Historia

PRL miał być drugim Kuwejtem. Ropa w Karlinie

Polska należała do pionierów wydobycia ropy naftowej i przed II wojną światową była poważnym jej eksporterem. W pewnym momencie można było nawet mówić, że ropę wydobywało się w Polsce i Pensylwanii.

We wtorek 22 czerwca o 22.40 TVP Dokument pokaże reportaż „Erupcja nadziei” o straconych polskich marzeniach na własne złoża ropy.

Ta historia zaczęła się 9 grudnia 1980 roku w dawnym województwie koszalińskim. W Karlinie zapadł już wczesnowieczorny zmierzch, charakterystyczny dla tej pory roku. Na ulicach kilkutysięcznego miasteczka było jeszcze trochę ludzi. W pewnym momencie, chwilę po 17.00 dostrzegli oni coś w rodzaju zorzy. Nie słyszeli wybuchu, zagłuszył go wiatr.

Do eksplozji mieszanki ropy naftowej i gazu doszło niespełna pięć kilometrów dalej w okolicy wsi Krzywopłoty. Właśnie tam kilka lat wcześniej państwowe przedsiębiorstwo wydobywcze o nazwie Zjednoczenie Górnictwa Naftowego rozpoczęło poszukiwania ropy naftowej.

Kilka minut przed wybuchem pracujący przy odwiertach zauważyli, że ciśnienie ropy naftowej i gazu ziemnego niebezpiecznie wzrosło. Po chwili doszło do erupcji i będącego jej konsekwencją pożaru. Na szczęście znajdującym się w pobliżu kilkunastu pracownikom ZGN nic poważnego się nie stało.

Natychmiast przystąpiono do akcji gaszenia płonącego szybu, początkowo wykorzystując przede wszystkim lokalne siły Ochotnicznej Straży Pożarnej z Karlina. Trochę później dotarły trzy wozy strażackie z Państwowej Straży Pożarnej z Białogardu. Zaczęła się trwająca miesiąc akcja gaszenia pożaru, która do historii przeszła nie tylko jako największy pożar szybu naftowego w Europie, ale też jako wydarzenie niezwykle emocjonujące ówczesnych Polaków, budujących wokół tego zdarzenia pewne nadzieje i pewien mit.

Andrzej Fąfara, wtedy dziennikarz „Życia Warszawy”, pamięta, że Karlino było tematem czołówkowym. Ludzie oczekiwali wiadomości na ten temat, więc informowano i spekulowano co zrobić z karlińską ropy. – Mieliśmy takie uczucie, że zaraz podniesiemy się z kolan – mówi Fąfara.
9 grudnia 1980 roku wybuchł pożar szybu naftowego w okolicy Karlina. Fot. PAP/Bogdan Różyc
Tę atmosferę potwierdza historyk Grzegorz Majchrzak. – Mówiło się wtedy dużo o Polsce jako o „drugim Kuwejcie” i marzeniach, oczekiwaniach z tym związanych – dodaje.

W Polsce i w Pensylwanii

Skąd się wzięły te marzenia, szczególnie związane z ewentualnym uniezależnieniem energetycznym od Związku Sowieckiego? Trzeba wiedzieć, że wówczas ZSRS dostarczał około 80 procent potrzebnej PRL ropy naftowej. Symbolem tych dostaw jest rurociąg „Przyjaźń”, który łączył wtedy sowieckie, a dziś rosyjskie złoża na Syberii z odbiorcami w Europie Środkowo-Wschodniej.

Może to się wydawać dziwne, szczególnie z perspektywy 40 lat od tamtych wydarzeń, że mówiło się o Polsce jako „drugim Kuwejcie”. Jednak z perspektywy roku 1980 nie było to wcale takie zdumiewające.

Polska należała do pionierów wydobycia ropy naftowej i przed II wojną światową była poważnym jej eksporterem. W pewnym momencie można było nawet mówić, że ropę wydobywało się w Polsce i Pensylwanii. O takiej korzystnej sytuacji decydowały złożą z terenów ówczesnej Małopolski Wschodniej (dzisiaj to tereny zachodniej Ukrainy), szczególnie roponośnymi były okolice Borysławia i Drohobycza.


Kiedy pod koniec II wojny decydował się kształt polskich granic, Winston Churchill, premier Wielkiej Brytanii proponował, żeby właśnie te tereny zostały przyznane Rzeczypospolitej. Linia Curzona miała być decydująca jedynie na odcinku północno-wschodnim. Sowiecki satrapa stanowczo jednak przeciw temu oponował i Wielka Trójka postąpiła zgodnie z wolą Stalina.

Roponośne złoża przypadły Związkowi Sowieckiemu, przy Polsce zostały będące na wyczerpaniu złoża w okolicach Jasła. Kilka lat później okazało się, że na południowo-wschodniej granicy z ZSRS są jednak jeszcze jakieś złoża ropy i węgla kamiennego, więc w 1951 roku dokonano „przyjacielskiej” korekty granic i te tereny stały się częścią państwa rządzonego przez Józefa Wissarionowicza. Jak mawiano przyjaźń nie zna granic, szczególnie jeśli jest to przyjaźń polsko-radziecka.

