Historia

Czy żydowskie podziemie w Warszawie podzieliła zbrodnia katyńska?

Przepaść między organizacjami zbrojnymi w getcie pogłębiła się, gdy okazało się, że ŻZW ma znacznie lepsze uzbrojenie, wyposażenie i wyszkolenie wojskowe od ŻOB.

Przed II wojną światową społeczność żydowska w Rzeczypospolitej miała wolność i wybór poglądów politycznych począwszy od komunistycznych, poprzez socjalistyczne po prawicowe. Komunistyczne oficjalnie zakazane funkcjonowały w podziemiu, ale już w 1944 roku wjechały triumfalnie w granice Rzeczpospolitej z czerwonoarmistami. Prawicowi Żydzi, którzy nie zostali wymordowani przez Niemców, zeszli do podziemia i wyjeżdżali po zakończeniu wojny do Izraela, a ci, którzy nie wyjechali, w większości zostali w 1968 roku wyrzuceni z PRL-u.

Rusznikarnia w prosektorium

W powojennej historii Polski napisanej i rozpowszechnianej w PRL-u próżno szukać opisów czy chociażby wzmianek o prawicowych Żydach. Nakładem Philosophical Library wyszła w Nowym Jorku w 1963 r. książka ,,And we are not saved” Dawida Wdowińskiego, przedstawionego przez wydawcę jako jednego z przywódców powstania w warszawskim getcie (wyd. 2 w 1985 r. z opisem działalności Żydowskiego Związku Wojskowego autorstwa Chaima Lazara). Wdowiński przed wybuchem II wojny światowej był prezesem Polskiej Partii Syjonistycznej Organizacji Rewizjonistów. Nazwisko jego nie zaistniało nigdy w PRL-u w oficjalnej literaturze opisującej powstanie w getcie.

Wdowiński pisze, że w październiku i w listopadzie 1939 r. spotkała się grupa Żydów, oficerów polskich, reprezentujących prawicowe organizacje polityczne Betar (Perec Laskier, Lowa Swerin, Paweł Frenkel, Merediks, Langleben i Rosenfeld), Hatzohar (m.in. Joel Białobrow, Dawid Wdowiński) oraz Rewizjonistów (Leib ,,Leon” Rodal i Meir Klingbeil). Oficerowie ci powołali Żydowski Związek Wojskowy. ,,Ja stałem na czele ŻZW – napisał Wdowiński. – Mieliśmy komitet polityczny złożony z trzech osób: dr Michał Strykowski, dawny członek Centralnego Komitetu Polskiej Partii Syjonistycznej Organizacji Rewizjonistów, Leon Rodal, dobrze znany polski dziennikarz rewizjonistyczny i ja, jako prezes. Fachowym komendantem wojskowym był Paweł Frenkel”.

Jako pierwszy opublikowałem fragmenty książki Wdowińskiego w dodatku Plus Minus dziennika „Rzeczpospolita”. W kraju nie było większego odzewu, natomiast pojawiły się przedruki w Kanadzie i w USA. Kolejny tekst o udziale Żydowskiego Związku Wojskowego w powstaniu w getcie warszawskim wysłałem do „Tygodnika Powszechnego”. Po dwóch, może trzech tygodniach odebrałem telefon od samego redaktora naczelnego, księdza (marianina) Adama Bonieckiego.

Przez dwadzieścia minut wysłuchałem monologu-tłumaczenia, dlaczego tekst nie ukaże się drukiem. Ksiądz redaktor wysłał mój tekst do zaopiniowania przez Marka Edelmana do Łodzi, który kategorycznie sprzeciwił się upublicznieniu go. Bardzo żałuję, że ks. Boniecki nie przedstawił mi argumentów, podanych mu przez Edelmana, na piśmie. Cokolwiek napisałbym na podstawie usłyszanej, nie nagranej rozmowy, może być po latach podważone, odrzucone, zaskarżone.

