Historia

Nie mieliśmy wątpliwości, że wszyscy pojechali na rozstrzelanie

Odbyło się to w ten sposób, że najpierw dwa dni wcześniej – jak zwykle w takich wypadkach – dostaliśmy na Pawiak wykaz z nazwiskami osób, które miały wejść w skład transportu. Początkowo nie przypuszczałam, że osoby te zostaną rozstrzelane, a to z tego względu, że wśród nich była dość znaczna liczba kobiet, a w transportach mieszanych kierowanych na rozstrzał było ich zazwyczaj znacznie mniej.

Znany publicysta i popularyzator jazzu Krystian Brodacki wygrał kilka lat temu sprawę z portalem onet, który na swej głównej stronie zamieścił wojenne zdjęcie kobiety prowadzonej przez żołnierzy niemieckich, z niewybrednym podpisem sugerującym, że to Polka utrzymująca intymne relacje z okupantem. Tymczasem była to Maria Brodacka z domu Jaxa-Rożen, mama dziennikarza, aresztowana przez Niemców za udział w konspiracji (Polska Ludowa Akcja Niepodległościowa), rozstrzelana 14 czerwca 1940 r. i wrzucona do bezimiennych dołów śmierci w podwarszawskich Palmirach.

Palmiry to malutka wieś w niezbyt nieodległym od stolicy lesie znanym jako Kampinoski Park Narodowy, jakieś – 20 kilometrów od miasta – przebiegała w czasie wojny wytyczona przez okupanta granica Rzeszy. A za granicą prawo – dla Polaków – było jeszcze bardziej bezwzględne. Może dlatego to tam właśnie Niemcy umiejscowili masowe groby ofiar swoich mordów dokonywanych pod osłoną nocy, bez wyroków – nawet i tych bezprawnie działających okupacyjnych, niemieckich sądów. Za sprawą Krystiana Brodackiego Palmiry wróciły wtedy do narodowej pamięci o niemieckich zbrodniach. Teraz zaś wracają za sprawą książki „Palmiry. Zabić wszystkich Polaków” reportera Mariusza Nowika. Kiedy z Berlina, Jerozolimy czy Nowego Jorku dochodzą echa wypowiedzi negujących historię II wojny światowej, w tym sowieckiej i niemieckiej okupacji Polski, kiedy mieszane są role katów i ofiar, kiedy zaprzecza się dokumentom imiennym zamordowanych obywateli polskich, Mariusz Nowik przygotowuje tę niełatwą książkę.

Opisuje więźniów Pawiaka i rabina z warszawskiego getta, pokazuje konspiratorów, odnajduje ślady dawnych mieszkańców okolicznych wiosek i pracowników leśnictwa, którzy próbowali przeniknąć niemieckie tajemnice. Gromadzi listy zamordowanych. Przypomina dzielnych ludzi z PCK z 1945 roku, którzy doprowadzili do ekshumacji – przede wszystkim przedwojenną aktorkę Jadwigę Borytę-Nowakowską i ks. Edwarda Gregorkiewicza, proboszcza z Łomnej, który finansował część prac . Pokazuje ich przebieg, zwłaszcza wzruszające próby ustalania tożsamości ofiar.

W Palmirach i okolicy zostali zastrzeleni m.in. wspaniały sportowiec – olimpijczyk Janusz Kusocinski, twórca sukcesów Polskiego Radia w Wilnie Witold Hulewicz, marszałek Sejmu Maciej Rataj i socjalista Mieczysław Niedziałkowski. Tam zamordowano ojca i brata Stanisława Jankowskiego „Agatona”, architekta i cichociemnego oraz ojca i brata Tadeusza Drewnowskiego, krytyka literackiego i publicysty. Adwokatów, robotników, księży, mężczyzn i kobiety, chrześcijan i wyznawców judaizmu. Ekshumacje ofiar rozpoczęto w listopadzie 1945 roku.

Fragmenty książki „Palmiry. Zabić wszystkich Polaków” Mariusza Nowika publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószynski i S-ka.
Książka wydana nakładem wydawnictwa Prószynski i S-ka.
Sto dziewięćdziesiąt osiem osób. Stu siedemdziesięciu dziewięciu mężczyzn. Dziewiętnaście kobiet. Tyle nazwisk przed transportem przepisała więzienna kancelistka przez dodatkową kalkę. Listę otwierała data 17 września 1940 roku i nazwisko Borski Jan, urodzony 3 lutego 1888. Borski Jan na drugie imię miał Maurycy i był dziennikarzem, pisywał socjalistyczne teksty do „Robotnika”.

