Rozmowy

Zamek Elsynor może być tortem

Proszę sobie wyobrazić sytuację, kiedy musi pan zrobić z kimś wywiad. Ale ten ktoś wcale nie musi się do pana odezwać. Chodzi pan z nim pięć godzin po parku, potem musi pan i tak zaczekać do jutra. A w końcu wywiad dochodzi do skutku po tygodniu i trochę na inny temat, ale fajny – o kręceniu filmu z grupą niepełnosprawnych, głównie z zespołem Downa, opowiada aktor Wojciech Solarz.

TYGODNIK TVP: Jesteśmy po premierze filmu „Amatorzy” Iwony Siekierzyńskiej. To opowieść o grupie teatralnej, w której skład wchodzą niepełnosprawni, głównie ludzie z zespołem Downa. Pan gra w nim Krzyśka, instruktora, który ma zrobić z nimi szekspirowskie przedstawienie, co początkowo udaje się średnio. Film jest szczególny, występuje Pan w nim z tytułowymi amatorami – oni pokonują najróżniejsze bariery, Pan im w tym towarzyszy. Czym było to doświadczenie dla pana?

WOJCIECH SOLARZ: Mnie zawsze było blisko do inności, także jako aktorowi. Mam swoje pozamykania, swoje wstydy. Ciężko było mi uczyć się wielkich tekstów klasycznych, to przychodziło z latami, wraz z nabywaniem aktorskiej techniki. Stąd uprawianie przeze mnie kina niezależnego, stąd przekształcanie rzeczywistości. Mnie wielką satysfakcję zawsze sprawiał jakiś dziwny wierszyk, nietypowy komentarz, żart. Na przykład na zajęciach u Jana Englerta w Akademii Teatralnej, oczywiście graliśmy sceny klasyczne ale chyba największą satysfakcję miałem kiedy udawało się je przekształcać, zmieniać. Pamiętam, że np. w scenie ze „Straconych zachodów miłości” – wspólnie z kolegą Przemkiem Chojętą zamiast dialogu dwójki dworzan graliśmy dialog kata i ofiary. Radość była ogromna. Pamiętam, że potem przez kilka miesięcy siekiera błąkała się po salach Akademii Teatralnej i w końcu pani woźna poprosiła, żebym ją zabrał, bo stwarzała zagrożenie dla uczelni (śmiech). Dlatego właśnie starałem się zrozumieć tych ludzi z niepełnosprawnościami. Film opowiada o tym, jak im ciężko nauczyć się tekstu, zagrać scenę w skali jeden do jednego, oddać psychologię postaci. Czułem, jak bardzo to jest bliskie moim doświadczeniom.

Dlatego pewnie odniosłem wrażenie, że pan w tym filmie mówi jakby od siebie.

Ten film miał scenariusz, rozpisane sceny. One oddawały rozmaite sytuacje, jakie im się przydarzały podczas lat prób, bo to jest prawdziwa grupa teatralna.

Proszę o niej coś opowiedzieć.

Grupa istnieje od 20 lat, z opiekunem podobnym do tego, którego zagrałem, Zbyszkiem Biegajłą. On nam cały czas towarzyszył na planie, przygotowywał mnie czy Romę Gąsiorowską na specjalnych warsztatach. On ma swoją metodę docierania do nich, poruszającą, której zresztą ja nigdy do końca nie opanowałem. Opowiada im przykładowo, całkiem jak w tym filmie, „Hamleta”, potem go z nimi próbuje. Ale ich osobność, inność polega na tym, że na przykład ktoś z nich będzie stał cały czas z głową przy ścianie. On wyraża w ten sposób swoją niezgodę na świat i staje się Hamletem, chociaż całkiem innym. Ta historia nabiera nowych znaczeń, chociaż nie opowiadają jej kanonicznym tekstem.

I w filmie na końcu mamy ten spektakl, robicie go z nimi. Celem jest terapia. Ale czy to jest jakoś strawne dla zwykłych widzów?

