Rozmowy

„Bieszczadzkie Anioły” to był taki poetycki Woodstock

Dzięki Staremu Dobremu Małżeństwu Muszyna i jej okolice stały się popularne. Gdy napisałem wiersz, że w Leluchowie czereśnie dziko krwawią, odwiedzili to miejsce studenci z Poznania i pytali sołtysa, gdzie są te drzewa. Odpowiedział, że nie ma i nie było. Poprosili więc o zaświadczenie na piśmie. I sołtys napisał: „Stwierdza się, że w Leluchowie czereśni brak” – wspomina ze śmiechem Adam Ziemianin, poeta i autor tekstów piosenek.

Propagatorem jego poezji było przede wszystkim Stare Dobre Małżeństwo. Utwory na bazie jego wierszy komponował i śpiewał lider tego zespołu Krzysztof Myszkowski. Ale sięgali też po nie m.in. Wolna Grupa Bukowina, Jacek Wójcicki czy Elżbieta Adamiak.

TYGODNIK TVP: Swoją oficjalną stronę otwiera pan fragmentem wiersza „Cyrklowo i linijkowo na Zarębku”:
Bo w życiu nie chodzi żeby tylko być
Ale ciekawość podkręcać jak knot w lampie.

To pana dewiza życiowa?

ADAM ZIEMIANIN:
To dla mnie ważne przesłanie. Chodzi o to, by towarzyszyć życiu czynnie, a nie biernie, i żeby pielęgnować najważniejsze wartości, przede wszystkim nadzieję i miłość. Ważne, abyśmy byli ludźmi wrażliwymi na innych, bardziej uduchowionymi, a mniej konsumpcyjnymi. Obcowanie z poezją, sztuką, muzyką i malarstwem może nam w tym pomóc. Cieszy mnie, że tak bliski memu sercu utwór został wyśpiewany przez zespół „U Studni”. Wokalista, gitarzysta Darek Czarny skomponował do niego muzykę, która trafnie oddaje jego klimat.

Owa grupa muzyczna, która powstała w 2012 roku po rozpadzie Starego Dobrego Małżeństwa, chętnie sięga po pana teksty. Zresztą sama jej nazwa i tytuł jej pierwszej płyty nawiązują do pana wiersza „U studni”. Ogromna tęsknota wybrzmiewa w powtarzającej się frazie: Spotkamy się u studni…, po której w kolejnych zwrotkach występują słowa: … Wkoło będzie zielono/… Być może że na drugim świecie/... Z wiecznie żywą wodą/… I będziemy znów tacy młodzi. Z czego ta tęsknota wynika?

Z tym wierszem wiążą się dwa dramatyczne wydarzenia: śmierć mojej żony Marii i mojego przyjaciela Wojtka Belona, lidera zespołu Wolna Grupa Bukowina.
Maria zmarła na raka w 2005 roku. Z chorobą zmagała się wiele lat. Raz było gorzej, raz lepiej. Kiedy była poprawa, rosła moja nadzieja, że uda się to wszystko przezwyciężyć. Maria chodziła wtedy po górach czy jeździła na nartach. Niestety, nadzieja okazała się złudna – ciężka choroba znowu dawała o sobie znać. O szczegółach nie chcę mówić, to były najgorsze lata w moim życiu. Do dziś nie mogę się pozbierać. Podobnie czułem się już wcześniej, po nagłym odejścia Wojtka w 1985 roku. Jego śmierć nie jest do końca jasna, prawdopodobnie złożyła się na nią choroba alkoholowa i niewydolność nerek. Gdy zmarł, miał zaledwie 33 lata.

Przed totalną rozpaczą ratowały mnie nocne zapiski. Na papier wylewałem swój ból i było mi trochę lżej – to pomagało mi przeżyć wszystko, miało taką funkcję terapeutyczną. W wierszu „U studni” chciałem odpowiedzieć sobie na pewne pytania egzystencjalne, wewnętrzne niepokoje. Mówi on o tęsknocie za straconymi bliskimi, ale też ma w sobie nutkę optymizmu, nadziei na spotkania po drugiej stronie, gdzieś tam u studni niebieskiej. Liczę, że czekają tam na mnie.

