Felietony

Miś na skalę naszych możliwości. Czyli tryumf chłopca do bicia

Kultowa komedia Stanisław Barei to przypadek szczególny. Fala jej największej popularności nastąpiła wiele lat po premierze i trwa do dziś, choć „Miś” na ekrany wszedł równo 40 lat temu.

Więcej na ten temat w „Tego się nie wytnie” 6 maja o 20.00 w TVP Kultura. Gośćmi programu będą Katarzyna i Jan Barejowie oraz aktor Zdzisław Wardejn i muzyk Sławomir Łosowski.


Na początku tej opowieści jest przypadkowe spotkanie dwóch Stanisławów: Tyma i Barei, gdzieś na początku lat 70. XX wieku. Ich współpraca zaczęła się od „Bruneta wieczorową porą” i miała wtedy burzliwy przebieg. Dopiero przy „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” duet zaczął się dobrze dogadywać, czego efektem był film wybitny. Nie dość, że zabawny, to jeszcze obnażający system mocniej niż kino moralnego niepokoju. Bohaterem tej komedii jest dyrektor Krzakoski, który dla kariery gotów jest rozwieść się z żoną. Na końcu ktoś jednak okazuje się od niego sprytniejszy i cała intryga kończy się jego upadkiem. Ten portret gierkowskiego technokraty nie mógł spodobać się władzy.

Dodajmy jeszcze, że jako twórca filmów komediowych, Bareja był dla środowiska ulubionym chłopcem do bicia. Kazimierz Kutz, jego dawny przyjaciel ze studiów, wymyślił nawet określenie „bareizm”, które miało opisywać filmowy kicz. Te dwa wektory zbiegły się na kolaudacji „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, która stała się okazją do linczu. Nad Bareją i Tymem pastwili się zarówno koledzy reżyserzy (narodowy komunista Bohdan Poręba), krytycy i pisarze (Andrzej Kuśniewicz), jak i przedstawiciele władzy z wiceministrem Januszem Wilhelmim na czele (który powiedział, że „stara się zapomnieć, że ten film widział”). Miało to też dodatkowy kontekst. Komuniści chcieli wygasić nastroje opozycyjne w środowisku. Tak się bowiem złożyło, że kierownikiem literackim zespołu, który wyprodukował „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” był Tadeusz Konwicki, w tamtym czasie wydający poza cenzurą. Dodatkowo za produkcją stał Aleksander Ścibor-Rylski, autor bardzo niewygodnego scenariusza „Człowieka z marmuru”. Efekt? Zespół został rozpędzony, film Barei wylądował na półce, a sam reżyser przypłacił sprawę zawałem.
Plan filmu „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, 1977. Bronisław Pawlik jako fotograf Roman Ferde, który na polecenie dyrektora Krzakoskiego śledzi jego żonę, by zebrać dowody jej rzekomej zdrady. Krzakoski chce się rozwieść, by dla korzyści poślubić córkę prominenta. Fot. PAP/CAF - Witold Rozmysłowicz
Kiedy już wydawało się, że to koniec jego kariery, wiceminister Wilhelmi zginął w katastrofie lotniczej. A Bareja znalazł, w przemyconej z Londynu „Czarnej księdze cenzury”, zastrzeżony numer telefonu do szefa cenzury filmowej. I choć trudno w to uwierzyć, zadzwonił do niego i dogadał się z nim, dzięki czemu „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” trafiło do kin.

U Barei cała ta sytuacja wywołała reakcję odwrotną od zakładanej przez władzę. Jak wspominał w niedawnej rozmowie w „Polityce” Stanisław Tym, reżyser miał wtedy powiedzieć: „Nie będą mi czerwone kłamczuszki mówić, co mam robić”. Kolejny film miał być jeszcze bardziej bezwzględnym portretem epoki gierkowskiej. I tak narodził się „Miś”.

