Rozmowy

Modlą się ze mną łąki. W góralskiej gwarze

Podobają mi się słowa gwarowe, które obrazują stan psychiczny. Na przykład „banuwać”, czyli tęsknić. To nie jest jednak taka zwykła tęsknota, ale bardziej rozległa, dojmująca – mówi Wanda Łomnicka-Dulak, poetka i regionalistka z Piwnicznej Zdroju.

Zdobywczyni ponad 100 nagród i wyróżnień w konkursach literackich, w swojej twórczości utrwala dawny świat, pełen ludowych wierzeń. Wydała już dwa słowniki gwary górali nadpopradzkich, ale nadal gromadzi gwarowe nazwy i opisy obyczajów tej społeczności. Od ponad 30 lat jest członkiem Zespołu Regionalnego „Dolina Popradu”.

– Za oknem mam widok na szczyt Niemcowej i na górskie domki. W jednym z nich mieszkała babcia Nowakowa, którą nazywano królową gór. Czuję łączność z tymi pokoleniami, które już odeszły z tego świata. Tu czuję się pewnie. W górach nie pobłądzę, w mieście natomiast tak – opowiada.

TYGODNIK TVP: Co cechuje prawdziwych górali, takich z krwi i kości?

WANDA ŁOMNICKA-DULAK:
Na pewno upór i wytrwałość. Zamieszkiwali niewdzięczne, słabo rodzące górskie tereny, więc gospodarowanie na nich wymagało sporo wysiłku i cierpliwości. Nie raz trzeba było wlać w ziemię sporo potu, co też rodziło szacunek i ogromne przywiązanie do swojej ojcowizny. Zdarzały się oczywiście niesnaski i walki o miedzę, ale były to sporadyczne sytuacje.

Górali charakteryzuje również przywiązywanie wagi do wartości honoru oraz poczucie wspólnoty – solidarnie sobie pomagali w trudnych sytuacjach. Wyznacznikiem ich życia była też wiara. Ufali, że Pan Bóg pomoże im nawet w największej biedzie.

Wywodzi się pani z górali nadpopradzkich. Jak pani wspomina swoje dzieciństwo?

Od urodzenia mieszkałam wysoko w górach. Był to domek drewniany, w starym stylu, ciepły i przytulny. Była w nim jedna izba, w której koncentrowało się życie, sień i druga izba zwana zimną, w której spało się latem. Nie chodziłam do przedszkola. Dzieciństwo spędzałam na łonie natury. Wokół miałam piękne, kolorowe łąki z mnóstwem kwiatów. Nieopodal był las. Często spotykałam na swoje drodze leśne zwierzęta, jak choćby sarny.

„Nikt nie jęczał i nie płakał”. O bosonogiej dziewczynce, która została gwiazdą

Znała gwarę góralską. W powstaniu była łączniczką, nosząc córkę w plecaku.

zobacz więcej
Wiara w naszej rodzinie była żywa i silna. Pamiętam swoją prababcię, jak opierała się o piec, a w rękach zniszczonych i zniekształconych przez reumatyzm cały czas przewijała paciorki różańca. Moja mama była również bardzo pobożna. To ona przekazywała mi tradycyjne wartości, tradycje, wierzenia. Odznaczała się również wielką gościnnością. Dom stał przy drodze i miejscowi, którzy szli z miasta do siebie, byli zapraszani przez moją mamę na herbatę czy mleko. Wtedy nie było autobusów do górskich przysiółków, trzeba było kilka kilometrów pokonywać na piechotę. Siadali więc u nas, aby odpocząć i przy okazji opowiadali barwne historie ze swojego życia. Lubiłam słuchać opowieści dotyczących II wojny światowej, szczególnie o odwadze i bohaterstwie tamtych ludzi.

Bohaterstwem odznaczył się pani tata – Michał Łomnicki ps. Jurek. Jako piwniczański przewodnik i kurier podczas II wojny światowej przeprowadzał ludzi przez granicę na Słowację. Uratował życie wielu Polakom i Żydom, a za swą pomoc został odznaczony medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

Od dzieciństwa byliśmy wychowywani w przekonaniu, że człowiek nie żyje tylko dla siebie, lecz dla drugiego człowieka, że trzeba zostawić po sobie dobry ślad. Mój tata był skromnym i prostym człowiekiem. Nie chwalił się swoimi zasługami. Ratowanie innych ludzi uważał za swój naturalny obowiązek.

