Historia

Po co Sowieci bombardowali Warszawę?

„Bombowce rosyjskie nadlatujące w kilku falach, zrzuciły ok. 200 bomb kruszących i liczne zapalające na cały obszar miasta. Teren bombardowania był oświetlony rakietami. Liczba zabitych narod. polskiej wynosi ok. 200, rannych ok. 800” – tak konspiracyjny „Biuletyn Informacyjny” opisywał nalot, jaki miał miejsce latem 1942 roku.

Poniedziałek, 23 czerwca 1941 roku. Tego dnia „bomby trafiły w hangar na Okęciu, w okolice stadionu na Służewcu, w spalony gmach Teatru Narodowego na placu Teatralnym, w dom przy ul. Focha 6”, a także w Krakowskie Przedmieście 55 „przed Deutsche Apotheke (dawna apteka K. Wendy) oraz w tramwaj na ul. Zygmuntowskiej w pobliżu mostu Kierbedzia” – relacjonował Władysław Bartoszewski w książce „1859 dni Warszawy”.

To opis pierwszego nalotu sowieckiego na Warszawę, w którym, według Bartoszewskiego, zginęło 34 cywilów, kilkudziesięciu zostało rannych, zaś „Niemcy ponieśli straty na Okęciu, na Służewcu i na ul. Focha”. Była to odpowiedź Stalina na rozpoczęcie poprzedniego dnia – 22 czerwca 1941 roku – operacji „Barbarossa”, czyli ataku Niemiec na Związek Sowiecki.

Naloty sowieckie na Warszawę to zapomniana karta historii. A przecież powtarzały się przez następne lata okupacji. To o nich, a nie o nalotach Luftwaffe, usłyszymy w pierwszej zwrotce najpopularniejszej piosenki okupowanej Warszawy, napisanej w 1942 roku przez Annę Jachninę, reporterkę radiową i członka Biura Informacji i Propagandy AK: „Siekiera motyka, bimber, szklanka. W nocy nalot, w dzień łapanka…”.

Niektórzy historycy, varsavianiści zadają sobie pytanie o motywacje sowieckich lotników – czy celem były wyłącznie sieci komunikacyjne i obiekty o znaczeniu militarnym, czy również ludność cywilna i ogółem infrastruktura Warszawy? Porównując szacunkowy bilans ofiar po stronie żołnierzy niemieckich i ludności cywilnej, a także biorąc pod uwagę skalę zniszczeń, można mieć wątpliwości, co do intencji sowieckich lotników.

Co więcej, naloty z sierpnia i września 1942 roku czy nalot z maja 1943 roku zbiegły się w czasie z ewakuacją Armii Andersa z „nieludzkiej ziemi” do Iranu (sierpień 1942), a także z ujawnieniem zbrodni katyńskiej i dochodzeniem prawdy o niej (wiosna 1943). Ale o tym później.

Pierwsza fala

Warszawa stanowiła ważny punkt logistyczny dla wojsk niemieckich walczących na Wschodzie. – Znajdował się tu duży węzeł kolejowy. Sowieci, dysponujący lotnictwem dalekiego zasięgu, wyznaczonym do operacji bombowych o znaczeniu strategicznym, poprzez naloty na Warszawę próbowali odciążyć swoje wojska na froncie – mówi Tygodnikowi TVP Grzegorz Rutkowski, historyk z Muzeum Historii Polski. I dodaje, że choć lotnictwo sowieckie ponosiło wysokie straty („pierwszego dnia inwazji straciło dużo ponad tysiąc samolotów, a niektóre opracowania podają, że i dwa tysiące, co stanowiło znaczącą część ich lotnictwa”), to jednak zdecydowali się na bombardowanie Warszawy, co tylko podkreśla jej wagę, jako ważnego punktu komunikacyjnego.

