Historia

Jego miłość do aut narodziła się w Polsce. Warszawskie korzenie Citroëna

W komunikacie o renowacji grobu Jeanne Citroën napisano, że dokonuje się ona „dzięki wsparciu finansowemu rodziny z Polski i Francji”. – Grzecznie żeśmy to ujęli, ponieważ napisałam maile do licznej rodziny francuskiej, która ma wielki majątek. Wnuk André Citroëna odpowiedział, że oczywiście to solidarność rodzinna, musimy się wspierać, ale już się nie odezwał. A inny kuzyn odpisał, że groby go nie interesują, ale posyła 500 euro – mówi prawnuczka Joanna Bojańczyk.

Franciszek Bojańczyk (rocznik 1993) ma dwóch starszych braci: Antoniego (profesora prawa i sędziego Sądu Najwyższego) oraz Mikołaja (profesora informatyki), ale to na niego – magistra gospodarki przestrzennej na Uniwersytecie Warszawskim – spadła pielęgnacja drzewa genealogicznego rodziny.

To saga polsko-żydowska, więc on ma ku temu najlepsze predyspozycje: licencjat z hebraistyki, semestr na uczelni w Tel Awiwie, znajomość hebrajskiego i jidysz; jako pilot jeździ z wycieczkami do Izraela i jako przewodnik oprowadza grupy po Warszawie. Zawód i pasja połączyły się z historią rodzinną do tego stopnia, że na cmentarzu żydowskim przy Okopowej – niezwykłe miejsce: nie ma drugiego takiego na świecie, dzika puszcza w środku wielkiego miasta! – prowadził zwiedzających na położony przy głównej alei grób Jeanne Goldfeder z domu Citroën, swojej praprababci i zarazem najstarszej siostry André.

To z inicjatywy Franciszka nagrobek jest teraz poddawany renowacji. Na razie na ogrodzeniu zawisła plakietka o pracach, dziurę w ziemi przykryto płachtą. Pomnik w trzech częściach – podstawę i pulpit z piaskowca oraz płytę z białego marmuru – przetransportowano do pracowni Wandy Zawistowskiej; do końca czerwca ma wrócić na miejsce, przy czym zniszczona płyta podlega raczej rekonstrukcji niż renowacji, bo przetrwała ledwie jej trzecia część i celem jest wierne odtworzenie inskrypcji. „Z szacunku dla historii zachowane zostaną postrzeliny z okresu powstania warszawskiego” – obiecał Franciszek we wpisie na Facebooku, gdzie z dumą ogłosił rozpoczęcie robót. „Po ich zakończeniu w kwaterze znajdzie się też tablica opowiadająca o pochowanych tam osobach: Jeanne, Róży, Florze, Adolfie, Józefie i Ludwiku Goldfederach. A na horyzoncie kolejna misja: macewa Mirjam Kleinmann, babci Jeanne i André Citroënów!”.

Amalia, córka Mirjam

Mirjam (rocznik 1827) to seniorka rodziny, która dobrze wyszła za mąż za Izaaka Kleinmanna (w tłumaczeniu z hebrajskiego na niemiecki nazwisko skracano o jedno „n”). Nie zachowała się żadna ich fotografia, podobnie jak rodowa kamienica przy Królewskiej 49 w Warszawie z ogrodem jabłoni, wiśni i śliw, trafiona pociskami – i zatopiona pod gruzami – w pierwszych dniach II wojny światowej. Kleinmannowie zajmowali tam ośmiopokojowe mieszkanie, bo żydowski kupiec z monopolem na sprzedaż soli z Wieliczki był zamożnym człowiekiem; „emancypowanym, nowoczesnym, kosmopolitą, który bieglej posługiwał się językiem niemieckim niż polskim i lepiej czuł się w Berlinie czy w Wiedniu niż w Warszawie” – pisała Joanna Olczak-Ronikier w książce „W ogrodzie pamięci”. „Ojciec jedenaściorga dzieci, miał pieniądze i rozglądał się po Europie za odpowiednimi mężami dla swoich ośmiu córek. (…) Panny Kleinmann odebrały staranną edukację, znały języki obce, były ładne i posażne, bez trudu znajdował więc dla nich małżonków wśród Żydów holenderskich, niemieckich, francuskich – ludzi wykształconych i pozbawionych kompleksów. Najładniejsza Kleinmannówna – Amalia – zrobiła najlepszą partię, bo poślubiła pochodzącego z Holandii, a zamieszkałego w Paryżu bankiera Louisa Citroëna”.
Ulica Królewska w Warszawie przed 1914 rokiem na pocztówce. To na tej ulica stał dom Kleinmanów. Fot. Polona
Citroënowie wzięli się od Barenda Limoenmana, Żyda z holenderskiej rodziny trudniącej się sprzedażą cytrusów, z czasem zamieszkałej w Paryżu i przekwalifikowanej na jubilerstwo oraz handel diamentami, który z uwagi na trudność w wymowie zmienił nazwisko. W celach handlowych przyjechał do Warszawy, gdzie za jednym zamachem zrobił podwójny interes. Ślub jego syna Louisa Citroëna i Amalii Kleinmann odbył się 31 października 1870 roku w chasydzkim domu modlitwy, po czym państwo młodzi zdecydowali się na wyjazd do Francji. Urodziło im się tam pięcioro dzieci: Jeanne (1872), Hugues, Fernanda, Bernard i najmłodszy André (1878). Amalia tęskniła za rodziną w Królestwie Polskim, z którą kontaktowała się listownie po niemiecku. W 1884 roku jej mąż Louis podczas rozstroju nerwowego popełnił samobójstwo, więc wszystkie obowiązki domowe i firmowe spadły na nią. Była jednak silną i zdeterminowaną kobietą, która sprostała wyzwaniom…

