Cywilizacja

Koń Napoleona, biust Mae West i 800 mięczaków. Do koloru, do wyboru

Piękny karmin ma mało wytworne pochodzenie: uzyskuje się go z pluskwiaków żerujących na opuncjach lub z owadów zwanych czerwcami polskimi. Ten świecący nocą robaczek długo uchodził za nasz towar eksportowy. A nazwa miesiąca czerwca pochodzi właśnie od okresu zbioru karminu.

Przysłowie angielskie mówi, że kolory to jeden z tematów, na który dyskusja jest bezcelowa. Racja – każdy widzi je nieco inaczej. Za to gdy w kolorach pogrzebać głębiej, odnajdziemy w nich ludzkie atawizmy, psychologię i historię.

Wyniesiony na grzbiecie

Temat podrzucił mi… koń. Marengo. Tak określany kolor nie ma nic wspólnego z umaszczeniem Marenga, słynnego ogiera, na którego grzbiecie Napoleon Bonaparte poprowadził większość zwycięskich bitew. Skoro o cesarzu Francuzów mowa – 4 maja minęło 200 lat od jego śmierci.

Wspaniały biały arab, przywieziony z wyprawy do Egiptu, nosił najpierw imię Styrie. Mały Kapral zmienił mu imię po zwycięstwie, jakie odniósł w 1800 roku nad armią austriacką w miejscowości Spinetta Marengo w północnych Włoszech. Napoleon dowodził francuskimi zastępami z grzbietu rumaka, który odtąd wiernie mu służył przez kolejne 16 lat, uczestnicząc w większości bitew (w tym – pod Austerlitz, Jeną, Wagram, w trakcie wyprawy na Rosję) . Choć wielokrotnie ranny, zawsze się wylizywał. A że prezentował się imponująco, znalazł się na niejednym portrecie Bonapartego, stając się niejako koniecznym dopełnieniem wizerunku wodza.

Niestety, Marengo wziął także udział w bitwie pod Waterloo. Tamże, Bonaparte porzucił rannego wierzchowca. Odnalazł go porucznik Henry Petre z 5. Gwardii Dragonów, wykurował i przywiózł do Anglii, gdzie sprzedał araba kapitanowi Williamowi Angersteinowi. Marengo dożył sędziwego wieku 38 lat na farmie w hrabstwie Norfolk. Zszedł w 1831 roku, czyli przeżył Napoleona o dekadę. Po tym smutnym fakcie kapitan Angerstein podarował szkielet bohaterskiego wierzchowca Królewskiemu Wojskowemu Instytutowi, przekształconemu w National Army Museum w Londynie. Tamże, szkielet Marenga uchodzi za najcenniejszy eksponat.

Najgorsze, co spotkało dzielnego konia to degradacja kopyt. Kapitan zachował je, by następnie zrobić z nich podstawki do srebrnej i złotej… tabakiery.
Marengo prezentował się imponująco i znalazł się na niejednym portrecie Bonapartego. W tym na najbardziej chyba znanym obrazie pędzla Jacques-Louisa Davida „Napoleon przekraczający Przełęcz Świętego Bernarda w 1800 roku”, który można oglądać w Luwrze. Fot. Francis G. Mayer/Corbis/VCG via Getty Images
Ale zostawmy już słynnego rumaka i zajmijmy się jeszcze słynniejszym jeźdźcem. Podczas bitwy pod Marengo Napoleon nosił szary płaszcz, który „splótł się” z lokalną tradycją: w Spinetta Marengo w XVIII wieku produkowano ciemnobrązową tkaninę z białymi plamkami. Po zwycięstwie Bonapartego marengo w powszechnym rozumieniu to kolor szary bądź czarny z plamkami nici białej lub popielatej.

Barwnik po bitwie

Kolejna bitwa, która zapisała się w historii, także za sprawą koloru, to starcie w pobliżu miasta Magenta w Lombardii.

