Historia

Zieloni powstańcy, zielony gaz. Jak Sowieci pozbyli się zbuntowanych chłopów

Gubernia tambowska: serce Rosji, żyzne czarnoziemy – i miejsce, gdzie sto lat temu bolszewicy zdecydowali się użyć broni chemicznej przeciw niepokornym.

Chłopskie armie zwykle w dłuższej perspektywie nie mają szans. Brakuje im oficerów sztabowych, bardziej zaawansowanych broni (i specjalistów od ich obsługi), strategicznych rezerw oraz dyscypliny armii zawodowej. Powstańcy po pierwszych sukcesach rozchodzą się – do bab albo do żniw. Zwykle brak też dostępu do morza, ludzi bywałych w świecie i sojuszników, którzy chcieliby trwalej wiązać się z wieśniakami. Polny lub podgórski obszar stosunkowo łatwo otoczyć, przetrzymać i wziąć podstępem lub głodem.

Stąd chłopskie rewolty, gdy już wybuchły, szerzyły się jak słomiany, nomen omen, ogień – i równie prędko gasły. Zwyciężały przez zaskoczenie, masowość, świetną znajomość terenu: dwory i pojedyncze oddziały nie miały szans. W cenie był duch improwizacji, umiejętność obrócenia w straszliwą broń wszystkiego, co było pod ręką w gospodarstwie, od topora i wideł po cepy, gotowość do szturmu bez względu na liczbę ofiar.

Dopóki wojny toczono w polu, w trybie jeden-na-jednego, a o zwycięstwie decydowała odwaga i krzepa – żakeria, powstańcy pod wodzą Thomasa Müntzera czy Jemieliana Pugaczowa mogli przez chwilę na serio zagrozić Paryżowi, Londynowi czy Moskwie. W bliższych nam czasach chłopskie rewolty miały jednak szansę tylko na peryferiach albo w warunkach wojny domowej lub anarchii, prowadzących do osłabienia władzy centralnej.

Wsi spokojna

Takie warunki zostały spełnione również w Rosji porewolucyjnej, którą zbyt łatwo rozpisujemy na „białą” i „czerwoną”. Prawda, to między białymi a czerwonymi (z dodatkiem powstań narodowych, sporów z ościennymi państwami oraz legendarnych „interwentów”) toczyły się w latach 1918-1921 walki na wysokim stopniu zaawansowania, na poziomie pułków, dywizji i armii. Obszar pomiędzy nimi to jednak w znacznej mierze „ziemia niczyja”. Na dobre i na złe: często z rabunkiem, bezprawiem, paleniem dworów, ale też z nieobecnością (lub „przyczajeniem się” w miasteczkach) nielubianej władzy. Każdej.
Admirał Aleksandr Kołczak (1874-1920) dokonuje inspekcji swoich wojsk w czasie wojny domowej w Rosji (1919 rok). Oficer cesarskiej marynarki wojennej i badacz polarny, jeden z głównych dowódców antybolszewickiego ruchu, pojmany i rozstrzelany. Fot. Dymitr Fedotoff (1889-1950) – też oficer marynarki po stronie białych, uciekł z Rosji i opisał swoje doświadczenia w książce „Przetrwanie – przez wojnę i rewolucję w Rosji” (1939, Uniwersytet Pensylwanii w Filadelfii), Domena publiczna, Wikimedia Commons
Ten fenomen pojawił się zresztą w tym czasie nie tylko w Rosji. Większość Europy Wschodniej, od Finlandii po Grecję została, począwszy od roku 1915, zaryglowana okopami – im dalej jednak od linii frontu, tym trudniej było o dyscyplinę. Bandy maruderów terroryzowały zaplecze na ziemiach kontrolowanych przez Habsburgów (Bośnia, Szumawa, Słowacja) i Romanowów (Azja Środkowa, Powołże). Zjawisko to na poziomie „ponadnarodowym” opisał jako pierwszy niemiecki historyk Jochen Böhler, jego tropem zaś poszedł m.in. Maciej Górny w pracy „Nasza wojna”. Młodym mężczyznom, którzy napatrzyli się śmierci i nauczyli robić bronią, nie uśmiechał się powrót ani pod rozkazy kaprala, ani do rodzinnej wioski – przyczajali się więc w lasach, czując, że trony zaczynają się chwiać w posadach.