Mirjam i Izaak nie wyjeżdżali do Paryża do pomocy córce, bo w Warszawie zajmowali się handlem solą i uposażaniem kolejnych dzieci. W 1888 roku odszedł on, pochowany na cmentarzu żydowskim (sektor 32, rząd 19, nr 58) obok przedwcześnie zmarłego zięcia Gustawa Horowitza, który doznał zakażenia krwi po operacji. Latem 1891 roku ona wybierała się na wakacje do Ciechocinka, lecz reszta rodziny wolała jechać do pensjonatu w Otwocku. Także poproszona o towarzystwo wnuczka Janina – córka Julii Horowitz – odmówiła wyjazdu z babcią, gdyż chciała zażywać kąpieli w towarzystwie rówieśników. Mirjam obraziła się na wszystkich i ostatecznie wyjechała na wczasy tylko z synem Jonasem – podczas pobytu dostała skrętu kiszek po zjedzeniu zbyt dużej porcji malin i zmarła. Janina nie mogła się otrząsnąć z tego zdarzenia i od tego czasu nigdy nie jadała malin.

Mojżesz ocalony. Jak szef Abwehry ratował cadyka z Otwocka

Cadyk ocierał się o śmierć nie raz. Po rewolucji o mało nie zginął z rąk bolszewików.

zobacz więcej
Na pogrzeb Mirjam z zagranicy zjechały wszystkie zamężne córki – także Amalia Citroën z Paryża i była to jej ostatnia wizyta na ziemiach polskich. Uroczystość pogrzebowa odbyła się z udziałem eleganckich dam w zdobnych sukniach i kapeluszach z piórami, szlochano i lamentowano, jak nakazuje tradycja, choć nieco na pokaz – Mirjam znana była w rodzinie z oschłości i egoizmu; jej grób znajduje się daleko od męża Izaaka (sektor 5, rząd 26, nr 65). Bogate rodzeństwo zrzekło się praw spadkowych po zmarłej na korzyść owdowiałej przedwcześnie Julii i jej dziewięciorga dzieci. Pani Horowitz otrzymała kamienicę przy Królewskiej 49 z pięknym ogrodem i jeszcze piękniejszą sumkę, dzięki czemu nie martwiła się o posagi dla dziewcząt i naukę dla chłopców. Po pogrzebie wszyscy się rozjechali, w tym Amalia do Paryża, gdzie odwiedzały ją córki Julii.

W 1895 roku pojechała tam Janina. „Pobyt w domu Citroënów wspominała z zachwytem, unosząc się nad panującym tam wykwintem i dobrobytem. Oprowadzał ją wtedy po Paryżu najmłodszy syn Amalii, siedemnastoletni André. Pewnego razu wybrali się razem do Wersalu. Przy wejściu oznajmiono im, iż tego dnia sale są zamknięte dla publiczności. Kuzynek bez chwili namysłu uniósł lekko melonik i powiedział dobitnie: »La presse«. Wpuszczono ich natychmiast. Pomyślała wtedy: »Dasz sobie radę w życiu, chłopcze«. I zgadła” – pisała Olczak-Ronikier. „Ciotka Amalia bardzo polubiła siostrzenicę. Opiekowała się nią czule, oprowadzała po zaprzyjaźnionych domach, znanych magazynach mody, gdzie sprawiła jej wiele pięknych toalet, po paryskich muzeach i wystawach. Namawiała do pozostania w Paryżu. Obiecywała, że pokieruje jej przyszłością”. Gdy Janina miała zamiar powiadomić Julię o tych planach, otrzymała list, aby wracać do Warszawy, bo jej siostra wyjeżdżała na studia do Berlina i nie chciała zostawiać samotnej matki. Niebawem Amalia Citroën zmarła, pogrzeb odbył się na cmentarzu Montparnasse.

Jeanne, córka Amalii

Tymczasem Jeanne, najstarsza córka Amalii i siostra André, wróciła z Paryża do Polski: wyszła za mąż za bankiera Bronisława Goldfedera i zamieszkała z nim przy Zielnej 45 – kilka kroków od domu dziadków. Wybranek należał do elity finansowej Warszawy; wraz z bratem Józefem prowadził założony przez ich ojca dom bankowy Goldfederów. Udzielał się społecznie i finansował wiele ważnych inwestycji: szpital starozakonnych przy Inflanckiej, Filharmonię Narodową przy Jasnej, podmiejskie kolejki dojazdowe… Pełnił też honorową funkcję konsula japońskiego – ostało się jego zdjęcie w egzotycznym stroju, został nawet odznaczony przez cesarza Hirohito.

To zresztą niejedyna ciekawa postać w rodzinie Goldfederów: Maksymilian, też bankier, posiadał nowobogacki pałac w Łodzi; Józef miał syna Adolfa – świetnego pianistę, który w czasie okupacji grał ze Szpilmanem, w 1942 roku zastrzelili go Niemcy; a Krystyna Skarbek, córka siostrzenicy Bronisława, piękna kobieta o burzliwym życiorysie, w czasie wojny służyła jako agentka wywiadu brytyjskiego MI6: w roli kurierki trzykrotnie przedzierała się między Wielką Brytanią i Polską!
Pełnia sukcesu. Rok 1925. André Citroën z żoną Georginą na pokładzie statku pasażerskiego. Fot. APIC/Getty Images
André Citroën po studiach w Ecole Polytechnique, z uwagi na trudną sytuację finansową i rodzinną, wstąpił do francuskiej armii jako oficer wojsk inżynieryjnych. W 1900 roku odwiedził Polskę: wysiadł z pociągu na dworcu wiedeńskim i dorożką pojechał na Królewską do domu dziadków, później na Zielną do siostry Jeanne. „André przybył do Warszawy z nienajlepszymi wiadomościami – prowadzona w Paryżu przez ich rodzinę firma jubilerska właśnie zbankrutowała. Być może wraz ze szwagrem zastanawiał się nad dalszymi działaniami i perspektywami różnych inwestycji. Pewne jest, że to właśnie Bronisław zabrał André na wycieczkę w swoje rodzinne strony. Goldfeder – człowiek o niezwykle szerokich horyzontach – chciał mu pokazać wynalazek, który powinien zainteresować młodego inżyniera. I rzeczywiście: co Citroën zobaczył podczas tej wyprawy, zmieniło jego życie” – pisał biograf rodziny Ryszard Olszewski na portalu francuskie.pl dla fanów motoryzacji z tego kraju, bo miłość André Citroëna do aut narodziła się właśnie w Polsce.