4 czerwca roku 1859 dochodzi tam do zaciętej konfrontacji zbrojnej między wojskami austriackimi a połączonymi siłami Francji i Królestwa Sardynii (w tamtym czasie obejmowało m.in. wyspę Sardynia, Piemont, Aostę, Sabaudię i Ligurię). Austriacy ponoszą klęskę, w czym społeczeństwo włoskie dostrzega szansę na realizację planów zjednoczenia Włoch. Giuseppe Garibaldi, uznawany za jednego najważniejszych włoskich bohaterów narodowych, przedsiębierze wyprawę w celu odbicia Królestwa Obojga Sycylii, wspierany przez tysiąc ochotniczo zaciągniętych chwatów (o czym jeszcze wspomnę przy okazji koloru czerwonego). I już w 1861 roku Wiktor Emanuel II zostaje władcą Królestwa Włoch – ale to dalsza historia.

Napoleon: idol i potępieniec. Lewica nie chce honorować „rasisty, seksisty i despoty”

200 lat po śmierci cesarz Francuzów wciąż nie odniósł decydującego zwycięstwa w najtrudniejszej z wojen: o pamięć.

zobacz więcej
Wracając do magenty. Nie ma jej w tęczy ani nie występuje podczas rozszczepiania strumienia białego światła. Istnieje tylko w przyrodzie, w płatkach niektórych kwiatów. Do roku 1859 ten pigment nie był znany. Skąd się wziął? Z aniliny. W połowie XIX wieku wykorzystywano ten związek chemiczny do leczenia ran, ze względu na jego własności antyseptyczne. W 1859 roku francuski chemik Francois-Emmanuel Verguin wydzielił ze smółki węglowej rozpuszczalny w wodzie barwnik. Nowy, wspaniały! Nazwał go magentą dla uhonorowania wspomnianej wyżej bitwy. Właściwie, to była rzeź. Zginęło kilka tysięcy żołnierzy, a rannych często opatrywano z użyciem odkażającej aniliny. Niektórzy twierdzili, że pole bitewne można było rozpoznać po purpurowym kolorze – z przelanej krwi i chemikaliów.

Tymczasem nowa barwa zaczyna robić karierę na pokojach, w eleganckim świecie. Od lat 60. XIX stulecia magenta staje się największym krzykiem (w sensie wizualnym i metaforycznym) mody. Każda dama MUSI mieć kreację w tym kolorze.

Potem nadchodzi zmierzch powodzenia: amarant (jak i inne ostre czerwienie) uchodzi za stygmatyzujący damy lekkich obyczajów.

Odium przełamuje Elsa Schiaparelli, włosko-amerykańsko-francuska projektantka związana z ruchem surrealistycznym. Największa konkurentka Chanel w międzywojniu cieszy się estymą wśród kobiet odważnych, pragnących podkreślić swą indywidualność. W 1936 roku Schiap, jak nazywano Elsę, użyła amarantu w opakowaniu i nazwie firmowanych przez nią perfum – Shocking Pink. Szok rzeczywiście był, nie tylko z powodu barwy: flakonik z pachnidłem uformowany był na podobieństwo miniatury torsu Mae West, seksbomby nr 1 ówczesnego kina.
Magentą, fuksją czy amarantem nie pogardziła też kobieta w stylu Art Deco. Fot. Found Image Holdings/Corbis via Getty Images
Ostry róż trzyma się ostro do tej pory. Ma wiele odcieni i sporo nazw: fuksja, amarant, kolor biskupi, purpura, róż szokujący, gorący, elektryczny, psychodeliczny. Albo po prostu pink.

Nazywam się kolor

Zanim farby zaczęto produkować farbrycznie, a kolory otrzymywać syntetycznie, znajdowano je w naturze. Dzielą się na dwa rodzaje: pigmenty to substancje kryjące, najczęściej uzyskiwano je ze sproszkowanych minerałów; barwniki zaś są przezroczyste, przepuszczające światło, występujące (także) w organizmach żywych.