Krzysztof Dunin-Wąsowicz w książce „Warszawa w latach 1939-1945” szacował, że podczas pierwszej fali nalotów (23 i 24 czerwca 1941) zginęło 42 cywilów (55 było rannych) i 6 żołnierzy niemieckich (2 rannych).
Wrzesień 1941. Celem sowieckich bombowców są pozycje niemieckiej artylerii. Fot. Sovfoto/Universal Images Group via Getty Images
25 czerwca w „Nowym Kurierze Warszawskim” – największym w Generalnym Gubernatorstwie polskojęzycznym, niemieckim dzienniku propagandowym – pojawiła się zdawkowa, ledwo zauważalna notka pt. „Nalot poniedziałkowy” o umniejszającej skutkom nalotu treści: „Podczas pierwszego nalotu bombowców sowieckich na Warszawę, w poniedziałek, zabito i raniono kilkanaście osób. Wyrządzone szkody materialne są nieznaczne”. Zamieszczono ją dopiero na trzeciej stronie (wydanie liczyło cztery strony), m.in. za wieściami z frontu wschodniego, relacją z meczu lekkoatletycznego Niemcy-Rumunia czy kącikiem ogłoszeń.

W przypadku kolejnych sowieckich bombardowań również ukazywały się propagandowe wzmianki w prasie gadzinowej (w mało widocznych miejscach). Niekiedy na jej łamach usiłowano wykorzystać naloty sowieckie do zyskania poparcia ludności miasta dla działań III Rzeszy czy do przedstawiania w negatywnym świetle aliantów i polskiego rządu na emigracji.

Wkrótce w komunikatach urzędowych, ale również na łamach „kurwaru”, bo między innymi w ten sposób warszawiacy nazywali „Nowy Kurier Warszawski”, informowano mieszkańców o obowiązku zaciemniania mieszkań w godzinach wieczornych i nocnych, co miało utrudnić zadanie sowieckim lotnikom.

Szykowali chemiczny atak na Polskę. Gazy bojowe testowali na własnych żołnierzach

Wycinali marynarzom w kombinezonach otwory, sprawdzając, jak skóra będzie reagować na zabójcze substancje. Broń testowano w mieście, które dziś słynie z wynalezienia morderczej trucizny: nowiczoka.

zobacz więcej
Nie tylko Niemcy, ale również Sowieci wykorzystywali naloty w celach propagandowych. Zdarzało się, że oprócz bomb zrzucali na miasto ulotki, na przykład zachęcające Polaków do walki z Niemcami.

Radość i rozpacz

Po nalotach z 23 i 24 czerwca 1941 nastała kilkumiesięczna przerwa od sowieckich bombardowań Warszawy. Kolejny atak z powietrza lotnicy Armii Czerwonej przeprowadzili 13 listopada.

Władysław Bartoszewski relacjonował: „Około godz. 11 spada na Warszawę 8 bomb z samolotów sowieckich lecących na bardzo dużej wysokości. Bomby trafiły w tor kolejowy przy ul. Towarowej, w rampę i w boczne tory; w konsekwencji ruch kolejowy wstrzymany tu był prawie całą dobę. Część bomb uszkodziła trzy domy w rejonie ulic Srebrnej i Miedzianej, zabijając około 50 osób i raniąc ponad 100. W bardzo wielu domach wypadły szyby”.

I znów nastąpiła przerwa, albowiem do kolejnego nalotu doszło latem 1942 roku – w nocy z 20 na 21 sierpnia. Konspiracyjny „Biuletyn Informacyjny” pisał: „Bombowce rosyjskie nadlatujące w kilku falach, zrzuciły ok. 200 bomb kruszących i liczne zapalające na cały obszar miasta. Teren bombardowania był oświetlony rakietami. Liczba zabitych narod. polskiej wynosi ok. 200, rannych ok. 800. Liczbę zabitych Niemców, żołnierzy i cywilnych, oblicza się na około 60, rannych na 300. Około 50 budynków trafiono bombami burzącymi, wzniecono ok. 40 pożarów”.

