Cywilizacja

Panie i panowie na ringu, stadionie i torze. A co z transseksualistami?

Żadna kobieta nie zostanie najszybszym człowiekiem świata. Nie pokona maratonu najszybciej w historii, ani nie podrzuci największego ciężaru. Może to zrobić jedynie w ramach damskiej rywalizacji. Nieprzekraczalną barierę stworzyła natura.

Zmiany kulturowe następują w różnym tempie na różnych obszarach. Chyba najwolniej osiedlają się w obszarach ludzkiej świadomości. Emancypantki walczyły długo. Ale w pewnych dziedzinach trudne tematy nie mogą czekać na powszechną akceptację. Muszą być podejmowane w tempie wydarzeń.

Taką dziedziną jest sport. Dość radykalnie rozwiązał sprawę emancypacji. Teraz ma przed sobą nowe wyzwanie. Co z osobami identyfikującymi się z płcią przeciwną, z transseksualistami?

W tej kwestii możemy mieć do czynienia z emancypacją odwróconą. Bo już zdarzają się sytuacje, gdy mężczyźni, którzy identyfikują swą płciowość jako damską i mają to oficjalnie potwierdzone, wyrażają wolę sportowej rywalizacji z kobietami.

Takie przypadki zdarzały się w ostatnich latach – w roku październiku 2018 podczas mistrzostw świata w kolarstwie na torze w Los Angeles zwyciężyła 36-letnia Rachel McKinnon (obecnie Veronica Ivy), która jeszcze sześć lat wcześniej była mężczyzną. Jedna z jej konkurentek po porażce napisała na Twitterze, że kobiece zawody z udziałem osoby transpłciowej były niesprawiedliwe.

Burza rozpętała się także wiosną 2019 roku podczas halowych lekkoatletycznych mistrzostw szkół średnich w amerykańskim stanie Connecticut. Dwa pierwsze miejsca w sprincie kobiet na 55 metrów zajęły Terry Miller i Andraya Yearwood – obie wcześniej były chłopcami. Nie nakazano im przechodzć żadnych kuracji hormonalnych. W Connecticut (podobnie jak w 16 innych stanach USA) w takich przypadkach wystarcza osobista deklaracja dotycząca płci.


Po tamtych zawodach Martina Navratilova napisała w felietonie dla „Sunday Times”, że nawet przyjmowanie przez takie osoby żeńskich hormonów nie wyrówna szans, bo transseksualistki mają przewagę mięśniową z uzyskaną we wcześniejszych latach, gdy były mężczyznami.

Słaba płeć była silniejsza

Podział na sporty kobiece i sporty męskie prawie nie istnieje. Prawie, bo kobiety uprawiają wszystkie męskie sporty, włącznie z żużlem i wyścigami F1. Faceci nie podchodzą do gimnastyki artystycznej i pływania synchronicznego.

Nie słyszałem, aby któryś się upomniał o prawa mężczyzn w tych dyscyplinach. Może i dobrze, gdyż wystająca z wody męska kończyna, owłosiona jak łapa niedźwiedzia, mogła by wystraszyć dzieci małe sprzed telewizorów.

Krótko mówiąc sportowe kobiety wygrały walkę o równouprawnienie w branży i to nawet z małą górką, co zajęło im trochę czasu. Lekko licząc jakieś 2300 lat, nie bez męskiego oporu, skandali i ostrej krytyki, choćby ze strony Kościoła.

Sygnał, że kobiety będą się wtrącały w tzw. męskie sprawy wyszedł z Grecji w czasie starożytnych igrzysk roku 396 p.n.e. Spartańska księżniczka Kyniska wystawiła do zawodów czterokonny rydwan i wygrała wyścig.