W wielu przypadkach nazwa koloru wyjaśnia jego pochodzenie. Ale kto dziś pamięta, rozróżnia i używa tych terminów? A kiedyś był to konieczny element wykształcenia malarza.

Jako przykład niech posłuży czerwień – ilość jej odcieni i stosownych do nich określeń przyprawia o zawrót głowy! Niektóre nazwy brzmią egzotycznie, inne wydają się swojskie.


Zacznijmy od tonu zbliżonego do oranżu. Cynober lub chińska czerwień, dla Francuzów vermillion, dla Anglików scarlet, znany jest od starożytności. To siarczek rtęci, niestety – toksyczny. Także można się podtruć czerwienią chromową oraz minią, po francusku zwaną czerwienią Saturna; obydwa pigmenty pochodzą ze związków ołowiu. Za to smoczą krew można uzyskać z drzewa draceny smoczej, która też bywa szkodliwa dla ludzkich organizmów.
Piękny karmin ma mało wytworne pochodzenie: uzyskuje się go z pluskwiaków żerujących na opuncjach lub z owadów zwanych czerwcami polskimi. Ten świecący nocą robaczek długo uchodził za nasz towar eksportowy. A nazwa miesiąca czerwca pochodzi właśnie od okresu zbioru karminu.

W czerwonej paletcie nie może zabraknąć znanego od tysiącleci kraplaka, zwanego też czerwienią turecką – odcienia wpadającego w purpurę. Otrzymuje się go z korzeni marzanny barwierskiej (inaczej: barwicy). Skąd Turcja w popularnej nazwie? Bo marzanną barwiono tureckie fezy. I znów pojawia się wątek wojenny: kraplakiem farbowano czerwone koszule tysiąca ochotników, którzy ruszyli za Garibaldim na Sycylię, a także od czasów Napoleona aż do 1914 roku – spodnie żołnierzy armii francuskiej. Dodam jeszcze, że marzannę można zastąpić alizaryną, barwnikiem syntetycznym. Jak to podróbka, jest znacznie gorszej jakości niż oryginał i szybko blaknie.

Na deser zostawiłam odcień królewski: purpurę. Wytwarzano ją w fenickich farbiarniach już tysiąc lat przed Chrystusem. Surowcem do wyrobu tego ogromnie kosztownego barwnika był rzadki gatunek ślimaków, występujących na wybrzeżu syryjskim. Żeby uzyskać 1 gram purpury, trzeba było około 800 mięczaków! Nic dziwnego, że ten kolor stał się synonimem władzy i majątku.

Jeszcze mały sprawdzian: jaki ton czerwieni obowiązuje w dolnej części polskiej flagi? Szkarłat, pąs, karmazyn, makowy czy cynober? Podpowiem: od 1980 – ten trzeci; w dobie PRL-u – ten ostatni.
Czerwień. Ilość odcieni przyprawia o zawrót głowy. Fot. Wikimedia
I na tym skończę dywagacje nazewniczo–rodowodowe wokół czerwieni.

Kolor, jaki jest, nie każdy widzi

Dlaczego widzimy kolory i je rozróżniamy? Od dziecka uczymy się tych siedmiu podstawowych, zwanych czystymi – od czerwieni do fioletu. Zajmował się nimi (kolorami) Isaak Newton (ten od praw dynamiki i prawa powszechnego ciążenia) na samym początku wieku XVIII. W publikacji „Opticks ”z 1704 roku rozpracował zasady funkcjonowania tarczy barw, co stało się potem jedną z podstaw optyki.

Od tego czasu zabawiamy się taką oto sztuczką: wprawiamy w ruch tekturowy krążek lub bączek z namalowanymi barwnymi sektorami w podstawowych kolorach. Nie trzeba aż siedmiu, wystarczą trzy idealnie dobrane w natężeniu: czerwony, zielony, niebieski. Gdy zaczynają wirować – barwy znikają. Powstaje biel. Cud? Nie, fizyka.