Jako nastolatek wspierał Żydów zamkniętych w getcie w Starym Sączu, zaopatrywał ich w jedzenie. Ponieważ mieszkał bardzo blisko granicy, od początku wojny przeprowadzał przez nią polskich uchodźców, potem zaczął pomagać w przerzucaniu uciekinierów żydowskich z okupowanej Polski na Słowację. Wśród nich był Henry Zvi Zimmerman, późniejszy działacz syjonistyczny, prawnik, dyplomata, polityk i parlamentarzysta izraelski, ambasador Izraela w Nowej Zelandii.

Henry Zvi Zimmerman w sierpniu 1943 roku uciekł z obozu pracy w Płaszowie i z pomocą taty wyskoczył z pociągu w Rytrze. Ukrywał się przez kilka dni w lesie. Potem tato zgodził się go przeprowadzić na terytorium Słowacji i przekazał Stefanowi Kocunowi, który jako kolejny kurier pomagał uciekinierom przedostać się na Węgry.
Tata narażał życie, aby ocalić innych. Nierzadko odbywało się to w trudnych, zimowych warunkach. Wyrywano wtedy dranki – szerokie sztachety z płotu, aby posłużyły jako narty i pomogły podczas przeprawy nie zapadać się w śniegu. Gdy przyszła wiosna, to prawie wszystkie były zerwane. Czasem trzeba było zmylić agresywne psy, więc zabierano ze sobą śmierdzącego śledzia, żeby zwierzę straciło węch. Czasem, aby zmylić patrol trzeba było przeczekać dłuższą chwilę w szałasie czy w stajni z krowami, a czasem musieli uciekać przed ostrzałem.

Na skutek donosu gestapo aresztowało tatę za działalność konspiracyjną. Podczas przesłuchania pobito go tak brutalnie, że błona w lewym uchu mu pękła i do końca życia był na nie głuchy. Na szczęście w śledztwie nie złamano go, a poręczenie i zaangażowanie dobrych ludzi sprawiło, że został zwolniony. Pomimo niebezpieczeństwa kontynuował działalność w podziemiu. Przeprowadził za granicę setki osób, w tym bardzo wielu Żydów (ok. 200). 8 października 1992 roku Instytut Yad Vashem nadał mu tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

Henry Zvi Zimmerman po wojnie odszukał ojca, żeby mu podziękować za pomoc. Spotykaliśmy się w Krynicy Zdroju. Mówił do nas: „Wy jesteście jak moja rodzina”. Kiedy tata zmarł, przyjechał na cmentarz z biało-czerwonym goździkami, położył na grobie i powiedział: „Michał, czemu na mnie nie poczekałeś!”.

Pani z kolei zaangażowała się w ocalanie dawnego świata od zapomnienia, między innymi poprzez swoją poezję. Wydała pani wiele tomików wierszy. Skąd wzięła się miłość do wyrażania w ten sposób siebie i góralszczyzny?

Poezją zainspirowała mnie moja mama. To było jej niespełnione marzenie. Pierwsze wiersze układałyśmy razem, kiedy miałam osiem lat. Potem była bardzo długa przerwa. Aż do1986 roku, kiedy to Piwnicznej nadawano Krzyż Walecznych. Wtedy napisałam gwarą wiersz o naszym mieście pod tytułem „Pośli corni górole na wojne”. Po tym epizodzie poczułam jakieś wewnętrzne przynaglenie, że muszę dalej pisać, że poezja będzie dopełnieniem w moim życiu. I tak jest do tej pory.
Portret Wandy Łomnickiej-Dulak. Autor K. Łomnicka
Trafiłam do polonistów z miejscowej szkoły podstawowej – Marii i Eugeniusza Lebdowiczów, którzy pomogli mi rozwinąć umiejętności pisarskie. Wiele im zawdzięczam, w dużym stopniu ukształtowali mój poetycki styl i sposób myślenia. Spędziłam u nich wiele wieczorów na konsultacjach. I dzięki temu udało się wydać w 1993 roku pierwszy tomik wierszy: „Modlą się ze mną łąki”.

Kiedy pani zazwyczaj chwyta za pióro?

