Kultura

Nad ofiarami z piórem w ręku stali ich kaci. Pisanie sowieckiej ikony

„Sołówki” Maksyma Gorkiego z 1929 roku i „Białomorsko-Bałtycki Kanał imienia Stalina” z 1934 roku to apologie jednomyślności i harmonii, „jakie rzekomo miały cechować ówczesne życie pod rządami komunistów”. Warto przypomnieć, że pomysł na „reportaż” Gorkiego o radzieckich obozach koncentracyjnych wcale nie powstał w 1929 roku nad brzegami Morza Białego, ale kilka lat wcześniej, we włoskim kurorcie Sorrento.

„Nie widzieć zła. Gułag i inżynierowie dusz” Dariusza Tołczyka to książka, która pokazuje, jak głęboką perwersją był sowiecki totalitaryzm. I to nie tylko w wymiarze ustrojowym, politycznym, społecznym i egzystencjalnym. Jego rytuały i instytucje były jak magiczny, literacki obrzęd, który z pomocą słów miał zmieniać rzeczywistość. Więcej jeszcze: miał zmienić rzeczywistość w posłuszne komunistom słowa. To one miały być prawdą, a nie to, co realnie działo się w białych krematoriach archipelagu GUŁag; to one miały być sowieckim światem – a nie rzeczywiste, cielesne, fizyczne uniwersum, którego granice wyznaczała władza i wpływy Sowietów.

Zbiera im się na wspomnienia

Ze względów historycznych, geo- i metapolitycznych analiza radzieckich obozów koncentracyjnych jest uboższa i płytsza, a także o dekady spóźniona – jeśli porównać ją z wielkimi analizami niemieckich obozów koncentracyjnych z czasów III Rzeszy. Ma oczywiście swoje kamienie milowe w dziejach literatury, filozofii, socjologii i historii idei. Jednak z powodu specyficznego uprzywilejowania komunizmu w intelektualnej historii zachodniej Europy w XX wieku sowietologia jako opowieść o totalitaryzmach od zawsze przypomina traktowaną zdecydowanie gorzej i bardziej podejrzliwie młodszą siostrę.

Na polskim podwórku w niemałym stopniu wynika to z faktu, że liberalne elity III Rzeczpospolitej często sięgają korzeniami czasów Polskiej Partii Robotniczej, Komunistycznej Partii Polski i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Całkiem niedawno mówienie o tym było traktowane jako przejaw oszołomstwa.
Maj 2019. Agnieszka Holland i Michal Boni na 30. urodzinach „Gazety Wyborczej”. Fot. Andrzej Hulimka/Forum
Obecnie beneficjenci kolonialnej transformacji Polski przez Stalina coraz chętniej wspominają tamte czasy – z wiekiem zbiera im się na wspomnienia. Dobrym tego przykładem jest choćby książka „My, dzieci komunistów” (2019). To zbiór rozmów, jakie Krystyna Naszkowska przeprowadziła między innymi z Agnieszką Holland, Aleksandrem Smolarem, Ernestem Skalskim, Andrzejem Titkowem. Po dekadach III RP ukazała się także na polskim rynku wydawniczym praca Jaffa Schatza „Pokolenie. Wzlot i upadek polskich Żydów komunistów” – rzecz, którą zdecydowanie należy przeczytać i której należy się pierwszeństwo przed „Żydokomuną” Pawła Śpiewaka.

Literatura łagrowa

„Nie widzieć zła” to z kolei książka o intelektualnym i duchowym wymiarze sowieckich łagrów. Pierwotnie ukazała się w 1999 roku w języku angielskim, nakładem Yale University Press. Jej autor, prof. Dariusz Tołczyk, studiował i pracował na Uniwersytecie Harvarda; wykłada literaturę i języki słowiańskie na University of Virginia. Przed dekadą w Polsce ukazała się jego praca „Gułag w oczach Zachodu”.

PRL? Dyktatura „prawdziwych Polaków”

Rozmówcom Krystyny Naszkowskiej chodzi o to, żeby wykazać, iż komunizm w Polsce miał tak naprawdę charakter… kryptoprawicowy.

zobacz więcej
Jak pisze sam autor: „wbrew powszechnemu przekonaniu, temat terroryzmu państwowego i jego głównej instytucji – łagru – nie zawsze był nieobecny w oficjalnym dyskursie państwa radzieckiego. Wygnanie tego elementu sowieckiej rzeczywistości do sfery tabu, rozpoczęte w 1937 roku i trwające (z wyjątkiem krótkiej odwilży za Chruszczowa) do ogłoszenia głasnosti w latach 80., było wynikiem pośredniego przyznania przez reżim, że seria eksperymentów w zakresie manipulacji kategoriami etycznymi, za pomocą których społeczeństwo postrzegało obozy, skończyła się klęską. W eksperymentach tych literatura odgrywała ważną rolę, choć do tej pory w dużej mierze ignorowaną”.