Widzieć barwy, a czuć je, odbierać emocjonalnie to dwie różne sprawy. Każdy kolor wysyła inne sygnały; ma różną długość fali, na które reaguje ludzkie oko. To zaś inaczej wpływa na nasz umysł, w odmienny sposób nastraja naszą psychikę.

Od dawna zauważono, że jedne kolory wpływają na nas uspakajająco, inne pobudzają, uaktywniaja, wręcz wywołują agresję. Nie bez powodu każdy odcień ma przypisaną bogatą, niekiedy rozbieżną symbolikę. To właśnie efekt emocjonalnego odbioru kolorów, choć stosunkowo niedawno zdaliśmy sobie z tego sprawę.

Krwawe tony oznaczają walkę, nienawiść i ból. Błękity mają tajemną moc

Pochodzi z zamojskiej wsi, gdzie nikt nie wie, co to abstrakcja w sztuce, za to każdy instynktownie pojmuje magię barw.

zobacz więcej
Pierwszy usiłował to usystematyzować Johan Wolfgang Goethe w swej „Nauce o kolorach” („Farbenlehre”, pierwsza publikacja w 1810).

Podobno ludzkie oko jest w stanie rozróżnić ponad 10 milionów kolorów – ale jak to niby sprawdzić? Bardziej realistyczne wydają mi się szacunki, wedle których przy idealnym oświetleniu nasze oczy dostrzegają do kilkuset barw.

Najtrudniejsze jednak, jak nazwać te niuanse? Tu trzeba słów, określeń, porozumienia w sferze kulturowo-lingwistycznej. Dodatkowym utrudnieniem jest daltonizm, czyli upośledzenie wzroku dotyczące większej lub mniejszej „ślepoty” na barwy. Przypadek wcale nie taki rzadki w męskiej populacji: dotyka jednego faceta na tuzin. Kobiety są pod tym względem na uprzywilejowanej pozycji – problemy z rozróżnianiem kolorów ma ledwie jedna na 250.

Ciekawe, że w dziedzinach, gdzie umiejętność kolorystycznej wrażliwości jest niezbędna – w sztuce, designie, modzie – dominuje płeć męska. Chyba scheda po patriarchalnej tradycji…

Paleta pod dyktando natury

Każdy wie, że barwom przypisana jest symbolika, mnie lub bardziej obfita. Odzwierciedla lokalny obyczaj i wiarę, także tradycje i kulturową schedę. Pewne kolory „wypada” nosić w określonych sytuacjach; inne, założone wbrew regułom, stają się towarzyskim faux pas.

Predyspozycje do pewnej gamy barw zależą też od wieku. Dziecku świat jawi się jako kolorystyczna feeria. Małe łapki chętnie wyciagają się ku ostrym barwowm – to rodzicielom wydaje się, że takie powinny być wnętrza, stroje i zabawki najmłodszych. Co wcale nie musi być prawdą o ich potrzebach kolorystycznych – jako że umiejętność rozróżniania gamy barwnej kształtuje się z wiekiem. Niemowlak, jako dowiedli naukowcy, postrzega otoczenie w czerni i bieli…

Na ogół dopiero małolatom wolno decydować samodzielnie o stylu i tonacji stroju. I te wybory często wprawiają starszych w zdumienie. Jak to – czerń zamiast różu? Szarości w miejsce czerwieni, żółci, błękitu? Powodem bywa nieukonstytuowana jeszcze osobowość. Nastolatki, choćby z pozoru buńczuczne, nie są pewne własnych wyborów. Ani swej cielesnej atrakcyjności. Stosują więc zasadę mimikry. Usiłują wtopić się w tłum, czy raczej – w grupę, w jakiej najczęściej przebywają.