To czasem impuls, a czasem chwila refleksji. W poezji można wyrazić jakąś myśl, spostrzeżenie, czego nie da się zrobić w zwykłej rozmowie. Na przykład stan duszy. Metaforami można to zobrazować i nadać przekazowi uniwersalność. Kiedyś napisałam wiersz o swojej babci. Gdy go odczytałam na jednym ze spotkań autorskich, podeszła do mnie pani mówiąc, że odebrała go bardzo osobiście, jakby to było z jej rodzinnego podwórka. Wtedy sobie uświadomiłam, że poezja jest językiem uniwersalnym i może być komuś potrzebna. Nie tylko mnie.

A który ze swoich wierszy darzy pani szczególnym sentymentem?

O dziadkowym serdaku. Kiedy zmarł mój dziadek Józek, który był góralskim gazdą, bardzo to przeżyłam. Ale trudno mi było o tym mówić wprost, postanowiłam to wyrazić wierszem. Motywem przewodnim była część dziadkowej odzieży – serdak, który mu służył całe życie. Przeniosłam swoją tęsknotę na tę rzecz i tak pożegnałam się z dziadkiem.

Poezja rodzi się z miłości lub dojmującej tęsknoty. Dlatego mam mało wierszy wesołych, radosnych, a więcej takich lirycznych.

Wyjątkowym zadaniem, a zarazem bardzo wymagającym musiało być dla pani napisanie słów „Krakowiaka Sądeckiego”, który śpiewano Janowi Pawłowi II w czerwcu 1999 roku podczas wizyty w Starym Sączu. Wtedy to papież Polak kanonizował księżną Kingę, założycielkę starosądeckiego Klasztoru Klarysek. Jak pani wspomina ten czas?

To była moja najpiękniejsza przygoda w życiu. Edward Grucela, będący wówczas w zespole przygotowującym oprawę wizyty Ojca Świętego, powiedział mi któregoś dnia, że trzeba przygotować coś wyjątkowego, co odda góralskość, przywiązanie do ziemi, na której mieszkamy od pokoleń. Nie ulegało wątpliwości, że muszą to być słowa do powszechnie znanej melodii krakowiaka, którą śpiewa się przy ważnych uroczystościach, na przykład na weselu.

Chodzą po śladach Jana Pawła II, niczym po jego relikwiach

Święty na mszy opowiadał, jak z Prehyby zjeżdżał na nartach.

zobacz więcej
Kiedy uświadomiłam sobie, czego mam się podjąć, dostałam gęsiej skórki. Miałam ogromną obawę, czy podołam, bo w niewielu słowach trzeba było wyrazić bardzo wiele. Wtedy poszły w ruch modlitwy mojej mamy, wezwania do Ducha Świętego i zaczęłam słowa od tego cudownego powiewu – Duch Święty to taki wiatr, który wieje gdzie chce.

Kiedy Ojciec Święty przyjechał do Starego Sącza to była wielka radość i wzruszenie. Szczególnie, gdy krakowiaka zaśpiewało mu na powitanie, od serca, kilkuset górali w asyście muzykantów. To wspomnienie zostanie mi do końca życia.

Jan Paweł II był taki bardzo pobożny, maryjny. Uzmysłowił nam, że pomimo swoich słabości, możemy starać się zostać świętymi. Mówił, że jesteśmy tyle warci, ile możemy zrobić dobrego dla innych. To był taki nasz człowiek. Podczas wizyty wspominał swoje wędrówki górskie. Między innymi szczyt Dzwonkówkę, na której też kiedyś byłam. Zapamiętał to miejsc, mimo tylu spraw na głowie!

Potem jeszcze trzy razy byłam w Rzymie. Na jednej z audiencji, w roku 2001, miałam okazję być blisko Ojca Świętego. Wygrałam wówczas konkurs na list do papieża, ogłoszony przez Centrum Kultury Katolickiej „Wiatrak” w Bydgoszczy pod hasłem „Ojcze Święty – wstąpiłem w III tysiąclecie”. Nagrodą był wyjazd do Watykanu i możliwość osobistego wręczenia tego listu naszemu wielkiemu rodakowi. Ceremonia miała miejsce na placu św. Piotra, ja byłam ubrana w strój regionalny, na co papież zwrócił szczególną uwagę. Zobaczyłam jego wzrok, taki niesłychanie błękitny, choć nawet nie pamiętam jaki miał kolor oczu. Kiedy spojrzał na mnie, poczułam ogromne ciepło, które się we mnie wlewało. Zdałam sobie sprawę, że klęczałam u stóp świętego człowieka. Wróciłam do domu zupełnie odmieniona. Gdy zmarł, napisałam na jego cześć również krakowiaka – pożegnalnego.


