśmy przeznaczenie wszystkich pieniędzy, które są już w systemie. Dokonaliśmy tego i nie jestem w stanie sobie wyobrazić, aby ktoś mógłby nie głosować za tą ustawą” – zachwalał kompromis, pełen optymizmu sen. Manchin w tym tygodniu. Choć jak to z kompromisami bywa, wynik głosowania nie będzie do końca pewny. Bardziej lewicowi senatorzy z Partii Demokratycznej chcą wydać o wiele więcej pieniędzy. Z kolei część Republikanów obawia się, że podatki jednak trzeba będzie podnieść. No i w Senacie nie wystarczy zwykła większość głosów, ale aby w ogóle zacząć proces legislacyjny, musi tego chcieć co najmniej 60 ze 100 senatorów.

Ekstaza i przeszkoda

Żyjemy obecnie w czasach, gdy ważniejsze od faktów, wydają się narracje. Ta prawda w Ameryce odnosi się do mediów głównego nurtu (MSM), które już dawno bardziej interesują się opowieściami odpowiadającymi ideologicznym zapatrywaniom dziennikarzy (w większości na lewo od centrum) niż objaśnianiu świata na podstawie obiektywnego spojrzenia. W tym ujęciu działania „ponadpartyjne” (bipartisan) są wtedy, gdy znajdują się jacyś Republikanie popierający – obiektywnie „słuszne” według MSM – propozycje polityków Partii Demokratycznej. A gdy nie znajdzie się żaden polityk z Partii Republikańskiej głosujący razem z Demokratami, jest to wyraz partyjnego zaślepienia. W drugą stronę – to wyraz troski o Amerykę i wierność ideałom Ameryki, demokracji i sprawiedliwości.

Od wyboru na prezydenta Joe Bidena oraz przejęcia kontroli nad Senatem, Demokraci i wspierające je media były nieomal w stanie ekstazy. Po raz pierwszy pojawiła się szansa na przeprowadzenie nawet najbardziej radykalnych planów przemiany Ameryki: wprowadzenie bardzo daleko idącego, walczącego ze zmianami klimatycznymi „nowego, zielonego ładu”, podwyżkę płacy minimalnej i innych świadczeń socjalnych, zaostrzenie kontroli nad bronią palną, wprowadzenie do Sądu Najwyższego nowych, lewicowych sędziów, wreszcie stworzenie trwałej większości wyborczej dla Partii Demokratycznej poprzez federalizację wyborów (teraz organizowane są one przez stany) oraz powołanie dwóch nowych stanów: Portoryko oraz obecnej stolicy, Waszyngtonu.

Cios w ulubieńca liberalnych elit. Pierwszy dzień Bidena w Białym Domu

Czy Republikanie będą w stanie zapobiec radykalnemu zwrotowi na lewo?

zobacz więcej
Kontrola nad Kongresem i Białym Domem zdawała się być szeroką autostradę do jeszcze większej władzy dla Partii Demokratycznej. Okazało się jednak, że sytuacja nie jest tak różowa, bo na drodze stoi poważna przeszkoda: filibaster. Rodzaj parlamentarnej obstrukcji w Senacie, uwiecznionej wieloletnią tradycją, na której straży stoi właśnie sen. Joe Manchin oraz jego koleżanka ze stanu Arizona, Demokratka Kyrsten Sinema.

Senat chłodzi

Trzeba przyznać, że ojcowie-założyciele Stanów Zjednoczonych wykazali się geniuszem, wymyślając rządy będące systemem „kontroli i równowagi” pomiędzy władzą wykonawczą, ustawodawczą oraz sądowniczą. Senat odgrywa tu ważną rolę, będąc – jak to ujął sam Jerzy Waszyngton – „naczyniem do schładzania ustaw” powstających w Izbie Reprezentantów, która ze swej natury reprezentuje aktualne emocje i namiętności polityczne. Senatorowie, wybierani na sześcioletnie kadencje, są reprezentantami stanów, podczas gdy kongresmeni muszą starać się o reelekcję co dwa lata w mniejszych okręgach wyborczych, które są krojone na podstawie spisów powszechnych (odbywają się co dziesięć lat), proporcjonalnie do liczby mieszkańców w danym stanie.

W efekcie najmniejsze stany (po kilkaset tysięcy mieszkańców) mają jednego kongresmena i dwoje senatorów, podczas gdy największa, bo 38-milionowa Kalifornia – 53 kongresmenów i także 2 senatorów. Dzięki takiej konstrukcji, mniejsze stany mają wpływ na politykę państwa, a system federalny USA przetrwał do naszych czasów, równoważąc różnice regionalne oraz te wynikające z gęstości zaludnienia.