Na pewno teatr ich otwiera. A czy jest strawne? Byłem na ich dwóch spektaklach. I były naprawdę niesamowite! Zbyszek je zawsze składał w całość. A na potrzeby filmu odtworzył wcześniej zrobione z nimi przedstawienie, „Hamleta” właśnie.
Wojciech Solarz w filmie "Amatorzy". Fot. materiały prasowe
To nie jest film łatwy ani przyjemny. On pokazuje, że ludzie niepełnosprawni nie zawsze są mili, wdzięczni – ich stan jest dramatem, który ich zamyka.

Tak, to nie jest film przyjemny. Niczego nie lukruje. To są dorośli ludzie, zresztą z najróżniejszymi przypadłościami, nie tylko Down, także na przykład rozmaite rodzaje porażeń. Są świadomi swojego losu i nie żądają współczucia. Są zresztą poddani normalnym ocenom jako aktorzy teatralni i z podobną świadomością, że będą oceniani, szli do tego filmu. Każdy dzień zdjęć był dla nich wyzwaniem, do którego kluczem była wielogodzinna praca Zbyszka z nimi, te wszystkie rozgrzewki, które oglądamy potem na ekranie. Ja go próbowałem tylko nieudolnie naśladować, oddać specyfikę jego pracy i jego wysiłku. Kluczem była tu improwizacja. Oni są na improwizowanie otwarci o wiele bardziej niż my aktorzy. Mają niezwykłe, choć nieraz dziwaczne skojarzenia.

Wynika z tego jakaś wartość?

Myślę, że tak, ludzie przeżywają emocjonalnie ten film, widziałem to na premierze. Te światy, nasz i ich, są oddzielone, prawda, ale to my dostajemy do podpatrzenia świat niezwykłej wrażliwości. To trochę jak w opowieści z perspektywy dzieci, które punktują nas dorosłych, wytykają nam błędy czy fałsze. Powiedziałem wczoraj po premierze, że przypominał mi się podczas tej pracy z nimi teatr Jerzego Grzegorzewskiego. On budował spektakle z chaotycznych klocków, ze strzępów. Do samego końca na jego próbach panował chaos. Składał to w ostatniej chwili bazując w dużej mierze na improwizacji, na przedziwnych skojarzeniach. Tak powstało jego „Wesele” w Teatrze Narodowym. A Poloniusz chodził u niego w „Studium o Hamlecie” z piętnastoma wbitymi w ciało sztyletami, bo tyle razy pozdradzał różnych władców. I u nich jest tak samo: zamek Elsynor może być tortem. Ich wyobraźnia prowadzi w niezwykłe rejony.

Doceniam to, ale zapanować nad tym nie było chyba aktorom spoza tego świata łatwo?

Było trudno. Choć mnie może trochę łatwiej ze względu na to, że lubię abstrakcyjne przetwarzanie rzeczywistości. Ale do końca nie było wiadomo, co w filmie zostanie, a czego nie będzie, ba, w jakiej kolejności pokaże się te sceny. Dwie montażystki tym żonglowały. No i nieustanna loteria w relacjach z nimi. Gramy niby napisane sceny, ale nie wiemy nigdy co z tego wyniknie. Nagle się okazuje, że coś zaplanowaliśmy, ale połowa się danego dnia w ogóle nie odezwie, nie ma odpowiedniego nastroju.

Powstało coś ważnego? O czym to jest?

Pokazaliśmy, że ci ludzie są, że mają swoje prawa, także prawo do uprawiania sztuki. To mówił na premierze Janek Skiba, jeden z aktorów-amatorów. Wiem, że to banalnie brzmi, ale te nasze światy się uzupełniają. Skądinąd Zbyszek Biegajło opowiadał, jakiego ten teatr nadał im wszystkim rozwojowego kopa. Takiemu Marcinowi na przykład, który kiedyś nic nie mówił, a teraz udziela wywiadów. Swoim językiem, ale udziela.