Nie pojawiła się w Olimpii nie tylko dlatego, że kobiety nie miały tam wstępu podczas igrzysk. Także dlatego, że nie musiała tego robić dokładnie tak samo jak inni właściciele rydwanów – płci męskiej.
Transseksualna lekkoatka Andraya Yearwood w Teksasie musiałaby konkurować w zawodach z mężczyznami. W Connecitcut startuje z kobietami. Fot. Dia Dipasupil/Getty Images for Tribeca Film Festival
I ona, i oni wynajmowali do tego woźniców, którzy ścigali się w ich imieniu po chwałę i laury, które jednak przypadały właścicielom. Tym samym księżna zapisała się w historii jako pierwsza kobieta, która odniosła zwycięstwo olimpijskie.

Cztery lata później też wygrała imprezę. I to by było na tyle na długie tysiąclecia. Po nowożytnej rewitalizacji igrzysk kobiety także nie miały wstępu na areny olimpijskie aż do roku 1928, gdy dostały zielone światełko. Rzecz jasna od mężczyzn.

Na igrzyska olimpijskie w Amsterdamie zaproszono lekkoatletki, lecz tylko do pięciu konkurencji: skoku wzwyż, rzutu dyskiem, sprintu na 100 metrów, do sztafety 4 x 100 m oraz biegu na 800 m, co wywołało światowy skandal.

Watykan był oburzony damskim udziałem w igrzyskach w ogólności. Natomiast w szeregach zatroskanych dżentelmenów dominował niepokój o życie i zdrowie dam, rzekomo niezdolnych do tak wytężonych wysiłków fizycznych jak bieg na 800 metrów.

Uczeni w piśmie publicznie przestrzegali przed niesłychanymi zagrożeniami. Jednak do biegu na 800 m zgłosiło się 25 zawodniczek, w tym dwie Polki. W finale ruszyły sprintem, więc nic dziwnego, że za metą padały jak ścięte tulipany.

Nie był to dowód, że kobietom bieganie szkodzi, tylko prosta informacja, że muszą się nauczyć rozkładania tempa. Ale masa krytyczna przeważyła. Przez kolejne 32 lata kobiety na igrzyskach nie mogły biegać dłużej ani więcej niż 200 metrów.

Dopiero w Rzymie w 1960 roku ponownie wprowadzono do programu ten najkrótszy ze średnich dystansów dla kobiet. Nie było mowy o bieganiu na 1500, 5000 czy 10 000 metrów. Kobiece maratony nie śniły się facetom nawet w koszmarach. I co?

I wszystko na nic. Żadne zakazy, krytyka kościelna czy cywilna, pojękiwania profesorów od fizjologii wysiłku, osobliwie organizmów kobiecych: bezwzględnie gorszych, nieporadnych, mniej wydolnych – nie zatrzymały sportowej emancypacji.

Słaba płeć była silniejsza. Krok po kroku kobiety otwierały zamknięte rewiry dyscyplin, teoretycznie typowo męskich jak choćby boks aż zatarły się sportowe granice między oboma płciami, chociaż różnice nie zniknęły.

Tamy pękają

Zacznijmy od sportów, które do dzisiaj bardzo niewiele osób kojarzy z kobietami, choć mamy XXI wiek i na wszystkich arenach pojawiają się niewiasty. Dwie dyscypliny są pod tym względem szczególnie ciekawe: Formuła 1 oraz żużel.

Mistrzostwa świata kierowców F1 ruszyły w 1950 roku. W historii tego sportu dotychczas do startu zgłoszono 5 kobiet, lecz tylko dwie przeszły kwalifikacje. Pierwszą, która ukończyła wyścig była Włoszka Maria Teresa de Filippis w roku 1958.

Jedyną kobietą kierowcą (może „kierowczynią”?), która robiła karierę w F1 w latach 1974-1976 była inna Włoszka, Lella Lombardi. Zaliczyła 12 wyścigów, aplikowała do 17 i jako pierwsza w historii zdobyła punkty na torze Montjuic.