Wiadomo, że w miejscowości Osiny (dzisiaj – część Głowna) poznał technologię kół zębatych z podwójnym daszkiem. Istniała tam znana walcownia miedzi, która w 1899 roku została zamieniona w Towarzystwo Akcyjne Osińskiej Walcowni Miedzi, Mosiądzu i Drutu. Produkowała koła daszkowe używane w maszynach napędzanych siłą wody, które dzięki oryginalnej konstrukcji przenosiły duże obciążenia i nie niszczyły się. André był zaskoczony ich skutecznością i zastanawiał się, jak wykonać podobne części ze stali. Kupił pomysł na pniu, by w 1904 roku samemu opatentować wynalazek i założyć firmę Engrenages Citroën w Faubourg Staint-Denis (dzisiaj – 10 dzielnica Paryża). Logo – sławne dwa daszki – opracował osobiście! Działalność szybko się rozwijała, w tym czasie przekładnie Citroëna montowano w większości francuskich (i nie tylko) aut oraz w… sterze Titanica. André Citroën stał się znanym przedsiębiorcą i niebawem zaczął wytwarzać samochody. Zmarł w 1935 roku i leży pochowany obok matki Amalii na Montparnasse.
Amelia, Alicja, Zuzanna

Jeanne odeszła 14 kwietnia 1932 roku i spoczywa w Warszawie niedaleko grobu babci Mirjam. W tym samym roku, w wyniku światowego kryzysu upadł rodzinny bank Bronisława, który dożył sędziwego wieku i w 1941 roku pochłonęło go getto. Z trzech córek małżeństwa Goldfederów – Amelii, Alicji i Zuzanny – wojnę przeżyła jedynie Alicja, chociaż miała semicki typ urody: wielki nos, małe oczy – w rodzinie mówią, że „w jakiś sposób była piękna”. Sama opowiadała, że kiedy miała 10 lat, matka Jeanne doszła do wniosku, że córka jest brzydka i trzeba zaprowadzić ją do lekarza, żeby „coś z tym zrobić”, choć w 1905 roku chirurgia plastyczna nie była zbyt rozpowszechniona… Doktor posadził ją na kolanach, pochwalił urodę i powiedział: „Dziecko, nic nie robimy, zostawiamy tak jak jest!”. I przez całe życie Alicja pozostała piękną kobietą: po wojnie w Paryżu, gdzie w 1957 roku trafiła na zaproszenie kuzynów, mężczyźni wciąż oglądali się za nią mimo podeszłego wieku…

Jeszcze przed wojną Alicja wyszła za mąż za Witolda Leonharda, niezbyt znanego malarza, choć ma swój obraz w Muzeum Narodowym w Krakowie; istniało wtedy powiedzenie, że Leonardo malował „Ostatnią wieczerzę”, a Leonhard ją zjadał… W dużej mierze to przedsięwzięcie finansował papa Goldfeder: Alicja z Witoldem wyjeżdżali do Hiszpanii, prowadzili żywot bohemy; on sporo malował, ona przyjaźniła się z Tuwimem i Broniewskim, jej listy z Iwaszkiewiczem wystawione są w Muzeum Literatury. Ona przez całą wojnę ukrywała się w Podkowie Leśnej u swojej przyjaciółki Gąsiewiczowej, po wojnie odznaczonej medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Nie zawsze było tam ponuro – w miarę możliwości jadano wspólne obiady, grano w brydża, ale trzeba było zachowywać czujność, bo szantażyści czaili się wszędzie. Witold – jako Aryjczyk nie musiał się obawiać – przychodził do Alicji jedynie w nocy.
Zuzanna, która przed wojną wiodła beztroskie życie lwicy salonowej (zachowała się reklama z gazety, na której pozuje w sukni Bogusława Hersego) z mężem Tadeuszem Neumanem (architektem, którego ojciec też posiadał bank), również nie poszli do getta i zdecydowali się ukrywać. Przez trzy lata zmieniali kryjówki – Milanówek, Podkowa Leśna, Warszawa – w czym pomagali im życzliwi ludzie. Latem 1943 roku ktoś doniósł, że Neumanowie ukrywają się w willi u pani Gąsiewiczowej. Przyjechało Gestapo. „Schowajmy się na strychu” – powiedział Tadeusz. „Nie martw się ja to załatwię” – odpowiedziała Zuzanna, ufna, że podziała jej urok i płynny niemiecki. Nie podziałały. Zabrało ją Gestapo i to był ostatni raz, kiedy Tadeusz ją widział. On sam schowany za szafą na strychu – ocalał. Próbował uwolnić ją przez wszelkie swoje kontakty, sprzedał biżuterię, znajoma obiecała paszport do Ameryki Południowej – nic z tego. Zmarł w 1962 roku.