Pisze pani polszczyzną literacką, ale też – a może przede wszystkim – w gwarze górali nadpopradzkich. Jest pani też autorką dwóch słowników gwarowych „Matusine słówecka” i „Nadpopradzka dawność – gwara i kultura górali z okolic Piwnicznej”. Co jest takiego niezwykłego w tym dawnym języku?
Mama zwracała na to szczególną uwagę. Po powrocie ze szkoły do domu zmieniałam język literacki na gwarę. Człowiek się nie wstydził, że tak mówi, było to całkiem normalne – takie zaszczepiono nam wartości. I ten zasób słów pozostał we mnie do tej pory. Bo tak naprawdę trudno się nauczyć gwary od podstaw, wymowa jest dość skomplikowana.

Pierwsza zaczęła używać tej gwary w poezji piwniczańska poetka Krystyna Dulak-Kulej. W 1985 r. opublikowała swój pierwszy tomik pt. „Nadpopradzie”, za który otrzymała nagrodę im. Stanisława Piętaka, przyznawaną za najlepszy debiut roku. Dzięki temu, że ona się odważyła tak pisać, to i ja postanowiłam pójść w jej ślady. To się czuje, że niektóre stany można wyrazić tylko językiem gwarowym. Szczególnie, kiedy opisuje się dawne życie, bliskie góralskości, tym krajobrazom. Gwarą można oddać niepowtarzalny obraz starego domu w górach, jakiejś hali, czy gazdów.

W gwarze piękna jest melodia, rytmiczność oraz skoczność. U nas na przykład nie zachował się akcent inicjalny, tak jak to jest u górali podhalańskich, którzy akcentują pierwszą sylabę. Gwara jest zróżnicowana, mówiło się, że co wieś to pieśń. Pojawiają się w niej słowa zaczerpnięte z języka łemkowskiego, rumuńskiego, niemieckiego i węgierskiego. Czasem są takie wyrażenia, które zastąpią wiele słów w języku literackim, jak choćby wynurcić. To oznacza, że płynący strumień może zrobić otwór, dołek, czy taką dolinkę w drodze. A tu jedno słowo mówi o tym wszystkim. Podobają mi się słowa gwarowe, które dają obraz pewnego stanu psychicznego. Na przykład banuwać, czyli tęsknić. To nie jest jednak taka zwykła tęsknota, ale bardziej rozległa, dojmująca.

Starsi ludzie mówią nadal gwarą, ale ona powoli zanika. Jest teraz przemieszana, z powodu kontaktu z mediami pojawi się w niej dużo obcych słów. Ja, tak jak zespół Dolina Popradu, którego jestem członkiem od 1988 roku, staramy się ją ocalić od zapomnienia. Przypominamy dawny język w pieśniach czy w widowiskach.

Czarne, z biskupką na głowie, agresywne i chowają się po krzakach. A rządzą góralami

Mają się coraz lepiej, tak jak wciąż popularne wierzenia magiczne, choćby rzucanie uroków czy trzymanie sznura wisielca.

zobacz więcej
Zespół regionalny Dolina Popradu pielęgnuje folklor górali nadpopradzkich zwanych potocznie czarnymi góralami. Co ich wyróżnia z innych mieszkańców gór?

Ta grupa górali zamieszkiwała wschodnią część Beskidu Sadeckiego. Od północy graniczyli z Lachami Sądeckimi, od wschodu i południowego wschodu – z Łemkami (do 1947 r.), od południa, poprzez granicę państwową z Rusnakami na słowackim Spiszu, od południowego zachodu, poprzez masyw Radziejowej – ze wsiami Rusi Szlachtowskiej (do 1947 r.), a od zachodu z subregionem jazowsko-obidzkim Górali Łąckich.

Kiedyś zajmowali się głównie rolnictwem, hodowlą zwierząt ¬– głównie pasaniem owiec, a także eksploatacją lasu oraz rzemiosłem. To, co ich wyróżnia, to tradycyjny strój.

