Cywilizacja

Chodzą za nami agenci KGB

Sytuacja na Białorusi dramatycznie nas bulwersuje. A porwanie – bo to było porwanie! – samolotu Ryanair i wyciągnięcie z niego opozycyjnego dziennikarza Ramana Pratasiewicza bulwersuje szczególnie. Tymczasem to, co dziś obserwujemy u naszych sąsiadów, jest po prostu nasileniem działań reżimu Aleksandra Łukaszenki. Działań, które białoruski dyktator stosuje od lat.

Miałem przyjemność być akredytowanym dziennikarzem na Białorusi od samego początku jej istnienia jako niepodległego państwa, czyli od 1991 roku – wówczas pracowałem w dzienniku „Rzeczpospolita”. Pierwsze lata mojej pracy przebiegały normalnie (kłopoty były tylko z zaopatrzeniem w Mińsku). Po dojściu do władzy Łukaszenki w 1994 roku zadania korespondenta stały się trudne. Potem było tylko gorzej…

Na Białoruś jeździłem głównie na wybory i rozmaite wydarzenia związane z działalnością Związku Polaków na Białorusi (ZPB).

Były prezes przychodzi z milicją

Gdy w marcu 2005 r. obradował w Grodnie zjazd ZPB, wydawało się, że sprawa jest jasna. Wybory na prezesa przegrał dotychczasowy szef związku, docent Uniwersytetu Grodzieńskiego Tadeusz Kruczkowski. Wcześniej jednak władze usilnie przekonywały delegatów, by to właśnie jego wybrać ponownie – rozmawiali z nimi nawet agenci KGB. Ostatecznie zwyciężyła kandydatka uznawana za kompromisową, kompletnie niezaangażowana w politykę Andżelika Borys. Wydawało się więc, że powinien być spokój.

Tymczasem na wniosek Kruczkowskiego białoruskie Ministerstwo Sprawiedliwości anulowało wyniki zjazdu, najwyraźniej przestraszone, że polską organizację „opanowała opozycja”. Tyle że tej decyzji nie uznała pani Borys i inni członkowie Zarządu Głównego ZPB. Stworzyła się dziwna sytuacja: kierownictwo związku działało dalej, ale oficjalny Mińsk nie chciał tego przyjąć do wiadomości. Z kolei władze w Polsce uznawały nowe kierownictwo związku z panią Borys na czele. Trudno było się spodziewać dobrego rozwiązania, nikt jednak nie oczekiwał, że dojdzie do jakichś dramatycznych wydarzeń.
Rok 2005. Ówczesna siedziba Związku Polaków na Białorusi w Grodnie. Fot. Radosław Jóźwiak/Forum
Nadszedł sierpień 2005 roku. Jestem w Domu Polskim w Grodnie, na rogu ulic Dzierżyńskiego i 17 września. Nieduży, oddzielnie stojący budynek był wtedy siedzibą władz Związku Polaków na Białorusi. Jak zwykle kręciło się tam sporo ludzi – kierownictwo ZPB, to nieuznawane przez władze białoruskie, a także polscy dziennikarze.

Wieczór. Koledzy z „Gazety Wyborczej” (jeśli dobrze pamiętam Wacek Radziwinowicz wraz z fotoreporterem) postanowili pójść coś zjeść, ja zdecydowałem się zostać. Ale wyszedłem na zewnątrz, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Patrzę, a w oddali widać kolumnę milicjantów. Na jej czele idzie Tadeusz Kruczkowski, były prezes związku.

Wróciłem do budynku i mówię, co zobaczyłem. Zapanował straszny rozgardiasz, po którym zapadła nagła cisza, bo zjawili się milicjanci. Weszli, i po chwili znów zrobiło się głośno: zaczęły się chaotyczne rozmowy oficerów milicji z Andżeliką Borys i jej współpracownikami.