Władysław Bartoszewski wspominał o ewakuacji 200 dzieci z uszkodzonego pawilonu Domu ks. Baudouina (najstarszy z istniejących w Polsce domów dziecka – red.). Z kolei Zofia Nałkowska w „Dziennikach czasu wojny” opisywała, że „przy odkopywaniu zwalisk po trzech dniach odnajdują ludzi żywych – ten młody chłopiec tuż pod zapadniętym na głowę sufitem ocalały, gdy jego matka za ścianą obok umarła. Rozpacz i radość tego człowieka, który utracił żonę i odzyskał syna za jednym grzebnięciem łopaty”.
Przed wojną Kercelak był popularnym, warszawskim targowiskiem. Fot. Wikimedia
Niebawem, bo w nocy z 1 na 2 września, a także 13 września doszło do kolejnych bombardowań. W przypadku pierwszego z nalotów wrześniowych – Bartoszewski wspominał o bombach zrzuconych przez sowieckich lotników na Wolę, Powiśle i Pragę (okolice Dworca Wileńskiego). Podawał także (za „Biuletynem informacyjnym”), że zrzucono tej nocy ok. 300 bomb burzących – najwięcej na Wolę, gdzie było też najwięcej ofiar; że zniszczony został plac Kercelego (popularny Kercelak), na którym „spłonęło 1000 straganów i kramów” i że „zniszczeniu lub uszkodzeniu uległo ok. 100 budynków mieszkalnych”.

O nalocie z 13 września już nie wspomina. Tego dnia nalot na miasto przeprowadził zaledwie jeden bombowiec. Według szacunków – zginęła jedna osoba, również jedna była ranna.

Największy nalot
Kolejny nalot odbył się w maju 1943 roku (o nim za chwilę), a potem miała jeszcze miejsce seria nalotów w ostatnim tygodniu lipca 1944 roku. Krzysztof Dunin-Wąsowicz pisał, że od 23 lipca 1944 „co wieczór pojawiały się nad Warszawą radzieckie samoloty rozpoznawcze i bombowce oświetlające niebo rakietami”. Intensywnie bombardowano Pragę, bomby spadły także m.in. na Dworzec Zachodni. Ponadto dochodziło do starć między niemieckimi i sowieckimi myśliwcami. „W ciszy nocy słychać dudnienie artylerii radzieckiej, przeszedł nalot” – pisał w „Dzienniku powstańca” o nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1944 Zbigniew Czajkowski-Dębczyński.


Jednakże największy nalot sowiecki na Warszawę (włączając wszystkie bombardowania od czerwca 1941 do lipca 1944) miał miejsce w nocy z 12 na 13 maja 1943 roku. Ludwik Landau, ekonomista, statystyk i współpracownik AK, w „Kronice lat wojny i okupacji” opisywał, że nalot rozpoczął się ok. 23.30 i trwał dwie godziny, że sygnały alarmowe zadziałały z opóźnieniem, że Sowieci zrzucali rakiety oświetlające miasto, a do tego nawigację ułatwiał im pożar wzniecony przez Niemców w tzw. małym gettcie.

Zniszczenia miasta po nalocie były znaczące. Bardzo rozbieżne są szacunki dotyczące liczby ofiar. Krzysztof Dunin-Wąsowicz przywoływał liczbę 49 zabitych i 146 rannych cywilów oraz 17 zabitych i 17 rannych żołnierzy niemieckich. W „Biuletynie Informacyjnym” napisano, że „zginęło do 300 osób narodowości polskiej, a do 1000 zostało rannych, około 1000 rodzin jest pozbawionych dachu nad głową” i że straty niemieckie były nieznaczne. Z kolei Ludwik Landau wspominał, że było 1000 ofiar. „Nierównie więcej ofiar jest wśród ludności; zwłaszcza zburzone i spalone domy na 6 Sierpnia, na Koszykowej, Wspólnej, Grójeckiej, naokoło pl. Kazimierza pochłonęły wiele ofiar” – pisał Landau, który (podobnie jak jego żona i córka) nie przeżył wojny.