Sto sześćdziesiąty trzeci na liście był Eugeniusz Bańkowski, sto siedemdziesiąty trzeci – Ludwik Drozdowski, a trzydziesty czwarty – Henryk Rudowski. Koledzy, aresztowani na początku lipca 1940 roku, kiedy Niemcy rozbijali ich tajną organizację, Polski Związek Wolności.

Bolesław Cwil – pięćdziesiąty siódmy – prowadził zakład fryzjerski przy ulicy Grochowskiej, Stanisław Dziedzic – siedemdziesiąty szósty – był studentem Szkoły Nauk Politycznych, Zbigniew Wróblewski – sto trzydziesty ósmy – adwokat, pracował w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej, Zygmunt Sajna – osiemnasty – był księdzem katolickim, proboszczem parafii w Górze Kalwarii, Sebastian Chorzewski i Antoni Motz – trzydziesty szósty i sto czterdziesty szósty – byli lekarzami. Motz to znany chirurg ze Szpitala Dzieciątka Jezus, nazwisko Chorzewskiego pomylono na liście, zapisano jako „Korzewski Jan”.

Strzelali z bliska, grzebali ludzi żywcem, główki dzieci rozbijali o drzewa. Tajemnica „Pomorskiego Katynia”

W lasach piaśnickich, niedaleko Wejherowa, Niemcy zabili od 12 do 14 tysięcy ludzi. Ich tożsamość – w większości – do dzisiaj nie jest znana.

zobacz więcej
Ale tego wszystkiego maszynistka nie wiedziała. Jako ostatnią na liście wstukała na starej maszynie Janinę Bogdan. Urodzoną 12 czerwca 1902 roku. Potem szybko wyciągnęła kartkę, złożyła na wiele razy i schowała. Przekazała ją strażniczce Janinie Gruszkowej (…).

Z przesłuchania Janiny Gruszki w Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckiej w Polsce.

– Kiedy świadek przestała pracować w więzieniu przy ulicy Dzielnej?
– W dniu mojego aresztowania, wysoki sądzie. 28 października 1940 roku.

– A co świadkowi wiadomo o transportach, które miały miejsce przed jej aresztowaniem? Czy świadek pamięta, kiedy się odbywały, kogo wywożono i gdzie?
– Wysoki sądzie, mogę opowiedzieć o trzech takich wywózkach. Tyle sobie dokładnie przypominam, przy tylu byłam. Pierwsza 2 maja 1940 roku, do obozu koncentracyjnego Mauthausen – tak przynajmniej mówiono. Pojechało 1100–1200 osób. Druga 7 lub 9 maja 1940 roku, dziewięć osób zabranych na rozstrzał. Trzecia – na śmierć do Palmir, 20 i 21 czerwca, też 1940 roku. 358 osób. (…)

– Jak wyglądał drugi transport, ten… ten… niech spojrzę… z 7 lub 9 maja?
– Co do tego transportu, to nie mieliśmy wątpliwości, że wszyscy pojechali na rozstrzelanie – dziewięć osób: Drewnowski z synem, małżonkowie Emichowie, Brodacka, Warszawski, Ligotke – brat i siostra, a także jeszcze jeden mężczyzna, którego nazwiska nie pamiętam. Pracowałam tego dnia w kancelarii, widziałam tam ich wszystkich, widziałam też przez okno, które wychodziło na ulicę Dzielną, że do więzienia przyjechała czarna karetka samochodowa w asyście otwartej ciężarówki z ławkami. (…)

– Trzeci transport – z czerwca 1940 roku, też zakończony rozstrzelaniem więźniów. Co pani wiadomo o okolicznościach, przebiegu i ofiarach?
– Tak, już wszystko mówię, proszę sądu. W tym transporcie na śmierć, na rozstrzelanie w lesie pod Palmirami pojechali między innymi marszałek Sejmu Maciej Rataj i pan poseł Mieczysław Niedziałkowski. W sumie 358 osób, ja tu wszystkie mam na liście. Odbyło się to w ten sposób, że najpierw dwa dni wcześniej – jak zwykle w takich wypadkach – dostaliśmy na Pawiak wykaz z nazwiskami osób, które miały wejść w skład transportu. Początkowo nie przypuszczałam, że osoby te zostaną rozstrzelane, a to z tego względu, że wśród nich była dość znaczna liczba kobiet, a w transportach mieszanych kierowanych na rozstrzał było ich zazwyczaj znacznie mniej.

