Rozmowy

Mój miś marnie skończył. Czyli rzecz o zabawkach – zwierciadłach czasów, w których powstały

Są tu m.in. dama pokryta skórą koźlęcą, niemowlę o trzech twarzach, Murzynek, który pomógł dziewczynce, żaglowiec kojarzony z „krwią Nelsona”, a nawet skarbonka Hitlera. Kolekcja rodzinnego Muzeum Zabawek w Kudowie Zdroju, z jego filią w Krynicy Zdroju liczy prawie 20 tysięcy eksponatów z niemal wszystkich epok: od starożytności, aż po lata 80. XX wieku.

– Najpiękniejsze powstawały w XIX wieku, w czasie rewolucji przemysłowej, gdy furorę robiły miniatury różnych wynalazków. Ale największe emocje budzą takie, jak szmaciana lalka Zuza, która siedzi u nas na parapecie. Śpiewała o niej Natalia Kukulska. Zabawki są iskierką, która powoduje, że i dorośli się uśmiechają – mówi Maria Ozierańska, fundatorka placówki.



TYGODNIK TVP: Z którą ze swoich zabawek była pani w dzieciństwie najbardziej związana emocjonalnie?

MARIA OZIERAŃSKA:
Byłam jedynaczką, więc rodzice niezwykle o mnie dbali i w domu zawsze było mnóstwo zabawek. Ale gdybym miała wymienić tę najbardziej wyjątkową, to byłaby to lalka, którą nazwałam Bogusia. Dostałam ją pod choinkę, kiedy miałam siedem lat. Od razu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Była wykonana z masy papierowej i gipsowej. Miała blond włosy spięte spinkami, ubrana była w niebieską sukienkę, granatowy płaszczyk z białym kołnierzem i białe buciki, a na głowie miała granatowy beret z białym pomponikiem. No po prostu cudo. Byłam zachwycona tym podarunkiem.

Bogusia uczestniczyła więc w moim codziennym życiu. Zabierałam ją niemal wszędzie. Kiedy byłam w I klasie szkoły podstawowej, trzeba było przynieść swoją ulubioną zabawkę. Z tej okazji moja mama postanowiła uszyć lalce nową sukienkę, co zajęło jej niemal całą noc. Wykorzystała w tym celu elegancką taftę niebieskiego koloru. Kreację ozdobiła błyszczącym medalionem, czyli taką przedwojenną broszką. Podczas szkolnej prezentacji Bogusia została okrzyknięta najpiękniejszą zabawką. Byłam bardzo dumna z tego powodu.

Dwa lata później sama zaczęłam szyć jej ubranka. Nauczyła mnie tej umiejętności ciocia, która była krawcową. Powstawały więc dla lalki różne sukienki, futra czy płaszczyki. Sprawiłam jej też czarną perukę, bo po wielokrotnym czesaniu włosy zaczęły się jej rozrzedzać. Bogusia dostawała wszystko, co było zgodne z panującą ówcześnie modą. Kiedyś mama uszyła jej nawet sukienkę do kankana, czyli francuskiego tańca z XIX wieku. Mama była zakochana w Paryżu, lecz nigdy nie miała okazji tam pojechać i ta kreacja miała jej przypominać to piękne miasto.
Dzieciństwo miałam bardzo udane. Towarzystwo zabawek sprawia, że często wracam do niego wspomnieniami – mówi właścicielka muzeum. Fot. Muzeum Zabawek w Kudowie Zdroju
Bogusia była ze mną aż do założenia mojej własnej rodziny. Kiedyś odwiedziły mnie koleżanki z dzieciństwa i jedna z nich poprosiła, czy mogę swoje lalki podarować jej córce. Zgodziłam się i dałam to, co miałam pod ręką, w tym Bogusię z walizeczką, w której były zgromadzone jej ubranka. Do dziś bardzo tego żałuje. Domyślam się, jaki smutny los musiał spotkać te zabawki. Kiedy dzieci się nimi nudzą, są wyrzucane bez sentymentu, a ja miałam ogromny szacunek do swojej kolekcji. Jedynie mój miś marnie skończył. Kiedyś tata zabrał mnie do ośrodka zdrowia, gdzie od zaprzyjaźnionej pielęgniarki dostałam pudełeczko z napisem „Ospa”. W środku były strzykawki. Mój miś był nimi przeze mnie cały ostrzykiwany, gdziekolwiek się dało, i niestety nie przeżył (śmiech).