Mężczyźni nosili niegdyś samodziałowe, białe, lniane koszule, które chowano do sukiennych spodni chołośni (to nazwa łemkowska). Tradycyjnym wierzchnim okryciem była niezbyt długa, sięgająca do połowy ud gunia (gurmanka) z domowego sukna, rozszerzana na biodrach klinami; przy szyi miała niską stójkę. Filcowe, czarne kapelusze starsi gospodarze opasywali czarną wstążką, młodzi nosili otoczone grubym wełnianym sznurkiem w kolorze czerwonym. Jako obuwie powszechne były skórzane kurpiele (kierpce) z długimi nawłokami (sznurkami), owijanymi na wierzchu chołośni, powyżej kostki.

Odświętne koszule kobiece szyto z cienkiego płótna lnianego; przy szyi i mankietach miały marszczoną kryzkę, niekiedy zdobiono je skromnym haftem. Panny i młode mężatki nosiły gorsety, a kobiety dojrzałe – katanki, czyli obcisłe kaftaniki z jednobarwnej cienkiej wełenki. Najpopularniejszymi, długo noszonymi spódnicami były tzw. błąkiciory (farbanice), szyte z domowego płótna drukowanego ręcznie i farbowanego na intensywnie niebieski lub granatowy kolor, w drobne, białe lub biało-niebieskie wzory. Były one długie niemal do kostek, bardzo szerokie, suto marszczone w pasie. Na głowach noszono chustki wiązane pod szyją; panny nie miały obowiązku przykrywania włosów. Cenną ozdobą kobiecego stroju były czerwone lub ciemnoróżowe prawdziwe korale.

Kiedyś elementy strojów górali nadpopradzkich były jasne, później pojawiły się ciemne kolory sukna. I tak narodziła się potoczna nazwa „Czarni Górale”. Sukno robione było z wełny ze strzyżenia czarnych owiec. Owca w pierwszym roku jest czarna, później zaczyna troszkę jaśnieć. Aż do takiego siwego. Stąd brały się różne odcienie tej wełny.
Dla zespołu pisze pani scenariusze i współreżyseruje prezentowane widowiska związane z kulturą swojej ojcowizny. Jakie dawne obrzędy, zwyczaje prezentujecie?

Zespół założony w 1965 roku przez grupę nauczycieli, zbieraczy folkloru – Edwarda Grucelę, Eugeniusza Lebdowicza, Mieczysława Łomnickiego oraz długoletniego kierownika Edwarda Grucelę – prezentuje region rytersko-piwniczański. Na jego repertuar składają się: pieśni o nucie rzewnej, tęsknej, śpiewane kiedyś przy pasaniu bydła czy owiec, ale bywają też pieśni rytmiczne do tańca, żartobliwe przyśpiewki śpiewane w karczmie, na weselu. Tańce najczęściej są zespołowe, jak: paw, pijowecka, hanok, polka bez stołek, polka wściekła, czyli bardzo szybka, obrotowa, albo madziar czy obyrtany. Bywają też tańce wykonywane przez pojedyncze pary, jak np. zamiatany, śtajerek, polka na ławie. W muzyce zaś można zauważyć wpływy węgierskie, ale też z Łemkowszczyzny czy ze Spisza Słowackiego.

Pokazujemy dawne obrzędy świąteczne, lecz również zwyczaje związane z pracą na gospodarstwie. W 2015 roku robiliśmy taki program „Młocka na galasiorce”, czyli na maszynie na ręczne korby, która obecnie już się nie zachowała. Jest pokazana nie tylko praca, ale też to, co działo się później. Mimo zmęczenia, górale po zakończonej pracy się spotykali i tańczyli oraz śpiewali. W ten sposób chcieli podziękować sobie za ten trud. Był też taki zwyczaj wspólnego przygotowywania drewna na zimę. Tak zwane rżniątki. Schodzono się do jednego domu i pomagano gospodarzowi przy gromadzeniu drewna, następnego dnia pracę wykonywano u kolejnego gospodarza.

Przypominamy też dawne zwyczaje religijne. Niektóre z nich do tej pory się zachowały. Święcimy na przykład jabłko na św. Błażeja, aby nie bolało gardło. Poświęconą palmę umieszcza się pod pierwszą skibą na polu czy okadza się nią bydło przed wypędzeniem na pastwisko. Poświęca się też zioła, które są później wykorzystywane jako lekarstwo.