Zofia Nałkowska nazajutrz po bombardowaniu: „Wielki nalot tej nocy sprawił, że we mgłach niewyspania i tępoty daje się jednak przeżyć dzień dzisiejszy. Godziny w mrocznej podziemnej pralni, nazwanej schronem, między obcymi, wyrwanymi ze snu ludźmi, siedzącymi wzdłuż ścian jak widziadła, w tępej rezygnacji i nudzie, wobec całkowitego nonsensu targających powietrzem eksplozji”.
Nalot na pozycje niemieckie. Obsługa stanowiska dowodzenia wypatruje nadlatujących bombowców. Fot. NAC
Na marginesie, podczas nalotu z 12 na 13 maja 1943 r. lotnictwo Armii Czerwonej korzystało nie tylko z rodzimych bombowców, ale również z bombowców amerykańskich North American B-25 Mitchell, pozyskanych przez ZSRS na mocy Lend-Lease Act – ustawy federalnej z 11 marca 1941 roku, w ramach której Stany Zjednoczone przekazywały sojusznikom sprzęt wojskowy.

– Związek Sowiecki był ogromnym beneficjentem tego programu. Dostał ciężarówki, samoloty, czołgi i inne wozy bojowe. W przypadku niektórych rodzajów sprzętu wojskowego, np. ciężarówek czy dwusilnikowych bombowców, wsparcie było znaczące – mówi Grzegorz Rutkowski.

Nieskuteczna obrona

Można się zastanawiać nad stanem niemieckiej obrony przeciwlotniczej w Warszawie. Grzegorz Rutkowski tłumaczy, że system przeciwlotniczy w rejonie Generalnego Gubernatorstwa nie był tak rozbudowany, jak na terenie III Rzeszy.

Na odsiecz Finom! Wojna zimowa a sprawa polska

Gdyby Helsinki czekały na pomoc aliantów, zostałyby na lodzie.

zobacz więcej
– Początkowo Niemcy nie dysponowali w tym rejonie nocnym lotnictwem myśliwskim, które najefektywniej mogłoby zwalczać sowieckie naloty na Warszawę, prowadzone przeważnie po zmroku. Zabezpieczenie Warszawy mogły teoretycznie zapewniać jednostki Luftwaffe walczące na Froncie Wschodnim, które były jednak skupione na innych celach – na niszczeniu w operacjach dziennych lotnictwa sowieckiego, wspieraniu i zaopatrywaniu wojsk niemieckich na Wschodzie.

Jeżeli zaś chodzi o stałą obronę: liczbę baterii przeciwlotniczych, szperaczy, punktów obserwacyjnych, to również nie była ona stosunkowo rozbudowana. – A gdy obrona przeciwlotnicza nie jest wielopoziomowa, to nie jest wystarczająco skuteczna – podkreśla Grzegorz Rutkowski, i dodaje, że w ramach obrony przeciwlotniczej sprawnie działała niemiecka sieć alarmowa i posterunki obserwacyjne.

Kara za Andersa czy przypadek

Zastanawiająca jest także kwestia celności, a raczej jej braku u sowieckich lotników. „Przy braku jakiejkolwiek obrony niemieckiej wyniki nalotu są dowodem nieudolności lotników sowieckich. Przytłaczająca większość bomb upadła na domy mieszkalne” – pisano w sierpniu 1942 r. w „Biuletynie Informacyjnym”. Z kolei tekst o nalocie z 12 na 13 maja 1943 r. zatytułowano: „Nieudolność czy zbrodnia?”.

Wątpliwości miał również Ludwik Landau. Po nalocie z 12 na 13 maja 1943 r. zanotował: „Że sowiecka ofensywa lotnicza nie jest fantazją – przekonała się dziś Warszawa na własnej skórze. Inna rzecz – to jej skuteczność. Warszawa jako obiekt wojskowy jest przede wszystkim centrum komunikacyjnym, zwłaszcza węzłem kolejowym – na jego niszczenie więc chyba nastawiony był nalot. Otóż pewne uszkodzenia w sieci kolejowej nastąpiły – ale wydaje się, że dość niewielkie, niewspółmierne z rozmiarami nalotu, który był ogromny – takiego jeszcze od pamiętnych dni września 1939 r. Warszawa nie miała”.