Różne były losy tych setek tysięcy maruderów po 1917. Część udało się (na jakiś czas) wciągnąć w szeregi rewolucji lub zrywów narodowych – na etapie, gdy w grę wchodziło obalenie ancien régime’u. Część osunęła się w pospolity bandytyzm lub lawirowała (jak „machnowcy” i dziesiątki pomniejszych atamanów ukraińskich) między przeciągającymi co i raz frontami i armiami. Większość, wyszumiawszy się, wracała do wsi, po drodze zawłaszczywszy część przynajmniej pańskich majątków – i, oczywiście, chowając obrzyna na strychu.


I to właśnie stało się udziałem ogromnej większości wsi rosyjskiej – przynajmniej w jej europejskiej części, zwłaszcza na żyźniejszych obszarach na południe od Moskwy. W miasteczku rozklejano proklamacje, rozstrzeliwano burżujów lub komisarzy, czasem ktoś puszczał je z dymem – wieś dochodziła do siebie po latach rekwizycji i poborów, wreszcie nie niepokojona przez urzędników. Kilku autorów, opisujących tamte lata w Rosji, dotknęło tego fenomenu anarchicznej, zielonej wolności: Boris Pasternak, Igor Newerly, Michaił Szołochow, Józef Mackiewicz. Wszyscy oni są zgodni: w latach 1918-1919 w mieście można było szukać doktora, zegarków lub, kto bogatszy, nauczyciela dla dzieci. Ze strony miasta nic jednak nie groziło.

Do czasu.

Timur i jego rekwizycje

Włodzimierz Lenin od początku zdawał sobie sprawę, że Moskwa i Piotrogród nie wygrają bez rekruta i bez ziarna. W sytuacji jednak, gdy biali otaczają bolszewików niemal ze wszystkich stron, gdy odpadła niemal cała Ukraina – nie ma mowy o systematycznym pozyskiwaniu zasobów ludzkich ani spożywczych. Władzę sowiecką stać wówczas jedynie na cząstkowe, desperackie wypady do chlebonośnych guberni.

Apostoł Zła. Przeciwnik Stalina, który chciał zastąpić Boga

Był rozwiązłym playboyem i piekielnie inteligentnym człowiekiem. Zamachowiec zabił go uderzeniem czekana w tył głowy.

zobacz więcej
Inaczej wygląda to już rok później. Część „oddziałów zaporowych” (powszechnie określanych w Rosji nieznanym niemal w Polsce skrótem CzON, czyli czasti osobowo naznaczenija, budzącym nie mniejszą trwogę niż CzeKa czy MWD) można przerzucić na „front wewnętrzny”, czyli poruczyć im pacyfikację wsi. Jednym z najbardziej znanych dowódców CzON zostaje, notabene niespełna 18-letni Arkadij Golikow, który po latach zdobędzie sławę pisarską pod pseudonimem Gajdar. Zarazem jednak trwa pobór – trzeba zwalczać Aleksandra Kołczaka na wschodzie, Antona Denikina na południu, Polaków i Ukraińców na zachodzie… Z tym poborem jednak kłopot: co wygarnie się chłopaków ze wsi, przeszkoli ich trochę i wyda się im broń – ci znów się rozchodzą. Żywe piaski. Liczba lokalnych rewolt idzie w setki – z tym, że rewoltami nazywamy je trochę na wyrost. Zwykle idzie po prostu o przepędzenie intruzów, czasem rozstrzelanie kilku komisarzy. Chłopi nie kwapią się do Denikina (który ma, jak chodzą słuchy, „odbierać ziemię”), ani do Lenina, który zabiera ziarno. Chcą mieć spokój.

Do rewolty na większą skalę potrzeba dwóch elementów: stałej, uciążliwej, wymuszającej mobilizację presji – oraz kogoś z wyobraźnią i zdolnością planowania. No, przydałoby się jeszcze trochę broni.

W lecie 1920 roku spełniony został pierwszy z tych warunków: Rosję centralną dotknęła uporczywa susza, tymczasem Moskwa chciała zarekwirować tyle ziarna, ile zwykle rodzi żyzna ziemia tambowska. Ówcześni kronikarze podają: zebrano 12 milionów pudów (pud – to trochę więcej niż 16 kilogramów), Sowieci usiłowali wywieźć 11,5 mln.

Wśród wielu analogii historycznych, po jakie sięgamy, tłumacząc powstanie tambowskie (Żakeria? Wojny chłopskie? A może druga Wandea?) warto odnotować i tą: był to jakby przedsmak Hołodomoru, w którym za 13 lat ginąć będą setki tysięcy osób na Ukrainie (ale i w Kazachstanie, i na Powołżu). Tyle, że w 1920 chłopi nie byli jeszcze oduczeni samodzielności, a państwo sięgało tylko tam, gdzie oddziały Armii Czerwonej.