Wolna Grupa Bukowina do czasu śmierci Wojciecha Belona była jedną z najpopularniejszych w Polsce grup poezji śpiewanej. Pisał pan teksty piosenek zespołu, które były prezentowane podczas wspólnych koncertów wyjazdowych. Jak wyglądało wasze wędrowanie, razem?

Wolna Grupa Bukowina zadebiutowała w 1971 roku na Giełdzie Piosenki Turystycznej w Szklarskiej Porębie. Zespół pochodził z Buska Zdroju, a założył go ówczesny maturzysta Wojciech Belon. Piosenką Wojtka „Ponidzie” zespół wyśpiewał jedną z głównych nagród we wspomnianym konkursie. Później posypały się kolejny nagrody, w tym na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie.

Wojtka poznałem właśnie w owych latach 70. ubiegłego wieku, na moim spotkaniu autorskim w Domu Studenckim Żaczek w Krakowie, po wydaniu mojego pierwszego tomiku poezji „Wypogadza się nad naszym domem”. Przyszło sporo ludzi, bo kiedyś na spotkania poetyckie chodziło się chętniej niż obecnie.

Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością

Agnieszce Osieckiej i Jackowi Kaczmarskiemu udało się w warunkach reżimu PRL zdobyć mniejszą lub większą popularność utworami, które stanowiły wyraz niezgody na ówczesną toksyczną rzeczywistość.

zobacz więcej
Podczas prezentacji uaktywniło się na sali dwóch panów, którzy zaczęli zadawać niewygodne pytania, takie jak: „Czemu pan nie pisze o robotnikach, tylko o kamieniołomie na Wapiennym?”. Albo: „Ile panu płacą za wiersz?”. Jeden z nich odgrywał intelektualistę, był ironicznie zaczepny. Na przykład mówił: „Martwi mnie, że w tomiku nie ma takich elementów, jak miasto, maszyna, masa”. Kiedy finalnie padło pytanie, w jakich porach mi się najlepiej pisze, nie wytrzymałem i odpowiedziałem: „W jeansach lub porach sztruksowych” (śmiech).

Po zakończeniu spotkania mężczyźni podeszli do mnie. Miałem obawy, że są z Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, okazało się jednak, że jeden z nich, ten odgrywający intelektualistę, to był satyryk Krzysztof Piasecki. A drugim był właśnie Wojtek Belon. Powiedział, że postanowili mi zrobić taki studencki kawał, bo chcieli po prostu ożywić spotkanie. Potem poszliśmy na piwo i tak się zaczęła nasza przyjaźń.

Na początek Wojtek postanowił wykorzystać moje dwa wiersze: „Zobacz Anno” i „Wyjście z zimy”. I tak powoli zaczęła się coraz bliższa współpraca z Wolną Grupą Bukowina. Zacząłem z nimi jeździć na koncerty i podczas nich miałem prezentacje poetyckie. Takie bardziej w stronę satyry czy groteski. Poczucie humoru, dowcip – to są bardzo ważne elementy poezji. Nawiasem mówiąc, to był wtedy precedens na skalę ogólnopolską, by autor śpiewanych wierszy prezentował na scenie swoją twórczość poetycką.

Niestety, działalność zespołu musiała zostać zawieszona. Spowodował to m. in. stan wojenny. Część grupy pojechała do Stanów Zjednoczonych, bo w Polsce Ludowej trudno było żyć i radzić sobie w socjalistycznej egzystencji. Wojtek jednak postanowił zostać w kraju. Przez jakiś czas zajmował się roznoszeniem mleka. Pracował na Kazimierzu w Krakowie, ale średnio mu to wychodziło. Trudno mu było zerwać się rano do pracy, więc się spóźniał, zdarzało mu się też dzielić mlekiem panów stojących pod sklepem, bo ich „suszyło”. Nie przynosił butelek tam, gdzie trzeba i kiedy trzeba, więc go szybko zwolniono.


Po krótkim epizodzie z pracą mleczarza, powołał do życia program artystyczny pod nazwą „Gitarą i piórem”. Razem z drugim gitarzystą odpowiadał za oprawę muzyczną, ja po części za oprawę literacką. I tak w okrojonym składzie „bukowińskim” jeździliśmy z poezją śpiewaną po klubach. Wielokrotnie korzystaliśmy z autostopu, więc czasem nie dojechaliśmy na czas, ale ludzie cierpliwie na nas czekali (śmiech). Wojtek Belon był bardzo charyzmatyczną postacią, przyciągał do siebie tłumy fanów.