Pisałem swój tekst z pozycji historyka na podstawie źródeł, a nie subiektywnych odczuć, które ks. Boniecki przyjął jako wyrocznię. Tekst ukazał się w Plusie Minusie „Rzeczpospolitej” i przysporzył mi czytelników i grono adwersarzy w kraju a także spotkał się z żywym oddźwiękiem za granicą.
Żołnierze żydowscy podczas powstania w getcie warszawskim. Fot. PAP
Dlaczego wróciłem do tego kontrowersyjnego, żydowskiego tematu, skoro nigdy nie zajmowałem się historią Żydów będąc historykiem polskich powstań narodowych? Opracowując monografię IV Zgrupowania AK „Gurt” w Powstaniu Warszawskim odkryłem, że z konspiracyjnej montowni i rusznikarni w prosektorium i kostnicy Szpitala Zakaźnego im. św. Stanisława przy ul. Wolskiej 37 dostarczano broń i granaty do getta dużo wcześniej, zanim powołana została w 1943 roku w getcie Żydowska Organizacja Bojowa. Komu dostarczano? Żydowskiemu Związkowi Wojskowemu. Nie mogłem tego przemilczeć, musiałem o tym napisać. Szczęśliwie przetrwała wojenne zawieruchy dokumentacja-dziennik Emanuela Ringelbluma, ukryta i zakopana w bańce po mleku na terenie getta.

Nie do podważenia pozostaje zapis z tego dziennika. Ringelblum, który wizytował kwaterę ŻZW tuż przed rozpoczęciem walk w getcie (wcześniej odwiedził także dwa zakonspirowane pokoiki kierownictwa ŻOB przy Świętojerskiej 32) napisał: „oglądałem arsenał broni ŻZW. Lokal mieścił się w domu niezamieszkałym, tzw. dzikim, przy ul. Muranowskiej nr 7, w sześciopokojowym lokalu na pierwszym piętrze. W pokoju kierownictwa było zainstalowane pierwszorzędne radio przynoszące wiadomości z całego świata, obok stała maszyna do pisania. Kierownictwo ŻZW, z którym prowadziłem rozmowę przez kilka godzin, było uzbrojone w rewolwery zatknięte za pasem. W dużych salach były zawieszone na wieszakach rozmaite rodzaje broni, a więc karabiny maszynowe ręczne, karabiny, rewolwery najrozmaitszego gatunku, granaty ręczne, torby z amunicją, mundury niemieckie intensywnie wyzyskane podczas akcji kwietniowej itp. W pokoju kierownictwa panował wielki ruch, jak w prawdziwym sztabie armii, tu odbierano rozkazy dla skoszarowanych «punktów», w których gromadzono i szkolono przyszłych bojowców. Nadchodziły raporty o dokonanych przez pojedyncze grupy ekspropriacjach u osób zamożnych na rzecz uzbrojenia ŻZW. W czasie mojej obecności dokonano u byłego oficera armii polskiej zakupu broni na ćwierć miliona złotych, na co dano zaliczkę w wysokości 50 000 zł. Zakupiono 2 karabiny maszynowe po 40 000 zł każdy, większą ilość granatów ręcznych i broni’’.

Fotokopia tej strony dziennika Ringelbluma znajduje się w książce Chaima Lazara, wydanej w Tel Awiwie w 1966 r. pt. „Muranowska 7. The Warsaw Ghetto rising”. Lazar przy jej opracowywaniu sięgnął do wszystkich możliwych źródeł, ŻOB-u, Organizacji Wojskowej / Korpusu Bezpieczeństwa, AK, i świadków. Książka, dotychczas nie przetłumaczona na język polski, jest kompendium wiedzy o organizacji ŻZW.

Zbrojny opór, bunt czy powstanie

27 kwietnia 1943 roku oficerowie, podoficerowie i żołnierze ŻZW stoczyli całodzienną bitwę z Niemcami na placu Muranowskim, niszcząc czołg, dziesiątkując kompanię Łotyszy, kolaborantów niemieckich i utrzymując pozycje obronne w domach przy ul. Muranowskiej. Gdyby nie ta regularna bitwa z udziałem ciężkiej broni maszynowej ŻZW oraz artylerii, czołgów i lotnictwa niemieckiego, wydarzenia w warszawskim getcie przeszłyby do historii jako zbrojny opór, bunt, ale nie powstanie.