„Podżegali do nienawiści”… modlitwą

Łukaszenko na Białorusi toleruje tylko „jego Polaków”. Jemu posłusznych. Inni są wrogami.

zobacz więcej
Podszedłem do Kruczkowskiego. – Panie Tadeuszu, co pan najlepszego zrobił?! – spytałem. – To za to, co oni mi zrobili – odparł. Kruczkowski był święcie przekonany, że to Andżelika Borys stoi za niedawną aferą na uniwersytecie, gdy jedna ze studentek oskarżyła go o o molestowanie.

Po chwili milicjanci zaczęli usuwać wszystkich z budynku. Przed domem stało kilka milicyjnych samochodów; zaczęto pakować do nich działaczy związku. Wtedy pojawili się dziennikarze „GW”. Radziwinowicz zaczął domagać się od milicji wpuszczenia go do Domu Polskiego, bo zostawił tam laptop; bez ceregieli wepchnięto go do samochodu. Laptop przepadł na zawsze. Fotoreporter zaczął robić zdjęcia – też wciśnięto go do pojazdu, choć z trudem, bo zrobiło się ciasno. Spojrzałem na samochody – były przepełnione. Milicjanci patrzyli na mnie, ja na nich. Odwróciłem się i zacząłem spokojnie iść w stronę centrum miasta. Nikt mnie nie zatrzymał.

Po drodze do hotelu zadzwoniłem do mojej redakcji. Umówiłem się, że napiszę relację i zacznę się dowiadywać, co się stało z zatrzymanymi. Błyskawiczna podróż do hotelu, pisanie tekstu, wysyłka mailem – i kolejny spacer, tym razem do polskiego konsulatu.

Potem pół nocy jeździłem z kilkoma działaczami ZPB, których w chwili zatrzymań akurat nie było w Domu Polskim, od komisariatu do komisariatu. Wszędzie mówiono nam, że żadnych zatrzymanych Polaków nie ma. Dopiero później jeden z konsuli dowiedział się, gdzie ich przetrzymywano…

Droga do „psychuszki”

Wkrótce po zajęciu Domu Polskiego, władze zorganizowały „antyzjazd” Związku Polaków. ZPB miał przekształcić się w organizację całkowicie lojalną wobec prezydenta Aleksandra Łukaszenki i jego ludzi. Na miejsce zebrania wyznaczono nie duże i niespokojne Grodno, a mniejszy i łatwiejszy do kontrolowania Wołkowysk.
Rok 2005. „Antyzjazd” ZPB w Wołkowysku. W środku uznawany przez władze białoruskie za prezesa ZPB Tadeusz Kruczkowski. Fot. PAP/Julia Darashkevich
W dzień wyborów miasto jakby się wyludniło. Polscy dziennikarze, którzy przyjechali relacjonować wydarzenie, mieli prozaiczny problem: zamknięte zostały wszystkie bary i restauracje, a na drzwiach przyklejono kartki, że to ze względu na obsługę zjazdu ZPB…

Potem pojawiły się wieści z kościoła, w którym odbyła się przedzjazdowa msza. Okazało się, że część delegatów nie wie, jak się po katolicku przeżegnać. A to co najmniej dziwne. Białorusini są przeważnie prawosławni, choć część jest wyznania rzymskokatolickiego. Ale prawosławnych Polaków nad Niemnem raczej nie ma…

I wreszcie sam zjazd, w miejscowym domu kultury. Dziennikarzom pozwolono zostać w środku jakieś piętnaście minut, potem kazano nam wyjść. Na zewnątrz spotkałem pewnego działacza ZPB, który zawsze miał opinię kagiebisty – a jego obecność w Wołkowysku te przypuszczenia tylko potwierdziła. Powiedziałem mu, że polscy dziennikarze mają problem, bo chodzą za nami agenci KGB. – Oj, Piotruś, Piotruś, oni was tylko chronią – odparł. – A pamiętaj, że tobie i w Warszawie coś złego stać się może!

