Historia

Żydowscy „faszyści” 1943. Walczyli i ginęli w getcie, żeby nie zginąć w komorach gazowych

Żołnierze Żydowskiego Związku Wojskowego do 22 kwietnia trwali na pozycjach przy placu Muranowskim. To tam, na jednym z dachów wywieszono dwie flagi, polską i żydowską, o czym wspominał w raporcie Jurgen Stroop. O flagach mówią wspomnienia ocalonych z getta, widać je było także po stronie aryjskiej.

19 kwietnia 1943 roku wybuchło powstanie w getcie warszawskim, pierwsze miejskie powstanie w okupowanej Europie. Po wywiezieniu latem 1942 roku prawie 300 tysięcy mieszkańców getta do komór gazowych Treblinki, w szczątkowym getcie pozostało 35 tysięcy Żydów pracujących w różnych warsztatach na rzecz III Rzeszy i prawie drugie tyle nielegalnie, ukrywających się przed wywózką.

Po letniej deportacji dla wszystkich w getcie było jasne, co znaczy wywózka na wschód, rzekomo do pracy. Getto długo nie wierzyło, że wszyscy mieszkańcy mają zginąć. Docierały do Warszawy wiadomości o likwidacji prowincjonalnych gett, dopiero zanotowane przez „Oneg Szabat”, organizację Emanuela Ringelbluma – świadectwo uciekiniera z Treblinki, ofiary akcji letniej z 1942 roku oraz opowiadania kolejarzy i mieszkańców okolic obozu zagłady nie pozostawiły wątpliwości.

Od jesieni 1942 dzielnica przeszła praktycznie spod władzy Judenratu w ręce konspiracji żydowskiej rozmaitych nurtów politycznych. Większość pozostałych w getcie Żydów to byli ludzie młodzi, zdolni do pracy – to był warunek, by zostać jako robotnik pracujący na rzecz frontu wschodniego. Mieszkańcy getta reprezentujący lewicowe, jeszcze przedwojenne partie polityczne utworzyli Żydowski Komitet Narodowy. Partia najbardziej znacząca na lewicy, czyli Bund, sformowała Żydowską Organizację Bojową, która jednak nie chciała być w jednej formacji z komunistami, więc dla kontaktów ze stroną aryjską za murem stworzono wspólną Komisję Koordynacyjną.
Proporczyk Żydowskiego Związku Wojskowego. Fot. I, David95, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2243781
Do dziś toczą się spory, kto powstał pierwszy – ŻOB, czy Żydowski Związek Wojskowy. Organizacje walczyły osobno, na podzielonych umową odcinkach obrony. W ogniu walki współpraca się zacieśniła. Wróg od początku był wspólny.

W tzw. dzikim domu

ŻZW stworzyły Nowa Organizacja Syjonistyczna i Betar, syjoniści rewizjoniści, czyli narodowcy żydowscy silnie antykomunistyczni i antyradzieccy. Betar przed wojną był takim żydowskim „Strzelcem” czy młodym POW, silnie zmilitaryzowaną organizacją młodzieżową, przygotowywaną do zdobycia dla Żydów państwa w Palestynie. Do inspiracji i związków z ideami niepodległościowymi Józefa Piłsudskiego przyznawali się chętnie, a sanacyjne władze II RP ich szkoliły i udzielały innej pomocy.

Założony przez syjonistów rewizjonistów i ich młodzieżówkę Betar, ŻZW był więc o wiele lepiej uzbrojony niż ŻOB i lepiej przeszkolony wojskowo, gdyż poza szkoleniem betarowskim, wielu jego członków miało za sobą służbę w Wojsku Polskim. Przed powstaniem siedzibę ŻZW przy ulicy Muranowskiej odwiedził kronikarz getta warszawskiego Emanuel Ringelblum:

Lokal mieści się w niezamieszkanym, tzw. dzikim domu przy ul. Muranowskiej 7, w sześciopokojowym lokalu na pierwszym piętrze. W pokoju kierownictwa było zainstalowane pierwszorzędne radio, przynoszące wiadomości z całego świata, obok stała maszyna do pisania. Członkowie kierownictwa ŻZW, z którymi prowadziłem rozmowę kilka godzin, byli uzbrojeni w rewolwery zatknięte za pasem. W dużych salach na wieszakach znajdowała się broń różnego rodzaju, a więc ręczne karabiny maszynowe, karabiny, najrozmaitszego rodzaju rewolwery, ręczne granaty, torby z amunicją, mundury niemieckie.