Jakie było pani dzieciństwo? Lepiej być jedynaczką, czy też trudno się wychowywać w pojedynkę?

Urodziłam się w Siemyślu, niedaleko Kołobrzegu. Mój tato był osadnikiem wojskowym i sprowadził tam swoją rodzinę z Kut na Kresach (dziś to Ukraina, kiedyś granica II RP z Rumunią – red.), w ramach akcji przesiedleńczej na Ziemie Odzyskane, czyli tereny przyznane Polsce po II wojnie światowej. Alianci przesunęli nasz kraj ze wschodu na zachód, na terytoria poniemieckie, w tym owo Pomorze Zachodnie. Cały czas była więc obawa, że Niemcy kiedyś wrócą, wszystko nam zabiorą i zostaniemy z niczym, co skutkowało tym, że Kołobrzeg aż do lat 70., czyli do czasu mojego dzieciństwa, się nie rozbudowywał. Taką atmosferę, takie miasto pamiętam.

Byłam bardzo wyczekiwanym dzieckiem – kiedy się urodziłam, tata miał 50 lat, a mama 38. Nie miałam rodzeństwa, więc szukałam towarzystwa na zewnątrz. Pamiętam, jak stałam na schodach kamienicy i wołałam do dzieci, żeby przyszły mnie odwiedzić. Przybiegały ochoczo, ale chyba bardziej po to, aby dostać cukierka, czy pobawić się moimi zabawkami i potem uciekały do swoich domów.

„Dzieci z wolnego wybiegu”. Czyli powrót do wychowania paleo

Skąd się biorą niezależne, ciekawskie i samodzielne kilkulatki?

zobacz więcej
Później, gdy byłam już starsza, nawiązałam pierwsze przyjaźnie podczas wspólnych zabaw na podwórku, czy nawet na ulicy, bo wtedy były puste – nie było tyle samochodów, co dzisiaj. Graliśmy w piłkę, badmintona i różne gry zespołowe czy terenowe. Zimą chodziliśmy na łyżwy na strażacki staw i graliśmy tam w hokeja. Lubiliśmy też przejażdżki rowerowe. Wtedy każdy chciał być Ryszardem Szurkowskim, słynnym kolarzem szosowym, który był gwiazdą Wyścigu Pokoju, dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim i trzykrotnym mistrzem świata. Były też zabawy inspirowane przez pierwsze programy telewizyjne. Telewizor był wówczas rzadkością w domach.

Kiedy byłam sama w domu, wystawiałam teatrzyki z moimi zabawkami. Rodzice czytali mi też dużo książek. Miałam rzutnik, na którym wyświetlali mi bajki. Bardzo lubiłam spędzać z nimi czas. Pamiętam jak mój tata słuchał Radia Wolna Europa, a ja siedziałam blisko niego, też zasłuchana, choć wtedy nic z tego nie rozumiałam. Pamiętam też, jak kiedyś opiekowała się mną sąsiadka i przygotowała mi najlepsze śniadanie w moim życiu: zamoczyła kromkę chleba w wodzie i dodała cukru. Bardzo mi to smakowało. Wtedy człowiek cieszył się bowiem z prostych rzeczy.

Dzieciństwo miałam więc bardzo udane. Teraz towarzystwo zabawek sprawia, że często wracam do niego wspomnieniami.

A tych zabawek jest całkiem sporo, w tym wiele przedwojennych, które się udało ocalić. W pani zbiorach znajdują się m.in. teatrzyki domowe, szopki bożonarodzeniowe, zabawki pochodzące z filmów, lalki wraz z akcesoriami, zabawki blaszane, militaria chłopięce, klocki, zwierzątka, zabawki optyczne oraz samograje. Jedną z atrakcji jest w pełni wyposażona mini klasa szkolna sprzed 50 lat. Skąd pomysł, aby to wszystko zgromadzić i wystawić na pokaz?

