Felietony

Co potrafią absolwenci przedszkoli z wykładowym angielskim?

Czy to, co się z nami dzieje, musi się nazywać lockdownem? Czy zamykanie czegoś, a czasem i kogoś gdzieś jest dla polszczyzny tak nowym zjawiskiem, że musi być powiedziane po angielsku?

Na początku pandemii, ponad rok temu ktoś nieśmiało wspomniał o zamykaniu, ale prędko schował się do mysiej dziury. „Lockdown” – mówi cała prasa, telewizje, internet, radio i politycy rządzący i opozycyjni.

Stary, polski snobizm słabszych i niepewnych kłania się „wyższej” kulturze i językowi. No bo, jak pisał Aleksander Fredro w „Cudzoziemszczyźnie” :

„Tak, charmant! przypominam sobie.
O, zaraz w moich drogach taki podział zrobię!
Przecie zimą czy latem, czy polem czy lasem,
Miło, angielską milą przejechać się czasem.”

Mówiący to Radost właśnie usłyszał, że angielskie mile mają inną długość niż polskie i postanowił wymierzyć swe dobra w milach angielskich. Oczywiście to, co mówi, inkrustuje zawsze wyrazami francuskimi. Fredro z takich ludzi kpił, a francuski musiał znać dobrze, bo służył w sztabach dwóch marszałków napoleońskich. Czy współcześni heroldowie angielszczyzny w polszczyźnie znają dobrze angielski? Gdyby znali (a przy okazji polski), to sami sobie wydawać by się musieli śmieszni.

Stara, XVIII-wieczna wojna fraka z kontuszem ma nową odsłonę, tylko że teraz nie chodzi o francuski, ale istota sporu jest ta sama, a inwazja cudzoziemszczyzny, nie tylko w języku, ma szerszy charakter. Nie obejmuje jak dawniej elit, tylko wszystko i wszystkich.

Makaronizowanie anglicyzmami

Język ewoluuje i zawsze zapożycza z innych języków. To zrozumiałe, gdy do kraju, gdzie dany język panuje, przychodzą nowe zjawiska i rzeczy, dawniej tu nieznane. Kiedy na Wyspach Brytyjskich nazwano pewien, nieznany uprzednio w Polsce, pojazd tramwajem (tramway), polszczyzna to przyjęła nawet bez zmiany terminu. Tak się stało z setkami wynalazków technicznych i zjawisk społecznych.

Jednak ktoś gdzieś u progu niepodległości pomyślał i nazwał „tank” „czołgiem”, niemiecki „automobil” „samochodem”, a francuski „trotuar” „chodnikiem”. Na taką inwencje, jak w przypadku czołgu, nie zawsze starczyło czasu i energii, wtedy obrona języka polegała na dosłownym tłumaczeniu. Kalki językowe są jakąś obroną, przynajmniej obce słowa się tłumaczy. Jak przedwojenne „skyscraper” na „drapacz chmur”, obecne „towers” na „wieże”. Ale po co tłumaczyć?
Destynacja do odpowiedniego resortu - w czasie wakacji jak znalazł. Na zdjęciu: bułgarska plaża po sezonie 2020. Fot. PAP/Łukasz Gągulski
Dziś zapraszani jesteśmy na eventy, nasze dokumenty leżą w działach HR (od Human Resources), a pracując na komputerze, wrzucamy kontenty na walla albo wieszamy w openspejsie na bordzie. Fajna praca nie będzie nas trigerować (wywoływać silne negatywne emocje). Przy okazji: fajna nie przyszła z angielskiego fine, a wcześniej z jidisz, przynajmniej było bliżej. Gdy już zarobimy na wakacje, to biuro podróży znajdzie coś dedykowanego specjalnie dla nas i wyznaczy destynację do odpowiedniego resortu, tego starannie dedykowanego. Biuro podróży zabukuje nam bilety na samolot i hotel we wspomnianym resorcie. Bankując, opłacimy to wszystko, no i na lotnisku nie będziemy musieli się sami sczekować (check out) na liście pasażerów, bo jesteśmy zaopiekowani (cared for).