Ponieważ tradycje polskiego nafciarstwa były obecne także w PRL, więc nadal szukano nowych złóż. Krajowe stanowiły niewielką, minimalną wręcz cząstkę potrzeb. Blisko 20 procent trzeba było kupować za twarde dewizy. Za dolary.

Maluchy pożerają ropę

Narciarska komunikacja miejska, czyli zima stulecia

Jak rozwiązać problem z dostawami ciepła i energii w mroźne zimy? W PRL był pomysł: przenieść ludność z miast na wieś.

zobacz więcej
Na dodatek w latach 70. XX wieku doszło do kryzysu energetycznego, który wywindował ceny ropy. Z kolei zima stulecia 1979 roku wywołała dodatkowy kryzys i ogromne straty w przemyśle. A potrzeby okazywały się też coraz większe.

Ze względu na koszt infrastruktury ograniczano od dłuższego czasu rozwój szynowego transportu publicznego, opierając go tańszych autobusach, ale korzystających z napędu opartego na produktach z ropy naftowej. Dodatkowo zapóźniona motoryzacyjnie Polska, choć ciągle daleka od standardów i rzeczywistości Europy Zachodniej, nareszcie zaczęła się zmieniać. Coraz więcej Polaków nie tylko marzyło o własnym samochodzie, ale też go już miało. Fiaty 125p i 126p znajdujące się w posiadaniu Kowalskich (to ulubione określenie mediów w tamtym czasie) także bezlitośnie pożerały radziecką i arabską ropę. Robiły to nawet małolitrażowe maluchy.

Pod koniec lat 70. sytuacja była naprawdę poważna w całej peerelowskiej energetyce. Wyłączano na przykład prąd w miastach i całych dzielnicach, nie patrząc na to, jakie to może przynieść skutki. Wyłączenia były niespodziewane. W dużych miastach były krótsze (trwały pół godziny, godzinę, a czasami nawet dwie). W mniejszych miejscowościach i na wsiach potrafiły trwać kilka godzin, blokując na przykład pracę zautomatyzowanych dojarni. Mówiło się też, że pękające nagminnie noże w zestawach sztućców to efekt tych wyłączeń. A one naprawdę pękały przy jedzeniu, czego sam doświadczyłem.
Problemy z benzyną były do końca istnienia PRL. Na zdjęciu: kolejka do stacji benzynowej w 1989 roku. Fot. PAP/Adam Hawałej
Słynne telewizyjne Studio 2 zorganizowało kiedyś akcję: ludzie mieli w jednym czasie wyłączyć w domach wszystkie żarówki, a główny energetyk kraju powiedział z ekranu, jak bardzo spadło zużycie energii. I rzeczywiście w miastach zrobiło się ciemno. Po jakimś czasie w programie ponowiono apel. Ale tym razem ludzie nie posłuchali, kto mógł, ten zapalał wszystkie możliwe żarówki. W miastach zrobiło się jasno. Każdy chciał sprawdzić, czy energetyk będzie kłamał. Nie kłamał, ale więcej takich zabaw w telewizji nie proponowano.

„Lewy” rynek benzyny

Zaczęto też ograniczać sprzedaż paliw. Przedsiębiorstwa dostały limity, ich przekroczenie oznaczało wysokie kary. I te kary płacono, bo drożejąca benzyna nie była wykorzystywana jedynie do rozwoju socjalistycznej gospodarki, ale trafiała też nielegalnie do prywatnych kierowców. Zaczynał powstawać rynek handlu „na lewo” benzyną, który dotrwał do końca PRL.

Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel, prawie jak czop-czop, prawie dostępne...

„Teksasy”, „Paprykarz”, „Frania” czy „Brutal”? Kultowe wyroby PRL.

zobacz więcej
Kryzys gospodarczy się powiększał, paliwo stawało się i produktem strategicznym, i dobrem bardzo pożądanym. Zanim wprowadzono kartki na benzynę wprowadzano różne ograniczenia, w których ludzie szybko znajdowali różne luki i je obchodzili przy pomocy łapówki lub własnego sprytu, który stawał się sprytem powszechnym. Tak było z pieczętowaniem kart. Odpowiednio podane pieniądze potrafiły spowodować, że pieczątka trafiała obok dokumentu, a delikatne posmarowanie karty woskiem umożliwiało samodzielne usunięcie niechcianego stempla.

Takim między innymi praktykom przeciwdziałać miały kartki na benzynę wprowadzone w 1984 roku. I szybko stały się one najbardziej fałszowanym dokumentem w PRL.

Wielkie emocje

Kiedy zaczął się palić szyb pod Karlinem, przyciągnął uwagę wszystkich. Bo na benzynie zależało wszystkim. Dla zwykłych obywateli była to nadzieja, że paliwo będzie i tańsze, i łatwiej dostępne. Władze PRL liczyły, że będą mogły zrezygnować z importu ropy z krajów arabskich lub przynajmniej go ograniczyć. A ewentualne nadwyżki korzystnie sprzedać. O rezygnacji z „przyjacielskich” dostaw ze Związku Sowieckiego raczej mowy być nie mogło, bo to Kreml decydował, co kto mógł zrobić w krajach ściśniętych przyjacielskim węzłem.