Przypadek. Zabawki gromadziła latami cała moja rodzina, w tym ja. To była pasja. Trudno mi było przejść obojętnie koło antykwariatu, targu ze starociami czy choćby sklepu Cepelia, gdzie można było kupić lalki ludowe. Lubiłam też kupować pozytywki. W latach 80. jeździło się do Czechosłowacji na podrabiane zaproszenia, bo granice demoludów były zamknięte, i tam kupiłam kiedyś mojej córce Ani pozytywkę – niebieskiego kotka, który po pociągnięciu sznurka śpiewał piękną kołysankę. Mąż był tym tak zauroczony, że kupowaliśmy kolejne i z czasem mieliśmy już tych pozytywek sporo. Pierwsze z nich wystawiliśmy podczas Święta Kwiatów w ratuszu w Otmuchowie na Opolszczyźnie. Zaprezentowaliśmy też porcelanowe lalki. Większość kobiet była nimi zachwycona i to nas zmobilizowało do stworzenia muzeum. Wynajęliśmy lokal w XIX-wiecznym budynku w Kudowie Zdroju i na początek trafiło tam pół tysiąca zabawek.
Muzeum zabawek zaprasza
Dlaczego tam, na drugim końcu Polski, 550 kilometrów od pani rodzinnego domu pod Kołobrzegiem?

W Kłodzku na Dolnym Śląsku wyszłam za mąż i przeniosłam się z północy na południe wraz z rodzinną kolekcją. Ta pasja w rodzinie jest na tyle silna, że kiedy córka przeniosła się jeszcze dalej – z Sudetów w Beskid Sądecki, do oddalonej o kolejnych niemal 500 km Krynicy Zdroju, to otworzyliśmy tam filię muzeum i prezentujemy kolejne eksponaty.

Obecnie mamy zabawki z niemal ze wszystkich epok: od starożytności, aż po lata 80. XX wieku, choć zdarzają się też młodsze. Najstarszą jest konik, którego otrzymałam z Muzeum Archeologicznego w Warszawie. Konik pochodzi aż z epoki neolitu, czyli młodszej epoki kamiennej. Z tym, że jest to kopia zabawki wykopanej podczas badań archeologicznych w okolicach Słupska. Najnowsza zabawka, jaka jest w naszych zbiorach, to rocznicowa Barbie z 2019 roku – wtedy ta słynna lalka obchodziła 60. urodziny. Każdego roku do naszego muzeum trafiają nowe eksponaty, między innymi dzięki ofiarności wielu prywatnych darczyńców.

Które z muzealnych zabawek są najbardziej unikatowe?

Takich jest wiele, ale skupię się na kilku. Z pierwszą z nich wiąże się niezwykła historia. To lalka Murzynek, ubrana w strój boya hotelowego. Ma wygląd i wielkość małego dziecka, a więc jest całkiem spora, z zakrzywionymi rękami i nóżkami. Przyniósł ją nam pan Józef z Kudowej. Zabawka trafiła do ich rodziny podczas wysiedleń niemieckich. W trakcie wyprowadzki pewien Niemiec podszedł do ojca pana Józefa i przekazał mu lalkę prosząc, aby została w tym mieszkaniu, które muszą opuścić. Było to dla niego ważne, bo tam zmarła ich mała córeczka. Ojciec się zgodził. Zabawka jednak przerażała całą rodzinę i została schowana głęboko do szafy. Później urodziła się siostrzyczka pana Józefa i niedługo po narodzinach zachorowała. Marysię trzeba było szybko zawieźć do szpitala. Rodzina była bardzo biedna i nie miała dla niej ładnego ubranka. Przypomniano sobie wtedy o Murzynku, wyciągnięto go z szafy, ściągnięto z niego mundurek i założono małej dziewczynce, żeby nie było wstydu w szpitalu. Marysi udało się wyzdrowieć. Po powrocie ze szpitala lalka odzyskała swoje ubranko i od tego czasu zawsze siedziała w fotelu. Przetrwała do czasów współczesnych i trafiła finalnie do naszego muzeum.

