Cywilizacja

Czym jest inteligencja? Jest wrodzona, czy można się jej „nauczyć”? I czy mierzą ją testy IQ?

Średnie IQ dla naszego kręgu cywilizacyjnego to 85-115. Jednak trend wzrostowy w testach z XX wieku nagle się skończył. Trwał dla wszystkich roczników urodzonych od 1900 do 1975 roku i oznaczał szybki wzrost ilorazu inteligencji w tempie około 3 punktów na dekadę. Później nastąpił zwrot i dziś sytuacja jest dramatycznie odwrócona: tracimy średnio ok. 7 punktów IQ na pokolenie. Choć nie ubywa drastycznie tych 2 proc. populacji, która ma IQ powyżej 130.

Nagłówki światowej prasy obiegła niedawno informacja, że 11-letnia Iranka Tara Sharif, uczęszczająca do Aylesbury High School w Buckinghamshire w Wielkiej Brytanii, jest równie, a nawet bardziej inteligentna od Alberta Einsteina i Stephena Hawkinga. Dobrze, że nie razem wziętych. Wynikać to ma z faktu, iż uzyskała 162 punkty w teście niewerbalnym na inteligencję. Z takim IQ przekroczyła granicę 140, wyznaczoną dla inteligencji wybitnej (czy to granica geniuszu?) i jest dziś członkiem Międzynarodowego Stowarzyszenia MENSA, zrzeszającego równie lub nieco tylko mniej inteligentnych jak ona. Mnie w tej informacji najbardziej rozczuliło stwierdzenie, że Hawking miał IQ 160, zaś Einstein wprawdzie testu nie robił, ale ocenia się dziś, że miałby też 160.

Trudno odmówić Einsteinowi inteligencji, aczkolwiek mam wątpliwość, czy sam zgodziłby się z takim oto podejściem, by podawać jakieś liczby, pozwalające ustalać kolejność w rankingach, na podstawie domniemań a nie pomiarów. Istnieje wprawdzie tzw. metodologia Coxa, przewidująca iloraz inteligencji na podstawie osiągnięć życiowych delikwenta porównywanych co dekadę, ale umówmy się, że nie wynikają one wyłącznie z inteligencji, gdyż nie wszystkim świeci w życiu to samo Słońce – pogoda bywa wyłącznie dla bogaczy, a biednemu zawsze wiatr w oczy.
Z IQ między 174 a 210, Christopher Langan swego czasu był nazywany przez „Esquire Magazine” najmądrzejszym człowiekiem w Ameryce. Dziś jest plasowany na 38. pozycji w światowych rankingach. Samouk, poświęcający się opracowywaniu poznawczo-teoretycznego modelu wszechświata. I zapalony sztangista, który zarabiał na życie jako barman, bramkarz w nocnym klubie i osobisty trener. Fot. Mark Peterson / Corbis via Getty Images
Różne listy 10, 40 czy 100 najinteligentniejszych ludzi w historii nie zawierają wyłącznie jednostek, którym test wykonano (zatem Einstein jest tam częstym bywalcem). Są też napakowane osobami żyjącymi w nieco różnych czasach nam współczesnych, zatem nawet jeśli test robiły, to niekoniecznie był to ten sam test na inteligencję. To są takie „naukowe” czy dziennikarskie zabawy, robiące wrażenie poważne, bo w biogramach pojawiają się liczby powyżej 140 a nawet 200 i nie jest to wzrost ani obwód w biuście. Znajdziemy na nich zresztą wielu ludzi, o których prawdopodobnie nigdy w życiu byśmy nie usłyszeli, gdyby nie wykonali sobie stosownego testu, jak np. Adragon De Mello, Christopher Langan, Marilyn vos Savant, Marnen Laibow-Koser, Ainan Cawley czy William Sidis .

„Bo ja niczego tak w kobietach nie cenię, jak inteligencję” – powiedział w „Vabanku” Gustaw Kramer do Natalii (która miała nogi, jak Kasztanka Marszałka), co było początkiem bardzo przyjemnego wieczoru, o bardzo nieprzyjemnych dla nieuczciwego bankiera skutkach. Choć sprytny, okazał się bowiem sam za mało inteligentny, by nie wpaść w genialną zasadzkę zastawioną na niego przez kasiarza Kwinto, jego wspólnika Duńczyka oraz dwóch szopenfeldziarzy z zapałem. Ośmielam się przypomnieć tę scenę z filmu Juliusza Machulskiego, bo pokazuje ona, jak bardzo przydaje nam się w życiu inteligencja, która niekoniecznie musi mieć wiele wspólnego ze sprytem czy cwaniactwem.