Taktyka Łukaszenki: ostry atak i przerwa. Polska (prawie zawsze) zła

Można przewidzieć, a jakim tle stosunki między Warszawą a Mińskiem się zaognią i w jaki sposób będzie przebiegać konflikt.

zobacz więcej
Roześmiałem się. Jak to możliwe, żeby w Warszawie byli agenci białoruskiego KGB?... Mniej mi było do śmiechu, gdy potem polski konsul w Grodnie powiedział poważnym głosem, że takie słowa trzeba brać poważnie.

Prezesem „łukaszenkowskiego” ZPB został zasłużony działacz polskiej organizacji, Józef Łucznik, którego poznałem jeszcze pod koniec istnienia ZSRR. Spytałem go: Dlaczego? – Musiałem. Nie miałem wyjścia – odpowiedział. Krążyły potem różne pogłoski, jak KGB zmusiło go do przyjęcia tej niewdzięcznej funkcji.

W 2009 r. odbywał się kolejny „antyzjazd”, tym razem w Grodnie. Wpadłem na pomysł, by wybrać się swoim samochodem. Przez granicę przejechałem bez problemu i zamieszkałem u znajomych, na odległych przedmieściach miasta. Kiedyś była tam wieś; autobus do centrum jeździł rzadko, a do trolejbusu było daleko.

W sobotę rano postanowiłem więc wyruszyć swoim autem. Ze dwieście metrów dalej stał posterunek milicji, ale jechałem bez niepokoju – wszystkie dokumenty miałem przecież w porządku. Zatrzymali mnie. Milicjant kazał chuchnąć sobie w twarz i oznajmił, że jestem pijany. W sobotę rano?... Ale co było robić? Milicjant usiadł za kierownicą mojego wozu i ruszyliśmy. Po drodze słyszałem, jak mówi do telefonu, że „zatrzymał osobę z listy”. Jestem więc na jakiejś liście.

Tak trafiłem do obwodowego szpitala psychiatrycznego, bo tu właśnie badano kierowców „pod wpływem”. Na szczęście zdążyłem zadzwonić do dziennikarza i działacza ZPB Andrzeja Pisalnika i niedługo potem zjawiła się polska konsul.


Lekarz kazał dmuchać przez słomkę do próbówki z jakimś płynem. Zabarwił się na inny kolor – dobrze czy źle? W końcu zabrała mnie pielęgniarka. Idziemy korytarzem, w lewo, w prawo, schodami w dół, znów korytarzami, potem w górę – do jakiegoś zamkniętego na cztery spusty pomieszczenia. Męcząc się, otworzyła kasę pancerną, a w środku był jedyny alkomat w całym obwodzie grodzieńskim. Włączyła go, a ja dmuchnąłem przez rurkę. Czekam z niepokojem. Czekam. Czekam… Wreszcie pojawia się: 0,000. Ufffff…

Wracamy do lekarza. Milicjant tłumaczy, że wyraźnie czuł ode mnie alkohol, przeprasza, ale chyba nie mam do niego pretensji? No nie, nie mam. Pani konsul prosi lekarza o szybkie zakończenie procedury. Podpisuję z dziesięć papierów i wychodzę. Minęły cztery godziny…

Sala zakładów Azot, w której odbywa się „antyzjazd”, jest zamknięta – zresztą i tak odmówiono mi akredytacji. Czekam więc, czekam, czekam… Mijają godziny, wreszcie delegaci wychodzą ze środka. Nowy prezes Stanisław Siemaszko na moje pytania odpowiada po rosyjsku – niestety, polskiego się nie nauczył. Jeden z delegatów mówi: – Ach, nie ma co gadać. Kazali przyjechać, to przyjechałem…

Kto mu kazał, nie powiedział.

Złośliwości małe i duże

Ale to są przykłady znaczących wydarzeń. Więcej było tych zdecydowanie mniej ważnych, ale za to bardziej typowych.