– Ile kobiet według pani wiedzy wyznaczono do tego transportu?
– 64, wysoki sądzie.

– W jaki sposób świadek weszła w posiadanie tej listy?
– Gdy przychodziły z gestapo nazwiska osób do wywiezienia, trzeba było zrobić z tego kilka odpisów, które szły następnie na oddziały, do biura depozytów rzeczowych i do działu gospodarczego. Maszynistka sporządzająca odpisy podkładała kilka bibułek więcej i w ten sposób zyskiwaliśmy kilka dodatkowych odpisów. Jeden z takich egzemplarzy zabierałam ja i w czapce więziennej wynosiłam za mury. Przez pewien czas odpisy te były przechowywane na terenie jednej z fabryk warszawskich, a w roku 1940 zostały zakopane w Natolinie koło Wilanowa. Mogę dodać dla potrzeb sprawy i przesłuchania, wysoki sądzie, że listy z Pawiaka przeleżały wojnę ukryte w ziemi koło domu Antoniego Karniewskiego w Natolinie, zaś odwoził mu je Jan Pustoła. Mieszka na Pradze przy ulicy Kępnej.
Gryps z Pawiaka przemycony przez polską strażniczkę Janinę Gruszkową. Jest to fragment listy więźniów straconych w Palmirach w wielkiej egzekucji w dniach 20-21 czerwca 1940. Fot. Wikimedia
– Czy to są te listy, które świadek przyniosła ze sobą?
– Tak, proszę sądu. Składam listę zawierającą wszystkie nazwiska osób wywiezionych 20 i 21 czerwca 1940 roku z Pawiaka do Palmir i tam rozstrzelanych. Składam też listy rozstrzelanych 30 sierpnia i 17 września roku 1940. Są to dokładne kopie oryginalnych list układanych przez gestapo.

Zarejestrowane niemieckim aparatem

Nie wiadomo, który z Niemców zabrał ze sobą aparat fotograficzny do palmirskiego lasu. Może był to specjalnie wyznaczony do tego funkcjonariusz? Nie wiadomo, na czyje zlecenie robił te zdjęcia. Może trafiły potem na biurko gubernatora Fischera, może napawał się nimi sam Obergruppenführer Krüger albo nawet generalny gubernator Frank.

Gdy ogląda się je osobno, niektóre wyglądają tak zwyczajnie, nudno, że wzrok prześlizguje się po nich swobodnie, bez punktu zaczepienia. Ot, droga prowadząca do lasu, po lewej stronie trzy wysokie brzozy, po prawej przydrożny rów i niewielkie wzniesienie, które upatrzył sobie fotograf.

Z tego miejsca udaje mu się sięgnąć kadrem głęboko – pierwszy plan to trzej Niemcy. Wyglądają na zrelaksowanych, stoją bez czapek, hełmów, bez broni. Wykonali swoje zadanie, mogą odpocząć. Pozują, choć od niechcenia. Pewnie autor zdjęcia zawołał chwilę przed naciśnięciem migawki aparatu, żeby na niego spojrzeli. Więc patrzą.

Niemcy karali Polaków, i to ostrzej niż Żydów. A co jest gorsze od kary śmierci? Śmierć rodziny

Powojenna konstytucja Niemiec zawiera dwa artykuły, które miały chronić zbrodniarzy wojennych – twierdzi historyk Bogdan Musiał, autor książki „Kto dopomoże Żydowi...”

zobacz więcej
Za nimi ciąg ciężarówek czekających wzdłuż drogi. Sześć, wszystkie puste. Odsłonięte plandeki, wygaszone silniki. Czekają. Między dwoma brzozami stoi wysoki znak – skrzyżowanie. Przed nim dwaj inni Niemcy. Rozmawiają. Wyższy chyba usłyszał wołanie fotografa, bo zdążył jeszcze spojrzeć w obiektyw. Nic się nie dzieje. Horyzont zamyka linia drzew.