Likwidowali je, ostrzeliwali. Gdy Sowieci zaczęli brać zakładników – uciekali w lasy. Krążyliby tam jednak bezradnie – gdyby nie Antonow, który dał powstaniu najpierw przywództwo, a potem imię.

Młody bojowiec szuka pracy

Czy Aleksandr Antonow zdawał sobie sprawę, że rzuca wyzwanie całej Rosji Sowieckiej? W trzyklasowej szkółce, którą ukończył w 1905 w zagubionym wśród pól Kirsanowie, nie miał szans dowiedzieć się nic o żakerii ani Müntzerze. Prędzej już usłyszał o nich w partyjnej jaczejce eserów, czyli socjalistów-rewolucjonistów, zwolenników terroru indywidualnego, do których trafił niespokojny osiemnastolatek w 1907 roku w gubernialnym Tambowie.
Aleksandr Stiepanowicz Antonow (1889-1922) – od jego nazwiska historiografia sowiecka określała antykomunistyczne powstanie chłopskie (tzw. powstanie tambowskie 1920-1921) mianem „antonowszczyzna”. Fot. www.hrono.ru, Domena publiczna, Wikimedia
Bardziej prawdopodobne, że i wówczas bardziej interesowały go akcje bezpośrednie – jak nie rzucanie ulotek, to „ekspropriacje” (dla trudności w wymowie często nazywane w żargonie rewolucyjnym po prostu „eksami”), czyli napady rabunkowe, w których łup przeznaczano na rzecz partii, albo i strzelanina z policjantami. To był już czas schyłku rewolucji 1905-1907, dominowały klimaty, które polscy czytelnicy znają z „Dziejów jednego pocisku”: obie strony, władze i rewolucjoniści, licytowali się w desperacji i brutalności.

Również Antonow, po kilku śmiałych akcjach i ucieczkach, ostatecznie wpadł w ręce Ochrany w pierwszych dniach roku 1909. Przez trzy lata zdołał świetnie poznać lasy, moczary i stacje kolejowe guberni tambowskiej, niewielkie miał jednak widoki na to, by do niej powrócić: w lecie 1910 sąd w Tambowie, w drodze nadzwyczajnego złagodzenia wyroku, skazał go nie na śmierć, lecz na bezterminową katorgę. Uwolniła go Rewolucja Lutowa. Antonow wraca na łono rodziny, ale już miesiąc później trafia w szeregi miejscowej milicji.

Żeby zrozumieć tę decyzję, warto przypomnieć, że bolszewicy przez większość roku 1917 pozostają w mniejszości, w Piotrogrodzie stawiając na „dwuwładzę” i budując alternatywne wobec Rządu Tymczasowego struktury (Rady Delegatów), na prowincji jednak zwykle nie mając decydującego głosu, albo w ogóle wycofując się z udziału we władzy, albo stanowiąc niezbyt lojalną część szerokich koalicji „rewolucyjnych”. W Tambowie, jak w większości Rosji europejskiej, największym poparciem cieszą się eserzy (nieco mniejszym – „kadeci”, czyli konstytucyjni demokraci, których z dzisiejszej perspektywy można z grubsza uznać za konserwatywnych liberałów) – i Antonow, wsławiony swoimi dokonaniami sprzed 10 lat, z łatwością znajduje protektorów. Poważniejszą karierę zaczyna zresztą robić dopiero na przełomie 1917 i 1918 roku – i to wówczas po raz kolejny jego losy przecinają się z Wielką Polityką.