Która z biegaczek okaże się „mężczyzną”? Wchodzą w życie nowe zasady stwierdzania „kobiecości” w sporcie

Płeć – choć ideologia gender podważa jej biologiczne istnienie – w jednym obszarze trzyma się mocno: w sporcie.

zobacz więcej
Z tymi punktami trochę przesadziłem. Bardziej precyzyjnie należałoby powiedzieć, że Lella zapunktowała. Konkretnie dostała 0,5 pkt., choć mogło być dużo lepiej, bo na mecie była 6. Jednak wyścig przerwano po 29 okrążeniach z powodu wypadku.

Co do sportu żużlowego to on się broni przed kobietami, częściowo skutecznie a częściowo nie, zatem z widokiem na ciężką porażkę samców alfa, którzy wobec kobiet na motorach (żużluwek? żużlarek?) używają znanych argumentów.

A to, że się nie nadają(?). A to, że są fizycznie zbyt słabe. A to, że za nerwowe. Takie „naukowe” tezy damska strona czarnego sportu uważa za męski szowinizm, dyskryminację ze względu na płeć i robi swoje.

Kobiety startują w imprezach żużlowych, choć licencje zawodnicze (które uprawniają do występów w głównych ligach) otrzymują bardzo rzadko, bo o tym decydują działacze w gronach męskich. W Polsce tylko Wiktoria Garbowska ma taką licencję.

Emancypacja w tej dyscyplinie następuje z oporami. Do pełnego wyzwolenia potrzebne są odrębne imprezy dla kobiet i chyba ku temu idzie, bo kandydatek przybywa. Na czarne tory rwą się nawet dzieciaki, zarówno chłopcy jak i dziewczynki.

W końcu ktoś się zorientuje i policzy, że mogą być z tego pieniądze, a wtedy ten ktoś znajdzie sponsorów, którzy zainwestują w żużel kobiecy. Pewnie jeszcze nie jutro, ale pojutrze tak może być, gdyż tamy pękają a napór narasta.

Pieniądze nie mają płci

Z widokiem kobiet na ringach bokserskich świat się już dawno oswoił. Nie wszystkim się to podoba i mają za złe, lecz nie ma to żadnego znaczenia. Ten stan rzeczy sugeruje bezpośredni skutek emancypacji w sporcie, ale to tylko pozory.

Prawdą jest, że kobiety dzielnie walczyły o prawo do równouprawnienia i wywalczyły , jednak nie wszędzie. Jak wiadomo istnieją kraje o systemach patriarchalnych, gdzie kobiety nie mają nic lub prawie nic do powiedzenia.

Nawet w państwach demokratycznych emancypacja niedomaga. Niższe wynagrodzenia za tę samą pracę to jeden z problemów. Jest ich więcej, lecz sport pod względem równych praw obu płci to prawie przykład modelowej poprawności.

Tyle, że emancypacja nie ma tu nic do rzeczy. Szerokie otwarcie sportowych aren dla kobiet ma podłoże biznesowe. Wymiar społeczny jest tylko wygodnym bezpiecznikiem dla biznesu. Wpisuje się w narrację politycznej poprawności i o to chodzi.

W ciągu ostatnich pięciu dekad doszło do przyspieszonego wymieszania dyscyplin męskich i kobiecych. Równolegle do tej zmiany dokonywała się radykalna transformacja sportu jako dziedziny życia publicznego.

Częściowo amatorski, częściowo profesjonalny, niejasno zdefiniowany segment rzeczywistości, jakim sport był przez całe dekady , zyskał czytelny wymiar. Stał się globalnym szołbiznesem podlegającym prawom wolnego rynku.
Amerykańska zawodniczka MMA Mackenzie Dern po drugiej rundzie walki przeciw Brazylijce Virnie Jadirobie w Las Vegas w grudniu 2020. Fot. Jeff Bottari/Zuffa LLC
Boks czy futbol w damskim wydaniu, rzut młotem czy podnoszenie ciężarów jeszcze długo by czekały na swoją szansę i mogłyby się nie doczekać, gdyby nie fundamentalnie przekształcenie sportu w biznes.