Takie zdjęcie w raporcie nie przykuje uwagi dowódcy. Pozbawione kontekstu nie powie też nic przypadkowemu widzowi. Dopiero uzupełnione o okoliczności nabierze mocy.

Na czele kolumny ciężarówek zaparkowała oficerska limuzyna, ale nie widać przy niej gestapowców. Swobodna atmosfera panująca wśród sfotografowanych mężczyzn pozwala przypuszczać, że dowódcy odeszli stamtąd i nie wracają od dłuższego czasu. Może jeszcze idą przez las, a może właśnie przyglądają się, jak rozstrzeliwani spadają do dołów? Gdyby zabrali ze sobą fotografa, być może zamiast nudnej sceny z ciężarówkami dostalibyśmy odpowiedzi na te pytania. Kazali mu jednak zostać.

Aby zadowolić oficerski wybredny gust, trzeba czegoś więcej niż tylko ciężarówek przy zakurzonej drodze. Więcej ruchu, więcej postaci, lepsze ujęcia. Na początek można pokazać wysiadających z budy cywilów. Przechodzą przez burtę z boku, pod odsłoniętą plandeką.

Niemcy jeszcze pozwalają im się nie spieszyć. Każdego trzeba przecież obsłużyć – zawiązać mu przepaskę na oczach, żeby nie wiedział, dokąd idzie, i nie uciekał, kiedy już zrozumie.

– Wychodzić po kolei! – krzyczą.

Gestapowiec w płaszczu ściągniętym czarnym pasem i czarnych skórzanych rękawiczkach staje przed ciężarówką i rozkłada ramiona. Próbuje regulować ruchem idących na śmierć.

Dwaj mężczyźni schodzą z burty tyłem do niego, właśnie dotykają stopami ziemi. Kobieta wychyla się spod plandeki – prawą dłonią podtrzymuje się metalowego słupka, obok niej mężczyzna w czapce już przełożył nogę, stanął na błotniku, zaraz zeskoczy na ziemię za plecami innego Niemca. Drobna więźniarka ze związanymi włosami, w zapiętym wysoko eleganckim płaszczu i chustą zawiązaną pod szyją, czeka na swoją kolej, gestapowiec obok niej właśnie kończy zawiązywać komuś chustę na twarzy. Zasłania skazańca szerokimi plecami, zaciska węzeł, rozkładając łokcie na boki.
Na najbliższym planie rozmazana ruchem głowa policjanta. Pewnie kogoś odprowadza do grupy przygotowanych więźniów. Nisko stojące słońce kładzie się jasnym blaskiem na twarzy, gra refleksem na hełmie. Fotografowi spodobała się ta scena. Na wszelki wypadek zrobił dwa ujęcia.

Na drugim kobieta zaciskająca dłoń na metalowym słupku rozgląda się z wysokości ciężarówki. Jeszcze nie wysiada. Jest wychudzona, starsza. Może zastanawia się, jak poradzi sobie z zeskoczeniem, może obawia się, że ramiona jej nie utrzymają, kiedy będzie musiała polegać na nich, przekładając nogę przez burtę. Na lewym przedramieniu ma białą opaskę. Być może jest na niej błękitna gwiazda Dawida.

Niemcy w czapkach zawiązują opaski na oczach kobiet, Niemcy w hełmach czekają, by je odprowadzić. Swojej kolei doczeka się też więźniarka pozostająca w budzie. Nie wiadomo, czy kazali jej skoczyć, czy ściągnęli ją siłą, czy jednak poradziła sobie sama z wyjściem z ciężarówki.

Kolejna scena, jeden krok dalej. Pokryty zielonymi liśćmi młodniak, przedsionek lasu. Uwagę przykuwa wysoki podoficer w hełmie, najpewniej sierżant. Z jego twarzy bije rutyna funkcjonariusza, dla którego ta sytuacja nie jest ani pierwszą, ani ostatnią w jego karierze. Widać po nim lekkie zniecierpliwienie i irytację, pewnie wolałby, żeby zamiast pstrykania zdjęć zająć się robotą. Tylu więźniów, tyle jeszcze grup do odprowadzenia. Ale nie protestuje, choć jego mina wyraża wszystko. Nie patrzy w obiektyw, nie pozuje, zerka gdzieś dalej, przed siebie. Rutyna pozwala mu też zapalić papierosa, trzyma go teraz między palcami lewej dłoni, prawą chowa do kieszeni płaszcza.
Jego podwładni, młodzi, z pustymi jeszcze pagonami, eskortują ubranych po cywilnemu mężczyzn. Trzymają ich za rękawy. Jeden policjant, jeden więzień. Przy nogach Niemców karabiny, na twarzach więźniów szerokie chusty, w dłoniach eskortowanych tobołki z osobistymi rzeczami, ciepły płaszcz przerzucony przez przedramię, z szyi innego – stojącego z tyłu, w jasnej marynarce, eleganckich pantoflach i ciemnym kapeluszu na głowie, ze starannie przystrzyżonymi wąsami – zwisa haftowany szalik.