Zapomniani bohaterowie warszawskiego getta

Piotr Gontarczyk: Historia powstania w warszawskim getcie przez dziesiątki lat była podporządkowana kanonom lewicowej propagandy i zniekształcana.

zobacz więcej
Przez pół wieku funkcjonowała legenda autorstwa Marka Edelmana, która w wielu środowiskach przetrwała i trwa nadal. Napisał i ogłosił: „na każdego bojowca przypada przeciętnie po jednym rewolwerze (10-15 nabojów), 4-5 granatów, 4-5 butelek zapalających. Na każdy teren jest 2-3 karabinów. W całym getcie jest jeden pistolet maszynowy” (w „Ghetto walczy”, wydanie „Solidarność Walcząca” 1987, s. 33).

Te zdania powieliła reporterka Hanna Krall w książce „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Edelman przypisał w niej heroiczny bój w getcie jednej organizacji wojskowej, słabo uzbrojonej ŻOB, ani jednym zdaniem nie wspominając o dobrze uzbrojonych plutonach ŻZW i ich heroicznej walce z Niemcami. Reporterka bezkrytycznie przyjmowała to, co jej Marek Edelman przekazał.

Później tłumaczyła się (w rozmowie z Heleną Zaworską w „Rozmowy z pisarzami”, Warszawa 2002): „gdybym wówczas wiedziała tyle o getcie i powstaniu, ile potem dowiedziałam z licznych książek, kronik, raportów, świadectw – nigdy nie ośmieliłabym się przystąpić do rozmów z Edelmanem. Byłabym sparaliżowana tematem. Ale ja była swobodna, bo nie przygniatał mnie ciężar wiedzy, którą zdobyłam później. Gdybym przeczytała książki, które dzisiaj znam, musiałabym wziąć je pod uwagę, konfrontować jakieś fakty, nazwiska, miejsca, daty… Utonęlibyśmy w szczegółach. Na szczęście nic nie wiedziałam i dzięki temu książka jest taka, jaka jest – o najważniejszym”.

W rozmowie z Jackiem Antczakiem („Rozmowy z Hanną Krall”, Warszawa 2015) dodała: „nie chcę być postrzegana wyłącznie jako autorka «Zdążyć przed Panem Bogiem» i wcale nie uważam, że to była moja najlepsza książka”. Bez późniejszych wyznań i tłumaczeń reporterki książka rozeszła się po świecie przetłumaczona na wiele języków. Nie jest reportażem, który zalicza się do gatunków dziennikarskich obiektywnych, a „Zdążyć…” czytelnika aż razi subiektywizmem w porównaniu z wiedzą historyczną. Bez wiedzy przyjemnie się czyta jak powieść począwszy od pierwszego zdania: „Nosiłeś tego dnia sweter z czerwonej puszystej wełny…”

Przez 60 lat ŻOB, głównie z udziałem Marka Edelmana, nie podjął dialogu z ŻZW, nie ustalono w Polsce jednej, prawdziwej wersji działań powstańczych między 19 kwietnia a 8 maja (walki z osamotnionymi grupkami broniących się Żydów trwały jeszcze przez cały maj), ani nawet jednolitej pisowni nazwisk dowódców (Appelbaum – Apfelbaum, Frenkel-Frenkiel, Wajnsztok – Weinsztok, itd.). Kiedy jednych wymazywano z historii, drugim stawiano pomniki, robiono z nich patronów szkół, ulic i placów. Zupełnie inaczej niż w Izraelu.