Pod hasłem emancypacji nie dałoby się tego dokonać tak szybko i tak powszechnie. Rzecz jasna kobiety mogły by sobie uprawiać rozmaite dyscypliny, jednak poza głównym nurtem popularnych sportów i wielkich imprez oprócz igrzysk.

Ta zmiana ma charakter gospodarczy, a jej celem są zyski z widowisk i reklam. Ze wszystkiego na czym można zarobić pieniądze. Wprowadzenie sportu w obieg gospodarki rynkowej uprościło wiele spraw i skróciło wiele dróg.

Skoro sport jest i ma pozostać zyskownym interesem , to nie mogą nim rządzić żadne uprzedzenia, żadne męskie szowinizmy. Sport musi być wolny od doktryn ideowych z wyjątkiem jednej – zasady fair play.

Pieniądze nie mają płci. Nieważne czy płynął ze sportu uprawianego przez mężczyzn czy przez kobiety. Ważne, żeby płynęły. To one zadecydowały o tym, że znikną podział na sporty męskie i kobiece a nie ruchy feministyczne.

Owszem, feminizm przegotował grunt. Długo oswajał brzydszą populację ludzkości z myślą, że prawa kobiet i prawa człowieka to jedno i to samo. A facetom nie należy się więcej tylko dlatego, że są facetami, gdyż nie żyjemy w epoce kamienia łupanego.

I słusznie, jednak w sporcie słuszne racje nie odgrywają wiodącej roli. Sport to biznes, a w biznesie liczy się kasa. Gdyby pięściarstwo kobiece było nieopłacalne, to by go nie było. Podobnie jak walki w klatkach, karate czy zapasy. Taka prawda.

Ostatnio rozmaite stacje telewizyjne transmitują jakby więcej imprez kobiecych niż kiedyś. Można odnieść wrażenie, że chodzi o parytety, o zachowanie równowagi w przestrzeni medialnej, o pryncypialną politpoprawność. Nic z tych rzeczy.

Jak zwykle chodzi o kasę. Prawa telewizyjne do zawodów kobiecych są tańsze. Pandemia przerzedziła sportowe kalendarze imprez. Gdy mecz piłkarzy wypada z grafiku, można tam wcisną mecz futbolistek i chociaż trochę zmniejszyć straty.

Oczywiście nie da się tego załatwić w pięć minut. Prawa kupuje się na rynku z wyprzedzeniem, często w pakiecie, więc trzeba mieć ten mecz piłkarek, żeby go wypuścić na antenę. A jak nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.

W efekcie pandemii spadło z programu mnóstwo widowisk. Mecze prestiżowych lig futbolu, popularne wyścigi kolarskie, itp... Męskie eventy dużo kosztują, lecz generują duże zyski. W bilansach ekonomicznych kobiece imprezy wypadają dużo słabiej.

Jednak media muszą zarabiać i utrzymać widownię przyzwyczajoną do sportowego menu. Ogólne wrażenie, że zawodów kobiecych jest teraz więcej niż było, może też być efektem zawieszania męskich rozgrywek o większej oglądalności i prestiżu.

Sofia Ennaoui: Na pewno wyjdę za mąż za Polaka

Wicemistrzyni Europy w biegu na 1500 metrów została zawodowym żołnierzem.

zobacz więcej
Nierówności nie znikają

Sport jest odporny na ideologie. Zwłaszcza takie, które w obiegu publicznym krążą jako dogmaty. Równość kobiet i mężczyzn jest oczywista, bo równość wszystkich ludzi wobec prawa jest oczywista. Jednak sport stale przypomina o nierównościach.

Żadna kobieta nie zostanie najszybszym człowiekiem świata. Nie pokona maratonu najszybciej w historii ani nie podrzuci największego ciężaru. Może to zrobić w ramach damskiej rywalizacji. Nieprzekraczalną barierę stworzyła natura.