Nie wiadomo, co gorsze: słowa angielskie w polskich zdaniach w oryginalnym brzmieniu, czy spolszczone z polskimi końcówkami i odmianą – no i jak to zapisywać?

Wrażliwość językowa to cecha indywidualna, mnie szokuje (kalka już dość stara) tworzenie polskich rzeczowników odczasownikowych według angielskiej zasady tworzenia form gerund. Kiedy uprawiamy plażing, to nie obcy nam także parawaning, a już jesienią trzeba będzie iść na grobing pierwszego listopada. Powszechny shopping to przynajmniej obce słowo w oryginale, gdzie mu tam do parawaningu.

Wszystkie słowa na „wy...”

Wśród sformułowań roku na świecie znalazło się „BC” jako czas „before Covid”. Koronawirusowi raźnie towarzyszy bakcyl słowotwórstwa.

zobacz więcej
Nie postuluję na przykład, by kobiety przestały robić makeup, zastępując to staropolskim (słowo francuskie, ma ze sto lat) makijażem, bo to nie argument, ale te końcówki „– ing” przy polskich słowach...

Te przykłady pochodzą ze stron internetowych obsługiwanych przez millenialsów i boomersi jeszcze tak nie mówią. Mówią za to lockdown, fake news i hejt. Z bezradności wobec rzekomej nowości tych zjawisk polskiemu doświadczeniu.

W polskich gazetach, jak historia długa, nikt nie kłamał i nie drukował fałszerstw ani fałszywych wiadomości (kalka). Nic takiego się nie działo także w polskim radiu i telewizji przynajmniej do czasu, kiedy runęła żelazna kurtyna i naprawdę znane zjawiska zaczęto nazywać po angielsku, spowijając je nieodpartym urokiem pseudonowości.

Nienawiść jest stara, jak ludzkość, ale hejt (hate) przyszedł do nas wraz z internetem. Obmowa to takie staroświeckie, to znaczy raczej oldskulowe (old school), a nienawiść ma tak szerokie znaczenie, ale gdy wszystko związane z nienawiścią upchniemy do internetu, to już jest to hejt – rzecz nigdy nieznana, dlatego wymaga nazwania obcym słowem, co było do udowodnienia. Hejt uprawiają hejterzy – precz z oldskulowymi nienawistnikami! – którzy hejtują.

W zamierzchłych czasach wczesnej młodości mój nauczyciel angielskiego podawał przykład, jak się mówi na Jackowie czy Greenpoincie: „Na kornerze nasi chłopcy się fajtujom”. To była przestroga, by nie mieszać języków. Ale to, co groziło niewykształconym, nie znającym dobrze literackiego polskiego i mającym ograniczony, przez najprostsze prace, kontakt z angielskim emigrantom za chlebem, nie zagraża przecież wykształconym Polakom. Mój nauczyciel nie był wtedy najmłodszy i być może nie dożył powszechnego hejtowania.
W 1969 roku po Warszawie jeździły fury nie tylko z węglem. Fot. PAP/Boleslaw Miedza
A jak to brzmi – „hejta!” krzyczał woźnica do konia, kiedy chciał skręcić w prawo. Jeszcze w latach 60. XX wieku fury z węglem, jak w filmach Barei, jeździły po Warszawie i może jeszcze gdzieś w powietrzu pomiędzy domami pobrzmiewa echo tych okrzyków.

Bezbronny wobec anglicyzmów jest lud z braku narzędzi językowych i bezbronne są elity, ale na ochotnika, bo narzędzia mają, lecz z nich nie korzystają. Jedni i drudzy niedojrzale pozują na bycie kimś niby lepszym.

Makaronizowana anglicyzmami polszczyzna jest zaborcza i potrafi zmieniać nawet znaczenie czysto polskich słów. We wbijających się w podświadomość regułach pongliszu (trzeba by wielką literą, jak English?) słowo „dokładnie” nie znaczy „precyzyjnie”, a potwierdza coś z dodatnim ładunkiem emocjonalnym, jak angielskie „exactly”. Wspomniane dedykowanie i destynacja, nie mówiąc o resorcie, istniały w języku polskim z całkiem innym znaczeniem.