Czym zatem jest inteligencja? Czy musimy się z nią urodzić, czy możemy się jej „nauczyć”? Czy daje się zmierzyć, czy jest zjawiskiem obiektywnym, czy realnie pomaga osiągnąć życiowy sukces, dlaczego imponuje innym, ile tu biologii, a ile psychologii? Czy da się ją z(bio)hakować, podnieść jakąś dietą, probiotykami czy implantami do mózgu? I wreszcie, czy za wybitną inteligencję przychodzi nam jakoś psychiczne zapłacić? W czasach, gdy już pewnie co dziesiąty nagłówek w poważnej prasie zawiera odwołanie do inteligencji sztucznej (AI), warto chyba zrobić krok w tył i pochylić się nad inteligencją jak najbardziej naturalną. Jest ona bowiem, wbrew pozorom i powszechności wręcz kompulsywnego testowania jej poziomu, zjawiskiem nadal dość tajemniczym.

„Biohack yourself”. Świat X-Menów to nasza przyszłość

Tu chodzi o to, żeby upić się życiem, ale kaca nie mieć.

zobacz więcej
Naszym przewodnikiem niech będzie Robert J. Sternberg (profesor rozwoju człowieka na Uniwersytecie Cornell, były prezes Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz m.in. rektor Uniwersytetu Stanowego Oklahoma, dziekan ds. sztuki i nauki na Uniwersytecie Tufts, profesor psychologii i edukacji IBM na Uniwersytecie Yale), autorytet w dziedzinie ludzkiej inteligencji, który został poproszony o sformułowanie związanego z tym zagadnieniem artykułu dla „Encyclopedia Britannica”. Ciężko jest opisać dla potrzeb encyklopedii pojęcie, które nie ma „twardej” definicji, a jedynie takie „w ogólnym zarysie” określenia. Pojęcie, które w dodatku funkcjonuje powszechnie w języku do tego stopnia, że każdy z nas coś tam pod tym pojęciem rozumie, czy może bardziej „przeczuwa”. Co więcej, dopóki nie pójdziemy studiować psychologii, neuronauk, ewentualnie pedagogiki lub nie wybierzemy specjalizacji z psychiatrii na medycynie, z konkretnymi definicjami inteligencji, metodami jej pomiaru i ich krytyką możemy się nie zetknąć na studiach wyższych.

Inteligencja przetrwania… genów?

W „Encyclopedia Britannica” możemy zatem przeczytać, że: „Inteligencja ludzka to właściwość umysłu, która składa się ze zdolności uczenia się na podstawie doświadczenia, przystosowywania się do nowych sytuacji, rozumienia abstrakcyjnych pojęć i posługiwania się nimi oraz wykorzystywania wiedzy do manipulowania własnym środowiskiem”. Gdyby wyciąć te abstrakcyjne pojęcia, to rzecz przestaje być taka czysto ludzka. Można tam też przeczytać, że nawet jeśli uczeni nadal spierają się o definicje, czy raczej wybiórczo skupiają na niektórych ich składowych, to tzw. konsensus za najważniejsze uznaje dziś zdolności adaptacji do środowiska, a nie zdolność do abstrakcyjnego myślenia czy uczenia się i rozwiązywania testów.