Wrażenie na Ringelblumie zrobiła także wizyta kogoś zza muru, który ze zgromadzonymi miejskimi partyzantami omówił transakcję na dwa karabiny maszynowe.

Wyszkoleni i uzbrojeni syjoniści z ŻZW chcieli wstąpić do ŻOB, ale jako zwarta organizacja. ŻOB godził się przyjmować tylko pojedynczych żołnierzy i do połączenia konspiracji zbrojnych nie doszło.

Zapomniani bohaterowie warszawskiego getta

Piotr Gontarczyk: Historia powstania w warszawskim getcie przez dziesiątki lat była podporządkowana kanonom lewicowej propagandy i zniekształcana.

zobacz więcej
Właściwie cała broń, jaką dysponował ŻZW pochodziła z transakcji na czarnym rynku za murami getta. Paradoksalnie lojalni wobec Polski, tymczasowej, ale jednak ojczyzny, nie mieli żadnych organizacyjnych kontaktów z Armią Krajową i Polskim Państwem Podziemnym. Nie ma śladów w dokumentach, że dowództwo AK wiedziało o ich istnieniu. Podziemie polskie jako przedstawicieli podziemia żydowskiego uznawało ŻOB i ŻKN. Po letniej akcji likwidacyjnej większości getta, w 1942 roku ŻOB dostał od AK dziesięć pistoletów.

Dano niechętnie, nie wierząc, że zostaną użyte. Sytuacja zmieniła się po ostrzelaniu wchodzących do getta oddziałów niemieckich w styczniu 1943. AK przekonana, że Żydzi chcą walczyć, dostarczyła dalszych 50 pistoletów, amunicję i dużo materiałów wybuchowych. ŻOB dokupiła jeszcze nieco broni za murem.

W kwietniu okazało się, że ŻZW ma kilka karabinów maszynowych, pistolety maszynowe i dużo karabinów oraz pistoletów. ŻOB dysponowała kilkoma karabinami i kilkudziesięcioma pistoletami, granaty i butelki zapalające mieli wszyscy. Oblicza się, że żobowców było więcej, choć sam Marek Edelman, ostatni dowódca ŻOB obliczał siły na około dwustu bojowców. Historycy mnożą tę liczbę przynajmniej razy dwa. Jeżeli Edelman miał na myśli tych, co mogli mieć coś w ręku, wliczając granaty i butelki, to miał rację. Jakiejkolwiek broni powinno wystarczyć dla większej liczby żołnierzy ŻZW, choć w historiografii uznaje się tę organizację za mniej liczną.

„Faszyści” i fakty

Padło słowo historiografia i tu zaczynają się kłopoty. Przez pięćdziesiąt, a nawet sześćdziesiąt lat po powstaniu w getcie, ŻZW nie istniał. Nie było tej organizacji w upamiętnieniach, rocznicach, nauce szkolnej, historii i publicystyce dotyczącej powstania. Władzom PRL bliżej było do lewicowej ŻOB, niż do syjonistów, ale ta klątwa przeżyła PRL i nie wszystko da się w ten sposób wytłumaczyć.
Zdjęcie wskazujące miejsce wywieszenia przez ŻZW flag – żydowskiej i polskiej – na kamienicy przy pl. Muranowskim. Fot. Alicja Kaczyńska „Obok piekła – wspomnienia z okupacji niemieckiej w Warszawie” wyd. 1., „Marpress” 1993 w Gdańsku/Jack Eisner „Raising the Flag during Warsaw Ghetto Uprising”, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=20321808
Wojnę przeżyło więcej bojowców ŻOB niż żołnierzy ŻZW i to oni opowiadali o powstaniu w getcie. Właściwie z Żydowskiego Związku Wojskowego nie przeżył prawie nikt, a nieliczni ocaleni szybko emigrowali po wojnie. Nie miał kto zaprzeczać, prostować, wyjaśniać i bronić się przed przyprawianiem gęby.