Dodatkowo senatorowie, którzy uważają się za członków elitarnego klubu, wręcz „najbardziej rozdebatowaną izbę legislacyjną świata”, wypracowali wiele zwyczajów pozwalających im na lepszą współpracę i nieprzenoszenie ostrych sporów, tak powszechnych w Izbie Reprezentantów. Do najważniejszych należy właśnie filibaster, a więc senacka obstrukcja parlamentarna. Aby ją przełamać i kontynuować prace nad ustawą, potrzebna jest – zamiast zwykłej większości – zgoda 60 senatorów. Biorąc pod uwagę, że rzadko jedna z partii ma aż tylu przedstawicieli, wymusza to międzypartyjną współpracę i legislacyjny kompromis.

W ostatnich czasach ostra polityczna polaryzacja dotarła także do Senatu i jej ofiarą padł także filibaster. W 2013 r. senaccy Demokraci mając problemy z przepchnięciem nominatów prezydenta Baracka Obamy (w ramach systemu „kontroli i równowagi”, Senat musi zatwierdzić prezydenckie nominacje na najwyższe stanowiska w administracji, na sędziów, dowódców wojskowych i ambasadorów), zlikwidowali go, zastępując zwykłą większością. Była to tzw. opcja atomowa i choć wyjęto z tej nowej zasady sędziów nominowanych do Sądu Najwyższego, będący reprezentantem partyjnej większości sen. Manchin był przeciw, przestrzegając przed precedensem. I rzeczywiście: gdy tylko Republikanie odzyskali władzę w izbie, zlikwidowali w 2017 r. filibaster także w przypadku SN, dzięki czemu pod prezydentem Trumpem byli w stanie przegłosować troje nowych, konserwatywnych sędziów.
Lewicowi demonstranci 23 czerwca 2021 w Waszyngtonie domagali się wyelimonowania z amerykańskiego prawa zasady filibastera oraz przejęcia ustawy zapewniającej Demokratom wygodniejsze warunki w wyborach. Fot. Caroline Brehman/CQ-Roll Call, Inc via Getty Images
Obecnie filibaster obowiązuje jedynie przy pracach nad ustawami. Jednak dla radykalnych polityków Partii Demokratycznej i wspierających ich mediów to relikt przeszłości, bez mała symbol „rasizmu”, uniemożliwiający natychmiastową realizację „słusznych” postulatów większości, który w Senacie właściwie opiera się na przełamującym remis głosie pani wiceprezydent USA.

Manchin jednak, pomimo ostrych nacisków ze strony lewicowych działaczy, podobnie jak w 2013 r. nadal twardo opowiada się przeciw likwidacji prawa do parlamentarnej obstrukcji w Senacie. W tym miesiącu senator z Wirginii Zachodniej odmówił przepchnięcia zwykłą większością ustawy de facto oddającej pod regulacje federalny proces głosowania we wszystkich stanach, czym naraził się na zarzuty, że de facto wspiera „rasizm” i generalnie, nie jest zwolennikiem demokracji.

„Jestem przekonany, że ta wspierana tylko przez jedną partię ustawa zniszczy już i tak osłabione więzy naszej demokracji” - napisał senator w artykule, broniąc filibastra jako ostatniego bastionu przed „jeszcze głębszymi podziałami politycznymi”. W podobnym tonie wypowiedziała się po raz kolejny jego koleżanka z Arizony, sen. Kyrsten Sinema. Powoduje to, że mając 48 na 100 głosów w izbie, Demokraci nie są w stanie pozbyć się obstrukcji w Senacie. Przynajmniej na razie.


Demokrata z Trumplandu

Wsparcie dla filibastra nie oznacza wcale, że Manchin jest nielojalnym politykiem Partii Demokratycznej. Generalnie głosuje zgodnie z linią partyjną, jak choćby w marcu tego roku, gdy poparł kosztujący 1,9 biliona dolarów pakiet pomocowy związany z pandemią, który był napakowany projektami zupełnie nie związanymi z COVID-19, za to miłych sercu każdego lewicowca. Aby uniknąć filibastra, zastosowano specjalną procedurę parlamentarną tzw. rekoncyliację, dzięki czemu ustawa przeszła w Kongresie jedynie głosami Partii Demokratycznej. Manchin zapowiedział także, że oprócz wypracowanej przez siebie ponadpartyjnej ustawy finansującej infrastrukturę, wraz z 49 innymi Demokratami zagłosuje za drugim, o wiele droższym pakietem, który znów będzie można przepchnąć przez Kongres, używając rekoncyliacji.