Serwują „samodzielnie robioną kawusię”. Niepełnosprawni kelnerzy z Cafe Równik

Może i nie ma leku na autyzm czy zespół Downa, ale dziecko można nauczyć mówić i rozumieć świat, w którym żyje.

zobacz więcej
Mnie zabrakło trochę zakończenia. Udało się, spektakl powstał, zagrali po swojemu „Hamleta”. Ale nie wiemy, jaki będzie dalszy los Krzyśka, którego pan gra. Przecież on się buntuje, ma chwilami dosyć sprzężenia z losem niepełnosprawnej siostry Mary. Nie jesteśmy pewni, jakie będą jego dalsze wybory.

To jest historia naszej reżyserki. Iwona Siekierzyńska ma brata, Adama, który jest członkiem tego zespołu i pojawia się w filmie. A mój bohater? Być może kiedyś wolałby nie mieć niepełnosprawnej siostry, w którą jest uwikłany od dzieciństwa, chciałby grać w normalnym teatrze. Ale ma swój krzyż i z czasem zaczyna go rozumieć i przyjmuje go, choć może odrzucić. Co się z nim dalej stało? Pewnie dalej go dźwiga.

Nie może sobie ułożyć życia osobistego. Bo ciągle musi się zajmować swoimi podopiecznymi, oni go więżą, a najmocniej jego siostra.

W pierwszej wersji scenariusza odeszła od niego wcześniej żona. Był w jej oczach za słaby. Mówi pan, że film się nie kończy. On trwa. Finałem są słowa dyrektora, którego gra Mariusz Bonaszewski: „Najwięcej energii jest tam, gdzie się mylą” czyli w twojej słabości jest twoja siła. To dotyczy każdego z nas.

Ale pytanie, czy się poświęcić dla innych, czy zająć sobą, co jest jakimś naszym prawem, to nierozwiązywalny dylemat.

Prawda. To są te słynne formułki Ericha Fromma: „wolność od” i „wolność do”. Można zostawić to, co cię więzi. Wartości stają się ograniczeniami, tak jak to zresztą przedstawia znaczna część sztuki. A on wybiera „wolność do”. Wybiera krzyż. I chce znaleźć w nim wolność.

Ale czy ułożył sobie życie osobiste?

Może i nie. Może to nie była jego misja? Czy życie osobiste jest zawsze najważniejsze? Próbują, on czy jego matka grana przez Anię Dymną, robić coś dobrego. Można twierdzić, że mój Krzysiek też jest inny, może i trochę dziwny. A można spytać, czy gdyby zostawił swoich podopiecznych, byłby szczęśliwy.

Oglądamy świat ludzi niepełnosprawnych. To nie jest głos w sprawie aborcji eugenicznej?

Ja jestem tu uwikłany w sprzeczność. Jestem przeciw aborcji. I boję się zakazów prawnych, które generują bunt.

Prawo ma też naturę aksjologiczną. Pokazuje ludziom, co jest dobre, a co złe. Jak pan na nich patrzy, nie widzi pan problemu pozbawienia ich życia prawnej ochrony?

Widzę. Jestem przeciwny aborcji płodów z wadami. Ale bardzo ciężko mi o tym wyrokować będąc zdrowym i bogatym, na dokładkę facetem. Jestem człowiekiem wierzącym i pamiętam o Miłosierdziu. O wyrozumiałości wobec kobiet uwikłanych w dramaty bez wyjścia.

Ale czy prawo powinno raczej zachęcać czy zniechęcać do pozbawiania życia?

Nie wiem, czy brak zakazu jest przyzwoleniem. I widzę paradoksy. A dlaczego dziecko z gwałtu ma się nie urodzić? A dlaczego nie karze się za aborcję jak za zabójstwo?

Pytanie, co tu jest większym, a co mniejszym paradoksem.
Wojciech Solarz w filmie "Amatorzy". Fot. materiały prasowe
Na pewno nie jestem za aborcją na żądanie. Ciężko tu o precyzyjne wyroki czy definicje.