Oczywiście, były też uzasadnione obawy. Ugasimy pożar, ale eksploatować będą towarzysze radzieccy. A my nic nie będziemy mieli do powiedzenia. Sporo osób uważało, że to wariant najbardziej prawdopodobny.

Ale emocje były wielkie. Popatrzeć i poradzić, jak trzeba gasić pożar przyjechał nowy I sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej towarzysz Stanisław Kania. Nie wiadomo, jak jego wizyta pomogła w akcji gaśniczej, ale wszyscy byli pewni, że władza wszystko, co się dzieje w Karlinie, traktuje poważnie.
Szef NSZZ Solidarność Lech Wałęsa w Karlinie. Fot. Chuck Fishman/Getty Images
Helikopterem marynarki wojennej przyleciał też przewodniczący NSZZ „Solidarność” Lech Wałęsa, co było wyraźnym sygnałem – społeczeństwo i niezależne związki będą władzy w tej sprawie patrzeć na ręce. Później, już po wygaszeniu pożaru, i po tym, jak został premierem, karlińską ropą interesował się towarzysz Wojciech Jaruzelski. O to, co dzieje się z tą ropą pytał jeszcze w stanie wojennym, kiedy szczególnie potrzebował sukcesów, by wizerunkowo i ekonomiczne łagodzić skutki wywołanych przez własne działania sankcji.

Entuzjazm wygaszony, kurek zakręcony

Samo gaszenia pożaru w Karlinie było wielką operacją, w której brało ponad tysiąc osób. Najpierw jak gasić pożar radzili Węgrzy i specjaliści sowieccy. Władze PRL stanowczo odrzuciły ofertę amerykańskiej pomocy.

Akcja gaszenia odbywała się podczas mroźnej zimy, co było dodatkowym utrudnieniem. Trzeba było zbudować specjalne drogi. Uszkodzone elementy, które utrudniały dostęp do szybu odstrzeliło Ludowe Wojsko Polskie. Użyto do tego haubicy 152 mm. Po oczyszczeniu terenu przyjechała znowu epika radzieckich specjalistów ze specjalnymi agregatami zbudowanymi na bazie silników wojskowych samolotów odrzutowych, które wytwarzały ciąg powietrza gaszący ogień. Były one wspomagane działkami wodnymi i pianą.

Po raz pierwszy udało się ugasić pożar 8 stycznia 1981 roku, ale ponieważ nie dotarł jeszcze z Rumunii specjalny jedenastotonowy prewenter, to złoże podpalono ponownie. Dwa dni później prewenter już był i o wpół do piątej po południu pożar został ostatecznie wygaszony. Do 10 stycznia spłonęło około 30 tysięcy ton ropy naftowej.

Sześć dni po ugaszeniu pożaru odjechały z Karlina pierwsze cysterny z ropą, która okazała się średniej jakości. Złoża też nie były wielkie, więc ich eksploatację zaprzestano w 1983 roku. Andrzej Zawistowski w programie Cezarego Gmyza „Taśmy bezpieki” opowiadał, że natychmiast pojawiły się pogłoski, iż to Związek Sowiecki uniemożliwił eksploatację karlińskiej ropy, bo to złoże było tak rozległe, że miało miejsce poboru po ich stronie granicy.

– [Ludzie uważali, że] Po prostu Polacy odciągali ropę, która należała się Sowietom, dlatego ten wielki entuzjazm został wygaszony, a kurek został zakręcony – powiedział Andrzej Zawistowski, który dodał, iż ta pogłoska dobrze oddawała panujące nastroje i rzeczywiste problemy Polski z ropą.

– Grzegorz Sieczkowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Karlino 12.12.1980. Pożar wiertni Daszewo 1. Fot. PAP/Jerzy Undro
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Japoński dyplomata, który ratował polskich Żydów
Wiedział, że jeśli przeciwstawiłby się rozkazom swoich przełożonych, zostałby zwolniony i okryłby się hańbą.
Historia Poprzednie wydanie
Syberyjski Rockefeller. Polski milioner w Rosji
Produkował dla Rosjan setki tysięcy wiader spirytusu.
Historia Poprzednie wydanie
Freie Stadt Danzig. Niebezpieczna nostalgia nad Motławą
Ulice były wolne dla brunatnych batalionów.
Historia Poprzednie wydanie
Tłum szturmował samoloty, statki i barki. Amerykańska hańba
To moralna porażka Stanów Zjednoczonych – donosił prezydentowi Fordowi Henry Kissinger.
Historia wydanie 10.09.2021 – 17.09.2021
Dekalog dobrego człowieka
Społeczna Krucjata Miłości miała doprowadzić do powstania „nowych ludzi plemienia”.