Jego nagła śmierć musiała być dla wszystkich dużą traumą.

Tuż przed jego śmiercią pojechaliśmy na koncert do Włodawy. To była ostatnia podróż Wojtka. Nawet powstał z tej okazji mój wiersz: „Wojtka Belona ostatnia podróż ziemska do Włodawy”. Mieliśmy występ w miejscowym Domu Kultury i drugi – w zakładzie karnym. W więzieniu przyjęto nas ze sporym entuzjazmem. Był na nim nieformalny przywódca skazanych, miał u osadzonych duży posłuch, więc skoro on podczas naszego występu bił nam brawo, to wtórowali mu też inni więźniowie. Po spotkaniu naczelnik zakładu zaprosił nas na herbatę „więzienną”, czyli „czaj”, a przy okazji opowiedział, że był tu ostatnio aktor, który recytował poezję bardziej awangardową. I „szef tych skazanych” nie uznał tego za „właściwą” sztukę, szybko wyszedł z sali, a za nim, gęsiego, pozostali. Natomiast w naszym przypadku nie tylko tego nie zrobił, ale jeszcze prosił o bis (śmiech).

Wojtek zdrowotnie czuł się źle już podczas koncertu, a potem podczas powrotnej podróży pociągiem do Krakowa to się jeszcze nasiliło. Gdy dojechaliśmy, poprosił mnie, byśmy się przeszli pod Kościół Mariacki. I tam się pożegnaliśmy. Wtedy widziałem go po raz ostatni. Jego stan się na tyle pogorszył, że trafił do szpitala, gdzie miał być poddany zabiegowi dializy nerek. Było jednak za późno. Zmarł w nocy z 3 na 4 maja 1985 roku. Odszedł niespodziewanie i zdecydowanie za wcześnie. To był dla mnie na tyle silny cios, że przez kilka lat przestałem się udzielać twórczo i poszedłem bardziej w kierunku dziennikarstwa.
Dopiero po latach zaczęła się pana nowa przygoda: z grupą zajmującą się poezją śpiewaną – Starym Dobrym Małżeństwem. Oni byli – chyba można tak powiedzieć – ambasadorem pana poezji.

Lider zespołu Krzysztof Myszkowski był zafascynowany Edwardem Stachurą i śpiewał głównie jego utwory. Ale z czasem zaczęły się pojawiać też jaskółki „ziemianinowe”, Myszkowski był bowiem zapatrzony w Wojtka Belona i po drodze trafił na moje wiersze. Nie udało mu się zdobyć mojego tomiku, bo nakłady były niskie, więc „pożyczył” go sobie na dłuższą chwilę z biblioteki. Męczyło go to, więc po latach go odkupił i przekazał ten nowy tomik placówce. Tak oto moje wiersze zaczęły gościć w repertuarze zespołu, coraz częściej. Krzysztof zaproponował mi wspólne wyjazdy i wtedy też podczas koncertu czytałem swoje wiersze, więc historia zatoczyła koło.

Tym razem jeździliśmy nie tylko po szarej Polsce Ludowej, lecz także po innych krajach, niekoniecznie socjalistycznych. Wtedy było duże zapotrzebowanie na poezję śpiewaną. To było wręcz szaleństwo.

Koncertowaliśmy na przykład w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie. Krzysztof musiał przekonywać organizatora koncertów, aby mnie potraktował jako prawowitego członka zespołu, bo początkowo nie chciał się zgodzić na mój przyjazd. Chodziło o koszty. Ale się udało i dzięki temu kilka razy byłem za Wielka Wodą. Występowaliśmy przed Polonią między innymi w Nowym Jorku czy Chicago. Były to wzruszające spotkania. Publiczność śpiewała razem z nami, co ściskało za serce. Koncerty były w weekendy, więc w tygodniu mieliśmy szansę zwiedzać Amerykę, zobaczyłem między innymi Grand Canyon i Las Vegas, gdzie przegrałem kilka dolarów (śmiech). Nie jestem hazardzistą, ale chciałem spróbować, jak to wygląda.

Co było siłą SDM, że tak porywało publiczność?

