Kultura

Oscarowa gala jak sowiecka akademia. Hollywood maszeruje w jedynie słusznym kierunku

Kiedy, broniąc nielicznych polskich filmów o „wyklętych”, głosiłem, że waga tematu powinna przynajmniej umożliwić ich dopuszczenie do festiwalu w Gdyni, słyszałem od naszych krytyków: liczy się tylko poziom artystyczny. Dziś z centrali światowej kinematografii padają słowa stawiające na piedestale nie poziom, ale ideologiczny cel sztuki filmowej.

Obejrzałem, i to aż dwa razy, tegoroczną galę rozdania Oscarów. Nie zamierzam komentować samych werdyktów Akademii. Nie widziałem większości nagrodzonych tam filmów (choć widziałem najlepszy film: „Ojciec” Floriana Zellera i najlepszy film nieamerykański: „Na rauszu” Duńczyka Thomasa Virtenberga – zalet obu nie podważam).

Hollywood wciąż konserwatywne?

Jeśli piszę o samej imprezie, to dlatego, że skojarzyła mi się w wielu swoich momentach z akademiami ku czci z czasów komunizmu – i to nie z jego końcowej fazy. Krytycy filmowi, często moi koledzy, pocieszają, że nie jest tak źle. Że dopóki „Ojciec” wygrywa w konkurencji filmów, a Anthony Hopkins i Frances McDormand – w kategorii aktor pierwszoplanowy, Hollywood jest, jak to opisał Łukasz Jasina, „stare i konserwatywne”.

W podobnym tonie komentował choćby Łukasz Adamski. Nie do końca się z tym optymizmem zgadzam, choć cieszę się, że wciąż mogą decydować walory artystyczne, i kręci się filmy bez doraźnych publicystycznych tez.

Przebieg gali musi wpływać na ocenę niektórych konkurencji. Nawet jeśli w sposób niesprawiedliwy, to wina samego filmowego światka, bo to on wybiera taki, a nie inny język opowiadania o swoim dorobku. Co więcej, nietrudno wyczuć nowe trendy. One są również produktem przyjętych niedawno regulacji premiujących zatrudnianie przy kręceniu filmów, bądź zajmowanie się w tychże filmach tematem mniejszości rasowych i seksualnych oraz kobiet.

Po ich przyjęciu krytycy i filmoznawcy też pocieszali siebie i nas, że przecież nie są one takie straszne. Nie trzeba spełnić wszystkich kryteriów, a tylko jedno. Wystarczy więc na przykład zatrudnić w ekipie, i to w pomocniczych rolach, czarnych, gejów czy kobiety, a można nadal kręcić, o czym się chce. Nie brano pod uwagę takiej „subtelności”, że tym samym Akademia wskazała swoje, także tematyczne, preferencje.

Aktorzy maszerują na front

Owszem pośród ośmiu nominowanych „najlepszych filmów”, był w tym roku tylko jeden przedstawiciel typowo „czarnego kina”. To „Judasz i czarny Mesjasz” Shaki Kinga. Ale jeśli aktorka Laura Dern gratulowała wszystkim nominowanym aktorom drugoplanowym (na pięciu trzech czarnych, w tym nagrodzony Daniel Kaluuya) zaangażowania na rzecz sprawiedliwości i równości rasowej, powstaje pytanie, co tak naprawdę ma dziś, a tym bardziej będzie miało jutro, pojutrze, decydować o ocenach dzieł artystycznych.
Harrison Ford na zapleczu gali oscarowej. Fot. PAP/Abaca/ Richard Harbaugh/A.M.P.A.S. via ABACAPRESS.COM
Amerykański świat filmowy był od zawsze mocno zaangażowany po jednej ze stron rozmaitych ideowych i politycznych sporów. Reżyserzy i aktorzy korzystali także z oscarowej gali, żeby wygłaszać swoje manifesty. Ale w tym roku miało się wrażenie wyjątkowego natłoku takich akcentów, na dokładkę wpisanych w sam scenariusz gali.

Pierwsza zapowiadająca, aktorka Regina King, rozbawiła widzów tym, że się potknęła o własna sukienkę. Ale już w drugiej minucie tej imprezy ta sama King zdążyła się pochwalić, że gdyby w Minneapolis zapadł inny wyrok (na policjanta oskarżonego o zabójstwo Murzyna George’a Floyda), przywdziałaby bardziej wygodne buty od szpilek, żeby maszerować w proteście. Takie stanowisko wciąż uchodzi za nonkonformistyczne, choć jest to pogląd samego prezydenta USA, wygłoszony jeszcze przed wyrokiem.

To w praktyce ustawiło całą galę. Można by rzec, że świat filmowy pomaszerował. Podobne akcenty wracały co kilka minut. Równość, zwłaszcza rasowa, była przywoływana na wszelkie możliwe sposoby, odmieniana przez wszystkie przypadki.

I to oczywiście rodzi pytania. Czy świat artystyczny zdolny jest rozmawiać na aktualne społeczne tematy z dystansem, z lotu ptaka, czy ustawia się w roli wojowniczej strony? Wojowniczość rzadko kiedy sprzyja refleksji i rodzi dzieła wybitne i trwałe. I czy przynajmniej część werdyktów nie jest produktem owego marszu?