Ta skromność, będąca wynikiem nieśmiałości i nierozpoznania swego „ja”, znika z chwilą, gdy zagrają hormony. Dziewczyny wybierają stroje, które eksponują ich fizyczne walory. I kolory przyciągające uwagę. Sygnalizują gotowość erotyczną. Wabią młodych samców, podobnie jak oni – partnerki i przyszłe matki wspólnego potomstwa. Atawizm.

A jaki wpły na dobór kolorów ma meteorologia? Gdy dookoła śnieg czy plucha – natura każe nam dostosować się do dookolnej gamy barw. To znów atawizm, który podpowiada człowiekowi, żeby nie rzucać się w oczy, przynajmniej na co dzień. Bo wtedy stajemy się łatwiejszym łupem dla wroga.
Pandemiczna wiosna w Ogrodzie Luksemburskim w Paryżu. Fot. Frédéric Soltan/Corbis via Getty Images
Chyba każdy pamięta to ze szkoły – źle przygotowani, staraliśmy się być dla nauczyciela niewidoczni. To samo robią pies czy kot, gdy coś przeskrobią – rozpłaszczają się, udają, że ich nie ma. Podobnie wiele gatunków ryb, owadów, gadów i płazów wtapia się mimetycznie w otocznie, żeby uniknąć napaści ze strony prześladowców. Atakującym też nie zależy na przedwczesnym spłoszeniu ofiary, więc wizualnie upodabniają się do tła.

W szaro-burym pejzażu jaskrawo odziany osobnik staje się znacznie bardziej zauważalny niż wówczas, gdy przyroda wybucha kolorami. Wiosną czujemy przemożną potrzebę, żeby ubrać się w rzeczy jasne, pastelowe. Im cieplej, tym barwniej, nawet jaskrawo. Zgodnie z naturą.

O wyborze gamy barwnej w przyodziewku decyduje również indywidualne samopoczucie. Gdy jesteśmy przygnębieni, mimowolnie sięgamy po ciemno-bure tony. Gdy chcemy dodać sobie animuszu, sięgamy po stroje ostre w barwach, a przynajmniej takież dodatki. Czasem potrzeba ciepła sprawia, że wokół szyi motamy szkarłatny szalik – imituje ogień. Manifestujemy siłę i wolę przetrwania.

Ten rok i miniony z racji pandemii przyniósł jednak odmianę, wyłom w tradycji. W miejskim codziennym stylu nie widać ostrych barw. Górują zgaszone, przyszarzone tonacje. Stąd powrót quasi-militarnej mimikry i pseudosportowego dresu. Niby wiosenna euforia – ale nie chcemy zbytnio wyrywać się przed orkiestrę: koronawirus może jeszcze nas ustawić pod ścianą.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Francuscy żołnierze do czasów I wojny światowej nosili spodnie w barwie tureckiej czerwieni. Ilustracje z publikacji W. Stanley'a Macbeana Knighta „Historia Wielkiej Wojny". Fot. The Print Collector/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Będzie sobie życie… sztuczne
Można je zaprogramować, by precyzyjnie dostarczało leki i polowało na komórki nowotworowe.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wiedźmin wydrukuje trzustkę
Polska firma zaczyna produkcję szczepionek na COVID-19. Kolejne pracują nad lekami na raka, cukrzycę czy depresję.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Sytuacja na granicy USA jest jak sprzed Trumpa, tylko gorsza
Złego białego ma zastąpić dobry niebiały. Zmiany demograficzne mogą dać władzę Demokratom na dziesiątki lat.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wstrząsnął establishmentem. Czy teraz idzie po władzę?
Mówi wprost, nazywając rzeczy po imieniu. Nic dziwnego, że okrzyknięto go „francuskim Trumpem”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Jak eurokraci usiłują przejąć kontrolę nad Polską
Jan Rokita: Chodzi o oddanie rządów – przynajmniej na jakiś czas – zaufanym funkcjonariuszom instytucji unijnych.