Ludzie czuli w tym autentyczność, prawdę i szczerość. Śpiewane wiersze traktowały o życiu. Pomysły rodziły się w pociągu, na ulicy, po spotkaniu z drugim człowiekiem, a nie w bibliotecznej wieży z kości słoniowej, gdzie ich treść byłaby nieco oderwana od rzeczywistości. Utwory wyśpiewane przez SDM były bliskie ludzkich spraw i problemów, więc każdy mógł się z nimi utożsamić. Muzyka tworzyła niepowtarzalny klimat. Myszkowski podczas komponowania wczuwał się w pracę tak, jakby był autorem tych wierszy. Tak to przeżywał. Wkładał w to całe serce.
Festiwalu Sztuk Różnych „Bieszczadzkie Anioły”, sierpień 2007 r. w Cisnej-Dołżycy. Na zdjęciu kolejka bieszczadzka. Fot. Bartosz Frydrych / Forum
Przekaz poezji śpiewanej był przy tym ponadczasowy, dlatego do dziś niektóre z piosenek są nadal wielkimi przebojami. Jak choćby „Bieszczadzkie Anioły”, które na kanale YouTube mają wręcz wielomilionowe odsłony.

Tytułowi piosenki zawdzięcza swoją nazwę Festiwal Sztuk Różnych „Bieszczadzkie Anioły”, który zainicjował Krzysztof Myszkowski. To było wielkie święto miłośników owej krainy.

W młodzieńczych latach nie byłem takim miłośnikiem Bieszczadów, jak obecnie, bo sam mieszkałem w pięknym zakątku Polski, czyli w Muszynie w Beskidzie Sądeckim. Lubiłem wędrować po okolicznych górach, zbierałem grzyby i przy okazji podziwiałem piękne widoki. Z czasem moja miłość do gór rozszerzyła się również o Bieszczady. Nie tyle urzekło mnie to miejsce, co ludzie tam zamieszkujący. Wtedy dużo osób uciekało w Bieszczady z wielkich, zatłoczonych miast. Osiedlali się tam, aby się wyciszyć, ale też po to, by uniknąć życiowych problemów, na przykład płacenia alimentów. Nie jest to może godny przykład postępowania, lecz było w tych osobach wiele inspirujących tajemnic. W Bieszczadach rozpoczynali więc życie od nowa i próbowali je po swojemu naprawiać.

Odkrywanie Bieszczadów było dla mnie wielką przygodą. Wyszły nawet dwa tomiki wierszy mocno z nimi związanych: „Bieszczadzkie Anioły” i „Nowe Bieszczady”. Mam w tych górach wielu przyjaciół, do których lubię powracać.

Wracając z kolei do Festiwalu Sztuk Różnych „Bieszczadzkie Anioły”, to ta kilkudniowa impreza odbywała się od 2001 do 2009 roku m.in. w miejscowościach Cisna i Wetlina. Brali w niej udział wykonawcy poezji śpiewanej czy piosenki turystycznej. Na scenie, oprócz gospodarzy, śpiewali tacy artyści jak choćby Stanisław Soyka, Antonina Krzysztoń, Tadeusz Woźniak, Wolna Grupa Bukowina, Jerzy Bożyk. Między koncertami były też spotkania autorskie z poetami.

Popularność festiwalu przerosła nasze najśmielsze oczekiwania. Na koncerty w Cisnej przychodziło niekiedy prawie 12 tysięcy ludzi. To był taki poetycki Woodstock. Wielkość imprezy nieco więc przeraziła organizatorów, bo pojawiły się różne problemy, m.in. zaczynało brakować wody w Cisnej. Finalnie Krzysztof Myszkowski zrezygnował z organizowania festiwalu. W jego miejsce powołano później bardziej kameralne Bieszczadzkie Spotkania ze Sztuką „Rozsypaniec”.

Tam, gdzie oddycha piekło, czarownica prosi o łaskę i karmią się astronauci

Całość operacji była ściśle tajna. Odbywała się pod płaszczykiem produkcji nowoczesnej paszy dla cieląt.

zobacz więcej
Wasza współpraca natomiast cały czas kwitła. Krzysztof Myszkowski musiał cenić pana twórczość poetycką, skoro dwie płyty Starego Dobrego Małżeństwa – „Czarny Blues o czwartej nad ranem” oraz „Makatka” – bazują w większości na pana wierszach. Z jakimi historiami z pana życia wiążą się te dwa tytuły?