Kuźniami pongliszu są korporacje z organizacją pracy sformowaną za granicą najczęściej po angielsku. To, że kiedyś były urzędy i biura robiące mniej więcej to samo, co precyzyjnie opisywał język polski, nie ma znaczenia. „Miło angielską milą przejechać się czasem” i tyle. Większość tych osiągnięć językowych nie wychodzi poza biurowce, ale spytany towarzysko korpoludek, chętnie powie, czym się zajmuje. Na przykład ewaulacją profesjonalnych kołczów albo że po prostu pracuje w kontrolingu.

Jessiki, Sandry i Angeliki po polsku tylko ze służbą

Jako przestroga przed tym, co nas może czekać, niech posłużą dzieła pamiętnikarstwa, jakkolwiek by było polskiego, z XVII i XVIII wieku. U Jana Chryzostoma Paska bywają strony, gdzie nie trzeba sięgać po słownik łacińsko – polski, u Jędrzeja Kitowicza tych stron jest może nieco więcej, u Kazimierza Sarneckiego każdy z wpisów do jego „Diariusza” wymaga słownika. Tak pisała szlachta wykształcona w konwiktach jezuickich, pokazując, że nie na darmo dobrzy ojcowie na ich sempiternach przez kilka lat rózgi łamali, a nabyta w ten sposób uczoność nie może być trzymana pod korcem.

To, co Sarmaci osiągnęli w okresie baroku, w XIX wieku osiągnęła cała Europa łącznie z Rosją. Lew Tołstoj w „Wojnie i pokoju” opisuje, że kiedy Napoleon zaczął zbliżać się do Moskwy, wykwintne towarzystwo zdało sobie sprawę, że powinno przejść z francuskiego na rosyjski. Wymagał tego elementarny patriotyzm. Cóż z tego skoro „ja po rosyjsku dotąd tylko ze służbą” mówił jeden z salonowych bywalców, ujawniając nie tylko swój kłopot. Arystokraci obstawieni od dzieciństwa guwernantkami nawet z maman i père mówili w domu częściowo po francusku, nie wspominając już o lepszych gościach. Jak tu się teraz wypowiedzieć?
Bohaterowie Lwa Tołstoja (tu ilustracja do „Wojny i Pokoju” do wydania z 1912 roku) nie tylko mówili po francusku, ale i byli zanurzeni we francuskiej kulturze. Fot. DeAgostini/Getty Images
Nawiasem mówiąc Francja, pamiętna swej dawnej potęgi kulturalnej, w 2004 roku uchwaliła ustawę o ochronie języka francuskiego i tam nie mówi się i nie pisze „lockdown” (ale „confinement"), bo obce słowo zanim wejdzie w oficjalny obieg, musi uzyskać pozwolenie oparte o opinie językoznawców. Francuzi jeszcze przed uchwaleniem owej ustawy, po swojemu nazwali nawet komputer (l'ordinateur), co w globalistycznie nastawionej Europie uważane jest za pretensjonalne dziwactwo i drażniące zadzieranie nosa (nawiasem mówiąc także Czesi i Słowacy na to urządzenie mają własną nazwę - počítač).

Pod względem edukacyjnym obecnie miliony mają prawie takie możliwości, jak kiedyś państwo w pałacach. Kiedy Jessiki, Oliwie, Sandry i Angeliki poślą swoje dzieci, które powiły w związkach z Najdżelami, Brajanami i Kewinami, do przedszkoli z „wykładowym” angielskim, to one po jakimś czasie będą po polsku tylko ze służbą, czyli całą resztą. Przesada, oczywiście. Mało kogo stać na native speakera w domowym nauczaniu. Młodzieży pozostanie podobne wykorzenienie z rodzimej kultury, jednak bez takiego zakorzeniania w angielskości, czy raczej amerykańskości, jak postaci hrabiego Tołstoja w kulturze francuskiej. Zamiast coś za coś będzie porzucona swojskość na rzecz mglistej, bezkształtnej globalizacji.

That's the point

Millenialsi, którzy są obecnie na studiach abgrejdują tam kejsy, a lukając w swoje agendy, mogą wylistować, co jest tam randomowe, a co nie. Będąc cool (może kul?) i trendy, ma się szansę na opinię debeściaka (the best) wśród frendów i osób uczących. Lajk (like w znaczeniu „jak”) zawsze bywało w młodości na studiach.

Nie ręczę, że oni tak mówią na zajęciach, na pewno tak mówią i piszą o swoich studiach po zajęciach oraz o pierwszych doświadczeniach zawodowych.

Dlaczego nie lecą z nami pan i pani? Nowy język i nowy świat

Na polu językowo-genderowym wiele może nas czekać.

zobacz więcej
Językoznawcy są spokojni. Profesor Jan Miodek w wywiadzie dla Wirtualnej Polski: Nie ma słów niepotrzebnych językowi. W tym sensie jestem i za „wow”, i za „super”, i za „ekstra”, czy za „odjazdem”, „odlotem”, „cool” i „jazzy”. Całe zło zaczyna się w momencie, gdy ktoś, uczepiwszy się takiego modnego słowa, rezygnuje z całego wachlarza konstrukcji wariantywnych.

Czyli akceptacja warunkowa nawet „wow”, bo językowi potrzebne są ekspresywizmy. Czy takie naśladujące szczekanie psa – w angielskim „wow! Wow!” – to nasze „hau! hau!”. Skoro taka ekspresja nie przeszkadza samym Amerykanom, to nam tym bardziej nie powinna.

O tym, że z „wachlarzem konstrukcji wariantywnych” może być coraz gorzej zdaje się być przekonany profesor Jerzy Bralczyk, który mówi dla portalu natemat.pl, że o ile francuski przetrwa, to: w przypadku polskiego może tak być, że za kilkadziesiąt lat stanie się nad Wisłą mniej użyteczny od angielskiego. Dalej tłumaczy, że angielski jest przydatny w komunikacji międzynarodowej i to jest jego duża wartość i w relatywnie w krótkim czasie być może nad Wisłą będziemy posługiwać się angielskim, a przynajmniej językiem przesiąkniętym anglicyzmami. Polski pozostanie identyfikatorem kulturowym, a nie narzędziem komunikacji na co dzień.

Wszystko to byłoby przekonujące, gdyby nie zdarzyło mi się kiedyś poznać profesora filozofii, który w dzieciństwie miał we dworze dwie panny: od niemieckiego i francuskiego, angielskiego się douczył i nie miał żadnych problemów w komunikacji międzynarodowej, w mowie i w piśmie. Jego polszczyzna była bogata i wzorowa, bez żadnych zapożyczeń.

Językoznawcy opisują to, co zachodzi w języku i unikają wypowiedzi normujących. Jest Rada Języka Polskiego, ale ona wypowiada się stanowczo, gdy ktoś użyje słowa „Murzyn”. A język ewoluuje i bać się nie ma czego.

Angielski był podobno tak inkluzywny, że go w ogóle nie ma. Policzono, że 29% angielskiego pochodzi z francuskiego, 29% z łaciny, reszta to inne języki germańskie i 6% wpływów celtyckich.

Jeżeli wszechpotężnego angielskiego właściwie nie ma, to co sobie zawracać głowę polskim. To na pocieszenie. Wikipedia ma zdanie o purystach językowych. W haśle „anglicyzm” czytamy na koniec: Wielu językoznawców uważa wręcz, że obawy związane z masowym napływem anglicyzmów są wyolbrzymione i nieproporcjonalne do skali zjawiska. Zaznacza się również, że lęk przed zanikiem języka na skutek wpływu angielszczyzny ma niekiedy podłoże nacjonalistyczne.

To mnie trafiło – no, no – „w punkt” (niby od that's the point), jak mówią millenialsi.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Zamknięty z powodu lockdownu bar w Krakowie. Fot. PAP/Łukasz Gągulski
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Koguty
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Debata
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Kapłan to nie kawaler na wydaniu
Gdy porzuci powołanie dla kobiety, popkultura przedstawia go jako romantycznego bohatera. Męża porzucającego żonę też?
Felietony Poprzednie wydanie
Oblicza politycznej niepoprawności
Wystawa bez cenzury.
Felietony Poprzednie wydanie
Koniec lata
Andrzej Krauze dla Tygodnika TVP.