Po mojej publikacji w „Rzeczpospolitej” („Appelbaum w cieniu Anielewicza”, 12 października 2002) któregoś dnia zatelefonowała do mnie sekretarka prezydenta Warszawy. Przygotowując się do oficjalnej wizyty w Izraelu prezydent Lech Kaczyński zaprosił mnie na konsultacje dotyczące ŻZW i rewizjonistów-syjonistów. Rozmawialiśmy kilka godzin. Prezydent zaimponował mi wiedzą o rewizjonistach-syjonistach w II RP.
Wydany w Izraelu w 70. rocznicę powstania w getcie znaczek pocztowy upamiętniający jednego z dowódców ŻZW Pawła Frenkela. Fot. israelphilately.org.il
W czasie wizyty w Izraelu znalazł wspólny temat do rozważań o rewizjonistach-syjonistach i ŻZW z m.in. z profesorem Mosze Arensem, byłym ministrem obrony i spraw zagranicznych Izraela. Po przejściu na emeryturę prof. Arens, członek izraelskiej partii politycznej Likud, uważanej za spadkobiercę założeń programowych rewizjonistów-syjonistów, opublikował w Izraelu i USA prace o rewizjonistach-syjonistach w konspiracji i w powstaniu w warszawskim getcie.

Prezydent Kaczyński po powrocie przedstawił warszawskim radnym ustalenia i rezultaty rozmów, efektem których było przyznanie przez Radę m. Warszawy skwerowi na Woli nazwy imienia Mieczysława Dawida Moryca Apfelbauma. Nie wszystkim się to spodobało.

Postać fikcyjna, wymyślona…

Barbara Engelking-Boni, psycholog i socjolog (po doktoracie), kierująca Centrum Badań nad Zagładą Żydów w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, wyrażała wątpliwości co do istnienia ŻZW. Później zmieniła zdanie.

Jej najbliższy współpracownik, historyk Dariusz Libionka w książce napisanej wspólnie z Laurencem Weinbaumem „Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze - wokół Żydowskiego Związku Wojskowego” (Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, 2012) ogłosili, że osoba Mieczysława Apfelbauma, patrona jednego z warszawskich skwerów, rzekomego komendanta Żydowskiego Związku Wojskowego, została wymyślona przez dwójkę sprytnych hochsztaplerów, którym dali wiarę poważni historycy.


Libionka mógłby sam się zaliczyć do poważnych historyków, gdyby spróbował np. odnaleźć w przedwojennej książce telefonicznej adres zamieszkania, a w Centralnym Archiwum Wojskowym informacje o poruczniku Apfelbaumie, który dzielnie walczył w obronie Warszawy we wrześniu 1939 roku. W konspiracji używał pseudonimów „Jabłoński”, „Kowal”, „Mietek”. „Sprawa Apfelbauma to jednak tylko jedno z licznych przekłamań, które przez lata narosły wokół tej organizacji” - mówił Dariusz Libionka w rozmowie z PAP.

Tylko nieliczni polscy historycy i publicyści zareagowali na twórczość Libionki i Weinbauma. Maciej Rosalak w publikacji „Żydowska prawica strzela do SS” („Historia Uważam Rze”, 28.11. 2015) napisał, że „polska opinia publiczna powstanie w getcie wiązała wyłącznie z ŻOB, nic nie wiedząc o związanym z Betarem ŻZW, a Edelman – przynajmniej w publicznych wystąpieniach i szeroko rozpowszechnianych relacjach – milczał celowo. Oczywiście nie tylko on, i nie tylko w PRL, ale także w III RP...”

Edelman długo milczał, Po wielu latach dwom krakowskim publicystom Witoldowi Beresiowi i Krzysztofowi Burnetko („Marek Edelman Życie. Po prostu”, 2008) wyznał: „Z ludźmi ŻZW spotkałem się raz, parę dni przed powstaniem – jeśli to w ogóle było powstanie. Chcieli nas zaszantażować i przejąć ŻOB. Wyjęli rewolwery, żeby nas zmusić. Byłem wtedy z Anielewiczem i „Antkiem” (Icchakiem Cukiermanem – M.K.), a oni do nas – jeżeli się nie poddacie…

Pierwsze strzały dali w sufit, a my chamy, prosto w nich. Strzelałem, jak umiałem, ale nosili takie szerokie bluzy i jeden tylko dostał w bluzeczkę. Wtedy jednak zrozumieli, że nie ma żartów, i poszli w cholerę”.