Nie trzeba jednak wcale błyskotliwej inteligencji, by zauważyć, że realne zdolności adaptacji danej osoby do środowiska można ewentualnie próbować zmierzyć w tym środowisku, a nie na kartce papieru. No i testy na inteligencję właśnie dlatego w pierwszej kolejności idą obecnie „się czesać”. Adaptacja zaś oznacza nie tylko przystosowanie siebie do środowiska, ale także przystosowanie środowiska do siebie oraz – co najczęściej pomijamy w rozumowaniu, choć cała historia ludzkości składa się właśnie z takich wielkich exodusów – opuszczenie środowiska niedogodnego w celu znalezienia lepszego. Oznacza to zatem, w najbardziej telegraficznym ze skrótów, zdolność adaptacji do zmian – czasem gwałtownych – środowiska. Z czego wynika, że plastyczność może być w wyższej cenie niż optymalizacja. Takie zaś zjawiska daje się analizować z poziomu neurobiologii – tu się daje obserwować, że „inteligencja siedzi w mózgu”.
Urodzona w 1946 roku Marilyn vos Savant – amerykańska felietonistka i pisarka pochodzenia austriackiego – od 1985 do 1989 roku była notowana w Księdze Rekordów Guinnessa jako osoba z najwyższym ilorazem inteligencji. Była ostatnim rekordzistą, bowiem w 1990 r. kategorię tę zniesiono. Jej testy IG wskazywały od 157 do 228 – ten wynik uzyskała już w wieku 10 lat. W 1988 r. poślubiła Roberta Jarvika, wynalazcę sztucznego serca. Fot. Mario Ruiz / The LIFE Images Collection via Getty Images
Inteligencja w rozumieniu współczesnej psychologii nie jest procesem poznawczym lub umysłowym, a raczej selektywną kombinacją tych procesów (percepcja, uczenie się, pamięć, rozumowanie i rozwiązywanie problemów), która jest celowo ukierunkowana na skuteczną adaptację. Nie jest jedną zdolnością – jest ich zbiorem. Ma to swoje konsekwencje dla testów IQ – te poważne dzielą się na części zdolne oszacować każdą z tych zdolności nieco niezależnie od innych. Ludzka inteligencja w tym ujęciu, gdyby ją zatem chcieć uprościć darwinowsko, to by była zamiana „przetrwają najlepiej przystosowani” na „przystosuję się najlepiej, aby przetrwać”. I takie uproszczenie ma sens, gdy zauważyć, że z powyższych współczesnych prób definicji wynika, iż nic nam tak nie szlifuje inteligencji, jak zmienność genetyczna i dobór naturalny. Czyli ewolucja w swym twardym jądrze.

Zaczyna zatem mieć sens wielokrotnie potwierdzona przez socjologów prawidłowość, że kobiety bardzo wysoko „wyceniają” w partnerze życiowym właśnie inteligencję (pozostaje kwestią, co przez to rozumieją). Świadomie czy nie, chcą maksymalizować szanse potomstwa na sukces ewolucyjny. To bardzo inteligentnie z ich strony. W taki oto sposób wymieniona wyżej Marilyn vos Savant poślubia konstruktora sztucznego serca Roberta Jarvika i „żyli długo i szczęśliwie”.

Czy to oznacza, że inteligencja ma „korelaty” genetyczne? Tzw. większość badaczy uważa dziś, że nie jest to fenomen ani determinowany głównie genetycznie, ani głównie pozagenetycznie. Można takie stanowisko uznać za inteligentną adaptację do posiadanych w tej sprawie informacji. Albowiem dopiero uruchomienie możliwości gigantycznego sekwencjonowania genomów ludzkich na masową skalę i korelowania tych danych sekwencyjnych z innymi, zgromadzonymi w tzw. biobankach, pozwala dziś ewentualnie myśleć o statystycznie rozsądnym budowaniu opowieści o „genach warunkujących inteligencję”. Gdyż jest jasnym, że jeśli zjawisko samo w sobie jest genetycznie uwarunkowane, to to są całe zespoły genetyczne, rozliczne różnorodne allele w jakiś cząstkowy sposób ewentualnie wpływające na ten bądź ów aspekt inteligencji. Istnienie zjawisk epigenetycznych, czyli determinowanych w DNA poza samą sekwencją jego nukleotydów, jeszcze bardziej zasnuwa ten obraz mgłą. Trzeba zatem będzie jeszcze na pewno poczekać na mającą silny związek z rzeczywistością listę genów zaangażowanych w proces tak złożony i nadal niepoznany, jak ludzka inteligencja.