Anka Grupińska w książce „Ciągle po kole”, która była zbiorem wywiadów z ocalałymi bojowcami, przeprowadziła w niej rozmowę z Markiem Edelmanem:

– Marku, czy możemy zacząć od rozmowy o ŻZW?
– ŻZW? Co cię to obchodzi? Z faszystami chcesz mieć do czynienia?
– Marku, poważnie. Istnieje sporo wspomnień o powstaniu w getcie warszawskim spisanych przez syjonistów i nie syjonistów. I nikt nic nie mówi o ŻZW.
– Bo nie ma o czym mówić.
– Ty, w Polsce wiele razy opowiadałeś...
– ... o ŻZW?
– Nie, no właśnie opowiadałeś o powstaniu, zawsze milcząc o ŻZW. Warto może porozmawiać o faktach.
– O jakich faktach? Nie było faktów!


Gdy pełniący przez długie lata rolę strażnika pamięci o powstaniu w getcie Marek Edelman przyznaje, że jednak jakieś „fakty były”, to we wspomnianej książce brzmi to tak: To była banda tragarzy, szmuglerów i złodziei. Zamknęli się w tym domu (dowództwa ŻZW na Muranowskiej), trochę postrzelali i uciekli tego samego dnia.

Nazywanie wszelkich prawicowców faszystami ma bardzo długą tradycję na lewicy. Ktoś walczył trzy dni na placu Muranowskim i ktoś, kogo nie było – a jeśli grupa była, to jako niewiele znacząca banda – wyróżniał się bojowo przez pierwsze dni powstania, gdzie regularne walki trwały właśnie kilka dni. Później, rozproszeni w kryjówkach bojowcy starali się przed śmiercią strzelać do Niemców, gdy było to możliwe. Trzeciego dnia powstania generał SS Jurgen Stroop postanowił stosować taktykę spalonej ziemi. Burzył przy pomocy artylerii i miotaczy płomieni całe kwartały, do piwnic wrzucano granaty i gaz łzawiący, co pozwalało ograniczyć niemieckie straty. Obrońcy domów ginęli w ich gruzach i można sądzić, że największe straty Niemcy ponieśli w trzech pierwszych dniach powstania.

Dlaczego Polacy nie mogli bardziej pomóc walczącym Żydom?

Armia Krajowa nie wsparła powstania w getcie warszawskim. Niechętnie przekazywała broń, bo polskie dowództwo nie wierzyło w determinację powstańców i obawiało się ich komunistycznych sympatii.

zobacz więcej
Żołnierze ŻZW do 22 kwietnia trwali na pozycjach przy placu Muranowskim. To tam, na jednym z dachów wywieszono dwie flagi, polską i żydowską, o czym wspominał w raporcie Jurgen Stroop. O flagach mówią wspomnienia ocalonych z getta, widać je było także po stronie aryjskiej.

ŻZW chciało walczyć w getcie ile się da, a później przejść do partyzantki, ŻOB – zginąć z bronią w ręku zamiast w komorze gazowej. 22 kwietnia ŻZW w dwóch grupach wycofało się z getta tunelem pod graniczną kamienicą przy ulicy Muranowskiej, który został wykopany przed powstaniem. Kryjówki po polskiej stronie muru zostały wykryte i prawie wszyscy żołnierze ŻZW zginęli. Inna grupa później została wykryta i zlikwidowana w Michalinie pod Warszawą.

Historycy nie wierzący w powtarzające się przypadki twierdzą, że ktoś ich wydał. ŻZW miało kontakty handlowe z ludźmi powiązanymi z polskim podziemiem, którzy być może sprzedali żydowskim żołnierzom broń z arsenałów AK i świadków trzeba było zlikwidować. Wskazuje się także na Korpus Bezpieczeństwa, organizację na obrzeżach Armii Krajowej, która była spenetrowana nie tylko przez Gestapo, ale i przez NKWD. Według innych badaczy trop jest mylny, bo KB powstał dopiero jesienią 1943 roku.

Skłamana historia „majora”

Jak było, nie wiadomo, wiadomo że po wojnie nie miał kto mówić o ŻZW.

Organizację pech prześladował od początku okupacji. Wybitniejsi działacze syjonistyczni i Betaru, jak na przykład Menachem Begin, uciekli przed Niemcami na wschód i w środowisku syjonistów rewizjonistów w Warszawie nastąpiła zmiana pokoleniowa. Zerwały się kontakty z polską konspiracją nie tylko z powodu muru odgradzającego getto. Urwały się przedwojenne znajomości, czym można po części tłumaczyć monopol reprezentowania getta przed Polakami przez żydowską lewicę. Zresztą, przedwojenne kontakty znaczących syjonistów były z politykami sanacyjnymi, a w Polsce podziemnej generała Władysława Sikorskiego to nie byłyby najwyższe koneksje, gdyby nawet zostali oni w Warszawie.