Mężczyzna na przedzie kolumny w zapiętej pod szyją białej koszuli i podniszczonej ciemnej marynarce garbi się, może pod ciężarem bagażu, a może strachu. Całą twarz ma przesłoniętą czarnym materiałem. Na pewno trudno mu oddychać.

Stojący obok strażnik zaciska dłoń na jego łokciu. Zadba o to, by mężczyzna nie potknął się na korzeniach, nie upadł, nie zrobił sobie krzywdy przed tym, co go czeka. Jego oczy nie wyrażają żadnych emocji. Daleko za nimi widać kolejną grupę przygotowującą się do wymarszu.


Następne zdjęcie, następna scena. Tym razem pięć kobiet. Każda ze swoim „przewodnikiem” trzymającym ją za prawe ramię. Każdy „przewodnik” w prawej dłoni niesie karabin. Gdyby którejś udało się wyrwać, szarpnąć mocno, zrzucić czarną opaskę z oczu, miałaby nie więcej niż kilka sekund życia. Tyle zajęłoby mu podbicie mausera do lewej dłoni, przeładowanie i oddanie strzału. Zresztą jak wyrwać się młodemu, silnemu mężczyźnie, dokąd uciekać? Więc idą, stawiają kroki ostrożnie, czasem opierają się na mocnych ramionach „przewodników”. Nie niosą już walizek ani tobołków. Prawdopodobnie wszystko musiały zostawić na ścieżce przed wejściem w gęstwę lasu.

Fotograf podąża za nimi. Strzela ujęcie, na którym widać plecy tego konwoju. Zwraca uwagę płaszcz kobiety na pierwszym planie – jasny, w charakterystyczną kratę. Dzięki temu płaszczowi uda się potem ustalić jej nazwisko i prawdopodobną datę egzekucji. Janina Skalska, żona właściciela młyna z podwarszawskiego Piaseczna, rozstrzelana 20 lub 21 czerwca 1940 roku.

Wraz ze Skalską Niemcy aresztowali jej brata, Eugeniusza Ostapowicza. Eugeniusz też jest w tym lesie. Gdzieś przed nimi znajduje się cel ich marszu. Jeszcze niewidoczny, ale coraz bliższy.
Palmiry, czerwiec 1940. Fotograf podąża za katami i ofiarami. Fot. NAC
Ostatnia scena dramatu. Sześciu mężczyzn w środku lasu. Za nimi drzewa i hałda piachu przykrytego świeżym śniegiem. Musiał spaść w nocy. Przed hałdą prostokątny dół. Część wykopu widać na fotografii. Sylwetki mężczyzn ostro odcinają się na białym tle. Są spokojni, zrezygnowani, pogodzeni z losem, ale wyprostowani, jak na apelu. Jeden unosi dłonie zwinięte w pięści i przyciska je do piersi, jakby chciał zasłonić się przed kulami w odruchu ostatniego gestu sprzeciwu. Oczy mają przewiązane opaskami. Czekają. Jeszcze sekunda. Dwie.

Niewidoczny w kadrze oficer unosi rękę. Pluton egzekucyjny zastyga w bezruchu, lodowata stal mauserów parzy policzki, zmrużone powieki ogniskują spojrzenie na celu. Sylwetki mężczyzn ostro odcinają się na białym tle.

Koło 19-tego toru

Zaczęło się w pierwszy śnieg 1939 roku. Wtedy po raz pierwszy przyjechały tu budy. Za każdą motocykl z żandarmem z rozpylaczem i drugi – z karabinem maszynowym. Trzeba wiedzieć, że zaraz za wsią, która należała już do »Reichu« (mimo, iż tylko dwadzieścia parę kilometrów dzieliło ją od Warszawy) na pagórkowatym, porosłym iglastym lasem terenie ukryli Niemcy wielkie składy i magazyny, przeważnie z amunicją. Ustawione były przy kilkunastu torach. (Przed ucieczką Niemcy i tory i magazyny rozebrali).