Polaków genetyczny portret własny

Czymś się różnimy od mieszkańców Wysp Brytyjskich, jako populacja, jak sugeruje pandemia COVID-19.

zobacz więcej
Z drugiej strony twierdzić, że tu nic genetycznie (a zatem też np. etnicznie) determinowane nie jest, byłoby de facto zaprzeczaniem tym 2 milionom lat adaptacji rodzaju Homo do środowiska, aby jakieś 100 tysięcy lat temu pojawił się ostateczny wykwit owej ewolucji, czyli Homo sapiens sapiens, który opuścił Afrykę lat temu 80 tys. i opanował świat. Jak by nie było, wszelkie mapy „średnie IQ w rozkładzie geograficznym” (poniżej) są krytykowane ze względu na metodologię, która umożliwia ich powstawanie. Natomiast za stwierdzenia, który etnos czy też tym bardziej rasa są bardziej lub mniej inteligentne, można wylecieć z instytutu naukowego nawet, jeśli się jest noblistą i odkrywcą struktury DNA, jak to się przydarzyło nie tak dawno Jamesowi Watsonowi. Ten jeden z największych naukowców XX stulecia w roku 2007 powiedział w wywiadzie dla „The Times”, że „ponuro widzi perspektywy rozwoju Afryki”, ponieważ „nasza polityka społeczna zakłada, że oni mają taką samą inteligencję jak my. Podczas gdy testy mówią inaczej”. Tłumaczył się co prawda, że taki pogląd chcielibyśmy odrzucić i sam zawsze miał nadzieję, iż ludzie są tacy sami, jednak ci, „którzy mają do czynienia z czarnymi pracownikami, wiedzą, że sprawy mają się inaczej”. Niedawno wrócił do różnic w testach na inteligencję stwierdzając (w dokumencie telewizji PBS „American Masters: Decoding Watson”), że „mają one podłoże genetyczne”. Stracił tytuły honorowe, stanowiska naukowe i administracyjne, zarobki i prestiż.

Dziś tę korelację geograficzną inteligencji analizuje się w kontekście klimatu (średnia temperatura roczna) i dochodu na głowę. Polska ze swoim 32. miejscem (średnie IQ to 97) w tymże rankingu (na WorldData.info – link w źródłach) bardziej umiejscawia się tam, gdzie jej temperatury, niż tam, gdzie średni dochód. Aczkolwiek będąc krajem skandynawskim można pokonać zimno (za pomocą 8-10-krotnie wyższego nakładu edukacyjnego niż w Polsce podskoczyć o te 2-4 punkty IQ: Islandia i Finlandia mają średnią po 101, Norwegia i Szwecja – 99), zaś będąc Chinami (aż 104) – pokonać dochód na głowę, a już zwłaszcza „wsad edukacyjny”, niższy 10-krotnie nawet niż w Polsce (dane za lata 1990-2010). Warto dodać, że ranking otwierają Singapur i Hongkong (po 108), potem są Tajwan i Południowa Korea (106) oraz Japonia (105). Średnie IQ w Niemczech czy Wielkiej Brytanii wynosi 100, Czech i Australii – 99, USA, Francji i na Węgrzech – 98, a gorący Włosi czy Hiszpanie są na poziomie Polaków. Poniżej natomiast m.in. Rosja (96) czy Izrael (94).

Testy IQ to nie wyrocznia

Takie ewolucjonistyczne podejście do inteligencji nie powinno też dziwić i z tego względu, iż pierwszym profesjonalnym badaczem zjawiska inteligencji był kuzyn i absolutny fan prac Karola Darwina, sir Francis Galton już w wieku XIX. Był takoż pionierem studiów nad inteligencją, jak i eugeniki. On to też pierwszy badał hipotezę, a następnie sformułował teorię, iż inteligencja jest ogólną zdolnością umysłową, która jest produktem ewolucji biologicznej. Ponieważ umiał dobrze mierzyć, to mierzył czasy reakcji. W ten sposób zoperacjonalizował inteligencję – dał podwaliny tym wszystkim testom IQ, na które sam jednak jeszcze nie wpadł. Dziś ocenia się jego własne IQ na 200. Ciekawe, czy tak wysoki iloraz pozwoliłby mu przewidzieć konsekwencje swych eugenicznych koncepcji w postaci akcji T4, polegającej na zbrodniczej likwidacji 200 tys. osób intelektualnie niepełnosprawnych przez niemieckich nazistów w czasie II wojny światowej? Cóż, inteligencja wysoka nie czyni z nas – jak widać – ani proroków, ani świętych.
Mapa „Narodowe IQ oparte na wynikach testów inteligencji”, według „Inteligencja a bogactwo i ubóstwo narodów” Richarda Lynna. Udostępniony jako własność publiczna przez jej autora, Emilfaro – utworzona za pomocą GunnMap GunnMap przez Arthura Gunna, dostępna pod adresem http://gunn.co.nz/map/ i http: //gunnmap.he
„Inteligencja to zdolność do rozwiazywania problemów, uczenia się z doświadczeń i wykorzystywania ich do rozwiązywania kolejnych problemów” – twierdzi inny specjalista, prof. Detlef Rost, dawniej na uniwersytecie w Marburgu, dziś w Southwest University Chongqing w Chinach (co dla mnie potwierdza jego własną inteligencję, jeśli ją definiować: zawsze wiedz, skąd wieje wiatr w twoje żagle), od lat zawodowo zajmujący się zagadnieniem inteligencji. Naukowcy tacy jak on przez wiele poprzednich lat stworzyli wiele różnorodnych testów „mierzących inteligencję”. Czyli potencjał językowy i matematyczny danego człowieka, jego świadomość przestrzenną, szybkość obróbki dowolnego typu informacji przez mózg w celu wyciągnięcia wniosków etc.