Żydowscy „faszyści” 1943. Walczyli i ginęli w getcie, żeby nie zginąć w komorach gazowych

Żydowski Związek Wojskowy – pomiędzy niebytem i kłamliwymi świadectwami.

zobacz więcej
Jak można wytłumaczyć tę historię, której wyjaśnienia nie podjął się nigdy Marek Edelman? 12 kwietnia 1943 r. w sztabie ŻZW przy Muranowskiej 7 analizowano podane tego dnia informacje niemieckie o odkryciu w lesie katyńskim masowych grobów polskich oficerów, wśród nich także narodowości żydowskiej. Z nasłuchu radiowego odebrano decyzję rządu Rzeczypospolitej na uchodźstwie w Londynie o zwróceniu się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w celu przeprowadzenia dochodzenia i ustalenia sprawców mordu. To stało się pretekstem dla Stalina do zerwania w dniu 25 kwietnia stosunków dyplomatycznych z emigracyjnym rządem polskim. Ta informacja prawdopodobnie - to moja hipoteza - spowodowała rozłam między obiema żydowskimi organizacjami wojskowymi walczącymi w getcie.

ŻZW (prawicowy i centroprawicowy) jak należy sądzić, opowiedział się po stronie rządu polskiego na wychodźstwie, ŻOB (lewicowy, komunistyczny) po stronie Moskwy. W obliczu nieuchronnej zagłady getta nie powinno mieć to większego znaczenia. A jednak.

Znacznie lepsze uzbrojenie, wyposażenie i wyszkolenie wojskowe ŻZW, łatwość przemieszczania się tunelami na stronę aryjską, wobec osaczenia przez Niemców i kończącej się amunicji bojowników ŻOB-u, którzy podjęli decyzję o samobójczej śmierci, niewątpliwie zaciążyło na powojennych relacjach i stworzeniu takiej, a nie innej historii powstania w getcie. Mimo, że przeżyło zaledwie kilkudziesięciu uczestników, mężczyzn i kobiet z obu organizacji. Stworzona między nimi przepaść zamiast zanikać, pogłębiała się.

Całej prawdy o opisanym zajściu już się zapewne nie dowiemy. Całe dowództwo ŻZW zginęło w walkach w powstaniu. Według Marka Edelmana: „Oni wtedy nie istnieli w getcie, niewiele znaczyli. Stworzyli organizację z podejrzanej zbieraniny. Mieli dużo pieniędzy, zrobili podkop, pierwszego dnia postrzelali się z niemieckim czołgiem. Prawdopodobnie to oni wywiesili ten polski sztandar… Ale później od razu uciekli podkopem. Mieli jednak pecha – dozorca, ten sam, który im zrobił podkop, tej samej nocy ich wydał, a gestapo przyszło i rozstrzelało ich na dachu…”

Przekaz, jaki pozostawił Marek Edelman, jest jedynym zapisem tej historii, która trwale zapisała się w jego życiorysie. Do śmierci nie ukrywał nienawiści do Żydów – oficerów, podchorążych i podoficerów Wojska Polskiego z ŻZW, których publicznie nazywał faszystami.

Przepaść trwająca do dzisiaj

Dariusz Libionka z magistranta prof. Ryszarda Bendera w KUL, wykreowany został (ze wsparciem „Gazety Wyborczej”) na autorytet w przedstawieniu prawdziwej historii Żydowskiego Związku Wojskowego.