Andrzej Szpilman: Muzeum Polin nie umieściło moich pamiątek po ojcu na żadnej ekspozycji

Słynny pianista bał się samotności i nie lubił wyjeżdżać. Nigdy nie mówił, co działo się podczas wojny.

zobacz więcej
Zuzannie i Tadeuszowi urodził się syn Konstanty (rocznik 1917). On też uratował się z branki, bo… nie było go wtedy w domu w Podkowie Leśnej – poszedł do znajomych. Po wojnie ożenił się z Iwoną Sawicką, artystką po Akademii Sztuk Pięknych, której ojcem był Michał Sawicki, przedwojenny oficer Wojska Polskiego. Wiadomo o nim niewiele: był amatorem wyścigów konnych i pasja popchnęła go w stronę działań nie zawsze zgodnych z prawem – bójka z kolegą, sfałszowane weksle; umarł w Oświęcimiu. Konstanty i Iwona zginęli w Tatrach w 1952 roku. Zjeżdżali z Kasprowego Wierchu w stronę Gąsienicowej, umówieni ze znajomymi. Trwała zamieć, oni nie byli doświadczonymi narciarzami i zjechali omyłkowo do Doliny Cichego, gdzie zgubili się i zamarzli; znajomi zawiadomili GOPR dopiero następnego dnia, gdy okazało się, że Neumanów nie ma ani na dole, ani na górze… Oboje leżą pochowani na Powązkach. Osierocili roczną córkę Joannę.

Joanna

Opowiada: Wychowali mnie dziadkowie ze strony matki: babcia Eugenia Kulig z jej drugim mężem Józefem. Kochałam ich jak rodziców i dzięki nim nigdy nie odczułam swego sieroctwa. W Powstaniu Warszawskim spaliło się ich mieszkanie i razem z wieloma wygnańcami ze stolicy trafili do Milanówka, uroczego miasteczka, które w czasie wojny zasłużyło się jako ośrodek konspiracji antyniemieckiej zwany małym Londynem. Milanówek pełen był starych willi z pięknymi ogrodami. Mieszkaliśmy w jednej z nich, dzieląc jej uroki z kilkoma innymi lokatorami. Takie były czasy – kwaterunek umieszczał ludzi tam, gdzie był kawałek wolnego miejsca. Spędziłam tam kilkanaście szczęśliwych lat, niespecjalnie interesując się swoimi rodzinnymi korzeniami. Jedynym kontaktem z rodziną ojca, z której nikt nie przetrwał, była ciocia Alicja z Paryża. Bardzo ją podziwiałam, dzięki niej nawiązałam kontakt z francuskimi krewnymi. Od dziecka uczono mnie francuskiego, czego zresztą nie znosiłam. Ale korzyść z tych lekcji odkryłam dopiero w Paryżu, gdzie wyjechałam pierwszy raz w 1968 roku po dostaniu się na romanistykę.
Joanna Bojańczyk, znana dziennikarka, znawczyni mody długo nie interesowała się historią rodziny swego ojca. Fot. forumgwiazd.com.pl/Forum
Joanna Bojańczyk wspomina: Wysiadłam na dworcu kolejowym, przyjechała po mnie ciocia ze znajomym, przedwojennym emigrantem – bardzo chciał mi pokazać Paryż, ale trzymał za kolano, siedemdziesięciolatek! Trafiłam do mieszkania przy luksusowej avenue Foch w XVI dzielnicy: 14-pokojowy apartament z siedmioma łazienkami, lokajami i pokojówkami. Szok! W porównaniu z gomułkowską Polską i 48 m2 w Warszawie, gdzie dziadek Józef w fotelu czytał „Słowo Powszechne”, to dwie różne galaktyki! I ja, rzucona w środowisko wielkiej burżuazji, wożona autem z szoferem. Przyjeżdżał po mnie czarny Citroën DS i jechałam do posiadłości rodziny wuja Maxime Citroëna w Normandii albo nad morzem w Deauville. Drzwi otwierał lokaj w liberii, siadałam na kanapie w salonie, bo państwo nigdy nie przychodzą od razu, trzeba chwilę zaczekać – gość musi wiedzieć, że mają wiele na głowie. Potem był obiad i pytano mnie, czy w Polsce są pomidory. Byłam dziewczynką rzuconą w niezrozumiały świat, straszny i obcy, ale też atrakcyjny.
Dostałam od cioci Jacqueline, córki André Citroëna, apaszkę Hermèsa, chociaż nie bardzo wiedziałam, co z nią zrobić. Wtedy była moda hippie i ja, siedemnastolatka wolałam sukienki z Indii z butików na Saint Germain des Pres niż burżuazyjne akcesoria. Kuzyni zabierali mnie do modnych dyskotek – Castel, Regine. Ciocia Alicja czuwała, żebym nie wracała zbyt późno i nie przeglądała się w ulicznych witrynach i windach. W Warszawie ten problem nie istniał – nie było witryn… Do kanonu rodzinnych anegdot weszła moja opowieść o obiedzie u Jacqueline i jej przyjaciela czy męża, nie pamiętam, mocno starszego barona i finansisty. Podano rybę, dużą i ościstą. Zobaczyłam, że baron bardzo się męczy z tymi ośćmi. „Czy nie mógłby pan położyć ich na osobnym talerzu?”– spytałam. Obrzucił mnie lodowatym wzrokiem: „Nauczono mnie jeść na jednym talerzu”. Skurczyłam się ze wstydu, prostaczka z Polski, która nie wie, jak się je ryby. Burżuazyjne salony… Niespecjalnie ich interesowała cousine de Varsovie. Odległą i dziwną krainą, gdzie nie ma pomidorów, też się nie interesowali.