Nieznani za okupacji, wybici w powstaniu, skupiający na sobie niechęć ocalonych lewicowców, po wojnie nie zostawili po sobie śladów dla historii, zwłaszcza, że rządzący Polską i piszący historię nie szukali ich zbyt gorliwie. Jednak w Izraelu i w diasporze żydowskiej nie obowiązywała propaganda chwalenia wszystkiego, co lewicowe, wbrew faktom.

Przynajmniej trzech byłych żołnierzy ŻZW mieszkało w Izraelu i może to oni zainspirowali dziennikarkę Chaję Lazar do przyjazdu do Polski i szukania śladów po ŻZW. Przyjechała w 1962 roku, aby nazbierać materiałów przed dwudziestą rocznicą powstania w getcie. Chaja Lazar trafiła na „majora” Henryka Iwańskiego, który opowiedział jej, jak zakładał ŻZW. Henryk Iwański, charyzmatyczny inwalida, sprawiał, że wszyscy mu wierzyli. Opowiadał, że bił się o Polskę już w POW, brał udział w trzech powstaniach śląskich, obronie Warszawy w 1939 roku, powstaniu w getcie i powstaniu warszawskim.

Wspominał dziennikarce izraelskiej, jak w 1939 roku przyszło do niego czterech oficerów i podoficerów Wojska Polskiego pochodzenia żydowskiego, znanych mu z kampanii wrześniowej i powiedzieli, że nie chcą iść do obozów jenieckich, a walczyć dalej. Iwański ich zaprzysiągł i tak powstało ŻZW, polsko-żydowska organizacja zbrojna. Po stworzeniu getta już raczej żydowska, co nie wykluczało braterstwa broni. W czasie walk przy placu Muranowskim, 19 – 22 kwietnia, Iwański z oddziałem rzekomo wyszedł z kanału i wsparł żydowskich towarzyszy. Stracił dwóch braci, w dalszych opowieściach także ojca i na jego rękach oddał ducha David Moryc „Mietek” Apfelbaum, komendant ŻZW.

Za Chają Lazar przyjechał jej mąż, Chaim Lazar, przygotowujący książkę o powstaniu w getcie. On także był pod wrażeniem hagady Iwańskiego. Zrobił się szum na Zachodzie, owocujący przyjazdem reportera „New York Timesa”. Pojawiły się stosowne artykuły, których nie dementowały władze komunistyczne, bo wpisywały się w narrację, jak to Polacy zawsze pomagali Żydom. Władze posunęły się znacznie dalej, przyznając „majorowi” Iwańskiemu krzyż srebrny orderu Virtuti Militari, a rok rocznicowy 1963 przyniósł mu tytuł Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

Otoczeni przez Piłatów

Najmłodsza ofiara masakry liczyła 7 miesięcy, najstarsza – ok. 70 lat.

zobacz więcej
W oficjalnej w PRL historii drugiej wojny ŻZW nadal nie było. Co roku, a co dziesięć lat szczególnie uroczyście, czczono bezprzykładne bohaterstwo bojowców ŻOB. Iwański mógł sobie coś napisać raz w „Prawie i Życiu”, raz w „Stolicy” z okazji kolejnych rocznic, co nie zmieniało ogólnej wiedzy, a raczej niewiedzy. Po stanie wojennym Henryk Iwański publikował w piśmie Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”, „Rzeczywistości”. Kto pamięta ten tygodnik, to wie, że skłamana i jedyna oficjalna historia ŻZW trafiła w nieciekawe otoczenie narodowych komunistów.

„Drużyna pierścienia”, której nie było

Według książki Dariusza Libionki i Laurence'a Weinbauma „Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze” Henryk Iwański nie był oficerem, nie był nawet żołnierzem, a w czasach, kiedy mieli go odwiedzić polscy wojskowi żydowskiego pochodzenia prowadził stragan przy Grójeckiej i inna jego aktywność z tamtych lat nie jest znana. Był za to współpracownikiem Urzędu Bezpieczeństwa, któremu dawał nadzieję, że przez swoje kontakty z Żydami w kraju pomoże rozpracować Żydowski Instytut Historyczny, a z diasporą – Szymona Wiesenthala w Wiedniu.