Siedzimy raz z kolegą z innej gazety w restauracji, gdzieś niedaleko ulicy Orzeszkowej w Grodnie, przy stoliku na zewnątrz, pod drewnianym daszkiem. Jemy obiad, pijemy piwo. Kolega nagle mówi: – Widzisz tego faceta w czarnej kurtce? Przechodzi koło nas już piąty raz…

Jem i zarazem ostrożnie się rozglądam. Mija pięć, może siedem minut – i na czarno ubrany mężczyzna znów się pojawia. Idzie spokojnym krokiem, przez chwilę patrzy w naszą stronę, mija nas i wędruje dalej.
Centrum Grodna. Fot. PAP/Wojciech Pacewicz
Pośpiesznie skończyliśmy obiad i dopiliśmy piwo; facet zdążył przejść tylko jeszcze raz. Na szczęście obaj mieliśmy przy sobie akredytacje dziennikarskie – bez tego cudzoziemcom nie wolno na Białorusi wykonywać zawodu dziennikarza. Inny kolega akredytacji nie miał; pewnego dnia siedział w toalecie w pizzerii na ulicy Sawieckiej, gdy ktoś zapukał do drzwi. Ledwo zdążył podciągnąć spodnie, gdy do środka wpadli funkcjonariusze. Natychmiast go deportowali.

Innym razem wracałem z Grodna pociągiem. Po polskiej stronie kontrola paszportowa i celna odbywa się w wagonach; dworzec w Grodnie nieco przypomina lotnisko, bo kontrolę przechodzi się w budynku. Najpierw celnik – problemu nie ma. Potem pogranicznik. Szpera w jakichś papierach, coś sprawdza. Wreszcie każe mi usiąść na ławce i gdzieś znika. Krąży z oficerami. Mija piętnaście minut, pół godziny. Dzwonię do konsula dyżurnego, a Konsulat Generalny RP w Grodnie jest blisko dworca, na ulicy Budionnego. – Jakby działo się coś złego, proszę jeszcze raz zadzwonić – słyszę.

Kandydat opozycji zaginął. Milicja spacyfikowała protesty. Rządzący nie mogą przegrać

Specnaz w ciągu pół godziny wypchnął wszystkich opozycyjnych demonstrantów z placu Niepodległości, bez litości bijąc ich pałkami.

zobacz więcej
Dziesięć minut później zjawia się pogranicznik i oznajmia, że będę miał powtórną kontrolę celną. Mówię, że skoro raz ją przeszedłem, to nie mam zamiaru poddawać się tej procedurze ponownie – a zresztą zadzwoniłem do polskiego konsulatu i niedługo przyjdzie konsul. Pogranicznik zafrasował się i znów gdzieś poszedł. Wreszcie zjawia się jakiś oficer. Salutuje do czapki z ogromnym denkiem i oznajmia, że zaszła pomyłka – poszukiwany jest ktoś podobny do mnie…

Do pociągu odprowadza mnie dwóch żołnierzy z karabinami, pasażerowie patrzą na mnie wielkimi oczyma.

W rezultacie pociąg odjechał spóźniony, ale Polskie Koleje Państwowe zachowały się ładnie: pośpieszny do Warszawy poczekał na nas w Sokółce.

Po kolejnym pobycie w Grodnie poprosiłem o pomoc konsulat. Konsul zabrał mnie do swojego samochodu. Na granicy pojazdy konsulatów – polskiego z Grodna i białoruskiego z Białegostoku – nie czekają w kolejce. Błyskawicznie więc pojawił się białoruski pogranicznik i zabrał nam paszporty. Czekamy dziesięć minut, dwadzieścia, pół godziny… Konsul się denerwuje, ale żartuje, ile czasu następnym razem poczeka na polskim przejściu konsul białoruski. Wreszcie dwóch panów podchodzi i oddaje paszporty, salutując…

Białoruś to ładny kraj, a Białorusini to sympatycznie ludzie, ale chyba każdy polski dziennikarz czuł się tam nieswojo.