Sześćdziesięcioletnia piękność, która została lesbijką

Małe dziewczynki i dorosłe kobiety zazdrościły jej urody, figury i przystojnego narzeczonego. Dziś już nie tylko figura i uroda nie taka, ale i życiowego partnera zastąpiła partnerka.

zobacz więcej
Druga unikatowa zabawka to lalka o trzech twarzach z wytwórni Karla Bergnera z Berlina, gdzie produkowano je bardzo krótko, ten model od 1902 do 1905 roku. Marzyłam o niej wiele lat, odkąd się dowiedziałam o jej istnieniu, ale nie mogłam dostać – jest ich niewiele na świecie. W końcu udało mi się ją namierzyć w antykwariacie w Lesznie i kupić, choć właściciel niechętnie się jej pozbył. Lalka idealnie przypomina twarz dziecka. Choć może przerażać, bo ma ruchomą głowę, którą się przekręca, żeby pokazać jedną z twarzy odzwierciedlających trzy stany emocjonalne: albo uśmiecha się, albo wykrzywia i płacze szklanymi łezkami, albo śpi z zamkniętymi oczkami. Widać było tylko jedną twarz, pozostałe kryły się pod czepkiem. Lalka powstała na przełomie wieków, kiedy był wyraźnie wyczuwalny niepokój i lęk przed kolejnym stuleciem. Świat się zmieniał, więc za tym też szły zabawki, i ta lalka była zapowiedzią czegoś zupełnie nowego. Co ciekawe, spotkała się z wielką dezaprobatą, podobno nawet samego Alberta Einsteina. Psycholodzy ocenili, że lalka nie uczy dziecka emocji czy wyobraźni, bo ma wszystko podane jak na tacy. Szybko przestała więc być produkowana.

Inną ciekawą zdobyczą, którą mam od niedawna, jest niemiecka puszka-skarbonka tzw. Pomocy Zimowej z lat 30. ubiegłego wieku. Kojarzy się z zabawką, ale nie do końca spełniała taką funkcję. Były to czasy wielkiego kryzysu gospodarczego na świecie, bezrobocia i biedy. Pod hasłem walki z głodem i zimnem, we wrześniu 1933 roku Adolf Hitler i Joseph Goebbels uruchomili pierwszą Winterhilfswerk – Pomoc Zimową. Zachęcano, aby od października do marca w każdą pierwszą niedzielę miesiąca przygotować eintopf, czyli tanie danie jednogarnkowe zamiast pieczeni, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze wrzucić do puszek akcji charytatywnej. W zamian dostawało się małą, symboliczną zabawkę, jak choćby żołnierzyka, miniczołg, samolot wielkości 5 do 10 centymetrów. Były też znaczki z wizerunkami zwierząt lub herbami miast. Wielokrotne datki pozwalały zebrać całą kolekcję takich pamiątek. Rzecz jasna darowizny – zbierane w domach i na ulicach przez młodzieżowe organizacje nazistowskie, wpłacane przez zakłady czy potrącane z pensji, nie zawsze dobrowolne – szły nie tylko na pomoc socjalną, ale także na zbrojenia, łatanie dziury budżetowej, potem na inwalidów wojennych.
Tak to zabawki wplatają się w historię. W muzealnej kolekcji ma pani też zapewne rodzinne perełki, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Takim skarbem, który zachował się w mojej rodzinie, jest miniaturowy żaglowiec „Victoria” z XIX wieku. Należał do mojego pradziadka Ignacego Leszczyńskiego, który był powstańcem styczniowym. Po nieudanym zrywie musiał uciekać, jego majątek został natomiast skonfiskowany. Żaglowiec jakimś cudem ocalał. Pradziadek finalnie osiadł w Karpatach, gdzie wyrobił sobie fałszywe dokumenty, żeby nie ścigali go Kozacy.

W tamtych czasach żaglowiec „Victoria” był marzeniem wielu chłopców, bo nawiązywał do słynnego, trójpokładowego okrętu liniowego korony brytyjskiej HMS „Victory”, który brał udział w wielu bitwach morskich i na którego pokładzie w akcji pod Trafalgarem zginął admirał Horatio Nelson. Wytoczył bitwę flotom francuskiej z hiszpańską, które połączyły się w 1805 roku, aby dokonać inwazji na Wielką Brytanię. Na pokładzie flagowego liniowca admirał poprowadził atak mający przerwać linię płynących w szyku okrętów wroga. W trakcie potyczki został postrzelony z broni palnej. Jak opowiada jedna z legend, ciało Horatio Nelsona na czas transportu do Anglii zostało umieszczone w beczce z rumem, w celu jego konserwacji. Nie poinformowano o tym jednak załogi okrętu, więc nieświadomi marynarze zakradali się w nocy do beczki i podpijali z niej alkohol. Od tego czasu rum nazywany jest „krwią Nelsona”. Oficjalnie beczka z ciałem admirała była wypełniona mieszanką brandy z kamforą i mirrą, przywiązano ją do głównego masztu i postawiono tam straż. HMS „Victory” stoi dziś w suchym doku w Portsmouth jako pamiątka narodowa.