Libionka uważa, że prawicowa publicystyka w ostatnich latach kreuje obraz prawicowych „dobrych” Żydów z ŻZW. Historyków o podobnych poglądach nazywa konserwatywnymi. Takie pojęcie wymyślono w innych czasach. Dzisiaj nie ma już podziału na historyków-propagandzistów korzystających z przywilejów danych im od władzy i „konserwatywnych”. Prawdziwy historyk szuka prawdy, dokumentuje ją i opisuje. Zgodnie z posiadaną wiedzą, warsztatem badawczym, sumieniem i etyką pracownika naukowego.
Kamień upamiętniający przywódców ŻZW Pawła Frenkela i Mieczysława (Dawida) Apfelbauma na Trakcie Pamięci Męczeństwa i Walki Żydów w Warszawie. Fot. Wikimedia/ Yanivreg
Dariusz Libionka, samodzielny pracownik naukowy Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, kilkakrotnie pisał, głosił i przekonywał, że pisanie o Żydowskim Związku Wojskowym i gloryfikowanie go ma jeden cel – pomniejszenie roli i zasług w walkach w getcie Żydowskiej Organizacji Bojowej dowodzonej przez Mordechaja Anielewicza. Gdyby Mieczysław Apfelbaum był postacią fikcyjną, wymyśloną - jak uważa Libionka - gen. Kazimierz Sosnkowski, Naczelny Wódz Państwa Polskiego na emigracji, nie awansowałby go pośmiertnie do stopnia majora Wojska Polskiego. Apfelbaum poległ walcząc z bronią w ręku, Anielewicz popełnił samobójstwo.

Barbara Engelking, kierująca Centrum Badań nad Zagładą Żydów w IFiS PAN, której pracownikiem jest Dariusz Libionka, ogłosiła trzy lata temu: „Z naszych badań wynika, że zdecydowana większość próbujących się ratować Żydów zginęła z rąk polskich bądź też została zabita przy współudziale Polaków. Z każdych trzech poszukujących ratunku dwóch zginęło” („Ilu Żydów zamordowali Polacy?” newsweek.pl, 12 kwietnia 2018).

W okresie nagonki na Żydów w 1968 roku popularne było hasło „Syjoniści do Syjonu”. Nieliczni tylko kojarzyli ją z rewizjonistami, prawicowymi Żydami. Komuniści żydowscy i o lewicowych poglądach jak Marek Edelman, w większości zostali w Polsce (wyjechali m. in. ci, którzy byli zagrożeni odpowiedzialnością za komunistyczne zbrodnie, jak Helena Wolińska i Stefan Michnik).

Przy końcu lat siedemdziesiątych w powstających organizacjach antykomunistycznych aktywni byli działacze z żydowskimi rodowodami. Podziały między nimi utrzymały się do dzisiaj. Bronisław Wildstein, publicysta i pisarz o poglądach prawicowych, którego ojciec był Żydem uważa, że w Polsce są ludzie i środowiska, które kreują antysemityzm i „karmią Izrael opowieściami o tym, że w Polsce jest ciągłość antysemityzmu” (w rozmowie z Robertem Mazurkiem „Jesteśmy łagodnym narodem”, „Dziennik, Gazeta Prawna”, nr 29 z 2018 r.) Zalicza się do nich środowisko Adama Michnika („Gazeta Wyborcza”). Michnik, zdaniem Wildsteina, uważa Polaków za „niebezpieczny, endecki, antysemicki motłoch, który może się wyrwać spod kontroli i wtedy zacznie szaleć, robić pogrom”.

Adam Michnik jest z wykształcenia historykiem.

– Maciej Kledzik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Płonące domy podczas powstania w getcie warszawskim. Fot. Forum/ ZIH
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Setki manifestantów utopionych w rzece? Fakty czy legenda
Prezydent przyjął wersję wydarzeń przygotowaną przez komunizujących historyków.
Historia Najnowsze wydanie
Ścięty na gilotynie. Śląski męczennik
Dlaczego młody ksiądz został oskarżony o zdradę stanu?
Historia Poprzednie wydanie
Polska pod obcym protektoratem. Suwerenność reglamentowana
Skoro sami Polacy zaprosili „zagranicę” do ingerencji, trudno, żeby nie skorzystała.
Historia Poprzednie wydanie
Sybiraczka z rodu Mickiewiczów
Dwa tygodnie po śmierci synka przyszła paczka od męża przez Czerwony Krzyż z Persji. Myślałam, że mnie to zabije. Czemu nie przyszła wcześniej!
Historia Poprzednie wydanie
Miał kmicicowatą naturę. Pierwszy rzucał butelkę z benzyną
Śmierć przyszła po Baczyńskiego wcześniej, i to na polu chwały, a nie w ubeckich kazamatach, jak dopadła „Anodę” Rodowicza.