Po raz pierwszy – wczesną wiosną 1918 roku, kiedy na własną rękę zajął się rozbrajaniem eszelonów Korpusu Czechosłowackiego, rozpoczynającego w tym czasie swoją epopeję, która przez Daleki Wschód i USA doprowadziła ich po roku nad Wełtawę. Oficjalnie rząd sowiecki wyrażał zgodę na przemieszczanie się Korpusu na wschód – nieoficjalnie przymykał oczy na jego „podskubywanie”. Antonow skonfiskował Czechom kilkanaście kulomiotów i ze dwa wagony amunicji – po czym, tak na wszelki wypadek, ukrył je w kilku znajomych wioskach.
Legion Czechosłowacki – złożony z byłych jeńców państw centralnych ¬– 3 marca 1918 zawarł z rządem bolszewickim umowę o swobodny przejazd Koleją Transsyberyjską do Władywostoku, by drogą morską udać się do Francji na front z Niemcami. Pozostawił bolszewikom część broni, ale w trakcie ewakuacji, na kolejnych posterunkach żądano od nich zdawania dalszych partii. 21 maja Lew Trocki rozkazał rozbroić korpus. Na zdjęciu czescy legioniści w Rosji. Fot. Železnice a armáda, Domena publiczna, Wikimedia Commons
Po raz drugi – miesiąc później, gdy po nieudanej próbie antybolszewickiego zamachu stanu w Moskwie stosunki między komunistami i eserami mocno się skomplikowały, a w Tambowie utworzono gubernialny oddział CzeKa, czyli krwawej policji politycznej. Antonow, w tym czasie stojący już na czele struktury „milicji wiejskich”, nie zamierzał się podporządkować bolszewikom: wykłócał się, żądał podwyżki, wziął urlop, wreszcie – znikł z Tambowa. I, jak wykazało późniejsze śledztwo, zaczął tworzyć z kilkunastu zaufanych ludzi oddział – na razie „uśpiony”. Wiosną i latem 1919 roku liczy on już około 150 osób, przede wszystkim za sprawą napływających dezerterów z Armii Czerwonej.

Konstytuanta na miedzy?

To była ta struktura, na której zbudował aż trzy „armie ochotnicze”. Armiami nazywały się dla kurażu: sztabowców było w nich jak na lekarstwo, broni ciężkiej niemal równie mało. Od rozproszonej, „zielonej” partyzantki Ukrainy czy Bałkanów różniło je uznawanie jednolitego dowództwa, a nawet stworzenie namiastki rządu i parlamentu.

Nie były to próby poważne: „Związek Pracującego Chłopstwa” pozostał organizacją kadrową, doktrynę eserów, oficjalnie obowiązującą, mało kto znał, hasła – „Precz z dyktaturą” i „Żądamy zwołania Konstytuanty” – dobrze brzmiały na wiecach, ale niewiele z nich wynikało. Za to siła zbrojna była niewątpliwa: w lutym 1920 pod bronią stało 50 tysięcy antonowców, z których wydzielono aż 5 pułków kawaleryjskich. Powstańcy przerwali ruch na magistrali kolejowej łączącej Moskwę z Uralem, wysyłali emisariuszy do Saratowa i Woroneża; w Moskwie zapanował głód.

Czy mieli wówczas szanse? Jeśli na skutek innych wydarzeń nie upadłaby władza bolszewicka – raczej nie. Stan Armii Czerwonej wynosił wówczas ok. 950 tys. żołnierzy, z rezerwami mobilizacyjnymi sięgającymi 4 mln. Zbyt jednak byli groźni, by ich lekceważyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie zawarto jeszcze pokoju z Polską. 6 lutego do guberni skierowano pełnomocników KC, w tydzień później ogłoszono – tylko na terytorium guberni! – odstąpienie od rekwizycji ziarna. „Zwycięstwo? Chwilowe. Chłopi się cieszą, a dla nas już dynda sznur” – miał skomentować Antonow okrzyki radości, rozlegające się we wsi Gorełoje, gdzie stacjonował w lutym jego sztab.

Szykowali chemiczny atak na Polskę. Gazy bojowe testowali na własnych żołnierzach

Wycinali marynarzom w kombinezonach otwory, sprawdzając, jak skóra będzie reagować na zabójcze substancje. Broń testowano w mieście, które dziś słynie z wynalezienia morderczej trucizny: nowiczoka.

zobacz więcej
Walczył dalej, nie miał innego wyjścia. Po pokoju ryskim i rozbiciu Piotra Wrangla, Moskwa ma coraz więcej oddziałów, które najpierw otoczą, a potem podzielą na kwadraty całą gubernię. Chłopi są jednak zacięci: nie pomaga branie ani rozstrzeliwanie zakonników, przesiedlanie całych wiosek: władza sowiecka trwa tyle, co popas krasnoarmiejców we wsi. Na Tambowszczyznę trafiają sprawdzone kadry: sam Michaił Tuchaczewski, wspierany przez kawalerzystów Grigorija Kotowskiego i czekistów Henryka Jagody.