„Ojciec” Zellera to film wybitny. Ale pośród nominowanych do miana najlepszego filmu znalazła się także kojarzący się z socrealistyczną agitką „Proces siódemki z Chicago” Aarona Sorkina, co z tego, że sprawniej sfilmowany i zagrany, niż analogiczne sowieckie produkcje.

Filmowe punkty za pochodzenie

Ustawicznie wywoływano podczas gali wrażenie jakiejś uzasadnionej rewindykacji „czarnego kina”. W rzeczywistości temat krzywd i racji czarnej społeczności jest grzany, w wielu wypadkach zresztą z uzasadnionych powodów, od dziesiątków lat. Nawet ja już w dzieciństwie dostałem lekcję serialu „Korzenie”. Zachęcanie aby go nadal drążyć prowadzi w wielu wypadkach nie tyle do poruszania kwestii do tej pory pomijanych, co do swoistej radykalizacji przekazu. Przyjmowanego bezkrytycznie przez artystyczną śmietankę.

Nie oglądałem „Judasza i czarnego Mesjasza”, więc go nie oceniam. Ale kiedy aktor Kaluuya wygłosił z podwyższenia tyradę na cześć Freda Hamptona, lidera Czarnych Panter z Chicago, jednego z bohaterów tego filmu, to ja się zastanawiałem, czy afirmujący przemoc marksista Hampton, cóż że opisywany przez aktora jako pokojowy dobroczyńca swojego ludu, to najlepszy wzór dla czarnej społeczności dziś. Z pewnością pasuje do ślepego radykalizmu ruchu Black Lives Matter. Pięknie wystrojeni filmowcy mogą przyjmować takie mowy owacjami. Oni nie zetkną się z bojówkami niszczącymi sklepy, samochody i pomniki.

Hollywoodzka produkcja o Polsce

Już wstęp jest mocny: Obrazki z Polski, także z karnawału Solidarności. Po 30 sekundach w ścieżce dźwiękowej słychać jakby strzały.

zobacz więcej
Atmosfera adoracji czarnych przez białych uwidaczniała się w najbardziej zaskakujących momentach. Oto na scenę wyszła po Oscara trzyosobowa ekipa odpowiedzialna za charakteryzację w filmie „Ma Rainey: Matka Bluesa”. Do głosy dopuszczono tylko jedną z pań, Murzynkę, która opowiadała o szklanym suficie, który blokował niegdyś czarnych. Skończyła na peanach ku czci azjatyckich kobiet i „naszych sióstr trans”. Biały z tej grupy milczał.

Podobnie wyglądał występ trzyosobowej grupy odpowiedzialnej za tło muzyczne dla filmu „Co w duszy gra”. Milczał biały Trent Reznor. Mówił czarny Jon Batiste. On akurat nie o rasowej rewolucji, a o Bogu, który stworzył muzyczne dźwięki, za co muzykowi chwała. Ale starano się na wszelkie sposoby przypominać, komu należą się największe hołdy. Komu trzeba wynagradzać wielowiekowe krzywdy.

Przy takim tonie, nie mogę być pewny, czy Daniel Kaluuya był naprawdę najlepszym aktorem drugoplanowym, czy najbardziej zasłużonym bojownikiem. Rozbawiły mnie w każdym razie uwagi bardzo lewicowych polskich komentatorów Canalu Plus, reagujących na gorąco na galę. Nagle zaczęli się zastanawiać, czy tej nagrody nie powinien dostać Europejczyk Mad Mikkelsen – za „Na rauszu”. Przed chwilą ci sami komentatorzy rozpływali się nad politycznym klimatem gali. I nie zauważyli, że ona ma swoje konsekwencje?

Ta atmosfera rewindykacji mogła prowadzić do wrażeń krzywdzących. Oto najlepszą aktorką drugoplanową została Yuh-Jung Youn, Koreanka grająca w „Minari” Lee Isaaca Chunga, opowieści o azjatyckich imigrantach w stanie Arkansas. Rozumiem i pochwalam większe otwarcie się na kino poza Ameryką. Ale pojawia się natychmiast wątpliwość, czy to decyzja merytoryczna.

Aktorka zareagowała zabawną mową kokietującą wywołującego ją Brada Pitta i wyrażającą zdziwienie, że to ona została nagrodzona, a nie siedząca na sali Glenn Close. Znajomi krytycy przekonują, że jej się należało, że była lepsza od Close. Możliwe, nie widziałem „Minari”, ale w aurze rewolucji natychmiast pojawiają się skojarzenia z socjalistycznymi punktami za pochodzenie.

W oczekiwaniu na „sprawiedliwość”

Zwieńczeniem tego trendu były dość obrzydliwe rozważania amerykańskich mediów, że najlepszym aktorem pierwszoplanowym powinien zostać nie sędziwy Anthony Hopkins, a zmarły w tym roku przedwcześnie, ciemnoskóry Chadwick Boseman za „Ma Rainey: Królowa Bluesa” . Może za rok, dwa rzecz cała zostałaby załatwiona w duchu sprawiedliwości rasowej. A ja się zastanawiam, kiedy nastąpi przesyt. Kiedy kolejne zadośćuczynienia zostaną uznane za przesadne, a przede wszystkim, kiedy światek filmowy przypomni sobie o wadze kryteriów artystycznych.