Joanna Bojańczyk nasiąknęła francuską kulturą, co wykorzystuje w życiu zawodowym – jest znawczynią mody, dziennikarką „Twojego Stylu”, „Rzeczpospolitej”, „Tygodnika TVP”; autorką książki „Jej wysokość torebka”.

– Pokochałam Paryż! Lubię w nim to, że tak mało się zmienia. Używam planu miasta z lat 60. XX wieku, który wciąż jest aktualny. Ulice nazywają się tak samo, autobusy są te same. Piękne jest to trwanie. Od lat tam jeżdżę, byłam chyba 80 razy, i zatrzymujemy się z mężem w hotelach, nie korzystamy z gościnności rodziny. Byłam pewna, że z czasem więzy zostaną przerwane. Relacji nie ma, chociaż wtedy w 1968 roku wszyscy byli dla mnie bardzo mili – mówi.

Właśnie przeczytała, że w Paryżu „ma zostać przeorane wszystko, aby było więcej rozmaitości – nastanie dekolonizacja i denacjonalizacja. – Nie wiem, czy nie polecą również potwory w stylu Napoleona. Marszałkowie na razie się ostali, ale działacze wyzwolenia Algierii czy Maroka będą mieli teraz dużo miejsca. To zła informacja, mój plan miasta nie będzie już aktualny….
Jedna z najbardziej eleganckich i snobistycznych ulic Paryża, avenue Foch z Łukiem Triumfalnym w tle. Tak wyglądała w latach 70. XX wieku. Fot. Francois LOCHON/Gamma-Rapho via Getty Images
Michał

– Wszędzie wielkie pieniądze! Niestety, cholera, absolutnie nic z tego nie zostało! Bankierskie fortuny Goldfederów przepadły – śmieje się Joanna. Jej mąż Michał Bojańczyk odpowiada żartem, że on nie ma żadnego związku z diamentami ani bankami, bo zbadał korzenie: – Jesteśmy raczej rodziną rolniczą spod Warszawy. Po stronie babci mamy związek z kolonistami niemieckimi, którzy posiadają długą historię liczoną od 1600 roku; wśród przodków był rektor Uniwersytetu w Tybindze. Druga część rodziny jest z okolic Tarnowa, czyli cesarsko-królewska; obydwaj bracia mojego dziadka byli legionistami w 1 Pułku Piechoty Józefa Piłsudskiego, dostali Virtuti Militari; jeden został ważną figurą w rządach sanacyjnych.

Sam z wykształcenia jest inżynierem automatykiem po Politechnice Warszawskiej, który w Polskiej Akademii Nauk zajmował się modelowaniem systemów, doktoryzował z informatyki medycznej. – Miał przekształcić służbę zdrowia, żeby wszystko świetnie działało: 50 lat minęło i nic w tej sprawie się nie wydarzyło – żartuje żona. W latach 70. urodziło im się dwóch synów: Antoni i Mikołaj.

W 1980 roku Bojańczyk pojechał do Meksyku prowadzić letnią szkołę, gdzie zaoferowano mu pracę. W stanie wojennym możliwości wyjazdu upadły, jednak biuro paszportowe uznało kraj za neutralny – ani kapitalistyczny, ani socjalistyczny – i niech jedzie! Wyruszył z rodziną w lutym 1982 roku, by uczyć na miejscowych uniwersytetach. – Nie takich jak Harvard, ale dobrze wspominamy to doświadczenie. W Meksyku i potem Puerto Rico wykładałem po hiszpańsku, synowie mówili ze sobą w tym języku – mówi. Joanna zajmowała się domem, zarobiła raz 50 dolarów, ucząc francuskiego „nieznośne bachory” w szkole amerykańskiej.

Roboty nie były intratne, dopóki nie pojawiła się praca kuwejcka. Można tam było zostać do emerytury. Chyba szczęśliwie się złożyło, że z tego raju ropnego w 1991 roku wypchnęła nas wojna w Zatoce Perskiej, gdy Kuwejt najechał Saddam Husajn, bo utknęlibyśmy w tych piaskach pustyni na całe życie. Mamy znajomych, którzy wciąż tam siedzą, gdyż po zakończeniu inwazji robota na uniwersytetach znów się otworzyła, ale żona powiedziała, że trzeba wracać i wróciliśmy. Jako jedyni.

W 1987 roku Joanna do pisma „Res Publica” Marcina Króla, pierwszego bardziej niezależnego, napisała skandalizujący tekst o kuwejckiej Polonii i „wszyscy się obrazili”. Po powrocie trafiła do „Twojego Stylu” („Jestem tam od 30 lat, teraz mam felieton i – jak mówi Basia Hoff – chyba moją trumnę stamtąd wyniosą…”). Michał – po rocznym wypadzie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich – załamany leżał na kanapie ze wzrokiem wbitym w sufit, ale dostał pracę w firmie Hewlett-Packard i spędził tam 24 lata. A po przejściu na emeryturę zaczął badać przeszłość, bo wreszcie „miał dużo czasu i mógł się tym zająć”. – Interesowała mnie własna rodzina, szukałem od strony Bojańczyków i Młynarskich, ale miałem mało informacji. Równolegle sprawdzałem, co działo się u żony. Ona jako sierotka niewiele o tym wiedziała. Wiele rzeczy udało się odkopać i mam nadzieję, że jeszcze inne się uda. Podczas okupacji sporo zaginęło, ale jeżeli jakaś osoba coś posiadała albo zdziałała – to istnieje. Ot, Bronisław Goldfeder miał samolot i można o tym wyczytać w gazecie. Czyta: „Wczoraj o 8 i pół wieczorem w Jabłonnie, posiadłości pana Bronisława Goldfedera, na aeroplanie systemu Bleriot młody lotnik pan Supniewski dokonał wzlotu, który jednak z powodu silnego wiatru trwał krótko”.