Dobrze rozprzestrzenić chmurę

Taktyka taktyką, ale trzeba mieć i podejście polityczne: 11 czerwca rozkazem nr 171 Tuchaczewski poleca rozstrzeliwać bez sądu mężczyzn z rodzin „buntowników”, podobnie w przypadku znalezienia w gospodarstwie broni lub dokarmiania „leśnych”, do tego konfiskata i palenie chałup. A dzień później – zboża już się kłoszą, jakże je zostawić na pastwę kułaków?! – wydaje słynny tajny rozkaz nr 0116: „Lasy, w których ukrywają się bandyci, należy oczyścić gazami bojowymi, operując tak, by chmura duszącego gazu rozprzestrzeniła się równomiernie po całym lesie, niszcząc wszystko, co się w nim kryje”. Dan w Tambowie, 12 czerwca 1921 roku; oryginał przechowywany jest w Rosyjskim Państwowym Archiwum Wojskowym: zespół 34 228, cz. 1, teczka 292, kartka nr 5.

Rosja wzięła się za doskonalenie broni chemicznej po słynnych atakach Niemców pod Skierniewicami zimą 1915 roku. W Piotrogrodzie znalazło się trochę butli z chlorem, trochę ładunków z oleistą chloropikryną. W sumie, jak oceniają historycy wojskowości, po gazy bojowe sięgnięto tamtego lata zaledwie kilka razy, podczas szturmowania niedostępnych mateczników leśnych i moczarów.

Nie chloropikryną pokonał Tuchaczewski rosyjskich chłopów, ale dziesiątkowaniem jeńców, głodem, obozami koncentracyjnymi dla dzieci (matki wyły, by dopuszczono je do trzylatków; komitet WKP(b) w Tambowie zwracał uwagę na „zbyteczny może niekiedy radykalizm”). Jesienią 1921 było już po wszystkim, można było siać oziminę. Antonowa zdybali w maju następnego roku; wątpliwe, by kiedyś znaleziono jego kości na jakiejś tambowskiej „Łączce”. Tyle lat!
Marszałek Związku Radzieckiego Michaił Nikołajewicz Tuchaczewski (1893 -1937). Urodził się w majątku Aleksandrowskoje k. Smoleńska, w rodzinie ziemiańskiej – ojciec był szlachcicem, matka chłopką. W wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 dowodził Armią Czerwoną na Froncie Zachodnim. To on poniósł klęskę w Bitwie Warszawskiej. W marcu 1921 pacyfikował też powstanie antybolszewickie w Kronsztadzie. Fot. Sovfoto/Universal Images Group via Getty Images
Michaił Nikołajewicz Tuchaczewski już pod koniec lipca 1921 otrzymał nowe zadanie: stanął na czele Akademii Wojennej. Przez kolejnych 16 lat, aż do rozstrzelania w dniach Wielkiej Czystki, prezydował, dowodził, chlubił się szlifami Marszałka Związku Sowieckiego. Z Tambowem bliższych związków nie miał, dawnych miejsc walki nie zwiedzał. A szkoda: aż chciałoby się zobaczyć, jak zwiedza dębową gęstwinę (dużo jest takich na Ukrainie i na Tambowszczyźnie) i, oceniając skuteczność fali chloru, który toczył się po ziemi na północ, popychany wiatrem od Morza Czarnego, czyści swojego mauzera. A potem staje, ten sowiecki Apollo, do zdjęcia, i przez chwilę jest prawie jak u Herberta:

odwraca głowę
i widzi
że drzewo (…)
jest siwe

zupełnie

– Wojciech Stanisławski


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


W tekście wykorzystałem m.in. pracę W. Samoszkina „Antonowskoje wosstanije” (Tambow, 2005) oraz wiersz Zbigniewa Herberta ze zbioru „Studium przedmiotu” (Warszawa, 1961)
Zdjęcie główne: Chłopi – powstańcy tambowcy. Fot. https://openrussia.org/notes/712831/, Domena publiczna, Wikimedia Commons
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Syberyjski Rockefeller. Polski milioner w Rosji
Produkował dla Rosjan setki tysięcy wiader spirytusu.
Historia Najnowsze wydanie
Freie Stadt Danzig. Niebezpieczna nostalgia nad Motławą
Ulice były wolne dla brunatnych batalionów.
Historia Najnowsze wydanie
Tłum szturmował samoloty, statki i barki. Amerykańska hańba
To moralna porażka Stanów Zjednoczonych – donosił prezydentowi Fordowi Henry Kissinger.
Historia Poprzednie wydanie
Dekalog dobrego człowieka
Społeczna Krucjata Miłości miała doprowadzić do powstania „nowych ludzi plemienia”.
Historia Poprzednie wydanie
Przestudiowałem „Kapitał” trzy razy
„Inteligencja nasza nieraz, nieświadomie może, przygotowuje grunt dla komunizmu, a sobie szafot” – pisał w 1938 roku ks. Wyszyński.