Większość osób zainteresowanych sowiecką tematyką często przywołuje „Jeden dzień życia Iwana Denisowicza” Aleksandra Sołżenicyna jako przykład łagrowej literatury. Dariusz Tołczyk wskazuje, że kilka dekad wcześniej istniała oficjalna sowiecka literatura łagrowa (nie tyle poświęcona łagrom, ale i pisana w łagrach), tyle tylko że niekiedy nad ofiarami, którym włożono do ręki pióro, stali ich kaci. Nie była to literatura jednorodna – oddawała ducha poszczególnych etapów budowy komunizmu – zanim sowieccy demiurgowie nie uznali, że bezpieczniejsze będzie jednak milczenie.

„Sołówki” Maksyma Gorkiego z 1929 roku i „Białomorsko-Bałtycki Kanał imienia Stalina” z 1934 roku to apologie jednomyślności i harmonii, „jakie rzekomo miały cechować ówczesne życie pod rządami komunistów”. Warto przypomnieć, że pomysł na „reportaż” Gorkiego o radzieckich obozach koncentracyjnych wcale nie powstał w 1929 roku nad brzegami Morza Białego, ale kilka lat wcześniej, we włoskim kurorcie Sorrento. Gorki początkowo łudził się, że swoją „reporterską” podróż będzie mógł odbyć na własnych zasadach – ale odpowiednie instytucje przygotowały dla niego wizytację potiomkinowskich wsi, podobną do tych, jakie organizowano dla mniej lub bardziej wybitnych cudzoziemców.
Rok 1929. Więźniowie zesłani do gułagów w Republice Komi sfotografowani przy pracy nad rzeką Iżmą. Fot. Sovfoto/Universal Images Group via Getty Images
We wspomnianych wyżej dziełach obozy koncentracyjne opisywane są jako „szkoła nowego, szczęśliwszego społeczeństwa”. Był to krótki moment, gdy sami komuniści uwierzyli, że najbardziej bestialskie mechanizmy budowy utopii da się opowiedzieć tak, by nie budziły dysonansu poznawczego w nowym, sowieckim społeczeństwie (na czele z tak ważną dla niego inteligencją).

12 milionów egzemplarzy

Ciężar i horror rzeczywistości okazały się jednak zbyt ciężkie dla oficjalnej literatury i przenikniętej propagandą sztuki – mimo że miała za sobą milionowe nakłady, instytucje jawnej i zakamuflowanej przemocy. Przejmująco to zderzenie realności i fikcji artystycznej (która miała stać się prawdą) ukazał Aleksander Wat: „Przymierających głodem kołchoźników spędzano na filmy, w których stoły uginają się pod jadłem: pod grozą śmierci mieli wierzyć, że bankiety, a nie ich żebracza nędza, to prawdziwa »typowa«, ich własna rzeczywistość kołchoźnicza”.
Ale to kłamstwo sięgało także obozów koncentracyjnych radzieckiej Rosji. Na początku lat 30. w obozach pracy zaangażowanych w budowę Kanału Białomorskiego wydano 12 140 000 egzemplarzy łagrowej prasy, tworzonej „przez więźniów dla więźniów”, drukowanej w językach narodów ZSRS: „najsławniejszy wśród tych periodyków był magazyn »Pierekowka« (»Przekuwanie«), mający nakład 30 000 egzemplarzy. Każdy numer wypełniały peany więźniów o życiu i pracy w łagrze”.

Sztuka i publicystyka łagierników były opowieścią ludzi szczęśliwych, którzy zrozumieli swoje życiowe błędy i zaangażowali się w pełni w budowę najlepszego ze światów. Celowo nie używam w powyższym zdaniu cudzysłowu: na jakikolwiek cudzysłów miejsca tam wówczas nie było. Słowa łagierników i bestialstwa oprawców zjednoczyły się w fikcji, która przez moment sprawiała wrażenie, jakby odniosła triumf nad tym, co realne.