Franciszek

Najmłodszy syn Bojańczyków, urodzony po powrocie z emigracji, przyznaje: – Dla nadawania ciała nazwiskom najwięcej zrobił mój tata. Przeglądał gazety i znalazł mnóstwo informacji na temat naszej rodziny: na przykład Janina Goldfeder, siostra Tadeusza Neumana, która wyszła za jednego z Goldfederów, spowodowała wypadek samochodowy… W stosunku do niego, ja znalazłem niewiele – na przykład certyfikat urodzin Jeanne Citroën w archiwum departamentalnym Île-de-France – co nie było trudne, ale dla mnie to odkrycie i radość. W przeciwieństwie do taty będę mógł jednak dotrzeć do źródeł, do których z powodów obiektywnych on nie może – dokumentów z końca XVIII i początku XIX wieku pisanych w językach żydowskich. Jak już rodziny Neumanów i Kleinmannów zasymilowały się, posługiwały się językiem polskim, ale wcześniej mówiono inaczej i trzeba przestudiować odręczne pisma albo pojechać na cmentarz i czytać płyty nagrobne – zbadanie tych historii to mój plan na kolejne lata.
Rok 1939. Przekazanie wojsku 4 haubic, 12 ciężkich karabinów maszynowych, 25000 zł na budowę ścigacza, ufundowanych przez pracowników Zakładów Starachowickich i ludność powiatu Iłżyckiego. Delegacja reprezentująca ofiarodawców u marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. 7 na prawo od marszałka inż. Tadeusz Neuman, 6 na prawo od marszałka prezes Zarządu Towarzystwa Starachowickich Zakładów Górniczych Czesław Klarner. Fot. NAC/IKC
Franciszek Bojańczyk historią interesował się w gimnazjum. – W szkolnym konkursie opowiadałem o pradziadku Tadeuszu Neumanie, który przed wojną pełnił wysoką funkcję w Starachowicach – był dyrektorem w COP, chociaż w opowieściach rodzinnych jego żydowskość była zawsze daleko. Potem zaciekawili mnie polscy Żydzi: zasymilowani i ortodoksyjni. Pomogła mi w tym mama, nie tyle opowiadając swoją historię, ile namawiając do czytania „Dworu” i „Spuścizny” Singera. Zacząłem chodzić na zajęcia z jidysz i hebrajskiego. Stałem się judaistą amatorem, choć wciąż nie łączyłem tego z własnym dziedzictwem. Chciałem pójść na judaistykę, ale w 2012 roku nie było takiego kierunku na Uniwersytecie Warszawskim i wybrałem hebraistykę – studia poświęcone co prawda biblistyce, gdzie jednak pojawiały się ciekawe zajęcia dotyczące Żydów aszkenazyjskich. Dopiero wtedy zacząłem to wiązać z historią rodziny.

Chodziłem na cmentarz żydowski i szukałem grobów. Wiedziałem, że tam są, wcześniej odwiedziliśmy je raz czy dwa, bo nie było takiego zwyczaju; odwiedzaliśmy Powązki i Bródno z leżącymi tam zmarłymi pozostającymi jednak w dalszym stopniu bliskości… Mimo, że relacja z Jeanne Citroën jest nam bliska, traktowałem ją jako ciekawostkę, daleką kuzynkę, nie praprababcię. Gdy zajęliśmy się renowacją jej grobu, jej postać na nowo została włączona do historii naszej rodziny, która w ten sposób osiąga pełnię. I chciałbym, żeby groby żydowskich przodków były odwiedzane; wiem, że to moja bliska rodzina i czuję, że tym ludziom dużo zawdzięczamy. I to jest po prostu ciekawe! Od kilku lat bywam często na Okopowej, choć przecież w tradycji żydowskiej grobów 1 listopada się nie odwiedza – mówi Franciszek.

Syn stworzył pierwszy polski samochód, a ojciec prototyp helikoptera. Geniusze z rodziny Tańskich

Tadeusz nie poszedł na współpracę z Niemcami. Zginął w Auschwitz. Czesław umarł rok po nim.

zobacz więcej
– Długo wiedziałem, że w rodzinie mamy historię żydowską i pojawia się w niej słynny wynalazca samochodów André Citroën, ale to było na tyle. Kolejne informacje przychodziły od lat 90., gdy tata – w imieniu rodziny – zajmował się śledzeniem historii majątków: ich utraty, potem odzyskiwania; kontaktował się z kuzynami, żeby wspólnie dochodzić praw do nieruchomości. Wtedy słyszałem te imiona i nazwiska. Tata ma w sobie wielką drobiazgowość i dokładność, z czego wynikały ciekawe rzeczy nie tylko związane z procesami, ale też wątkami rodzinnymi. Bardzo to doceniam – tym bardziej, że to rodzina żony, nie jego przodkowie. Do tego wśród Polaków zainteresowanie genealogią nie jest typowe. Kiedy tata szukał śladów swojego pradziadka, ksiądz z pewnej parafii z dużą niechęcią pokazywał dokumenty; nie był źle nastawiony, ale nie mógł zrozumieć, i było to szczere zdziwienie, dlaczego tacie są one potrzebne. Zapytał wprost: po co to panu, przecież ci ludzie już dawno nie żyją?! Żydzi mają do tego zupełnie inny stosunek: wedle tradycji badanie genealogii, dochodzenie własnej przeszłości, jest dużą wartością.