Makatka to haftowane lub wyszywane na płótnie obrazki z jakąś ludową sentencją. Spotykałem je w wiejskich domach koło Muszyny, jak choćby w Leluchowie, Powroźniku czy Wojkowej. Były na nich sentencje, na przykład: „Miłość buduje, niezgoda rujnuje”, czy „Soli i chleba w domu potrzeba”. Kiedy przyjechałem na studia do Krakowa, zacząłem uaktywniać tę formę poetycką. To było takie wymieszanie ludowego kiczu z filozoficznym przesłaniem. Pierwsza seria powstała w 1985 roku w tomie „Makatka z płonącego domu”, później były kolejne. Makatki były ironiczne, sarkastyczne, przekorne, cyniczne, czy radosne i pogodne. Nawiązywały do ludowych mądrości i miały swoje pointy. Każdy wiersz zawierał jakąś maksymę, na przykład „Makatkę z łącką śliwowicą” zakończyłem:
Daje krzepę, krasi lica
Nasza łącka śliwowica.

A w „Makatce z mamoną” zawarłem taką przewrotną myśl:
Jeszcze tylko hasło
Tak cyniczne krzyczy
Dziś nic nie ważne
Dziś pieniądz się liczy.


Jeśli chodzi natomiast o utwór „Czarny Blues o czwartej nad ranem”, to inspiracją do jego napisania był wyjazd żony do Stanów Zjednoczonych. Wtedy trudno nam było się utrzymać, więc chwilowe rozstanie miało załatać naszą domową dziurę budżetową. Wiersz jest zatem o rozstaniu i tęsknocie. Jest tam takie znamienne zdanie:
Gdy ci to śpiewam – u mnie pełnia lata
Gdy to usłyszysz – będzie środek zimy.

Listy trafiały bowiem do adresata po wielu miesiącach. Przynajmniej metaforycznie! Kiedy Myszkowskiemu przeczytałem ten wiersz pierwszy raz, powiedział, że już słyszy jego muzykę. Uważam tę kompozycję za niezwykle trafioną. Było to szczere aż do bólu i być może dlatego tak się dobrze przyjęło.
Miejsce pana urodzenia odcisnęło się na pana życiu? W wierszach pokazuje pan uroki Muszyny, życia na prowincji, z dala od cywilizacji.

To jest wielkie szczęście, że się urodziłem w tej wyjątkowej miejscowości. Takie cudowne miasteczko jest jedno na całym świecie. Było dla mnie życiowym uniwersytetem: tu poznawałem poetów, malarzy, artystów, piosenkarzy, którzy przyjeżdżali do miejscowości na wypoczynek albo występy. Bywał tu między innymi aktor Bohdan Łazuka, czy zespól muzyczny Silna Grupa pod Wezwaniem, założony przez Kazimierza Grześkowiaka.

To miejsce, które odkrył poeta Jerzy Harasymowicz, założyciel grupy poetyckiej Muszyna. Jego liryczna poezja nawiązywała do górskich pejzaży Beskidów i Bieszczadów, a określana była jako Kraina Łagodności. Z jego wierszy czerpali liczni artyści, jak choćby Wojtek Belon czy Elżbieta Adamiak. Powstał nawet cały projekt muzyczny „W górach jest wszystko co kocham”.

Harasymowicz był jednym z poetów, który mnie zainspirował do tworzenia. Bywałem na jego pierwszych spotkaniach autorskich i tak zacząłem tworzyć swoje pierwsze zapiski do szuflady. Kiedy zgromadziło się tego sporo, zdecydowałem się wysłać co nieco do „Życia Literackiego” i ku mojej radości wzięli pierwszy wiersz do druku. Był to „Św. Jan z Kasiny Wielkiej” – tak zadebiutowałem, w 1968 roku.

W mojej poezji nie mogło zabraknąć ukochanej Muszyny. Byłem tak zauroczony, że stworzyłem o niej cały tomik pod tytułem „Ulica Ogrodowa”. To wiersze o mojej ulicy, na której podpatrywałem mieszkańców swego miasteczka. Muszyna znalazła się też w mojej obszernej książce „Z nogi na nogę” – jest w niej o moim dzieciństwie i dorastaniu, na przykład o tym, jak pływałem po Popradzie tratwą jako flisak, czy jak latałem na szybowcach.