Taktykę dotyczącą filmów miał Bareja całkiem dobrze przemyślaną. Jak relacjonował mi kiedyś jego dobry znajomy Tomasz Michalak, drukarz podziemnej oficyny NOWA, cenzurę brał na przeczekanie. „Tu mi każą coś wyrzucić, tam wyciąć, a ja nic nie robię, bo wiem, że sytuacja polityczna się zmieni i ci co każą wycinać, sami zostaną wycięci”.

„Miś” był gotowy na wiosnę 1980. Na marginesie dodam, że na planie życie dopisało dalszy ciąg do historii ze skradzionymi parówkami. Nie dość, że na przydział 40 metrów prawdziwego jelita baraniego twórcy czekali półtora miesiąca, to później najsłynniejsze parówki w historii kinematografii zzieleniały. A kiedy już przy pomocy cebuli udało się je przywrócić do właściwego koloru i scenę nakręcono, ktoś naprawdę ukradł parówki. Tak jak w filmie, co opowiedziała mi asystentka Barei, Agnieszka Arnold. O tym, co stało się z prawdziwymi parówkowymi skrytożercami historia milczy, ale na zdrowie im to chyba nie poszło.

Cenzorzy zinterpretowali komedię zgodnie z intencjami twórców: jako film pokazujący komunistyczne kłamstwo i nadużycia władzy. W związku z tym postanowili „Misia” zamordować. Lista 37 poprawek zgłoszonych przez urząd z Mysiej w dużej mierze pozbawiałaby film komizmu. Sprawiłaby, że zapewne w ogóle nie wszedłby do kin, jako dzieło kalekie, pozbawione dramaturgii i niespełniające żadnych standardów.

Prawda czasu i prawda ekranu. Stanisław Bareja, kronikarz życia w socjalizmie

Naprawdę zbytnio nie odrealniał. Daję słowo honoru. W okrągłą, czterdziestą rocznicę wejścia „Misia” do kin.

zobacz więcej
Z filmu wypadłaby na przykład słynna scena w kiosku („Tu jest kiosk RUCHU, ja tu mięso mam!”), kwestia „narodzin świeckiej tradycji”, scena z choinkami i milicjantem, piosenka o Trasie Łazienkowskiej, dzień pieszego pasażera, „kamyk z Jeleniej Góry”, a zamiast „Ostatniej paróweczki hrabiego Barry Kenta” byłaby „Ostatnia baryłeczka hrabiego Barry Kenta”. Co w tej sytuacji robi Stanisław Bareja? Postanawia poczekać.

Ale nie bezczynnie. Wspomniałem już o znajomości reżysera z podziemnym drukarzem Tomaszem Michalakiem. Od roku 1979 prawie do upadku komunizmu ten dzielny człowiek pracował nad matrycami podziemnych książek właśnie w piwnicy domu Barejów na warszawskiej ulicy Fitelberga. Reżyser stał się w tamtym czasie niemal jawnym współpracownikiem podziemia. Zatrudniał opozycjonistów na planie, w domu miał nielegalną drukarnię, ale tego było mu mało. Zaproponował więc legendarnemu szefowi podziemnej NOW-ej Mirosławowi Chojeckiemu, że przeszmugluje mu z zagranicy sprzęt drukarski. A za to już groziło wieloletnie więzienie. Jak za przemyt broni.