Te uwagi dotyczą nie tylko czarnych. Rozumiem satysfakcję, że wreszcie kobieta – Chloe Zhao, „Nomadland” – dostała Oscara za reżyserię. Jako druga w historii tej nagrody. Ok., ale kiedy przy okazji oceny innego zjawiska artystycznego słyszę, jak ze sceny padają słowa: „Ta nagroda jest nagrodą dla kobiet, które walczą o sprawiedliwość”, powracam do skojarzeń z sowiecką akademią ku czci.
Aktorka Frances McDormand i reżyserka Chloe Zhao z Oscarami za film "Nomadland". Fot. PAP/ EPA/Chris Pizzello / POOL
Inna kobieta Emerald Fennell dostała nagrodę za scenariusz filmu „Obiecująca. Młoda. Kobieta”. Była nominowana także w kategorii reżyseria. Ten film akurat widziałem. Jest sprawnie zrobiony, ale przecież ta makabreska jest podszyta taką nienawiścią do mężczyzn, wszystkich mężczyzn, że odczuwam niepokój o kierunek, w jakim zmierza popkultura. Skądinąd za potępienia, po raz setny, gwałcicieli też łatwo doczekać się pochwał.

Nie znam „Nomadlandu”. Nie wiem, na ile nagrodzono go „za wagę społecznej tematyki”, a na ile za poziom artystyczny. Słyszę na ten temat sprzeczne opinie znawców. Muszę za to przyznać, że aktorka Frances McDormand i reżyserka Chloe Zhao były jednymi z nielicznych osób obecnych na tej gali unikających pseudorewolucyjnego tonu. Podobnie jak Brad Pitt i stary Harrison Ford, który wręczając nagrodę za montaż, wdał się w dowcipne dywagacje na temat historii montowania „Blade Runnera”.

Kiedy to samo w Polsce?

Ta debata jest dobrym przyczynkiem do polskich dylematów i klimatów. Kiedy, broniąc nielicznych filmów o „wyklętych”, głosiłem, że waga tematu powinna przynajmniej umożliwić ich dopuszczenie do festiwalu w Gdyni, słyszałem od naszych krytyków: liczy się tylko poziom artystyczny. Dziś z filmowej centrali padają słowa stawiające na piedestale ideologiczny cel sztuki filmowej. Trzeba przyznać, że choć polscy filmowcy nie stronią od politycznych deklaracji, choć chętnie piętnują obecną władzę, tak otwarcie nie powołują się na ideowe kryteria. Nawet jeśli to akt hipokryzji, pamiętajmy: hipokryzja to hołd składany cnocie.

Nie wiadomo tylko, jak długo polski świat filmowy w takiej postawie wytrwa. Frances McDormand życzyła nam wszystkim, abyśmy jak najszybciej spotkali się w kinach. Podzielam tę żarliwość, ale stawiam pytanie: jakie to będzie kino?

Na razie wiemy, że oglądalność oscarowej gali zmniejszyła się o 58 procent w stosunku do zeszłego roku – a już wtedy była rekordowo niska. W grę wchodzić mogą różne czynniki: zaaferowanie pandemią, mniejsza wystawność imprezy przeniesionej na zabytkowy dworzec w Los Angeles, skromniejsza produkcja filmowa w dobie kataklizmu. Czy także pewne znużenie jednostronnością polityczną przekazu?

Przecież poprawne politycznie filmy święcą triumfy na cyfrowych platformach, a rasowe emocje są autentyczne . A jednak mam poczucie, że jakaś epoka się kończy, a nowe nie będzie lepsze. Nadzieja tylko w tym, ze masowość filmowych produkcji uchroni je przed największymi szaleństwami. Nie wszyscy widzowie za szaleństwami nadążają.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Czy Daniel Kaluuya był naprawdę najlepszym aktorem drugoplanowym, czy najbardziej zasłużonym bojownikiem? Fot. PAP/ EPA/Chris Pizzello / POOL
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Z życia wzięte i wycięte
To nie jest robota dla delikatnych panienek.
Kultura wydanie 16.04.2021 – 23.04.2021
Pisanie sowieckiej ikony
Gułag opisywany jest jako „szkoła nowego, szczęśliwszego społeczeństwa”
Kultura wydanie 9.04.2021 – 16.04.2021
Polański kazał mu ufarbować włosy i znęcał się nad nim na planie
Reżyser posłuszeństwo wymuszał krzykiem. Starsi aktorzy byli oburzeni. Debiutanci spuszczali uszy po sobie.
Kultura wydanie 9.04.2021 – 16.04.2021
Był uważany za obciach. Przeistoczył się w wykonawcę, z którym...
Grzegorz Brzozowicz wspomina Krzysztofa Krawczyka.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Jezioro Dargin
Fragment nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego.