Kultura

Był traktowany jako obciach. Przeistoczył się w wykonawcę, z którym chcieli śpiewać i tworzyć najlepsi

– Jeżeli nie udało się pozyskać do projektu Niemena, to teraz znajdźcie mi wokalistę, który ma potężny głos, był kiedyś wielce popularny, upadł i jest obecnie traktowany jako obciach – zarządził Goran Bregović. – Krzysztof Krawczyk – padła natychmiastowa odpowiedź.

Muzyk zmarł 5 kwietnia 2021 roku.

Znaczenie Krzysztofa Krawczyka dla polskiej popkultury będzie jednym z tematów kolejnego odcinka programu Mariusza Cieślika „Tego się nie wytnie”. Premiera w czwartek, 15 kwietnia o godz. 20.00, TVP Kultura.

Kiedy byłem pacholęciem, słuchałem polskiego big bitu. Uwielbiałem Skaldów, nuciłem piosenki Czerwonych-Gitar i No To Co. Podobali mi się też Trubadurzy, ale nie tyle ich piosenki, co ich stroje. Muzycy przebierali się za muszkieterów, a książkami Aleksandra Dumasa zaczytywałem się wraz z moimi rówieśnikami.

Gdy w roku 1973 Krzysztof Krawczyk odszedł z łódzkiego zespołu, przestałem się tym artystą interesować. Po prostu koleś, który z muszkietera przeistoczył się w kelnera nie mógł już więcej działać na moją wyobraźnię.

W tym czasie Maciej Szczepański gruntownie przebudował wizerunek socjalistycznej telewizji. Prezes Radiokomitetu wprowadził do telewizji świat estradowego blichtru. Wyrugował ze szklanego ekranu, i tak z rzadka pokazywanych, długowłosych szarpidrutów. Zapanowała estetyka tandetnej elegancji przeniesionej żywcem z zachodnioniemieckiej telewizji, tylko zamiast perfum „Channel No. 5” eleganckie panie spryskiwały się zapachem „Masumi”, a mężczyźni rozsiewali woń „Brutala”.

Wbrew temu, co można przeczytać obecnie we wspominkowych tekstach, Krzysztof Krawczyk, nie był w latach 70. uznawany za wybitnego artystę sceny krajowej. Nie śpiewał tekstów Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego czy Jonasza Kofty. Był estradowcem „drugiego sortu”, ale autentycznie rozpalającym wyobraźnię żeńskiej części socjalistycznej populacji.
Dopasowane koszule z wywiniętym kołnierzykiem na marynarkę i seksowne, wystające spod niedopiętych pod szyją guzików, kędziory, ufryzowana grzywka, no i ten bujny, sarmacki wąs. A, jak zaśpiewał: „Oh! Jest gdzieś niebo jak len / Oh oh oh! Noc za krótka na sen / Oh hoh! Dom gdzie czeka znów ktoś”, to żyć się chciało nie zawsze wedle obowiązujących zasad moralnych. Nie dziwota, że zachodnioniemiecka firma płytowa Polydor nagrała z Krzysztofem dwa single, w tym niezapomnianą „Auf Wiedersehen Madelaine”.

Przepraszam, nabijam się trochę przesadnie, ale chcę wyraźnie uświadomić dzisiejszemu czytelnikowi nie pamietającemu czasy PRL ówczesną muzyczną rzeczywistość. Wtedy jako długowłosy nastolatek szczerze pogardzałem nie tylko Krawczykiem, ale i całą tą estradą, na której konkurowali też wspomniana Agnieszka Osiecka, Maryla Rodowicz, Jan Pietrzak, Marek Grechuta czy orkiestry Jerzego Miliana i Henryka Debicha. Wykonawcy, których dziś niezwykle cenię.

Nic się nie zmieniło w latach 80. Wprawdzie w trakcie stanu wojennego niektórzy artyści bojkotowali telewizję, ale gwiazdy rocka od Lady Pank po Perfect i Maanam nie miały z występowaniem w niej problemu.

Krawczyk był w Ameryce, więc w klubach polonijnych i na budowie mężnie walczył o nową Polskę. Udało się. Kiedy jednak powrócił do kraju, to w telewizji rządzili pampersi, którzy w końcu postanowili wywietrzyć ekrany telewizorów z estradowej szmiry. Dla Krawczyka nie było miejsca, ale za to idąc z duchem nostalgii nagrał w 1994 roku album „Gdy nam śpiewał Elvis Presley”, który zyskał miano platynowego. Tylko potem, z braku ofert, wkroczył za namową menadżera w świat disco polo.

Był to niewątpliwy błąd, ale po latach zrozumiałem, że „Krawiec” nie miał wyboru. Był bowiem wykonawcą, który nie mógł żyć bez kontaktu z publicznością. W 2000 roku o Krzysztofie Krawczyku zapomniały media, wytwórnie płytowe, a nawet tabloidy.

Komunizm inaczej? Karnawał Solidarności w Jugosławii

Zachód był dla nich otwarty. Brytyjscy dziennikarze z uznaniem pisali o ich scenie rockowej.

zobacz więcej
Po niewiarygodnym sukcesie albumu „Bregović & Kayah”, która osiągnęła ponad 700 tys. nakładu wytwórnia BMG zapragnęła powtórzyć sukces. Uznaliśmy z Goranem (byłem jego polskim menadżerem), że kolejnym projektem skierowanym na nasz rynek będzie męska płyta. Oczywistym wyborem był Czesław Niemen, ale niestety mistrz, mimo zainteresowania, nie chciał przystąpić do nagrań „z biegu”. Był skłonny na współpracę, lecz nie wcześniej niż za trzy lata. My chcieliśmy zacząć za trzy miesiące. To Marek Kościkiewicz, wówczas szef polskiego oddziału BMG, zasugerował Krawczyka.