Żydowskość nie była specjalnie istotna dla pradziadków mojej mamy. Widać to dobrze w wojennym pamiętniku pisanym przez mojego pradziadka Tadeusza Neumana, który pisał o grudniu 1939 roku, gdy Żydzi w Warszawie dostali obowiązek noszenia opasek, że to nie nakaz dla jego rodziny, bo oni nie są Żydami. Byli świadomi swych korzeni, ale czuli się Polakami, mimo iż Niemcy mieli inne zdanie i trzeba było się ukrywać… Mój pradziadek czuł się jednak Polakiem, kwestia jego tożsamości stanowiła rzecz oczywistą! Był też katolikiem i chciałbym sprawdzić ten trop: jak wygląda kwestia chrztów w naszej rodzinie, kiedy oni formalnie przeszli na katolicyzm. Jedno z odkryć taty to artykuł z międzywojnia o Bronisławie Goldfederze, członku zarządu gminy żydowskiej, w którym opisano plotkę, że przeszedł na chrześcijaństwo. Może już wtedy rodzina zmieniła wyznanie?! Szymon Neuman, ojciec Tadeusza, również mógł zmienić wiarę, chociaż pochowany jest przy Okopowej, więc jakieś elementy żydowskości pozostały.
Cmentarz żydowski przy ulicy Okopowej w Warszawie założony w 1799 roku. Fot. Andrzej Sidor/Forum
– Jak się spojrzy na nasze drzewo genealogiczne i próbuje ogarnąć – nie jest to możliwe. W tej rodzinie jest tyle osób, które wykonywały różne zawody i zrobiły kariery w różnych dziedzinach, co pokazuje, że Żydzi są wszędzie – mówi Joanna Bojańczyk.

Dodaje Franciszek: – Chcę wydać książkę o historii rodziny, choć nieco inną niż „W ogrodzie pamięci” Olczak-Ronikier, której jestem wielkim fanem, bo to wyjątkowe dzieło. U niej zachowało się mnóstwo materiałów, pamiątek i świadectw, zebranie tych rozproszonych źródeł wymagało olbrzymiej pracy; my nie mamy tego szczęścia, brak zdjęć pokazujących przodków dalszych niż Tadeusz i Zuzanna Neumanowie, reszta ginie w pomroce dziejów. Chciałbym jednak opisać poszukiwania tej historii. I drogę z małej miejscowości pod Częstochową, gdzie mieszkała ortodoksyjna rodzina Neumanów i spod Warszawy, gdzie mieszkała ortodoksyjna rodzina Kleinmannów – do momentu, kiedy mija 70 lat i obie stają się Polakami – jak mój prapradziadek, członek gminy żydowskiej, o którym plotka mówi, że jest katolikiem lub mój pradziadek, który podczas wojny pisze w pamiętniku, że nie jest Żydem. To nie dzieje się w próżni, co udało mi się dowiedzieć na studiach i chciałbym nadać temu szerszy kontekst.

Franciszek: – Planuję zbadać to słynne Głowno, skąd André Citroën wziął zębatkę – historia jest powtarzana przez wszystkich, ale kiedyś rozmawiałem tam z lokalnym historykiem, co nie dało ostatecznej konkluzji… Jeżeli miałbym jedną rzecz sprawdzić w tej książce, wybieram właśnie historię Głowna, czy naprawdę od tego się zaczęło.
Joanna: – Jedyne, czego chciałabym się więcej dowiedzieć, dotyczy moich rodziców. Tego mi najbardziej brak w życiu, bo, mimo że miałam dziadków – kochałam ich, a oni mnie – nie wiem, jacy byli moi rodzice i tego nie dowiem się nigdy. Informacje o nich są w książce Michała Komara „Tragedie tatrzańskie”, bo to był znany wypadek, w wielu miejscach wzmiankowany – także w „Dziennikach” Iwaszkiewicza i gazetach. Góry to zabrały ze sobą, połknęły ten sekret. Niestety zaczęłam interesować się przeszłością rodziny dopiero wtedy, kiedy nie było już kogo zapytać… Obciążam się za to odpowiedzialnością. Zainteresowanie obudziły we mnie dzieci i mój mąż, który zaczął się interesować genealogią. On jest na portalu MyHeritage, i zrobił sobie wszystkie badania. Też tam jestem i dostaję wiadomości, że ktoś jest ze mną spokrewniony w 12 linii… Dla mnie to wszystko odległe koneksje, nierealne. Właściwie w ogóle nie mam żadnej bliskiej rodziny.

W komunikacie o renowacji grobu Jeanne Citroën napisano, że dokonuje się ona „dzięki wsparciu finansowemu rodziny z Polski i Francji”. Joanna: – Grzecznie żeśmy to ujęli, ponieważ napisałam maile do licznej rodziny francuskiej, która ma wielki majątek: zamek, posiadłości i 300 hektarów lasu. Wnuk André Citroëna odpowiedział, że oczywiście to solidarność rodzinna, musimy się wspierać, ale już się nie odezwał. A inny kuzyn odpisał, że groby go nie interesują, prosi więcej nie informować o sprawie, ale posyła 500 euro.

Franciszek: – Czasem mama opowiadała o rodzinie we Francji i cioci Ali, którą odwiedzała. Kontaktu z francuską częścią miała jednak mało, mimo dużej bliskości krwi. Może dlatego, że większość rodziny z Polski zginęła i ona była jedną z niewielu żyjących tu osób. I zapewne z tego wynika, że jak po latach jest próba wznowienia, szczególnie z prośbą o wsparcie w renowacji nagrobka, sprawa nie jest bliska im sercom. Dla nich korzenie polskie są drugorzędną rzeczą, życie toczy się daleko stąd, we Francji. Fajnie byłoby jednak obudzić te relacje na nowo. Może zostały pamiątki po Jeanne Citroën: listy, zdjęcia lub dokumenty? U polskich Żydów małomiasteczkowych z XIX wieku nie ma materiałów wizualnych, to zrozumiałe i wynika z zamożności. Ale po rodzinie kupca diamentów z Paryża?! To niemożliwe i mam nadzieję, że uda się je zobaczyć. Między Jeanne i André, z tego co ustalił pan Olszewski, relacje były kordialne, więc taka pomoc z Francji mogłaby zaistnieć. Nie chodzi przecież o budowę muzeum rodziny, ale drobne wsparcie lub choćby patronat.