Zabawki mają więc dużą wartość historyczną, ale też kulturową, mogą opowiadać o dawnych zwyczajach czy trendach.

Towarzyszą dzieciom od niepamiętnych czasów. Są nierzadko zwierciadłem, kwintesencją czasów, w których zostały stworzone. Zabawka to teatrzyk życia.

Najstarszymi są chyba grzechotki, odkrywane przez archeologów w starożytnym Egipcie czy Grecji. Były też charakterystyczne gliniane ptaszki-gwizdki, które są znane niemal w każdej cywilizacji. Prawdopodobnie nawiązują do Ewangelii Dzieciństwa Tomasza, apokryfu Nowego Testamentu z II wieku. Opowiada ona o cudach, jakich dokonał Jezus między piątym a dwunastym rokiem życia. Wśród nich o glinianych ptaszkach, które mały Chrystus lepił dla zabawy, a oskarżony przez pewnego Żyda, że pracuje w szabat, ożywiał je cudownie i ptaszki odfruwały. Nie wiadomo, czy to prawda, ale takie gwizdki do tej pory robią furorę.

Budowle w skali 1:12. Pierwsze w Polsce Muzeum Domków dla Lalek

Jest nawet zabawka sakralna dla przyszłej zakonnicy. A zaczęło się od szukania idealnego prezentu dla córki...

zobacz więcej
Niemal od zawsze były też z nami małe żołnierzyki. Za ich pomocą Aleksander Macedoński na specjalnej mapie planował swoje bitwy. Były z nami cały czas, uwiecznione m.in. w bajce Hansa Christiana Andersena „Dzielny ołowiany żołnierz”. Dziś przekształciły się choćby w figurki Star Wars. W średniowieczu natomiast bardzo popularne były drewniane koniki na kiju, które później przekształciły się w konie na biegunach. Koń w tamtej epoce był bardzo ważny. Dosiadali go wszak rycerze, brały udział w bitwach, ale też zaprzęgano je do powozów.

Moim zdaniem najpiękniejsze zabawki powstawały w XIX wieku, w czasie rewolucji przemysłowej. Wielu ludzi się wówczas wzbogaciło, a zamożne mieszczaństwo chciało mieć to samo, co arystokracja. To dotyczy głównie Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. Wśród zabawek furorę robiły miniatury różnych wynalazków, na przykład lokomotywy, silniki parowe, balony czy latarnie magiczne, czyli pierwsze rzutniki, „projektory obrazkowe”.

Zaciekawiło mnie to, że dawne zabawki służyły również do pokazów mody. W tym celu powstała choćby XIX-wieczna lalka Francoisa Gaultiera, której wersje można zobaczyć zarówno w Kudowie, jak i w Krynicy.

To sztandarowa lalka, bez której żaden kolekcjoner się nie obejdzie. Francois Gaultier dostał za nią złoty medal Paryża. Francuska dama z porcelanową głową i szklanymi oczami oraz korpusem pokrytym skórą koźlęcą.

Ubrania dla takich lalek szyli najwięksi projektanci mody tamtych czasów. Takie same, jak dla dorosłych kobiet. Nosiły więc gorsety, pantalony, halki, sukienki, płaszczyki, kapelusze z prawdziwymi piórami, wachlarze czy torebki. Gdy taka miniaturowa dama trafiała do bogatego domu, to najpierw gromadziły się wokół niej kobiety, aby zobaczyć, co w tej chwili jest modne w Paryżu. Lalka pokazywała im, jak powinno się ubierać. Zresztą takie zasady obowiązywały też w Wersalu, nawet wcześniej, bo ostatnia królowa Francji przed rewolucją Maria Antonina miała swoją lalkę, dla której szyto te same stroje wraz z biżuterią, co dla monarchini. Każdy szczegół musiał się zgadzać. Dobrze znana nam lalka Barbie jest jakby kontynuacją tego trendu, choć w o wiele mniejszej skali i prestiżu.
XIX-wieczna lalka Francoisa Gaultiera to francuska dama, która pokazywała kobietom, co jest modne w Paryżu. Fot. Muzeum Zabawek w Kudowie Zdroju
Współczesne zabawki produkuje się na masową skalę i jakość ich wykonania – pomijając bezpieczeństwo dla zdrowia dzieci, bo tego się raczej pilnuje – może pozostawić wiele do życzenia.