Przyjeżdżam do hotelu, stawiam na podłodze torbę i zastanawiam się: może jak James Bond albo Hans Kloss wyrwać włos z głowy i położyć na torbie? Wrócę, będzie leżeć – znaczy, nikt w niej nie szperał; zniknie – czyli w pokoju byli kagiebiści i zajrzeli do środka… Zganiłem się w myślach: co za głupota, włosy będę sobie z głowy wyrywał? Wyszedłem, wróciłem kilka godzin później, torba otwarta, w środku wszystko przemieszane…

Zresztą, ja zawsze bardzo uważałem, więc nie spotkała mnie przygoda koleżanki z radia, która w hotelu zostawiła laptop. Gdy wróciła, komputer niby się uruchamiał, ale ekran pozostawał czarny. W Warszawie informatycy odkryli, że ekran włożono do wrzącej wody. Taka „drobna” złośliwość…

****

Te wszystkie akcje i akcyjki białoruskie władze podejmowały po to, aby nas, zagranicznych dziennikarzy zniechęcić do przyjazdu na Białoruś, byśmy nie relacjonowali tego, co się nad Swisłoczą i Niemnem dzieje, byśmy nie opisywali, jak reżim traktuje własnych obywateli. I pokazują też metody działania białoruskich służb. Naprawdę nie powinna dziwić ich skuteczność, choćby w sprawie uprowadzenia Ramana Pratasiewicza. Trzeba tylko mieć nadzieję, że nasze służby też dobrze pilnują, żeby nie ziściły się wypowiedziane w Wołkowysku przestrogi Polaka – kagiebisty. I w Warszawie na pewno można czuć się bezpiecznie…

– Piotr Kościński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor jest dziennikarzem, politologiem, analitykiem, działaczem społecznym. Od 1991 do 2013 związany z dziennikiem „Rzeczpospolita”, gdzie zajmował się tematyką wschodnią (Ukrainą i Białorusią, państwami bałtyckimi, Mołdawią, krajami Azji Centralnej, a także sprawami Polaków na Wschodzie); w latach 1997–1999 był korespondentem gazety w Kijowie. Obecnie współpracuje z tygodnikiem „Idziemy” i wykłada na AFiB Vistula.
25.05.2021
Zdjęcie główne: Sierpień 2020. Prostesty w Mińsku po wyborach prezydenckich uznawanych przez opozycję za sfałszowane. Na zdjęciu: dzielnicowy rozmawia z demonstrantami. Fot. EPA/PAP
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Igrzyska bez sushi. Wszystkim chodzi tylko o pieniądze
Działacze olimpijscy w Tokio zaryzykują tylko, jeśli pójdą w miasto. Wtedy mogą coś złapać. Chociaż niekoniecznie koronawirusa.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tradycyjna medycyna chińska oparta na faktach
Zastosowano ją w szpitalach w Wuhan i połowa chorych po ok. 10 dniach opuszczała je jako wyleczona. Czy 4000 lat tradycji może się mylić i musi się legitymizować „badaniami klinicznymi”?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Cichy białoruski bohater – arcybiskup Artemiusz
Jedyny hierarcha prawosławny, który skrytykował przemoc władzy wobec protestujących. Wysyłał kandydatów na księży do polskich szkół teologicznych, by „oddychali głęboko powietrzem wolności” i „zobaczyli, jak może w przyszłości wyglądać Białoruś”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Irina przytnie grzywkę, Andrij trawnik. Ukraińcy w Polsce AD 2021
Ukraińcy zwykle lubią Polaków i Polskę bardziej i odczuwają wobec nich większą bliskość niż na odwrót.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Bronił Polski przed atakami władz Izraela. Jair, syn Benjamina
Polacy, wiedzcie, proszę, że obecny rząd jest nielegalny i nie reprezentuje narodu izraelskiego! – napisał.