Grób

Ryszard Olszewski, biograf rodziny („Zna każdy paznokieć rodziny Citroënów i jest fanem marki bardziej niż my!”) relacjonował jak w 2008 roku na cmentarzu żydowskim przy Okopowej odnalazł grób babci André Citroëna – Mirjam Kleinmann wcześniej niż rodzina Bojańczyków. „W słoneczne popołudnie uzbrojony w możliwie wszystkie gadżety Citroëna typu czapka, kurtka i plecak z logo marki pojawiłem się na cmentarzu. Poszliśmy na miejsce, gdzie stał grób. Był w opłakanym stanie. Na szczęście upadająca macewa w ziemię utworzyła pieczarę, zagłębienie, dzięki której można było jeszcze wykonać zdjęcia samej macewy z napisami w języku hebrajskim i niemieckim. Macewa jest dobrze zachowana, nawet litery można bez trudu odczytać”.
Renowacja nagrobka Jeanne Citroën Goldfeder. Fot. Jakub Kowalski
W styczniu 2020 roku odbyło się kolejne spotkanie, aby spisać położenie grobów względem GPS i „spopularyzować wśród fanów i miłośników motoryzacji miejsca pochówku osób bezpośrednio związanych z André Citroënem”. Grób Mirjam był widoczny, macewa postawiona, niemniej wymagająca restauracji, co wtedy zapowiedział Michał Bojańczyk, a teraz potwierdził jego syn Franciszek. Najpierw jednak nagrobek Jeanne Citroën, na którego osłonięcie ma być zaproszona Joanna Olczak-Ronikier, która – mówi Franciszek – „rodzinie dała kawałek historii”.

W listopadzie ukażą się wojenne pamiętniki Tadeusza Neumana. – Długo leżały i nikomu nie przyszło do głowy, żeby je upublicznić. Najpierw chcieliśmy drukować sami, ale pojawiła się możliwość wydania w ŻIH i książka będzie miała większy rozgłos niż 20 egzemplarzy dla rodziny. Recenzja, którą napisała profesor Barbara Engelking, jest entuzjastyczna, że to jeden z niewielu dokumentów Żyda i Polaka, świadectwo człowieka z jego klasy społecznej, przedwojennej elity intelektualnej i finansowej. On ciekawie komentuje przebieg II wojny światowej, co się działo w Londynie, Paryżu i Warszawie. Nie jest to wielka literatura, lecz dobrze napisana relacja – mówi Joanna.

Dodaje Franciszek: – To rękopis na luźnych kartkach wtórnie wykorzystanych, listach i dokumentach; po wojnie przepisany na maszynie. Wątpliwością jest to, kiedy powstał. Ze względu na formę myślałem, że podczas wojny. Konsultowałem sprawę z moim wykładowcą, dobrą duszą tego projektu, profesorem Jerzym Kochanowskim, który zajmuje się takimi źródłami i jego zdaniem struktura dokumentu pokazuje, że całość była pisana pod koniec wojny.

W dalekich planach jest również stworzenie w Warszawie skweru André Citroëna na wzór tego, który słynny wynalazca ma w macierzystym Paryżu. Ciekawe, że jego aut w polskiej rodzinie nie jeździło do tej pory zbyt wiele. – Nie mam dobrych wspomnień z tymi samochodami. Gdy mieszkaliśmy przy ulicy Traugutta to z Pałacu Radziwiłłowskiego, z prezydium Rady Ministrów albo z Urzędu Bezpieczeństwa jeździły czarne Citroëny i nie było to dobre wrażenie – wspomina Michał Bojańczyk. – Miałam Citroëna C4. To bardzo ładne samochody – przyznaje Joanna Bojańczyk. – Przymierzam się właśnie do zakupu auta i może będę lojalny wobec marki – zapowiada Franciszek. Kuzyn André byłby z tego zadowolony nie mniej niż z pielęgnowania ogrodu pamięci, jabłoni i cytryn.

– Jakub Kowalski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Rok 1930. Motor show w Paryżu. Fot. Keystone-France/Gamma-Keystone via Getty Images
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Bohater tak wyjątkowy, aż niemożliwy. Więc ogłoszono, że sypał
Najnowsza historia jest w Polsce bieżącą polityką.
Historia Najnowsze wydanie
„Pamiątki” po Hitlerze. Kłopot czy biznes?
Aligator Führera zdechł rok temu w moskiewskim zoo mając 84 lata. Wypchano go i umieszczono w Muzeum im. Darwina.
Historia Najnowsze wydanie
KGB na tropie Jana Pawła II
Sowieckie służby szybko zrozumiały, jakie zagrożenie dla systemu komunistycznego może stanowić pontyfikat papieża Polaka.
Historia Najnowsze wydanie
Stanął przeciw Piłsudskiemu i nie zamierzał się patyczkować
Gen. Rozwadowski rozkazał „użyć bomb i karabinów maszynowych celem całkowitego rozproszenia nieprzyjacielskich oddziałów”
Historia Najnowsze wydanie
Idę po swoją kulę w brzuch
Słychać było pojedyncze wystrzały z AKS-74: to nasi dobijali rannych duszmanów. Duszmani też nie brali komandosów do niewoli.