Dlaczego sowieccy decydenci wycofali się z oficjalnej literatury łagrowej jako narzędzia opowieści o budowaniu komunizmu i formy uprawomocnienia własnego państwa?

Datą graniczną okazał się rok 1937, czas gwałtownego wzrostu stalinowskiego terroru. Maksym Gorki, w którym cynizm i serwilizm w niezwykły sposób mieszały się z idealizmem i wiarą w sowiecki projekt, stworzył doktrynę „humanitarnej reedukacji przez pracę”.

Z pedagogów – zdrajcy, kanalie, bydlaki

Literatura łagrowa miała opiewać heroizm pracy nawróconych więźniów, perwersja komunistycznej metanoi (wewnętrznego przeobrażenia) ukazywana była jako świadectwo siły ideologii – wydawało się, że nikt lepiej nie nadaje się na świadka jej potęgi niż skruszony grzesznik, oderwany od całej swojej dotychczasowej egzystencji, poświęcony budowie absurdalnego projektu transportowego, czyli „Biełomora”. Łagiernik miał pokazać tym, którzy jeszcze wątpią i nie trafili do obozu, że mogą się nawrócić, żyjąc swoim codziennym życiem.
Maksym Gorki (z lewej), twórca doktryny „humanitarnej reedukacji przez pracę” z Józefem Stalinem. Fot. ullstein bild via Getty Images
Grzeszników nie ubywało. Więcej jeszcze, okazało się, że „w miarę postępów w budowie socjalizmu walka klasowa zaostrza się”. Komunizm nie potrzebował nawróconych grzeszników, ale wciąż nowych winnych, nie tylko na płaszczyźnie ekonomicznej, ale również psychospołecznej – ta reguła dotyczy także, jak się zdaje, wielu współczesnych radykalizmów. Wychodząc poza tezy prof. Tołczyka, można zaryzykować stwierdzenie, że historiozofia stalinowska wyzbyła się resztek oświeceniowego optymizmu, napełniając się głęboko gnostycką treścią. Stare zło, głęboko ukryte w rzeczywistości, kazało Stalinowi odrzucić specyficzny humanitaryzm „lekkoduchów” pokroju Gorkiego.

Na tym nie koniec. Stalinowskie czystki uderzyły w legendę czekistów. Oficjalna literatura łagrowa prawie do końca lat 30. XX wieku widziała w nich nie tylko funkcjonariuszy aparatu represji, ale też pedagogów nowego społeczeństwa i najlepszych synów nowej, sowieckiej rzeczywistości. Wielki terror skomplikował ten obraz – nie tylko dlatego, że „Biełomorkanał” gloryfikował Gienricha Jagodę, szefa OGPU, który nadzorował budowę kanału. Jagoda okazał się zdrajcą i zginął z woli Stalina w 1938 roku. Wymazano go z kart budowy komunizmu czy ściślej – zmieniono jego rolę w tej straszliwej tragifarsie.

Igraszki z diabłem. Jak Michaił Bułhakow próbował przechytrzyć Józefa Stalina

– Sztuka jest bardzo dobra, ale nie wolno jej wystawiać – zdecydował gensek.

zobacz więcej
Rzecz sięgała jednak głębiej: wcześniej czekiści jako pedagodzy nowego społeczeństwa nieustannie wykazywali się „nieomylnym klasowym instynktem”. Ale po 1937 roku, mówiąc językiem epoki, wielu z nich z katów zmieniło się w ofiary, z pedagogów – w zdrajców, kanalie i bydlaków. Stalin zniszczył mit czekisty jako „anioła światłości” – wszyscy mogli być podejrzani: czekistowski nimb nigdy nie odrodził się już tak silny. Co więcej, wraz z gniciem systemu przybierał ponuro-groteskowy wydźwięk.

Wiele mówiący cytat z książki prof. Tołczyka: „Czekiści i ich piewcy często dzielili ten sam los. Bruno Jasieński ostatecznie nie zdołał zaskarbić sobie zaufania władz Kraju Rad. Skazany 17 września 1938 roku za szpiegostwo na rzecz Polski (oczywiście niesłusznie), został rozstrzelany jeszcze tego samego dnia. Niewiele lepszy okazał się los księcia Dmitrija Światopełka-Mirskiego. Aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Wielkiej Brytanii, dostał wyrok ośmiu lat łagru. Z trubadura GUŁagu przeistoczył się w jego mieszkańca. Umarł z głodu i wycieńczenia na Kołymie w czerwcu 1939 roku”.
„Ziemia na lewo”. Okladka tomu poezji foturystycznej. Autorzy: Anatol Stern, Bruno Jasienski. Projekt okladki: Mieczyslaw Szczuka. Rok 1924. Fot. Grzegorz Kozakiewicz/Forum
I jeszcze: „Nie żył już wówczas autor »Czerwonej ewangelii« Wasilij Kniaziew, zmarły również na Kołymie w listopadzie 1937 roku, ani inny literacki piewca Czeki z lat 20., Aleksander Tarasow-Rodionow, stracony we wrześniu 1938 roku”.