Poznało się na nim szybko UB i po dwukrotnych próbach zrezygnowało z usług. Nie dał się też nabrać słynny łowca nazistów. Z UB nie tylko współpracował, a nawet krótko tam pracował inny „major”, Tadeusz Bednarczyk. Opowiadał on o braterstwie broni z ŻZW mniej więcej to samo, co Iwański, tylko z podkreślaniem swojej roli. Ale był drugi. Sprawiedliwego wśród Narodów Świata się nie doczekał, pomimo starań. Na marginesie, z UB go wyrzucono za gwałty i sadyzm wobec Niemek na Dolnym Śląsku, właściwie nie tyle wyrzucono, co przeniesiono na niższe stanowisko, czego ambitny „major” nie zaakceptował i się zwolnił.

Już w obecnym stuleciu na jednej z wystaw w Jad Waszem w Jerozolimie pojawił się ciekawy eksponat. Pierścień złoty z gwiazdą, barankiem i lwem. Ten pierścień przekazał Iwański Instytutowi, a jego historię opowiedział już w 1963 roku reporterowi „New York Timesa”. Otóż były dwa takie pierścienie. Jeden miał Iwański, a drugi Apfelbaum i łącznicy ich obu mogli się po obu stronach muru identyfikować tymi pierścieniami.
Według Libionki i Weinbauma żaden komendant Apfelbaum nie istniał, a na czele ŻZW stali Paweł Frenkel i Leon Rodal. Nie było zatem tej „Drużyny pierścienia”, którego repliki – według Libionki i Weinbauma – można zamówić w izraelskim internecie. Nieistniejący David Moryc Apfelbaum ma inne realne ślady swego nieistnienia: skwer swego imienia na warszawskiej Woli i jest także wymieniony na jednej z tablic na Trakcie Pamięci Męczeństwa i Walki Żydów w getcie warszawskim. To efekty siły oddziaływania kombatanckiej charyzmy Henryka Iwańskiego, wspomaganego przez „świadectwa” Tadeusza Bednarczyka i jeszcze dwóch panów.

Kariera obu „majorów”, szczególnie Iwańskiego, była możliwa, bo w sprawie ŻZW była wieloletnia zmowa milczenia i gdy nagle ktoś się pojawia, to działa w pustej przestrzeni. Nie ma nikogo, kto by zaprzeczył i nie przypadkiem „majorowie” nie przypisali się do ŻOB, za dużo było żyjących świadków.

Zanim do Polski przyjechała Chają Lazar, Iwański był już uwiarygodniony. Dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego Bernard Mark, który przeżył wojnę w ZSRR i nie znal realiów okupacyjnych, dał mu pierwsze potwierdzenia na piśmie jego bohaterstwa. Z tymi dokumentami Iwański poszedł do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację i tam następne pieczątki uzyskał od samego Jana Mazurkiewicza „Radosława”. Potem było pełne dobrych chęci i naiwne małżeństwo Lazarów i dalej już poszło. O losy Iwańskiego w powojennej Polsce dopytywał się nawet premier Izraela Menachem Begin.

Wyginęli przez donosy

W minionym dziesięcioleciu podczas upamiętnień i w artykułach już nie tylko ŻOB walczyła w getcie. Wymienia się po niej zawsze ŻZW. Przyczyniły się do tego na pewno książki Mariana Apfelbauma „Dwa sztandary” i Mosze Arensa „Flagi nad gettem”, tłumaczone na polski. O syjonistach rewizjonistach opowiadał film dokumentalny „Betar” Roberta Kaczmarka. Choć fantazji obu „majorów” nie ustrzegł się Marian Apfelbaum (przyznaje się do kuzynostwa z „komendantem”), a nawet w nieznacznym stopniu Mosze Arens (w przypisach), to treści nieopowiadane przez dziesięciolecia wreszcie się pojawiły.
Według Libionki i Weinbauma na czele ŻZW stał też Leon Rodal (również Lejb w jidysz i Arie w hebrajskim), przed wojną znany dziennikarzi działacz partii Syjonistów-Rewizjonistów. W ŻZW był odpowiedzialny za departament informacji. 5 maja 1943 wyprowadził z getta grupę cywilów, wracając po kolejnych oddział został zaatakowany przez SS i polską policję granatową. Rodal zginął w czasie walki, mając 30 lat. Fot. http://www.infocenters.co.il/gfh/notebook_ext.asp?book=29031&lang=eng&site=gfh, Domena publiczna
Właściwie zawsze były, tylko do końca XX wieku szerzej nie rezonowały. Pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki w pracy napisanej w Londynie „Kto ratuje jedno życie” – nie byle kto, szef wywiadu Komendy Głównej Armii Krajowej – wspomina o Iwańskim, podobnie książka Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny „Ten jest z ojczyzny mojej”. A dzięki książce Dariusza Libionki i Laurence Weinbauma można bohaterów odróżnić od hochsztaplerów, którzy zwodzili nie tylko media, ale i łatwowiernych opowiadaczy, nawet z wywiadu AK.