Mimo to postawa sen. Joe Manchina to wciąż światełko w tunelu w politycznym Waszyngtonie, gdzie wszystko zdaje się być „narracją” bądź „przekazem dnia” napisanym w centrali, a podziały wciskają się w niemal każdą przestrzeń życia społecznego, nie dając szans i nadziei na kompromis nawet w najmniejszych sprawach. Wynika to pewnie z faktu, że senator jest ostatnim Demokratą, który wygrywa na poziomie stanowym w Wirginii Zachodniej. Co ciekawe, przez kilkadziesiąt lat XX wieku, stan był tradycyjnie bastionem Partii Demokratycznej. Zmiany zaczęły się w okolicach 2000 r., gdy Demokraci skręcili zdecydowanie na lewo. Wyborcy z biedniejącej pod rządami globalizacji, żyjącej z wydobycia kopalin Wirginii Zachodniej, zwrócili się ku Partii Republikańskiej, która lepiej rozumie konieczność obrony wartości wyrażanej przez popularną tutaj triadę „Bóg, dostęp do broni, węgiel”.

Stan Bidena budzi obawy. Zapasowa prezydent czeka w gotowości

Jako prokurator za kraty wsadziła ponad 1500 palaczy marihuany, w większości czarnoskóre dzieciaki.

zobacz więcej
Na tej fali pojechał także Manchin, tradycyjny polityk z dawnych lat (gdzie o skuteczność decydowała ilością uściśniętych dłoni i wysłuchanych historii życia), nie wstydzący się prowincjonalnych korzeni (urodził się w liczącym 325 mieszkańców miasteczku Farmington).

Sam pamiętam, jak po raz pierwszy zetknąłem się z nazwiskiem Manchin. Było to w 2010 r., gdy ówczesny gubernator Wirginii Zachodniej ubiegający się po raz pierwszy o mandat senatora, nagrał dość szokującą reklamówkę. Ubrany w strój myśliwego wycelował z myśliwskiej strzelby w kopię ustawy przygotowanej przez innego Demokratę, Baracka Obamę (która wprowadzała zabójcze dla stanu zaostrzone standardy ekologiczne), aby ze słowami „Mierzę do tej ustawy, bo jest zła dla Wirginii Zachodniej” wypalić z flinty.

Reklamówka okazała się strzałem w dziesiątką, a Manchin od tamtej pory wygrał wybory trzy razy. Jako Demokrata w stanie, gdzie z wyjątkiem niego, cała delegacja do Kongresu to Republikanie. W stanie, który dwukrotnie głosował na Donalda Trumpa, który w 2016 r. i 2020 r. otrzymał tu ponad 68 proc. głosów. Jeśli chodzi o samego 45. prezydenta USA, to Manchin go umiarkowanie popierał, stając się w 2016 r. nawet jednym z głównych kandydatów do objęcia urzędu sekretarza energetyki w administracji Trumpa. Później stosunki zdecydowanie się pogorszyły, a senator dwukrotnie głosował za impeachmentem najpierw prezydenta, a potem już byłego prezydenta.

Co dalej z sen. Manchinem? Jak na razie zdaje się wykorzystywać swoją pozycję niezbędnego dla Demokratów „pięćdziesiątego głosu w Senacie”, aby wzmacniać swoją polityczną siłę. Jeśli jednak ten – jak go nazywają media „umiarkowany konserwatywny Demokrata”, „człowiek centrum”, „wymachujący strzelbą polityk umiarkowany” – zamierza na trwałe zapisać się w historii, musi udowodnić, że potrafi coś więcej niż tylko blokować i utrudniać. Uchwalenie ustawy wspierającej infrastrukturę, a potem wprowadzenie jej zapisów w życie, może być całkiem sporym osiągnięciem. Amerykanie jeżdżący po podupadających autostradach i wymagających inwestycji mostach, obserwujący sypiące się lotniska, mogą docenić człowieka, który po dziesiątkach lat gadania o „konieczności zrobienia czegoś” w tej sprawie, w końcu zrobił coś konkretnego i bardzo praktycznego.

– Jeremi Zaborowski z Chicago

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Zdjęcie główne: Demokratyczny senator Joe Manchin z prezydentem Donaldem Trumpem w Białym Domu w lutym 2017. Fot. Forum/ Kevin Lamarque/ Reuters
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
20 lat polskiej Wikipedii. Skręcona w lewo czy ultrakatolicka
Artykuł o wykroczeniach seksualnych w Kościele ma dwa razy więcej przypisów niż informacja o Jezusie.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ekspert, jego kot i wiedza o specsłużbach. Jerzy Targalski
Nazywał Polskę Ubekistanem.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Cena za przytulanie, faktura za żałobę. Wszystko na sprzedaż
Świetnie rozwija się rynek zawodowych towarzyszy na takie imprezy jak wesela czy chrzciny. Ceny za jeden wieczór dochodzą do 2,5 tys. zł.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Talibowie. Who is who. Przewodnik po władzach Afganistanu
Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Ze skoczni na rower. Z nart na bieżnię. Z płotków na bobsleje
Primož Roglič i inni sportowcy wszechstronni.