Nowa księga Rosji i świata

Opisywanie sowieckiego totalitaryzmu przez pryzmat literatury może wydawać się mniej istotnym wątkiem. Istnieją jednak dobre powody, by uznać, że prof. Tołczyk zajmuje się jednym z najważniejszych, newralgicznych elementów tamtej rzeczywistości. Sowiecka Rosja była projektem ściśle ideologicznym, u jej źródeł stała utopia. Literackie toposy utopii przez wieki głęboko przenikały ludową i intelektualną rzeczywistości Zachodu.

Żeby lepiej zrozumieć, jak bardzo był literacki (i jak bardzo miał się do literatury upodobnić) sowiecki świat w swych początkach, warto sięgnąć po „Dom władzy” Jurija Slezkine. Nie bez przyczyny swoją recenzję tej trzytomowej pracy dla miesięcznika „Znak” zatytułowałem „Źle napisany świat”: niemała część radzieckiej elity do czasów stalinowskiego terroru głęboko wierzyła, że radziecka rzeczywistość będzie w końcu „taka jak w książkach”.

By skomplikować obraz, warto dodać, że wśród ulubionych lektur jej przedstawicieli częściej niż Karol Marks pojawiali Jack London i Charles Dickens. Z całą pewnością jednak była w nich często niemal magiczna wiara w przemieniającą moc słów. Prof. Tołczyk pisze o „literackiej i politycznej kampanii na rzecz zwalczania przeżyć słowem”: „odległe, pomieszane echo najważniejszego marzenia pisarzy i poetów, jakim jest pokonanie braków rzeczywistości materialnej humanizująca mocą języka”.

Dla nowych sowieckich elit, które w znacznej mierze wywodziły się z pogubionej społecznie inteligencji, z ludzi często zbędnych, wykorzenionych narodowo i kulturowo, izolowanych od realnego życia wieczną konspiratorską robotą i ciągłym przebywaniem na emigracji lub zsyłce – Rosja była nie tyle eksperymentem, ile szkicownikiem. Chcieli napisać nową księgę dziejów oraz świata, która równocześnie miała być i logosem, i ciałem komunistycznego państwa.
„Nie widzieć zła. Gułag i inżynierowie dusz”, wyd. PIW
„Nie widzieć zła” to analiza komunizmu jako projektu zarazem literackiego i ustrojowego, metapolitycznego i egzystencjalnego. Czarne ptaki na kolczastych drutach pośród czerwonego tła, które zdobią okładkę książki, to przejmujący symbol zniszczeń, jakie przyniosło „pisanie komunistycznej ikony”. Czy raczej tworzenie idola, który miał stać się ikoną Rosji – i świata.

– Krzysztof Wołodźko

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

odc. 457
Zdjęcie główne: Rok 1932. Kułacy i uznani za wrogów ludu budują Kanał Białomorski. Fot. Sovfoto/Universal Images Group via Getty Images
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Oscarowa gala jak sowiecka akademia. Biali adorują czarnych
W aurze filmowej rewolucji natychmiast pojawiają się skojarzenia z socjalistycznymi punktami za pochodzenie.
Kultura wydanie 9.04.2021 – 16.04.2021
Polański kazał mu ufarbować włosy i znęcał się nad nim na planie
Reżyser posłuszeństwo wymuszał krzykiem. Starsi aktorzy byli oburzeni. Debiutanci spuszczali uszy po sobie.
Kultura wydanie 9.04.2021 – 16.04.2021
Był uważany za obciach. Przeistoczył się w wykonawcę, z którym...
Grzegorz Brzozowicz wspomina Krzysztofa Krawczyka.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Jezioro Dargin
Fragment nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Burza nad szkołami aktorskimi. Przemoc czy metoda edukacyjna?
Oburzają się na Dejmka i Holoubka, że przeklinali w pracy, a nie mają nic przeciw dzisiejszym przekleństwom lewicowych aktywistów.