Sportowe wyczyny kobiet bywają porywające, niekiedy bardziej od męskich popisów. Przerabialiśmy to wszyscy razem z Justyną Kowalczyk, gdy dziesięć milionów rodaków doprowadziła do płaczu swoim zwycięstwem nad Bjoergen w Vancouver.

Zresztą przez długi czas co tydzień, od listopada do marca, wyciskała łzy radości i wzruszeń z całego narodu. Przez pięć lat z rzędu zdobywała tytuł najlepszego sportowca Polski. A ten tytuł to sportowy uniseks, bez podziału na kategorie.

Ponadto narciarstwo biegowe kobiet jest ciekawsze od męskiego właśnie z uwagi na różnice płci. Chłopaki ścigają się na chłodno i tylko wtedy, gdy się opłaca. Dziewczyny robią to emocjonalnie, walczą od startu do mety, nie są oportunistkami.

Mimo uroku damskich biegów żadna zawodowa biegaczka nie pokona w bezpośrednim starciu zawodowego biegacza, Justyna także i Bjoergen też. One czasem wygrywały w maratonach, lecz przeważnie z amatorami.

Nie ma sportu bez fair play

Fizyczne różnice między możliwościami kobiet i mężczyzn sport podkreśla bardzo wyraźnie, a one są pochodną różnic fizjologicznych, co sport usankcjonował przepisami. Stąd podział na dwie kategorie rywalizacji.

Ten podział nie ogranicza swobodnego dostępu kobiet do wybranej dyscypliny. Wyznacza jednak nieprzekraczalną granicę dla obu płci, a jest nią reguła fair play. I w tym zakresie obie płci są równouprawnione.

Fair play to sama istota sportu, która nadaje mu sens. Bez czystej gry sport nie istnieje. Może zamienić się w cyrk lub w cokolwiek innego, co nie będzie już sportem. Jest więc oczywiste, że tak fundamentalną zasadę należy twardo egzekwować.

Fair play opiera się na równości szans, która obowiązuje na starcie. Z tej przyczyny kobiety rywalizują z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami. Ten podział równoważy szanse obu płci w walce na sportowych arenach.

Jednak zasada równego startu obejmuje także rywalizację wewnątrz każdej kategorii. Żadna zawodniczka ani żaden zawodnik nie mogą być na starcie w żaden sposób forowani. Na przykład przez technologiczne wynalazki w sprzęcie czy doping.

Wykrycie takich odchyleń jest stosunkowo łatwe tyle, że nie wyczerpuje zagadnienia. Zasadnicze nierówności mogą występować w obrębie tej samej płci z przyczyn naturalnych, co też rażąco narusza ideę fair play.
We wrześniu 2020 roku walijski kolarz Zach Bridges doszedł do wniosku, że jest kobietą i zmienił imię na Emily. Jego celem jest start w kobiecym peletonie na olimpiadzie w 2024 roku. Fot. Huw Fairclough/Getty Images
W historii zdarzało się to wielokrotnie. Takie przypadki długo zbywano teorią talentu. W końcu natura nie rozdziela sportowych talentów po równo. Kto ma większy talent, ten już na starcie ma przewagę, przynajmniej teoretycznie, co dotyczy obu płci.

Dużego talentu nie da się zmniejszyć a małego dopompować pompką. Jednak teoria talentu jest mglista i bardziej intuicyjna niż naukowa. Szukano czegoś, co można zmierzyć. Wartości stałej i porównywalnej, do której można odnosić równość szans.

Pomogły w tym nauki biologiczne, a słuszność ocen potwierdziła praktyka sportu. Organizm kobiecy i męski wytwarza testosteron. Mężczyźni mają go więcej, kobiety znacznie mniej. Im większe stężenie hormonu, tym większa przewaga fizyczna.

U mężczyzn testosteron produkują jądra, u kobiet – jajniki, kora nadnerczy a podczas ciąży łożysko. Przeciętne wartości hormonu wykazują względną stabilność. Na tej podstawie ustalono obecne normy w sporcie, różne dla mężczyzn i dla kobiet.

Biologia m.in. wyróżnia hormon płciowy męski jak testosteron i żeński jak estrogen. Obecność testosteronu u kobiet jest naturalna. Za nietypowe nauka uznaje zbyt wysokie stężenia tego hormonu, które może wywołać negatywne skutki zdrowotne.

Podobnie jest z mężczyznami. Zbyt wysoki testosteron prowadzi do licznych schorzeń. Jednak sport to reguluje w obu przypadkach. Ani mężczyźni ani kobiety nie mogą przekraczać ustalanych norm pod rygorem wykluczenia z rywalizacji.

Lata temu wyglądało to inaczej. Badań hormonalnych właściwie nie prowadzono. Leczenie hormonalne prawie nie istniało. Rodziło to wiele plotek, niekiedy pomówień. Wszystkie dotyczyły sportsmenek o męskich rysach czy zachowaniach.

Lekkoatletki ZSRR, siostry Tamarę i Irinę Press skazano na sportowy ostracyzm z powodu męskiego wyglądu i prawie męskich wyników, choć przyczyną mógł być po prostu doping sterydowy, czego nie zbadano, bo Kraj Rad nie pozwalał.

U Stanisławy Walasiewicz dopiero po tragicznej śmierci stwierdzono żeńskie oraz męskie narządy płciowe, co oznaczało interpłciwość. Wykryto też obecność chromosomu Y, który razem z chromosomem X determinuje płeć męską.

Walasiewicz była rekordzistką świata w sprincie kobiet i mistrzynią olimpijską. Nie wykreślono jej rekordów, nie odebrano medali. Może nie tyle zamieciono sprawę pod dywan, co otulono cmentarną ciszą.

Nikt wtedy nie badał wpływu testosteronu na wyniki sportowe. Zatem nie było naukowych dowodów na korzystną adaptację człowieka, właśnie dzięki temu hormonowi, do wysiłku fizycznego czy przyspieszonej regeneracji organizmu.

Graniczne normy testosteronu

Wartości testosteronu kontrolowane we współczesnym sporcie nie definiują płci człowieka. Badania służą wyłącznie wyrównaniu sportowych szans. Różne normy graniczne dla kobiet i mężczyzn są zgodne z różnicami fizjologii i tyle.

Czy zaburzenie tożsamości płciowej jest zaraźliwe? Transgenderowy szał na uczelniach

W poprzedniej dekadzie w USA były tylko dwie kliniki zmiany płci, a obecnie jest ich aż 65.

zobacz więcej
Normy są maksymalnie wyśrubowane, gdyż uwzględniają wszelkie wahania, które mogą podwyższać stężenie hormonu w związku z wiekiem, masą ciała itd. Mimo tego nie wszyscy to przyjmują do akceptującej wiadomości.

Pokazał to przypadek Caster Semenyi, który podzielił świat na dwa kluby dyskusyjne o skrajnych poglądach. Znamy obie narracje, nie warto tych paciorków klepać w kółko, lecz nad jedną rzeczą warto się zatrzymać.

Wskutek medialnego szumu trybunał sportowy w Lozannie, który miał zadecydować, czy Afrykanka może startować z kobietami, czy nie, zwlekał z decyzją ze strachu przed narażeniem na zarzut niepoprawności.

Aby nie wyglądało to na grę do jednej bramki i wyraźne popieranie jednej strony Trybunał wyraził wątpliwość, co do naukowo stwierdzonego faktu, że wysokie stężenie testosteronu poprawia sportowe wyniki.

Była to koncepcja brawurowa w rodzaju, że ziemia jest płaska. Międzynarodowa Federacja Lekkoatletyczna przedstawiła sądowi badania wykonane na dużych grupach zawodniczek i zawodników, które potwierdzały ten fakt niezbicie.

Pikanym szczegółem tej sprawy była hipokryzja Trybunału, który od lat definiował jako doping każde przekroczone normy testosteronu. Tym samym przyznawał oficjalnie, że testosteron w nadmiarze poprawia wyniki, bo temu służy doping.

Udokumentowany dowód w sprawie złożyła sama bohaterka afery, która od początku kariery mieliła rywalki na proch, co najpierw przyjęto z podziwem, zanim pojawiły się trudne pytania i niewygodne odpowiedzi.

Federacja Lekkoatletyczna nie zamierzała karać Semenyi za nadczynność gruczołów, na które nie miała wpływu. Jednak nie mogła pozwolić, by kobieta z męskim stężeniem testosteronu, ścigała się z kobietami, które mieszczą się w normie.

Federacja zaleciła biegaczce kurację farmakologiczną celem obniżenia testosteronu do wartości kobiecej. Semenya zalecenie wykonała, obniżyła poziom hormonu, a razem z nim poziom sportowy do niskiej przeciętnej.

To była pierwsza część dowodu, że obniżenie testosteronu wpływa na pogorszenie rezultatów. Jednak wyznawcy płaskiej ziemi nie uznali tego za dowód. Wysoki Trybunał także nie. Po prostu chciał przeczekać.

W tak zwanym międzyczasie działaczy lekkoatletycznych oskarżano o seksizm, o naruszanie praw człowieka. Gdy oni schowali głowę w piasek, ona odstawiła proszki i wygrała igrzyska olimpijskie przy wsparciu koleżanek sobie podobnych.

Każdy fundamentalizm oślepia i ogłupia. Nie inaczej jest z tym związanym z transseksualizmem. I to po obu stronach sporu. Jedni i drudzy nie chcą słuchać racji strony przeciwnej. Podchodzą do tematu doktrynalnie i histerycznie.

Tymczasem przypadek Semenyi wymaga chłodnej głowy, bo nie jest oczywisty. Z jednej strony można ją definiować jak osobę transseksualną, gdyż przeszła kurację medyczną w ramach korekty płci tyle, że nie na płeć męską, lecz na bardziej kobiecą.
Południowoamerykanka Caster Semenya (w środku) jako złota medalistka w biegu na 1500 metrów podczas Igrzysk Wspólnoty Narodów w 2018 roku w Australii. Fot. Danny Lawson/PA Images via Getty Images
Z drugiej strony trudno ją tak definiować, ponieważ nie zadeklarowała, przynajmniej publicznie, trwałej niezgodności między własną tożsamością płciową, a przypisywaną jej społecznie płcią (choć jest zdeklarowaną lesbijką). Zatem jej płeć nie podlega określeniu płci społecznej.

A więc czemu podlega? Właściwym jej cechom osobniczym. Nikt nie ma na to wpływu i ona także. I nikomu nic do tego – do momentu podjęcia pracy zawodowej na określonych warunkach. Podjęcie pracy oznacza spełnienie warunków kontraktu.

To bardzo proste. Nie ma tu miejsca na żadne ideologie poza fair play. Skoro określona norma testosteronu warunkuje udział w biegach z kobietami to nie może być wyższa, bo gra przestaje być czysta, a sport przestaje być sportem.

Zaprzestanie kuracji, ponowny skok testosteronu i powrót Semnyi do wielkich wyników był drugą częścią dowodu w sprawie. Trybunał nie miał wyjścia. W końcu podjął decyzję o wykluczeniu biegaczki z rywalizacji kobiecej.

Ale ten rozdział nie został zamknięty. Nie opadają namiętności związane z określaniem płci. Nie ma porozumienia między stronami tej kłótni. Tym bardziej, że już widać kolejny problem, przed jakim staje sport.

Natura nie odpuści

Osoby transpłciowe żyły i żyją na tej planecie od początku ludzkich dziejów. Nigdy nie miały łatwo i teraz też nie mają. Zmiana definicji – z „zaburzeń psychicznych” na „niezgodność płci” – tak naprawdę niczego nie zmienia.

I niczego nie zmieniają chóry tych, którzy udają, że rozumieją. Nauka też nie rozumie przyczyn tego zjawiska. Rozpatruje czynniki genetyczne, endokrynologiczne, neurorozwojowe i środowiskowe. Poprzestaje na zmianach nomenklatury.

Do tej pory, gdy pojawiał się ten problem w sporcie, dotyczył wyłącznie kobiet. I nie miał związku z wyborem płci. Żadna ze sportsmenek nie twierdziła, że czuje się mężczyzną, więc życzy sobie być w taki sposób postrzegana.

Działo się raczej odwrotnie. Sportsmenki z podwyższoną normą testosteronu desperacko broniły kobiecego statusu w sporcie. Nie chciały go zmieniać na męski, bo rywalizacja z mężczyznami to koniec kariery, pieniędzy i sławy.

Dlaczego nie lecą z nami pan i pani? Nowy język i nowy świat

Na polu językowo-genderowym wiele może nas czekać.

zobacz więcej
Tak było dotychczas, ale czy tak zostanie? Czy obecne dylematy i dyskusje związane z wyborem płci nie zapowiadają kolejnych perturbacji na arenach? Już znamy przypadki – choćby te wspomniane na początku tekstu – gdy mężczyźni, którzy odkrywają swą nową tożsamość, chcą startować z kobietami.

Czy takie sytuacje staną się normą, standardem w sporcie? Wykluczam taką możliwość. Barierą zaporową muszą być i będą określone normy testosteronu. Właśnie po to zostały wprowadzone, aby zachować równość szans. A mówiąc inaczej – żeby sport pozostał sportem.

Ktoś, kto urodził się i żył jako mężczyzna, może zmienić płeć. Zgodnie z własnym zegarem biologicznym i pragnieniami. Przepisy w wielu krajach mu to gwarantują. Ale nie obchodzą one natury. Natura ma swoje prawa i nie odpuści.

Organizm mężczyzny, bez względu na to kim się czuje i jakie wybrał sobie imię, będzie produkował określone dawki testosteronu. Przemiana płci nie wiąże się z fizjologią lecz z psychiką. Taki organizm będzie znacznie przekraczał kobiece normy.

Z tej przyczyny takie osoby nie mogą być dopuszczane do rywalizacji z kobietami. Nie będzie sportowej emancypacji odwróconej. To, czego można się spodziewać, to zaostrzenie sporów i pogłębienie podziałów. Tylko tyle, czy aż tyle?

– Marek Jóźwik

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Włoszka Valentina Petrillo jest pierwszą transseksualną lekkoatletką (biega na 100, 200 i 400 metrów) wśród paraolimpijek. Wybiera się na igrzyska do Tokio. Fot. Marco Mantovani/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Talibowie. Who is who. Przewodnik po władzach Afganistanu
Są w nich nie tylko terroryści, ale też uczestnik negocjacji z Donaldem Trumpem i… były współpracownik CIA.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Ze skoczni na rower. Z nart na bieżnię. Z płotków na bobsleje
Primož Roglič i inni sportowcy wszechstronni.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eksperci – największa plaga Ameryki
Fachowcy od urządzania innym życia wedle naukowych metod.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Dlaczego cukrzycy są bardziej narażeni na ciężki COVID-19?
Czwarta fala może być niewesoła, jeśli wziąć pod uwagę, że w otyłości dobiliśmy do statystyk USA!
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Eurokraci zgrzytają zębami. Francuz gorszy niż Polacy
Kandydat na prezydenta Francji zaatakował podstawy Unii Europejskiej, której przez dekady wiernie służył.