„Major” Henryk Iwański dostał medal z Jad Waszem na tej samej ceremonii w ambasadzie Izraela, co Irena Sendlerowa i Władysław Bartoszewski. Prasa pisała głównie o Iwańskim, Bartoszewskiego i Sendlerowej nawet nie wspomniano z nazwiska. Nie spowodowało to jednak skojarzeń ŻZW z mętnej proweniencji fantazjami kombatanckimi. Kariera historii Iwańskiego na Zachodzie nie miała także wpływu na milczenie o ŻZW w szerokim obiegu informacji w Polsce. Dobrze się stało, bo może lepiej nic, niż w takim towarzystwie.

Teraz o ŻZW wiemy tyle, że walczył dzielnie w regularnej obronie placu Muranowskiego i jeszcze w dwóch zakładach rękodzielniczych na terenie getta i że jego żołnierze wyginęli przez donosy i zdradę po aryjskiej stronie. Nie udało im się z partyzantką po zakończeniu walki w getcie, co mieli na celu. Nieplanowana partyzantka była za to doświadczeniem kilkudziesięciu bojowców z ŻOB, którzy wyszli z getta włazem kanałowym na ulicy Prostej i pod Warszawą utworzyli oddział imienia Mordechaja Anielewicza, a niektórzy z nich wzięli udział w powstaniu warszawskim.

Skończyła się – jak się wydaje – epoka polityzowania i ideologizowania powstania w getcie warszawskim; czasy, gdy „nie było faktów” jeżeli chodzi o ŻZW. Bojownicy obydwu żydowskich organizacji konspiracyjnych, ŻZW i ŻOB, walczyli i ginęli z bronią w ręku, aby nie zginąć w komorach gazowych Treblinki.

Jeżeli Dariusz Libionka i Laurence Weinbaum w książce „Bohaterowie, hochsztaplerzy, opowiadacze” mają rację, to być może pewne kroki powinien rozważyć Jad Waszem, kapituła orderu Virtuti Militari i Rada Miasta Warszawy.

– Krzysztof Zwoliński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Kwiecień – maj 1943, powstanie w getcie warszawskim. Niemieccy żołnierze trzymają na muszce mężczyznę, powstańca wychodzącego z podniesionymi rękami z kryjówki ¬ – bunkra czy piwnicy. Fot. ŻIH / Forum
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Bohater tak wyjątkowy, aż niemożliwy. Więc ogłoszono, że sypał
Najnowsza historia jest w Polsce bieżącą polityką.
Historia Najnowsze wydanie
„Pamiątki” po Hitlerze. Kłopot czy biznes?
Aligator Führera zdechł rok temu w moskiewskim zoo mając 84 lata. Wypchano go i umieszczono w Muzeum im. Darwina.
Historia Najnowsze wydanie
KGB na tropie Jana Pawła II
Sowieckie służby szybko zrozumiały, jakie zagrożenie dla systemu komunistycznego może stanowić pontyfikat papieża Polaka.
Historia Najnowsze wydanie
Stanął przeciw Piłsudskiemu i nie zamierzał się patyczkować
Gen. Rozwadowski rozkazał „użyć bomb i karabinów maszynowych celem całkowitego rozproszenia nieprzyjacielskich oddziałów”
Historia Najnowsze wydanie
Idę po swoją kulę w brzuch
Słychać było pojedyncze wystrzały z AKS-74: to nasi dobijali rannych duszmanów. Duszmani też nie brali komandosów do niewoli.