Wróćmy do filmu. Wytworzyło się między wami na planie poczucie wspólnoty?

Tak, z pewnością. Bez tego coś takiego by w ogóle nie powstało. Myśmy się poznawali, nabierali do siebie zaufania już na castingach. Musieliśmy się polubić, bez tego oni by nie zagrali z aktorem. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, z Iwoną, która jest blisko tego świata, ze Zbyszkiem Biegajłą. Pierwsze warsztaty były rok wcześniej. Potem w pół roku później znów tydzień razem. W tym sensie na pewno film mocniej wrył się w moje życie niż inne. To nie była praca, którą kończyło się po 18. Proszę sobie wyobrazić sytuację, kiedy musi pan zrobić z kimś wywiad. Ale ten ktoś wcale nie musi się do pana odezwać. Chodzi pan z nim pięć godzin po parku, potem musi pan i tak zaczekać do jutra. A w końcu wywiad dochodzi do skutku po tygodniu i trochę na inny temat, ale fajny.

Były momenty, kiedy to było ponad pańskie siły?

Tak, ale częściowo też z innych powodów. Dwa tygodnie przed zdjęciami urodziła mi się córka. Wziąłem rodzinę ze sobą nad morze, bo film kręciliśmy w Sopocie i w Gdyni, i wtedy bywało ciężko. Na dokładkę ten scenariusz, choć dobry, nie był automatyczną gwarancją, że się uda. Bo on się dopiero wypełniał treścią, nie do przewidzenia.

Na planie widać prawie cały czas Krzysztofa Kowalewskiego. On jest obecny, ale głównie milczy. To jego ostatnia rola filmowa.

Trochę scen z jego udziałem wypadło, z powodu nawału materiału. To jest w filmie mądry zawodowy aktor, który się nie wycofał, został z nimi do końca. Kowalewski był dobrym duchem tego planu. Dobrze się tam czuł i lubił tych ludzi. Wielki smutek, że już Go z nami nie ma.

Film nie dostał nagrody na ubiegłorocznym festiwalu w Gdyni.

Dostał na małej gali nagrodę kin studyjnych i dyskusyjnych klubów filmowych. To ma pewną rangę. Ale na pewno było mi przykro, że główne jury go pominęło. Ja wiem, rodzi się od razu podejrzenie, że oczekujemy ze względu na temat na jakieś specjalne traktowanie. Ale po prostu Iwona zasługiwała na nagrodę, nie doceniono jej wieloletniej pracy z tymi ludźmi. I patrzę, jak na ten film reagują widzowie.

„Amatorzy” to w sumie mądra refleksja nad życiem, ludzką ułomnością, brakiem nadziei, ale i nadzieją. Jest pan też ważnym aktorem w serialu Netfliksa „Sexify”, doktorem Krynickim, który opiekuje się dość dziwnym naukowym projektem informatycznym. To z kolei komedia obyczajowa Piotra Domalewskiego, przez wielu uznana za coś nowego i ożywczego. Wierzy pan, że Polacy potrzebują rewolucji seksualnej? Taki jest wydźwięk finału.

Rewolucja trwa od lat 60., choć nowe roczniki definiują ją pewnie na swój sposób. Dla mnie to film o poszukiwaniu przez młodych ludzi własnej tożsamości. O konfrontacji wartości, tradycji, także Kościoła, ze współczesnością.

I wierzy pan, że apka w telefonie może być receptą na lepszy seks, zadowalający kobiety?

Byłem zawsze klasowym błaznem

Kabareciarze zazdroszczą aktorom, a aktorzy – kabareciarzom – mówi Wojciech Solarz w rozmowie z Piotrem Zarembą.

zobacz więcej
Niekoniecznie w to wierzę, to jednak bardziej metafora, może zbyt prosta. Pociągające jest w tym serialu za to zróżnicowanie bohaterów. Choć przyznaję, ja nie jestem w sprawach seksu tak otwarty jak ten scenariusz, nie stawiam samej przyjemności na takim piedestale. Ale rozmowa o seksie, o miłości, o wartościach, także o ludzkich błędach, jest pociągająca. Podoba mi się pluralizm dróg i wyborów. I nie ma tu tezy, że wolny seks jest automatycznym kluczem do szczęścia.