Jak wcześniej napisałem, nie byłem wielbicielem dokonań „Krawca”, ale natychmiast zgodziłem się z tym, że jest to wokalista idealnie spełniający kryteria wyznaczone przez bałkańskiego muzyka. Skontaktowałem się z Krzysztofem, który okazał się jedną z najsympatyczniejszych osób, jakie spotkałem w polskim show-biznesie. Do tego od razu zachował się jakby urodził się na Bałkanach i… zaprosił do siebie na biesiadę. W trakcie wielogodzinnego spotkania podbił nasze serca i żołądki.


Krzysztof był idealnym współpracownikiem. Nie tylko spełniał bez komentarzy wszelkie prośby Gorana, lecz udowodnił, że śpiewać potrafi. Jednocześnie miał spory dystans do własnej osoby i okazał się szalenie dowcipnym kompanem.

Sprzedaż płyty wprawdzie przekroczyła liczbę 100 tys. egzemplarzy, ale na tle albumu z Kayah była niewątpliwą porażką. Miało na to wpływ kilka czynników, lecz zarazem tytuł krążka nazwanego „Daj mi drugie życie” okazał się proroczy dla samego „Krawca”, który z niebytu wszedł dosłownie na salony.

Jego następna płyta „...bo marzę i śnię” okazała się prawdziwym przebojem. Jeszcze kilka lat wcześniej nie byłoby możliwe, by król hotelowego dancingu wszedł do studia z gwiazdami rockowej alternatywy. A, tu z wielką przyjemnością utwory na płytę napisali między innymi: Robert Gawliński, Muniek Staszczyk, Maciej Maleńczuk i Adam Nowak. Na kolejnym albumie „To, co w życiu ważne” w duecie z „Krawcem” zaśpiewali: Muniek, Edyta Bartosiewicz i „Piasek”, teksty napisały Kasia Nosowska i Ania Dąbrowska, a na gitarze zagrał Jan Borysewicz.
Krzysztof Krawczyk – całe moje życie
Jak to możliwe, że nagle z obciachowca Krzysztof Krawczyk przeistoczył się w wykonawcę, z którym chcieli śpiewać i tworzyć najlepsi? Zamiast dywagować nad tym fenomenem, również na koniec zacytuję Bregovicia:

Istnieje wielka różnica między słowami „tandeta” i „kicz”. Kicz to coś najcieplejszego – coś, co wszyscy na całym globie podobnie odczuwają, rozumieją i czego tak naprawdę potrzebują. Jeśli szczerze uderzysz w strunę tej emocji, to sukces jest gwarantowany.

A, że znawcy będą kręcić nosem, to raczej jest pewne. Rzecz w tym, że oni czują inaczej. Na przedmieściach i w małych miasteczkach Krawczyk zaś był (i pozostał) bohaterem. Tam kochano go całym sercem.

Niestety późniejsza kariera Krzysztofa wróciła na dawne tory. Głównie za sprawą polityki repertuarowej prowadzonej przez jego menadżera. Miejsce „oświeconego” króla dancingu po mistrzu „Krawcu” zajął Maciej Maleńczuk, ale to już jest inna historia…

– Grzegorz Brzozowicz
Dziennikarz. W latach 80. organizował koncerty w warszawskim klubie studenckim Riviera-Remont. Dla TVP2 zrealizował szereg programów dokumentalnych, wśród nich są „Goran Bregović. Szczęściarz z Sarajewa” (1995) i „Yugonostalgia" (2005). Animator projektów muzycznych Yugoton i Yugopolis oraz pomysłodawca płyt, między innymi: Gorana Bregovicia z Kayah („Bregović & Kayah”) i Krzysztofem Krawczykiem („Daj mi drugie życie”) oraz Justyny Steczkowskiej z Bobanem Markoviciem („Na co mi to było”).

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Znaczenie Krzysztofa Krawczyka dla polskiej popkultury będzie jednym z tematów kolejnego odcinka programu Mariusza Cieślika „Tego się nie wytnie”. Premiera w czwartek, 15 kwietnia o godz. 20.00, TVP Kultura.
Zdjęcie główne: Krzysztof Krawczyk i Goran Bregović w dniu koncertu podczas 38. Sopot Festival, 24 sierpnia 2001 r. Fot. /wk/ PAP/Stefan Kraszewski
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Z życia wzięte i wycięte
To nie jest robota dla delikatnych panienek.
Kultura Poprzednie wydanie
Oscarowa gala jak sowiecka akademia. Biali adorują czarnych
W aurze filmowej rewolucji natychmiast pojawiają się skojarzenia z socjalistycznymi punktami za pochodzenie.
Kultura wydanie 16.04.2021 – 23.04.2021
Pisanie sowieckiej ikony
Gułag opisywany jest jako „szkoła nowego, szczęśliwszego społeczeństwa”
Kultura wydanie 9.04.2021 – 16.04.2021
Polański kazał mu ufarbować włosy i znęcał się nad nim na planie
Reżyser posłuszeństwo wymuszał krzykiem. Starsi aktorzy byli oburzeni. Debiutanci spuszczali uszy po sobie.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Jezioro Dargin
Fragment nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego.