Cywilizacja

Mafie zarabiają na przemycie ludzi 14 mln dolarów dziennie. Jak USA (nie) radzą sobie z migrantami

Budowa muru granicznego, którą zapoczątkował Donald Trump, będzie kontynuowana – ogłosił niedawno szef departamentu bezpieczeństwa narodowego USA Alejandro Mayorkas. Nie takie obietnice Joe Biden składał w kampanii.

Granica, most nad Rio Grande pomiędzy amerykańskim El Paso i meksykańskim Ciudad Juarez. Młoda matka Vilma Iris Peraza siedzi wraz z dwójką kilkuletnich dzieci, wyczerpana, tuż za przejściem granicznym po stronie meksykańskiej. – Oszukali nas! Powiedzieli nam, że jedziemy do schroniska w północnych Stanach Zjednoczonych. Nie powiedzieli, że zostaniemy deportowani – mówi dziennikarzowi „El País”, który chce z nią porozmawiać.

Peraza pochodzi z Hondurasu. Swoją podróż rozpoczęła dwa tygodnie wcześniej, po tym jak w telewizji usłyszała, że administracja nowego prezydenta Joe Bidena pozwoli rodzicom z dziećmi poniżej szóstego roku życia na wjazd do Stanów Zjednoczonych oraz ułatwi zdobycie dokumentów na pobyt i pracę w tym kraju. Wierzyła, że to szansa dla niej i dzieci. Z pomocą pollero (przemytnika ludzi) przedostała się przez Gwatemalę do stanu Tabasco w Meksyku, przebyła wschodnie wybrzeże kraju i dotarła do Reynosa, miasta w granicznym stanie Tamaulipas. Stany Zjednoczone były już na wyciągnięcie ręki.

Kto płaci za konwoje imigrantów forsujących granice USA? I czy to jest – jak zwykle – Soros?

Ostatnia „karawana uchodźców” przyprowadziła do Meksyku 10 tysięcy ludzi. Akcję, tuż przed wyborami do Kongresu USA, przeprowadzono sprawnie i szybko, a jej koszt mógł przekroczyć 20 milionów dolarów.

zobacz więcej
W Reynosa czekała z innymi imigrantami z Hondurasu, Gwatemali i Salwadoru. Wszyscy przekroczyli granicę w miejscu wskazanym przez przemytnika. Radość trwała jednak krótko – po stronie amerykańskiej na wolności spędziła zaledwie kilka godzin, zanim została aresztowana w teksańskim mieście McAllen. W ośrodku zatrzymań dla migrantów spędziła wraz z dziećmi cztery dni, po czym została przewieziona do El Paso w Teksasie, 1200 kilometrów od McAllen. Na miejscu kazano im przejść przez graniczny most i odejść z amerykańskiej ziemi. Dla Vilmy Perazy i tysięcy innych imigrantów, którzy każdego dnia pokonują tę samą drogę, most nad Rio Grande to koniec marzeń o lepszym życiu.

Immigrants welcome

Polityka migracyjna od lat stanowi jedną z bardziej istotnych kwestii w polityce wewnętrznej Stanów Zjednoczonych. Jest to zarazem sprawa, która coraz wyraźniej dzieli Republikanów i Demokratów. W okresie prezydentury Donalda Trumpa silniejsze zabezpieczenie granicy z Meksykiem, m.in. poprzez budowę muru, stanowiło realizację obietnic wyborczych. Te pomysły były od początku krytykowane przez Partię Demokratyczną, ale Trumpowi przysporzyły wielu zwolenników. Choć nielegalni imigranci nadal przekraczali amerykańską granicę, tę falę udało się administracji Trumpa zatamować. Od 2016 r. liczba osób przyjmowanych rocznie w granice USA również znacząco spadła – z 85 tys. do 15 tysięcy.

W rozmowie z Tygodnikiem TVP prof. Tomasz Żyro z Uniwersytetu Warszawskiego, politolog i amerykanista, podkreśla: – Obietnice wyborcze Joe Bidena i Kamali Harris rozbudziły ogromne nadzieje. Już po zaprzysiężeniu, prezydent w proklamacji 10149 z 24 lutego anulował postanowienia Trumpa sprzed roku (proklamacja 10014), która zawieszała możliwość wjazdu do USA niektórych cudzoziemców, którzy mogli stanowić zagrożenie dla rynku pracy z powodu epidemii koronawirusa. To zachęciło tysiące ludzi, aby ruszyć na północ. Jednocześnie administracja Bidena zawiesiła imigrację studentów i ruchu naukowego. Utrzymuje również konieczność kwarantanny dla Amerykanów powracających do kraju. Widać w tym wszystkim pewną niekonsekwencję.
Migranci przybywają tratwami do granicy między Gwatemalą a Meksykiem w gminie Ocosingo w stanie Chiapas. Przed dalszą podróżą do granicy z USA, odpoczywają w schronisku w Frontera Corozal, które z powodu pandemii COVID-19 przyjmuje teraz niewielką liczbę osób. Waszyngton wywiera nacisk na Meksyk, aby sam uporał się z rosnącą liczbą imigrantów – twierdzi „El País. Fot. Idalia Rie / Eyepix Group / Barcroft Media via Getty Images
Już w czasie prezydenckiej kampanii wyborczej Joe Biden obiecywał, że, gdy obejmie urząd, zezwoli na przyjmowanie większej ilości imigrantów z Ameryki Środkowej i Południowej. Początkowo mówiono nawet o 125 tys. osób rocznie. Deklaracje o ułatwieniach dla osób ubiegających się o pobyt w USA, zachęciły licznych mieszkańców głównie Meksyku, Hondurasu, Salwadoru i Gwatemali do porzucenia domów i rozpoczęcia wyprawy na północ. Zdjęcia ukazujące grupy liczące dziesiątki, a czasem setki ludzi wędrujących w stronę upragnionej ziemi, obiegły cały świat.

Szybko zdano sobie sprawę, że idący do amerykańskiej granicy Latynosi nie są przecież jedynymi, którzy chcą dostać się w głąb Stanów Zjednoczonych. W Meksyku w prowizorycznych obozach wzdłuż granicy z USA znajdują się już tysiące osób (szacuje się, że może to być nawet 170 tys. ludzi), które czekają niekiedy od 2 lat na zezwolenie na wjazd do USA. Dla władz Meksyku napierający z południa imigranci zaczęli stanowić potężny problem. 19 marca nad południową granicę wysłano wojsko, które miało powstrzymać napływ imigrantów. Liczne media na świecie potępiły agresywne działania Meksyku, lecz trudno dziwić się władzom w Mexico City, że nie chcą na swych ziemiach kolejnych przybyszów. Administracja Bidena nie poczyniła żadnych kroków, aby pomóc swemu południowemu sąsiadowi, choć jeszcze w marcu zaproponowała Meksykowi 2,5 mln dawek szczepionki przeciwko COVID-19 – oficjalnie bez związku z kryzysem migracyjnym. Jak twierdzi „El País”, Waszyngton tym samym wywiera na Meksyk coraz większą presję, aby samodzielnie uporał się z rosnącą liczbą imigrantów.

Obietnice Joe Bidena odnośnie zwiększenia liczby osób przyjmowanych do USA, szybko zweryfikowała rzeczywistość. Jeszcze 4 lutego prezydent podpisał dekret, którym zatwierdził, iż w roku 2022 do USA przyjętych zostanie obiecane 125 tys. imigrantów, jednak niedługo później jego administracja podała, że pozwolenia zostaną przyznane 62 tys. osób. Zaledwie kilka dni temu, 16 kwietnia Biden ogłosił zaś, że wstęp do USA będzie miało jedynie 15 tys. – dokładnie tyle, ile przyjmowano za prezydentury Trumpa.

Cios w ulubieńca liberalnych elit. Pierwszy dzień Bidena w Białym Domu

Czy Republikanie będą w stanie zapobiec radykalnemu zwrotowi na lewo?

zobacz więcej
Ta deklaracja spotkała się z potężną falą krytyki, zarówno ze strony mediów, jak i większości lewicowych polityków w USA. Z oświadczenia szybko się więc wycofano, zrzucając winę na system, który pozostał po administracji poprzedniego prezydenta. Rzecznik Białego Domu Jen Psaki zapewniła na konferencji prasowej, że prezydent Biden wciąż konsultuje się ze swymi doradcami, chcąc ustalić optymalną liczbę imigrantów, jaką Stany Zjednoczone są w stanie przyjąć w bieżącym i kolejnym roku. Niemniej, to tłumaczenie wypadło mało wiarygodnie.

Prof. Żyro zauważa, że póki co zarówno prezydent Biden, jak i wiceprezydent Harris odsuwają od siebie odpowiedzialność. Choć to właśnie Harris została wyznaczona przez prezydenta na osobę, która ma zażegnać problem, to trudno nie odnieść wrażenia, że to zadanie ją przerosło. Twarzami kryzysu migracyjnego są de facto rzecznik Jen Psaki i szef departamentu bezpieczeństwa narodowego (Department of Homeland Security) Alejandro Mayorkas, gdyż to właśnie oni odpierają medialne uderzenie, przynajmniej tak było dotychczas. – Całej sprawie pikanterii dodaje fakt, iż Mayorkas ogłosił niedawno, że budowa muru granicznego, którą zapoczątkował Trump, będzie kontynuowana. Nie takie obietnice Biden składał w kampanii – podkreśla prof. Żyro.

Nowy problem: dzieci

Coraz większym problemem – obok zwiększającej się liczby dorosłych imigrantów, próbujących legalnie lub nielegalnie przekroczyć amerykańską granicę – jest również rosnąca liczba dzieci, które bez opiekunów trafiają na amerykańską stronę. Niektóre z maluchów są dosłownie przerzucane przez granicę. Imigrantom wydaje się, że amerykańskie służby, które deportują całe rodziny czy pojedynczych dorosłych, nie mogą przecież odsyłać do Meksyku dzieci bez opieki (niemniej za prezydentury Trumpa nieletnich odsyłano do krajów pochodzenia, głównie młodzież w wieku 15-17 lat). Szacuje się, że tylko w ostatnich miesiącach do USA trafiło 15 tys. nieletnich.
Metalowe zapory przeciwpancerne wypełniają lukę w murze granicznym w pobliżu Columbus w stanie Nowy Meksyk, 12 kwietnia 2021 r. Szef departamentu bezpieczeństwa narodowego USA Alejandro Mayorkas ogłosił, że zapoczątkowana przez Donalda Trumpa budowa muru będzie kontynuowana. Fot. Bill Clark / CQ-Roll Call, Inc via Getty Images
W obliczu tego problemu Alejandro Mayorkas poinformował, że w ciągu najbliższych tygodni zostanie utworzony system zapewniający sprawne rejestrowanie i bezpieczne przewożenie małych imigrantów. Do tej pory dzieci trafiały najczęściej do placówek straży granicznej, lecz te nigdy nie były przygotowywane do radzenia sobie z takim problemem. W myśl nowych przepisów, porzucone dzieci będą przekazywane Departamentowi Zdrowia i Służb Socjalnych (HHS), którego zadaniem będzie odnalezienie rodziców lub krewnych dzieci, być może już mieszkających w USA. W ten sposób „ulokowani” nieletni mają dopiero czekać na rozprawę przed sądem imigracyjnym. Dzieci jest jednak zbyt dużo i każdego dnia pojawiają się dziesiątki kolejnych, co bardzo utrudnia i wydłuża czas przeprowadzenia wszystkich procedur. – Tak ogromna liczba imigrantów chcących dostać się do Stanów powoduje po prostu blokadę instytucjonalną – urzędy nie są w stanie rozpatrzeć wszystkich spraw jednocześnie – podsumowuje prof. Żyro.

Zdaniem Mayorkasa, sytuacja na granicy amerykańsko-meksykańskiej nie była tak poważna od 20 lat, choć jednocześnie nie przyznaje on, że winę ponosi za to administracja Bidena. W wywiadzie udzielonym stacji Fox News Mayorkas stwierdził, że USA mają prawny obowiązek zająć się każdym przypadkiem i każdym dzieckiem, które trafia w granice Stanów Zjednoczonych. Jego słowa, jak podkreśla Fox News, stoją jednak w sprzeczności z niedawnym wyrokiem sądu apelacyjnego, który orzekł, że USA „nie są prawnie zobowiązane do przyjmowanie dzieci bez opieki”.

Można się tylko domyślać, jak bardzo zdesperowani muszą być ludzie, którzy wolą porzucić swoje dzieci, skazując je na niepewny los w Stanach Zjednoczonych, zamiast wrócić z nimi do domów – o ile jeszcze te domy mają. Opłacenie pollero (przemytnika) to koszt około 10-15 tys. dolarów, niekiedy mniej, w zależności od wieku osoby, która ma zostać przeprowadzona. Wielu ludzi, aby uzyskać taką kwotę, sprzedaje dosłownie wszystko co ma, lecz nawet wówczas suma pieniędzy bywa niewystarczająca. Imigranci, chcący nielegalnie przekroczyć amerykańską granicę, decydują się wtedy na przemyt narkotyków lub udział w przestępstwach, stając się zależni od organizacji, która pomogła im się przedostać. Szacuje się, że mafia i kartele odpowiedzialne za przemyt ludzi zarabiają na tym procederze nawet 14 mln dolarów dziennie. Rosnące wpływy pozwalają jednocześnie na rosnącą korupcję w krajach Ameryki Środkowej, gdzie mafia opłaca policję i urzędników, aby ci nie zajmowali się problemem migracyjnym.

Kryzys nazywany wyzwaniem

Ostateczny koniec american dream

Najgorszy rodzaj wykluczenia dotknął białą większość, grupę społeczną, która zbudowała potęgę Ameryki.

zobacz więcej
Krytycznie o działaniach administracji Bidena podjętych w reakcji na kryzys na granicy wypowiadają się liczni politycy, także z Partii Demokratycznej, choć każdy w innym tonie.

Zdaniem Vincente Gonzaleza, kongresmena z Teksasu, za problemy z nieletnimi imigrantami odpowiada opieszałość Białego Domu i wciąż nieuregulowane przepisy: „Nie zamierzamy zamykać dzieci w klatkach, rozdzielać rodzin ani wyrywać dzieci z ramion matek. Ale potrzebujemy uporządkowanego procesu dla migrantów kwalifikujących się do azylu, aby mieli szanse ubiegać się o niego w swoim kraju lub w kraju sąsiednim”. Inny polityk Demokratów, senator Dick Durbin stwierdził ponadto, że Kongres nie poprze szerokiej ustawy imigracyjnej, do której wzywa Biden. Jej założenia to m.in. przyznanie obywatelstwa amerykańskiego około 11 mln osób, których pobyt w USA nie jest dotąd uregulowany.

Dla odmiany: w zdecydowanie ostrzejszym tonie wypowiada się jedna ze skrajnie lewicowych przedstawicielek Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez. W swoim twitterowym wpisie zarzuciła Bidenowi kontynuowanie „rasistowskiej i ksenofobicznej” polityki imigracyjnej Donalda Trumpa oraz wezwała do dotrzymania obietnicy radykalnego zwiększenia liczby przyjmowanych imigrantów.

Część Demokratów, w tym Alejandro Mayorkas, konsekwentnie odmawia używania słowa „kryzys”, preferując eufemizm „wyzwanie” (ang. challenge) –być może usiłują tym uspokoić Amerykanów, że państwo nie straciło kontroli nad granicą. Demokraci podkreślają, że w 2000 r. około 9 tys. funkcjonariuszy straży granicznej zatrzymywało średnio miesięcznie prawie 137 tys. nielegalnych imigrantów. Średnia od października 2020 do lutego 2021 r. była dużo niższa i wynosiła nieco ponad 76 tys., lecz warto zwrócić uwagę, że przez te wszystkie lata liczba strażników uległa podwojeniu.

18 kwietnia dziennikarze przyłapali Bidena na użyciu słów „kryzys graniczny”. Dzień później Biały Dom pospieszył z wyjaśnieniem, o jaki kontekst słowa „kryzys” chodziło prezydentowi. Jak tłumaczyła Psaki, Biden miał na myśli jedynie sytuację w krajach tzw. północnego trójkąta (Gwatemala, Honduras, Salwador), nie zaś kłopoty na granicy z Meksykiem.
– Kryzys oczywiście jest i jest to kryzys poważny – zaznacza prof. Żyro. I dodaje: – Od marca 2020 r. liczba imigrantów wzrosła o 180 procent. Trudno powiedzieć, czy Biden zdaje sobie sprawę ze skali problemu. Proszę pamiętać, że jednocześnie cały czas mamy do czynienia z trudną sytuacją ekonomiczną. Ożywienia gospodarczego na razie nie widać, bezrobocie jest dość wysokie i właśnie teraz okazuje się, że tak wielkie rzesze imigrantów chcą zalać amerykański rynek pracy. To, co zrozumiałe, nie podoba się mieszkańcom Teksasu i innych przygranicznych stanów.

Jak dotąd Biały Dom nie zrobił nic, aby zażegnać kryzys na granicy. Od kilku tygodni wiceprezydent Kamala Harris jest krytykowana za to, że nie pojawiła się dotąd na granicy z Meksykiem, aby osobiście ocenić rozmiar trudności, z jakimi borykają się służby. Jak informował Biały Dom, wiceprezydent odbyła rozmowy telefoniczne z władzami Gwatemali i Hondurasu, lecz miały one charakter raczej kurtuazyjny – konkretnych rozwiązań nie przyjęto.

– Harris unika przyjazdu na granicę, bo gdyby przyjechała, musiałaby przyznać oficjalnie, że problem istnieje, a ludzie oczekiwaliby, że go rozwiąże – mówił Fox News Brandon Judd, szef związku zawodowego strażników granicznych (National Border Patrol Council). Jego zdaniem system „złap i wypuść” zupełnie nie zdaje egzaminu: – Tak długo, jak będziemy wpuszczać ludzi do Stanów Zjednoczonych (tylko po krótkim zatrzymaniu na granicy – przyp. red.) po tym, jak naruszą nasze prawo, bez żadnych konsekwencji, ludzie będą ciągle przyjeżdżać – to prosty fakt. Rozumiem ludzi, którzy chcą tu przyjechać, pracować, poprawić swój standard życia. Chcemy ich przyjmować, ale wszystko musi odbywać się legalnie.
Wspomniana metoda „złap i wypuść” miała w założeniu odciążyć służby graniczne. Przybyli do Stanów Zjednoczonych imigranci byli zatrzymywani jedynie na krótko, pobierano od nich odciski palców, robiono im zdjęcie i wykonywano test na obecność koronawirusa, po czym wypuszczano. W ciągu 60 dni każda z osób miała samodzielnie zgłosić się do biura Urzędu ds. Imigracji (Immigration and Customs Enforcement). Jednak, jak twierdzi wielu imigrantów, po opuszczeniu placówki straży granicznej nie otrzymali żadnych wskazówek i nie wiedzą, co dalej robić. Liczni zatrzymali się w przygranicznych miejscowościach, gdzie często znajdują schronienie jedynie w kościołach, śpiąc na podłodze przez wiele tygodni.
Sądy, które mają zajmować się sprawami imigrantów, nie nadążają z wypełnieniem wszystkich procedur. Jak twierdzi agencja Associated Press, w amerykańskich sądach zalega około 1,3 mln tego typu spraw.

Wspomniany wcześniej Brandon Judd ma żal zarówno do prawicy, jak i lewicy za ciągłe upolitycznianie kwestii imigracji. Choć jego zdaniem to lewica wyrządza więcej szkód, gdyż gra na korzyść karteli – być może nieświadomie.

Demokraci od dawna chcą usprawiedliwić nielegalną imigrację, jednocześnie nie łącząc tego procederu z działaniami podejmowanymi przez mafię, która korzystając z naiwności i nędzy setek tysięcy ludzi, wyciąga od nich ostatnie pieniądze i zyskuje ich usługi w zamian za pomoc w przedostaniu się do USA – choć na to nikt nie daje żadnej gwarancji. Ludzie stają się w zasadzie niewolnikami: są wykorzystywani psychicznie i fizycznie, a wielu z nich nie ma nawet szansy ujrzeć amerykańskiej flagi nad posterunkiem granicznym.



Jak twierdzi prof. Julia G. Young z Catholic University of America w Waszyngotnie, chcąc rozwiązać problem migracji należy szukać jego korzeni, a nie skupiać się na doraźnych rozwiązaniach. Jej zdaniem, jak pokazały ostatnie lata, coraz większa „militaryzacja” granicy nie przynosi rezultatów stosownych do wydanych pieniędzy, a kolejni imigranci wciąż przybywają i będą przybywać. „Musimy ukierunkować wsparcie finansowe i logistyczne, aby zachęcić kraje Ameryki Środkowej do zajęcia się ubóstwem i nierównościami, które napędzają migrację, zamiast ograniczać pomoc zagraniczną, jak to uczyniła administracja Trumpa. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby położyć kres wszechobecnej przemocy gangów, która wypycha tak wielu migrantów z ich ojczyzn” – zachęca Young.
Kryzys humanitarny

W najstarszym schronisku w Ciudad Juarez jego dyrektor, ks. Francisco Javier Calvillo jest odpowiedzialny za pomoc przybywającym tu codziennie migrantom odesłanym z USA. Jak twierdzi, wiele problemów udaje się rozwiązać bardziej dzięki czystej determinacji niż pieniądzom, których ciągle brakuje. Ksiądz jest rozgoryczony i nie podoba mu się polityka zarówno poprzedniej, jak i obecnej amerykańskiej administracji, choć zdaje sobie sprawę, że dla polityków w Waszyngtonie wszyscy imigranci to tylko anonimowe statystyki: „Trump uderzał pięścią w stół i groził Meksykowi cłami, aby osiągnąć swój cel. Biden używa dyplomacji i szczepionek, aby osiągnąć ten sam rezultat”. Ksiądz Calvillo widzi w imigrantach przede wszystkim zagubionych, oszukanych ludzi, którzy nie wiedzą, co począć ze swoim życiem. Takich osób są tysiące. W połowie kwietnia br. jest ich około 170 tys. i wciąż przybywają nowi ludzie.

– Sytuacja na granicy amerykańsko-meksykańskiej przypomina ewidentnie kryzys humanitarny. W każdej chwili mogą pojawić się tam przedstawiciele licznych organizacji charytatywnych, prawnicy, którzy wskażą zaniedbania strony amerykańskiej. Dla Bidena i Harris byłby to potężny problem – podkreśla prof. Żyro.

Wbrew temu, co od tygodni stara się tłumaczyć Biały Dom, sytuacja na granicy z Meksykiem jest z pewnością skrajnie trudna. Sposób, w jaki administracja Joe Bidena poradzi sobie z tym wyzwaniem, będzie świadczył o jej skuteczności w ogóle. Warto obserwować rozwój wypadków.

– Anna Szczepańska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Imigranci na brzegu Rio Grande, po przekroczeniu granicy USA-Meksyk, czekają, że funkcjonariusz służb granicznych Stanów Zjednoczonych poprowadzi ich do placówki straży, 14 kwietnia 2021 r. Fot. John Moore / Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy potomkowie chłopów nadal jęczą pod butem panów?
Warto się zdecydować, czy polski lud niósł ze sobą błogosławione egzorcyzmowanie kultury szlacheckiej czy naganną brutalność.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Geny kreatywności. Co nas różni od szympansa i neandertalczyka?
Stał się być może bardziej kreatywny w swoich prapraprawnukach. W nas.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Sto lat podzielonej Irlandii. Czy skutkiem brexitu będzie terror?
Partie katolickie odrzuciły propozycję udziału w zespole przygotowującym obchody rocznicy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Otworzyli albumy i pudła ze starymi gazetami, odkryli rodzinne...
Miałam nadzieję, że nowi mieszkańcy zobaczą, że to miejsce ma swoje życie, swoją tożsamość i historię, z której można być dumnym – mówi autorka wystawy.
Cywilizacja wydanie 23.04.2021 – 30.04.2021
Panie i panowie w sporcie. A co z transseksualistami?
Organizm mężczyzny, bez względu na to kim się on czuje, i jakie wybrał sobie imię, będzie produkował określone dawki testosteronu.