Nawet jelenie wiążą mnie z polskim losem

Jan Polkowski o krótkowzroczności i cynizmie Zachodu.

zobacz więcej
Potem zamieszkałem w Krakowie. Wspomniałem wcześniej, że w ramach mojej współpracy ze Starym Dobrym Małżeństwem zaczęły się jednak moje powroty do Muszyny. Dzięki zespołowi miejscowość stała się popularna, także jej sąsiednie okolice. Po tym, jak napisałem wiersz, że w Leluchowie czereśnie dziko krwawią, odwiedzili to miejsce w ramach poetyckiej pielgrzymki studenci, chyba z Poznania, i pytali sołtysa, gdzie są te czereśnie. A on odpowiedział, że w Leluchowie nie ma drzew czereśniowych. I nie było tu takich drzew. Może jedno symboliczne? Poprosili więc, bardziej dla kawału, o zaświadczenie na piśmie. Sołtys napisał: „Stwierdza się, że w Leluchowie czereśni brak” (śmiech). Pokazali mi to pismo „urzędowe”. Chyba wtedy zdali sobie sprawę, że w poezji jest dużo kreacji, że jest ona polem wyobraźni.

Podsumowując: jedną nogą jestem w Krakowie, a drugą w Muszynie. W górach ładuję „poetyckie” akumulatory i rozwiązuję swoje problemy. Wyciszam się. Mam swoje ulubione górskie i leśnie ścieżki. Natura to siła tego miejsca. Cieszę się, że mogłem dorastać w takich okolicznościach przyrody i zawrzeć to wszystko w moich wierszach.

Kiedyś pan powiedział, że jest urodzonym optymistą, bo gdyby tak nie było, nie pisałby pan wierszy. Jest tak nadal?

W czasach młodości byłem gejzerem euforii życiowej. Z wiekiem mój optymizm nieco wyblakł i osłabł. Oczywiście potrafię się cieszyć z życia, ale teraz patrzę na nie bardziej refleksyjnie, spokojniej. Nie może być przecież cały czas tak samo. Jestem starszym panem z laseczką. Mieszkam samotnie, jak pustelnik. Taki model życia wybrałem sobie na starość. Co wbrew pozorom nie jest takie złe. Bo taki etap też trzeba mieć, aby był czas na zagłębianie się w sens istnienia. Staram się jednak nadal czerpać z życia pełnymi garściami, żeby nie przegapić czegoś ważnego.
Trudne przejścia związane z odejściem bliskich osób skłoniły mnie też do wielu przemyśleń metafizycznych, tych związanych z Bogiem. Wiara jest dla mnie ważna, choć miewam czasem wątpliwości. Nawet wyszła taka książka „W niewidzialnych dłoniach Boga”, gdzie zawarte są niektóre utwory z mojej twórczości. Wiersze wybrałem częściowo ja, a częściowo dyrektor Biblioteki Kraków Stanisław Dziedzic – już nieżyjący, zmarł na początku tego roku na COVID-19. Napisał wstęp do tego tomu, pod tytułem „Kosmiczny szept poezji Adama Ziemianina”. Niestety, nie doczekał się premiery publikacji.

To przykre… Ostatnie półtora roku naznaczone jest takimi nagłymi odejściami. To przerażający czas, który zapewne też doczeka się swego przejmującego miejsca w poezji… Choć, jak wskazują badania, poezję czytamy coraz rzadziej. Czy ona się jeszcze odrodzi?

Gdybym nie miał takiego przekonania, to bym przestał pisać. Trzyma mnie to przy życiu. Poezja jest po to, aby zobrazować stany, których nie da się wypowiedzieć. W ten sposób uzupełniam swoje przemyślenia. Pociąga mnie też jej skrótowość. Jednym zdaniem mogę powiedzieć o świecie więcej, niż napisałbym na wielu stronach prozy.

Oczywiście trzeba się cały czas przebijać. To jest jak orka na ugorze, jak wspinanie się na szczyt, gdzie po drodze cały czas mamy pod stopami kamienie. Obecnie jest niestety wielu poetów, którzy piszą bardziej dla krytyków niż dla czytelników i poezja traci przez to na znaczeniu.