A zachowały się jakieś przesądy, zabobony?

Nadal wierzy się w uroki, czyli w złe spojrzenie, które może wywołać u ludzi czy zwierząt gospodarskich chorobę, a czasem nawet śmierć. Ja w to osobiście też wierzę, choć uważam, że sposób walki z tym zjawiskiem jest zabobonny. Na przykład kiedyś po takim złym spojrzeniu pluło się w ręce i przecierało się nimi nad oczami. Topiło się też węgielki w gorącej wodzie i potem się ją wypijało albo się nią obmywało. To był cały rytuał. Ja jednak uważam, że na uroki najlepsza jest modlitwa.

Szeptuchy odwracają uroki, huculskie voodoo zabija wiedźmy

Znam mnóstwo zaklęć, więc znajomi czasami proszą mnie o pomoc. Jedna koleżanka powiedziała, że dzięki mnie zaszła w ciążę – opowiada etnolog badająca magię ludową.

zobacz więcej
Kiedyś pani powiedziała, że „ocala swoim działaniem nadpopradzką dawność w najlepszej jej cząstce”. Co jest tą cząstką?

To jest ten wspomniany honor góralski, ta odrębność i zarazem wspólnota między ludźmi. Chcę przekonać ludzi, że kultura góralska nie jest prymitywna, tylko piękna, prostolinijna, niepowtarzalna. W tej prostocie jest głębia. Słuchając wywodów starszych ludzi nie mogę się nadziwić ich dojrzałości w myśleniu, mądrości życiowej. Trudne życie dało im najlepsze wykształcenie. Nie potrzebowali do tego uniwersytetów.

Chciałam jednak zaznaczyć, że w ocalanie dawności jest zaangażowanych naprawdę wielu ludzi i instytucji. Sam jeden człowiek nie podoła zatrzymaniu tej rwącej rzeki czasu. To także nieoceniona rola zespołu Dolina Popradu. W ciągu 56 lat jego istnienia, zespół i kapelę oraz zarząd tworzyło prawie 500 osób, z wielkim sercem przenoszących ponad czasem dawność. Były tysiące godzin prób, litry wylanego potu, rozsiane podczas występów po całej Polsce i Europie. Tego się nie da wyrazić słowami. Ocalania dawności uczyłam się od mistrzów: panów Lebdowicza i Gruceli, a potem ogromnie pomagał mi w tym nieodżałowany Darek Rzeźnik, kierownik zespołu w latach 2009 – 2017. Poza tym ogromny jest w tym udział ludzi, gazdów, kumosek dzielących się wiedzą, tak pięknie opowiadających o swoim niełatwym życiu. Oni są dla mnie jak rodzina. Naprawdę dziękuję Bogu, że w ciągu tych 35 lat mojej twórczej działalności spotkałam tak wielu dobrych, serdecznych ludzi. Bóg mi codziennie pomagał ich rękami i sercami. Ten wielki tłum wędruje codziennie w moich myślach, czasem kogoś z nich zatrzymuję w słowach wiersza.

Mam też ogromne wsparcie w rodzinie. Mąż Antoni ilustruje mi tomiki poezji, siostra bliźniaczka, Zosia, pomagała mi przy słowniku. Rodzicie mi też dopingowali i pomagali. Gdyby nie rodzina, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem.

W wierszach próbuję też ocalać nastrój krajobrazu. Bardzo cenię poetów piszących o górach, myślę, że ma to źródło także w lekcjach języka polskiego, prowadzonych w średniej szkole w Marcinkowicach przez wspaniałego polonistę Józefa Gościeja, który tak pięknie opowiadał nam np. o Grupie Tylicz i potrafił obudzić w młodych ludziach miłość do poezji.

Czego możemy nauczyć się od górali?