Dzieci okupowanej Warszawy

Katowano oraz zabijano małych szmuglerów i złodziei, którzy kradli, by ratować od głodu siebie i swoich bliskich. Szczególnym okrucieństwem wykazywali się wobec nich Bahnschutze, strażnicy kolejowi.

zobacz więcej
Cały obszar był bardzo pilnie strzeżony przez Niemców i tylko robotnicy udający się pod strażą do roboty, a także gajowi mieli tam dostęp. Jak jechały w tamtą stronę samochody, ludzie mówili: znów na tory jadą. A różne miejsca w lesie określali (i jeszcze dotąd, mimo że torów nie ma, określają): za 16-tym torem lub przed 13-tym torem.

Otóż, gdy tamtej nocy samochody – było ich siedem, jak ktoś zauważył – przejechały przez wieś – na drugi dzień rano ludzie powiedzieli: patrzcie, na tory ich zaniosło. Ale nic jeszcze wtedy nikt nie przeczuwał: że mianowicie, wówczas właśnie się zaczęło.

I dopiero, gdy w parę dni potem wioskową pocztą pantoflową rozeszła się wiadomość, że ktoś koło 19 toru zobaczył wielki dół zarzucony niezgrabnie ziemią, potem dla niepoznaki zasypany igliwiem, a także drzewa pokaleczone pociskami, jakieś porozrywane w strzępy ubrania, nawet bieliznę i ślady krwi – wszystko stało się aż nadto jasne.

Zdzisław Sachnocki, Palmiry, „Życie Warszawy”, 1–2 listopada 1947 r.


2204 osoby

Stefanów. Wólka Węglowa. Laski. Wydmy Łuże. Palmiry. Dwa tysiące dwieście cztery osoby. Tyle, ile ziaren piasku zmieści się w dłoni i ile nabojów do mausera kaliber 7,92 milimetra, ułożonych po 15 sztuk w papierowe szachtele, wepchniętych po 20 paczek w kartonowe pudełka, pachnących oliwą, metalem, skórą i mundurem, zmieści się w dwóch sosnowych skrzyniach z napisem „Luftdichter Patronenkasten”.

Dwa tysiące dwieście cztery. Ale było ich więcej. Las Kabacki. Magdalenka. Sękocin. Nadarzyn. Zaledwie nieliczni dostali tabliczki z nazwiskami. Młochów. Raszyn. Okęcie. Falenty. Babice. Bukowiec. Nie wiadomo, ilu na zawsze zostało w bezimiennych mogiłach. Zielonka. Marki. Anin. Rembertów. Wawer. Otwock. Wreszcie także ogrody sejmowe i warszawskie ulice, zasypane popiołami rozstrzelanych, układanych warstwami na stosach, spalonych w ogniu podlanym benzyną z wojskowych kanistrów.

– Mariusz Nowik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Tytuł i śródtytuły od redakcji
Wykład przewodnika MPW, Palmiry
Zdjęcie główne: Wnętrze Muzeum-Miejsca Pamięci Palmiry w podwarszawskich Palmirach. Fot. PAP/Tomasz Gzell
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Syberyjski Rockefeller. Polski milioner w Rosji
Produkował dla Rosjan setki tysięcy wiader spirytusu.
Historia Najnowsze wydanie
Freie Stadt Danzig. Niebezpieczna nostalgia nad Motławą
Ulice były wolne dla brunatnych batalionów.
Historia Najnowsze wydanie
Tłum szturmował samoloty, statki i barki. Amerykańska hańba
To moralna porażka Stanów Zjednoczonych – donosił prezydentowi Fordowi Henry Kissinger.
Historia Poprzednie wydanie
Dekalog dobrego człowieka
Społeczna Krucjata Miłości miała doprowadzić do powstania „nowych ludzi plemienia”.
Historia Poprzednie wydanie
Przestudiowałem „Kapitał” trzy razy
„Inteligencja nasza nieraz, nieświadomie może, przygotowuje grunt dla komunizmu, a sobie szafot” – pisał w 1938 roku ks. Wyszyński.