Ale ja się tym nie zrażam. Poprzez swoją twórczość staram się uwrażliwiać i inspirować tych, którzy chcą od życia czegoś więcej. Takich ludzi nigdy nie zabraknie, widzę to po sporej frekwencji na moich spotkaniach autorskich. Choć zdarza się i tak, że najpierw słyszeli moje wiersze wyśpiewane, a dopiero później dotarli do moich tomików jako czytelnicy (śmiech). To jednak dowodzi, że też poezja śpiewana ma się całkiem dobrze.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Adam Ziemianin (ur. 12 maja 1948 roku w Muszynie) – dziennikarz, poeta i autor tekstów. Znany jest z piosenek śpiewanych przede wszystkim przez Stare Dobre Małżeństwo i Krzysztofa Myszkowskiego. Solowa płyta tego ostatniego oraz albumy SDM „Makatki” i „Czarny Blues o czwartej nad ranem” składają się w większości z wierszy Ziemianina. Po jego twórczość sięgali też: Wolna Grupa Bukowina, Elżbieta Adamiak, Jacek Wójcicki, Rafał Nosal.

W 2012 po poezję Adama Ziemianina sięgnął Marek Andrzejewski z zespołu "Federacja" i do czterech jego wierszy napisał muzykę oraz umieścił na swojej solowej płycie „Elektryczny sweter”. W latach 2012-2017 zespół U Studni nagrał trzy płyty, na których znalazły się 34 kompozycje Darka Czarnego do wierszy Ziemianina.

Ukończył Studium Nauczycielskie, studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1977 rozpoczął pracę jako dziennikarz w piśmie Kolejarz, następnie pisał dla gazety Echo Krakowa (do 1997). Był dziennikarzem Gazety Krakowskiej.

Jego żona Maria Ziemianin była wnuczką poety i prozaika Emila Zegadłowicza, autora m.in. ballad stylizowanych na gwarę „Powsinogi beskidzkie”, powieści „Zmory” i „Motory”. Wybrankę poznał w 1975 r. podczas wizyty z Wolną Grupą Bukowina w Gorzeniu Górnym koło Wadowic, gdzie Zegadłowicz miał dwór i założył grupę poetycką „Czartak”.

Ziemianin debiutował w 1968 na łamach Życia Literackiego wierszem „Święty Jan z Kasiny Wielkiej”. W 1975 wydał pierwszym tomik poezji pt. „Wypogadza się nad naszym domem” (Wydawnictwo Literackie). W 2007 r. ukazał się jego najbardziej bolesny tom „Przymierzanie peruki”, opisujący chorobę i śmierć żony Marii. Za twórczość tą uhonorowano poetę Nagrodą im. Władysława Orkana (2008).

W 1981 r. za tom wierszy „Nasz słony rachunek” (Czytelnik 1980) otrzymał nagrodę im. S. Piętaka. Jest też laureatem Łódzkich Wiosen Poetyckich, konkursu im. Jana Śpiewaka. W lutym 2006 roku za tom poezji „Makatki”, a w kwietniu 2013 za wspomnieniową powieść „Z nogi na nogę” otrzymał Nagrodę Krakowska Książka Miesiąca. W 2017 za tom poezji „Zakamarki” został nominowany do Orfeusza-Nagrody Poetyckiej im. K.I.Gałczyńskiego.

W 2015 roku odznaczono go Brązowym Medalem Zasłużony dla Kultury Polskiej Gloria Artis. Wiersze Adama Ziemianina tłumaczono m.in. na język angielski, niemiecki, rosyjski, włoski.

Za: http://www.adamziemianin.pl/; https://pl.wikipedia.org/wiki/Adam_Ziemianin
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Przestałam być dziennikarzem, a zaczęłam być człowiekiem
Halszka Wasilewska. Od „Wódko pozwól żyć” przez „Rozmowy intymne” po „telewizję do zerkania”.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zygmunt August lubował się w strojach. Kazimierz Jagiellończyk...
To była lokata kapitału. Żony królów polskich miały po kilkadziesiąt ekskluzywnych strojów.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Jestem pięknie zajęty
Moja edukacja odbywała się na cmentarzu – mówi Leszek Długosz.
Rozmowy wydanie 9.07.2021 – 16.07.2021
Widelec opowiada historię. Najstarsze przepisy spisane po polsku
Książka odnaleziona w bibliotece w Kijowie.
Rozmowy wydanie 9.07.2021 – 16.07.2021
Herbert nazywał siebie „tekściarzem Gintrowskiego”
Antykomunistyczny bard, na którego utworach wychowały się całe pokolenia.