Na pewno akceptacji życia, takiej zwykłej radości na co dzień, cieszenia się z rzeczy małych, umiejętności powiedzenia sobie: „Stój, przyhamuj, zacznij delektować się chwilą”. Cytując klasyka: „Chwilo trwaj”. Starsi górale potrafili celebrować każdy moment swojego życia. Całym sercem. Dzięki temu byli głębsi. A my z powodu szybkiego tempa życia przelatujemy nad tym wszystkim. Nie zastanawiamy się nad wieloma rzeczami, szukamy czegoś wartościowego gdzieś daleko. A może być blisko nas. Chcemy za dużo przeżyć. Przez to te przeżycia są bardziej powierzchowne.
Wanda Łomnicka-Dulak z mężem Antonim w Tatrach pod Małą Wysoką. Fot. arch. WŁD
Można też nauczyć się głębokiej wiary i zaufania Bogu. Wśród pieśni zbieranych przez nas przez lata ogromnie dużo było nabożnych. Ta wyśpiewana modlitwa towarzyszyła góralom od urodzenia po śmierć. Dzień zaczynali „Godzinkami”, śpiewanymi z pamięci przy porannych czynnościach. Kiedyś starsza kobieta zaśpiewała nam 56 zwrotek pieśni „Gdy Najświętsza Panienka”! Takie były, pełne wiary i miłości, ich opowieści.

Często pada u górali takie zdanie: „Kiedyś było biednie, ale za to weselej”. Wiadomo, że trzeba dążyć do poprawy jakości życia, ale czy koniecznie musimy gromadzić aż tyle rzeczy wokół nas? Później się okazuje, że przestają nas cieszyć. Stają się zbędnymi bibelotami. A myśmy się tak starali o to wszystko, tracąc przy tym bezcenny czas.

A co pani osobiście wzięła góralskiego dla siebie?

Dzięki kontaktowi ze starszymi ludźmi mam ogromny szacunek dla dawności. Zrozumiałam, że trzeba mieć wszystko w życiu poukładane i opierać się na swoich korzeniach, na tym, co kształtowało nas przez wiele lat. I umieć to pogodzić z teraźniejszością i przyszłością. Wtedy możemy funkcjonować w tym niespokojnym świecie w miarę spokojnie. Bo jeśli mamy w sobie stałość, stabilność, to wielki wiatr nas nie przewróci. A jeśli o tym zapomnimy, czy tego się wyrzekniemy, będziemy zachowywać się jak chorągiewka na wietrze: w zależności od tego, w którą stronę wiatr zawieje, będziemy zmieniali poglądy, swoje myślenie. Wtedy na pewno nie będziemy szczęśliwi.

Piwniczna to pani ukochane miejsce na ziemi?

Jest takim umiłowanym dla mnie krajobrazem. Kiedyś lubiłam chodzić po Tatrach, bo tam jest przestrzeń, wolność, możliwość sprawdzenia siebie, ale ta moja sądecka ojcowizna jest dla mnie szczególna. Kocham te pofałdowanie pagórki, świerki, które wystają ponad horyzont.

Ta ziemia ma swój smak. Trzeba się nią delektować jak łąką w maju. Za oknem mam widok na szczyt Niemcowa, ale także na górskie domki. W jednym z nich mieszkała babcia Nowakowa, którą nazywano królową gór. Czuję łączność z tymi pokoleniami, które znałam, a które już odeszły z tego świata. Mimo, że byłam w wielu pięknym zakątkach świata, to nie potrafiłabym gdzie indziej żyć, jak tylko tutaj. Tu czuję się pewnie. W górach nie pobłądzę, w mieście natomiast tak.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

U żródeł ukochanego Popradu nad Hinczowym Stawem (Tatry Słowackie). Fot M.J.Wachowicz, archiwum WŁD
Wanda Łomnicka-Dulak – poetka, regionalistka, animatorka kultury, autorka widowisk. Członkini zespołu redakcyjnego miesięcznika „Znad Popradu” oraz Klubu, a następnie Grupy Literackiej „Sądecczyzna”. Pisze w języku literackim i w gwarze górali nadpopradzkich. Debiutowała w 1987 roku. Rok później wstąpiła do Stowarzyszenia Twórców Ludowych, a od 1994 należy do Związku Literatów Polskich.

Od 1988 r. członkini Zespołu Regionalnego „Dolina Popradu” , który w programach korzysta z jej wierszy. Opracowane przez nią widowiska zostały nagrodzone m.in. Złotą Ciupagą na Międzynarodowym Festiwalu Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem (2011 i 2015) i Złotym Sercem na Festiwalu Górali Polskich w Żywcu (2013 i 2015).