Dr Tymoteusz Pawłowski, historyk, w rozmowie z Tygodnikiem TVP mówi wprost: – O ile pierwsze sowieckie naloty na Warszawę z czerwca 1941 roku, jak i naloty z lipca 1944 roku, miały założenia militarne, taktyczne, związane z działaniami wojennymi, o tyle nalotów z 1942 i 1943 roku nie można w ten sposób uzasadniać, miały one charakter terrorystyczny. Były one karą za wyprowadzenie przez gen. Andersa Armii Polskiej ze Związku Sowieckiego i za ujawnienie zbrodni katyńskiej – twierdzi historyk.

W warunkach II wojny światowej celność lotniczych bombardowań pozostawiała wiele do życzenia. – Pokazuje to już pierwszy nalot z czerwca 1941 roku, kiedy sowieckie bombowce usiłowały zbombardować Dworzec Wileński i przestrzeliły; bomby trafiły w oddalony o 300 metrów zatłoczony tramwaj – mówi dr Tymoteusz Pawłowski.
Rok 1942. Sowieckie bombowce w akcji. Fot. Picture Post/Hulton Archive/Getty Images
Po chwili dodaje, że sowieckie bombowce krążyły nad Warszawą i często zrzucały bomby właściwie na oślep. – Niektórzy historycy, varsavianiści przekonywali, że w 1942 i 1943 roku sowieccy lotnicy celowali w niemieckie posterunki w Warszawie. Prawdopodobieństwo, że w nie trafią było niewielkie. Zrzucali bomby na mieszkalne dzielnice Warszawy. Powtórzę: to były naloty terrorystyczne – podkreśla historyk.

Zdaniem Grzegorza Rutkowskiego, Sowieci (przynajmniej w teorii) starali się atakować cele kolejowe. – Dla nich najważniejsze było uszkodzenie warszawskiego węzła kolejowego. Kilkanaście czy, w optymalnym scenariuszu dla Sowietów, kilkadziesiąt godzin opóźnienia transportów wojskowych w rejonie Warszawy mogło generować znaczące straty armii niemieckiej na Wschodzie – mówi Rutkowski, zaznaczając, że w kampanii na Froncie Wschodnim ogromną rolę odgrywały wszelkie zasoby: od ludzi po sprzęt wojskowy, różnego rodzaju surowce, materiały oraz sprawnie działająca logistyka itd.

I dodaje: – Dlatego Warszawa, jeżeli tylko znajdowała się w zasięgu lotnictwa sowieckiego, była atakowana. Precyzja sowieckich nalotów była niewielka za sprawą wysokiego pułapu i nocnej pory zrzucania bomb. Co przekładało się na straty w ludności cywilnej. Pamiętajmy jednak, że była to wojna totalna. A Sowieci i Niemcy nie liczyli się specjalnie z życiem cywilów – mówi Grzegorz Rutkowski.

– Łukasz Lubański

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Rok 1941. Sowiecki bombowiec w akcji. Fot. Universal History Archive/Universal Images Group via Getty Images
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Syberyjski Rockefeller. Polski milioner w Rosji
Produkował dla Rosjan setki tysięcy wiader spirytusu.
Historia Najnowsze wydanie
Freie Stadt Danzig. Niebezpieczna nostalgia nad Motławą
Ulice były wolne dla brunatnych batalionów.
Historia Najnowsze wydanie
Tłum szturmował samoloty, statki i barki. Amerykańska hańba
To moralna porażka Stanów Zjednoczonych – donosił prezydentowi Fordowi Henry Kissinger.
Historia Poprzednie wydanie
Dekalog dobrego człowieka
Społeczna Krucjata Miłości miała doprowadzić do powstania „nowych ludzi plemienia”.
Historia Poprzednie wydanie
Przestudiowałem „Kapitał” trzy razy
„Inteligencja nasza nieraz, nieświadomie może, przygotowuje grunt dla komunizmu, a sobie szafot” – pisał w 1938 roku ks. Wyszyński.