Tak, to prawda. Ubolewam z tego powodu. Kiedyś używano do ich produkcji gliny, drewna, porcelany, dziś dominuje plastik. Na przykład mamy słynne klocki Lego. Pomysł jest super, ale dlaczego muszą być z plastiku? Kiedyś były przecież drewniane.

Z drugiej strony pozytywne jest to, że obecnie dostęp do zabawek jest bardziej powszechny niż kiedyś. I jest z czego wybrać. Są doskonałym uzupełnieniem zabaw dziecka, o ile są dostosowane do jego wieku i możliwości percepcji. Bo przecież ich celem powinno być wsparcie jego rozwoju.

Pod warunkiem, że rodzice mają nad tym kontrolę i na miarę swoich możliwości towarzyszą dziecku w zabawie.

Rodzice spełniają tu niebagatelną rolę. Zabawka nie może ich zastąpić. Dziecko potrzebuje ich uwagi, wtedy więź między nimi się bardziej pogłębia.

Kiedyś do muzeum przyszedł z dzieckiem pewien mężczyzna, który wyglądał na bardzo zamożnego. Obejrzał z synem gabloty wystawowe, a na odchodne postanowił coś mu kupić i zapytał, co mamy najdroższego. Pytanie mnie zamurowało. Czy to dziecko to doceni w przyszłości? Być może takich zabawek ma tysiące. Może by się bardziej ucieszyło ze zwyczajnej gry w kapsle ze swoim ojcem, niż z najmodniejszej i najdroższej zabawki na świecie.

Wydaje mi się, że kiedyś dzieciństwo było bardziej radosne, bo funkcjonowało się w pewnej wspólnocie. Dzieci razem bawiły się na podwórku, dziś siedzą samotnie w domu przy komputerze czy smartfonie, lub biegną na kolejne zajęcia pozaszkolne, aby spełnić wymagania rodziców. Czasem są specjalnie kierunkowane, na przykład rodzic zapisuje dziecko na piłkę, w domyśle chce, aby został drugim Robertem Lewandowskim. Ja natomiast uważam, że rozwój dziecka powinien przebiegać spontanicznie. Pasje, zainteresowania powinny rozwijać się w bardziej naturalny sposób. Wychowanie dzieci to wielka odpowiedzialność.
Zabawki miały nie tylko uatrakcyjnić czas dzieciom, ale też służyć do poznawania świata i uczenia życiowych ról, także pracy np. w sklepie czy aptece. Fot. Dawid Lasociński/Forum
To, czym się bawimy, ma nierzadko wpływ na to, kim stajemy się w przyszłości.

Chciałabym, aby rodzice zdawali sobie z tego sprawę. Powinni kupować zabawki z głową i je szanować. Nie można sugerować się jedynie modą, czy kupować je dla samego kupowania. Dobrym przykładem mogą być edukacyjne gry planszowe albo szachy, które służą nam też w życiu dorosłym. Jeśli chłopcy będą dostawać tylko gry wojenne, to nie dziwmy się, że mogą być później agresywni. Dziewczynka z kolei nie może być obdarowywana tylko lalkami Barbie, bo będzie chciała w przyszłości wyglądać jak one, a co, jeśli nie ma doskonałej figury? Tak rodzą się kompleksy i wielkie tragedie. Pomijając aspekt aspiracji życiowych, edukacyjnych, zawodowych.

W przeszłości był jasny podział na zabawki dla dziewcząt i chłopców. Miały im nie tylko uatrakcyjnić czas, ale też służyć do poznawania świata. Na przykład chłopiec dostawał miniaturową broń i uczył się nią władać. Natomiast dziewczynka z pomocą lalki naśladowała te czynności, które wykonywała jej matka. Uczyła się w ten sposób tej roli.