Rodzinna wyprawa do Grecji podczas gorącego lata 1980 to była tragikomiczna odyseja. Za pierwszym razem Barejowie niemal czołowo zderzyli się z autobusem pod Krakowem. To, że nikomu nic się nie stało, można uznać za cud i niezwykły sukces producentów mercedesa (bo przemieszczali sie autem tej marki). Za drugim razem pożyczonym maluchem z wielkim namiotem, bagażami na kilka tygodni, szybą do rozbitego mercedesa oraz powielaczem (rozłożonym na części) przejechali kilkaset kilometrów i dwie granice. Gdy dotarli z nielegalnym sprzętem z Wiednia do Warszawy, trwał Sierpień, a ich dobry znajomy Mirosław Chojecki drukował strajkowy biuletyn w Stoczni Gdańskiej. Kolejna kolaudacja „Misia” odbyła się we wrześniu. W innej Polsce.
Scena z filmu „Miś”. Stanisław Tym grający Ryszarda Ochódzkiego, prezesa Klubu Sportowego „Tęcza”, który wykorzystuje socjalistyczny system, by się wzbogacić. Z pomocą naiwnej aktoreczki i kochanki Aleksandry Kozeł (w tej roli Christine Paul-Podlasky) wciąga swego sobowtóra, węglarza Stanisława Palucha, w intrygę, by ubiec byłą żonę i zabrać pieniądze ze wspólnego konta, nielegalnie założonego w Anglii. Fot. TVP
Wbrew oczekiwaniom wiceministra kultury, który prowadził obrady, Bareję poparli niemal wszyscy kolaudanci. Chwalił go Krzysztof Kieślowski, Janusz Kijowski powiedział, że „Miś” to „dzieło, którego wagi jeszcze nie doceniamy”, a Andrzej Wajda określił Bareję „jedynym polskim komediopisarzem”. Domagał się też w liście, aby film jak najszybciej wszedł do kin. Na koniec Bareja, którego na każdej kolaudacji atakowano i obrażano, zdołał tylko wydukać zaszokowany: „Jako że nie jestem przyzwyczajony do takiego odbioru moich filmów, nie wiem co powiedzieć”.

To była zapewne chwila jego największego osobistego triumfu, którą poprzedziły lata upokorzeń. A i później wcale nie było dużo lepiej. Reszta jest historią, którą znamy. Film wszedł do kin 4 maja 1981 i po upadku komunizmu stał się komedią kultową. Dziś nie ma chyba nikogo, kto by nie znał cytatów z najlepszych w historii polskiego kina dialogów. Bo przecież to właśnie jest miś na skalę naszych możliwości.

– Mariusz Cieślik

PS. Historia polskiej komedii wszech czasów sama jest doskonałym tematem na film i wierzę, że kiedyś taki obraz powstanie. Scenariusz jest zresztą gotowy, a na etapie developmentu produkcję wsparł Polski Instytut Sztuki Filmowej. Czy twórcom, do których mam przyjemność się zaliczać, się powiedzie? To już inna sprawa. Sam Bareja całe życie miał pod górkę.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Więcej na ten temat w „Tego się nie wytnie” 6 maja o 20.00 w TVP Kultura. Gośćmi programu będą Katarzyna i Jan Barejowie oraz aktor Zdzisław Wardejn i muzyk Sławomir Łosowski.
Zdjęcie główne: Scena z filmu „Miś”. Stanisław Tym (Ryszard Ochódzki, szef klubu „Tęcza” i przekręciarz) oraz Bronisław Pawlik (Stuwała, pracownik klubu) przy tytułowym misiu - olbrzymiej kukle, kosztownej, ale przeznaczonej na straty. Miś ląduje w jeziorze, ochlapując węglarzy (na koniec Ewa Bem śpiewa dziecku pastorałkę „tchnącą optymizmem”), a zarobione na kukle pieniądze - do kieszeni Ochódzkiego i Jana Hochwandera (Krzysztof Kowalewski), producenta filmowego, u którego miał grać. Fot. TVP
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Sprawa porucznika Borewicza
Poglądy, które nie wytrzymały próby czasu.
Felietony Najnowsze wydanie
Zagraj to jeszcze raz
Hollywood wie najlepiej, że wszystkie historie zostały już wiele razy opowiedziane.
Felietony Najnowsze wydanie
Pandemia
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Sponge
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Poprzednie wydanie
3 maja 1791. Konserwatywna rewolucja
Jest rozpowszechniona opinia, że był to po prostu… zamach stanu.