Autorka wstępów do kilku tomików poetów sądeckich. Jest współorganizatorką cyklicznych Międzynarodowych Spotkań Poetów Wrzosowisko w Piwnicznej oraz współredaktorem trójjęzycznej antologii wybranych utworów poetów gór Łemków, Słowaków i Polaków „W liliowej ciszy”, a także autorką przekładu z języka łemkowskiego na polski tomiku wierszy Petra Murianki, najwybitniejszego poety współczesnej Łemkowszczyzny.

Wydała słownik gwary i leksykon kultury górali nadpopradzkich i nadal gromadzi terminy gwarowe oraz opisy góralskiej obyczajowości.

Laureatka Nagrody Ministra Kultury i Sztuki im. Oskara Kolberga za zasługi dla kultury ludowej (1999), Brązowego Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2014) przyznanego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Nagrody im. ks. prof. B. Kumora w kategorii Sądecki Autor (2013) oraz Nagrody im. Władysława Orkana (2009), Nagrody im. Romana Reifussa (2019) i innych.

Publikacje książkowe:

Modlą się ze mną łąki (wiersze) Piwniczna 1993
Śladem serdecznym (wiersze ) Piwniczna 1993
Ścieżką zachodzącego słońca (wiersze) Lublin 1994 STL
Po niewidzialnej stronie tęczy (Wiersze) Nowy Sącz 1996 SOW
W królestwie buków (wiersze). Kraków 1999 ST KKAL
Pieniny Barwy gór. (album) WiT Piwniczna 2003
Zielonej łaski pełne (wiersze) Nowy Sącz 2003
Poezja gór (wiersze) Opole 2004
Wszystkie pory świtu (wiersze) Opole 2005
Rytro w koronie gór (album) Rytro 2005
Matusine słówecka (słownik gwary górali nadpopradzkich) Stary Sącz 2005
z dotacji Starostwa Powiatowego w Nowym Sączu
Płyta Audio i MP 3 ze słownikiem Matusine słóweczka, Stary Sącz 2008 z dotacji Starostwa Powiatowego w Nowym Sączu
CHOIX DES POEMES (wiersze) Konsulat General de Polotne a Lille 2007
Beskid Sądecki. Barwy gór (album) WiT Piwniczna 2008
Nieszpory katyńskie (wiersze) Opole 2010 i II wydanie Opole 2014
Z BIBLII GÓR (wiersze) Piwniczna 2010
Piwniczna i Sądecczyzna 1939-1945 (album) Piwniczna-Zdrój 2010
Tędy przechodził Piotr (album) Piwniczna-Zdrój 2011
Kraina Popradem opasana (album) Piwniczna-Zdrój 2012
Na skraju minionego czasu (album) Piwniczna-Zdrój 2012
Nadpopradzki krajobraz wspomnień (album), Piwniczna Zdrój 2015
Na mapie serca.99 wierszy (wiersze – wybór), Kraków 2016
W kalejdoskopie dziejów i krajobrazów (album), Piwniczna Zdrój 2018
Nadpopradzka dawność. Gwara i kultura górali z okolic Piwnicznej (leksykon), Nowy Sącz 2018
Nasze dziedzictwo. Cztery pory roku w Gminie Łącko (album), Łącko 2019
Modlą się góry (wiersze religijne – wybór) Kraków 2019

Za: https://zlp-krakow.pl
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Półkopek był srebrny, tymf mało warty, a złotym płacimy od 1924
Bank Polski powstał jako instytucja prywatna, niezależna od administracji państwowej. Historia pieniądza i bankowości.
Rozmowy Najnowsze wydanie
U nas inwencja reżysera sprowadza się do wywołania skandalu
Antoni Libera: Wielka literatura nie polega na choćby najcelniejszej myśli czy prognozie. Polega na pięknie.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Alergie wypełniły niszę zwolnioną przez choroby zakaźne
To cena płacona za „westernizację” modelu życia. Nie mamy gdzie nauczyć się, „kto swój, a kto wróg”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Czym cap odstraszał zarazę?
Wszystko leczyło laudanum, czyli opium zmieszane z winem w wersji dla kobiet, lub z wódką – dla panów.
Rozmowy wydanie 23.04.2021 – 30.04.2021
Słowo „Narwik” mówi więcej Polakowi niż mieszkańcowi Oslo
Norwegia w II wojnie została porzucona przez aliantów, tak jak Polska. Największą hańbą Brytyjczyków było utrzymywanie w sekrecie, że będą się ewakuować.