Dlatego bardzo mi zależy na odpowiednim odbiorze zabawek prezentowanych w moim muzeum. Powinny zmuszać ludzi do myślenia, refleksji. Pamiętam, jak ktoś się kiedyś oburzył, że w naszej gablocie jest miniatura kościółka, że to ponoć nieodpowiednie miejsce dla takiego eksponatu. W środku tej świątyni są obrazy, ołtarz, monstrancja, świeczniki oraz mszał. Wytłumaczyłam tej osobie, że kiedyś przez takie zabawki dzieci uczyły się życia religijnego, różnorakich obrzędów. Odprawiały mini pogrzeby, wesela czy komunie. I część z nich być może trafiło później do zakonu, bo to ich zainspirowało.

Mottem pani muzeum są słowa angielskiego pisarza z epoki oświecenia Henrego Fieldinga: „Są zabawki dostosowane do każdego wieku – od grzechotki do tronu; a posiadacze ich jednakowo zapewne sobie je cenią – każdy swoją”. Każdy może poczuć się tu przez chwilę dzieckiem?

„Chciałbym pracować w Peweksie albo podawać kotlety schabowe”. Dzień Dziecka w PRL

„Tymczasem niech wystarczą lody” – komentował dziecięce marzenia reporter Dziennika Telewizyjnego w 1987 roku.

zobacz więcej
Tej maksymie towarzyszy też inne zdanie: „Chcemy, aby najmłodsi przenieśli się do świata swoich przodków, a rodzice na nowo odkryli w sobie dziecko”. Dorośli to też dzieci, tylko trochę większe. Obowiązki w życiu dorosłym nas przytłaczają, więc czasy dzieciństwa wspominamy z wielkim sentymentem. Zabawki są iskierką, która powoduje, że się uśmiechamy.

Zwiedzający czasem bardzo emocjonalnie podchodzą do tego miejsca. Ciekawa historia wiąże się ze szmacianą lalką Zuzią, o której śpiewała Natalia Kukulska. Siedzi u nas na parapecie i jedna z pań odwiedzających muzeum powiedziała mi, że to jest jej Zuzia z dzieciństwa. Zaprzeczyłam, mówiąc: „To nie jest pani Zuzia, tylko moja”. I zapytałam: „A gdzie jest pani?”. Kobieta się bardzo zasmuciła, bo nie wiedziała.

Nasze pożegnanie z dzieciństwem polega na tym, że oddajemy zabawki innym dzieciom lub zwyczajnie je wyrzucamy. Ja na szczęście tego nie zrobiłam.

Pani też nadal czuje się dzieckiem?

Dziecko drzemie we mnie cały czas. Kiedyś córka Ania sprzątała w moim pokoju i powiedziała: „Mamo, zabieraj swoje zabawki”. Bardzo mnie to rozbawiło. Od pół roku jestem na emeryturze i mam ten komfort, że mam czas na ich naprawę. Gdy taka zabawka staje przede mną niemal jak nowa, to mi serce rośnie. Mam ogromną satysfakcję, że przywracam ją ponownie do życia.

Do tej pory bardzo lubię po muzeum oprowadzać najmłodszych, zachowywać się i mówić jak oni. Wtedy czuję się naprawdę szczęśliwa. Dlatego cieszę się, że to firma rodzinna i mam następców, którzy będą się tymi skarbami dalej opiekować.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Zabawki gromadziła latami cała moja rodzina. To była pasja – mówi Maria Ozierańska (pierwsza od lewej). Fot. Muzeum Zabawek w Kudowie Zdroju
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Przestałam być dziennikarzem, a zaczęłam być człowiekiem
Halszka Wasilewska. Od „Wódko pozwól żyć” przez „Rozmowy intymne” po „telewizję do zerkania”.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zygmunt August lubował się w strojach. Kazimierz Jagiellończyk...
To była lokata kapitału. Żony królów polskich miały po kilkadziesiąt ekskluzywnych strojów.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Jestem pięknie zajęty
Moja edukacja odbywała się na cmentarzu – mówi Leszek Długosz.
Rozmowy wydanie 9.07.2021 – 16.07.2021
Widelec opowiada historię. Najstarsze przepisy spisane po polsku
Książka odnaleziona w bibliotece w Kijowie.
Rozmowy wydanie 9.07.2021 – 16.07.2021
Herbert nazywał siebie „tekściarzem Gintrowskiego”
Antykomunistyczny bard, na którego utworach wychowały się całe pokolenia.