To prawda. Chociaż sam finał, z hałaśliwym przesłaniem o jakiejś kobiecej rewolucji, wydał mi się przerysowany, przesadny.

Ale dla mnie przesłaniem jest wezwanie mężczyzn, żeby byli bardziej uważni na potrzeby kobiet.

Tylko, że mężczyźni są dziś waleni po głowach na wszelkie sposoby takimi wezwaniami. Zwykle w rewolucyjnym tonie.

To są konsekwencje tysiącleci cywilizacji patriarchatu. Następuje odreagowanie.

Zgoda. Ale wylewanie dziecka z kąpielą, wątki jakiegoś odwetu na mężczyznach, to coś, czego nie lubię.

Rewolucja ma swoje prawa, czasem pochłania ofiary. Wierzę, że potem doprowadzi do równowagi.

A kiedy doczekamy się kolejnej mądrej komedii Wojciecha Solarza? Po godzinnych „Oknach, oknach”, docenionych także przez krytyków, czekamy na film co najmniej półtoragodzinny. Miał pan własny styl, ekipę przyjaciół: Sebastian Stankiewicz, Maciej Makowski, Robert Jarociński, to jeden z bardziej zgranych, rozumiejących się zespołów, jakie widziałem.

Na pewno chcę do tego wrócić, zaglądam na powrót do już gotowych scenariuszy. Ale urodziło mi się dziecko, moje życie jest teraz inne. A w szerszym sensie chciałbym wrócić i do normalnego teatru dramatycznego, i do kabaretu, warto będzie odrodzić naszą grupę kabaretową „Na koniec świata”. Trzeba przełamać skutki pandemii i poradzić sobie z własnym życiem.

Nie żałuje pan opuszczenia przed laty stałego zespołu w Teatrze Narodowym?

Jan Englert był moim teatralnym ojcem w Narodowym. A jednak czasem warto się usamodzielnić, spróbować własnej drogi, odrębnej od ojca – o tym, także, jest serial „Sexify”. Ale kiedy się już uwalniamy, to często tęsknimy za dawną wspólnotą.

– rozmawiał Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Wojciech Solarz jest aktorem teatralnym i filmowym, a także reżyserem. W 2002 roku ukończył Akademię Teatralną w Warszawie, występował w stołecznych teatrach Ochoty, Ateneum i Narodowym oraz w licznych filmach i serialach m.in. „U Pana Boga w ogródku", „Popiełuszko. Wolność jest w nas", „1920. Bitwa Warszawska", „Wałęsa. Człowiek z nadziei:, "Bogowie", „Na dobre i na złe”, „Ojciec Mateusz”, „Sexify”, „Barwy szczęścia”.
21.09.2018 – Wojciech Solarz
Zdjęcie główne: Wojciech Solarz w filmie "Amatorzy". Fot. materiały prasowe
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Przestałam być dziennikarzem, a zaczęłam być człowiekiem
Halszka Wasilewska. Od „Wódko pozwól żyć” przez „Rozmowy intymne” po „telewizję do zerkania”.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zygmunt August lubował się w strojach. Kazimierz Jagiellończyk...
To była lokata kapitału. Żony królów polskich miały po kilkadziesiąt ekskluzywnych strojów.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Jestem pięknie zajęty
Moja edukacja odbywała się na cmentarzu – mówi Leszek Długosz.
Rozmowy wydanie 9.07.2021 – 16.07.2021
Widelec opowiada historię. Najstarsze przepisy spisane po polsku
Książka odnaleziona w bibliotece w Kijowie.
Rozmowy wydanie 9.07.2021 – 16.07.2021
Herbert nazywał siebie „tekściarzem Gintrowskiego”
Antykomunistyczny bard, na którego utworach wychowały się całe pokolenia.