Wielość testów de facto obrazuje wielość konkurujących ze sobą szczegółowych definicji inteligencji. Wszystkie one jednak starają się określić IQ (skrót od ang. intelligence quotient), czyli iloraz inteligencji. W najpowszechniej dziś stosowanej metodzie pomiaru, średnie IQ dla naszego kręgu cywilizacyjnego to 85-115. Jednak już w 2018 roku pojawiła się analiza około 730 000 wyników testów IQ przeprowadzona przez naukowców z Centrum Badań Ekonomicznych im. Ragnara Frischa w Norwegii. Jej wyniki wskazały, że trend wzrostowy w testach IQ w XX wieku (zwany efektem Flynna, od swego odkrywcy prof. Jamesa Flynna) nagle się skończył. Trwał ów efekt dla wszystkich roczników urodzonych od 1900 do 1975 roku i oznaczał szybki wzrost ilorazu inteligencji w tempie około 3 punktów IQ na dekadę. Zwrot efektu Flynna nastąpił dla kohort urodzeniowych po 1975 roku i dziś sytuacja jest dramatycznie odwrócona: tracimy średnio ok. 7 punktów IQ na pokolenie. Co jednak ciekawe, raczej nie ubywa drastycznie tych 2 proc. populacji, która ma IQ powyżej 130.


Może czas na weryfikację testów? Tłuczenie termometru w sytuacji gorączki mamy już przećwiczone na tylu polach, że jedno mniej, jedno więcej… Aczkolwiek jeszcze do tego wrócę, bo pole badań nad inteligencją jest dziś w dużej mierze okupowane przez krytyków testów IQ – w zasadzie wszystkich wykorzystywanych, a nawet takich, których jeszcze nie opracowano. IQ jest tylko jednym z testów zdolnych ocenić potencjał intelektualny człowieka. Jego absolutyzacja jest dziś dla nauki takim samym mitem, jak to, że gra w szachy znamionuje lub rozwija inteligencję. Zanim zaczniemy zatem korelować z IQ zamiłowanie do nocnej pracy, mocnej kawy, czerwonego wina czy zapominania o bzdurach, warto zrozumieć, że korelujemy liczbę, dla której w 1989 roku zniknęła kategoria w Księdze Rekordów Guinnessa „ze względu na niedostateczną miarodajność testów IQ oraz tym samym niemożność wskazania pojedynczej osoby o najwyższym IQ”.

Według prof. Rosta, a za Raymondem Cattellem (który zaproponował to już w 1963 roku), istnieją dwie podstawowe składowe inteligencji. Pierwsza jest to tzw. inteligencja płynna czy podstawowa. Służy rozwiązywaniu zupełnie nowych problemów. Pozostaje ona na niezmiennym poziomie odkąd skończymy jakieś 15-16 lat. Druga składowa jest określana jako „wykrystalizowana” i jest znacznie bardziej plastyczna od podstawowej. Dzięki niej rozwiązujemy problemy korzystając z pamięci i wcześniej nabytej wiedzy. To na nią wpływają rozwijająco lub „zwijająco” edukacja i trening. Profesor uważa jednak, że ona się rozwija w dobrze opracowanych, normalnych programach edukacyjnych i nie ma potrzeby powoływania do istnienia jakichś specjalnych, dla dzieci wyjątkowo inteligentnych. Ich wprowadzanie pokazuje po prostu, że szkoła sobie nie radzi. Jest to zgodne z wynikami badań wskazującymi, że zarówno wspomniany wyżej efekt Flynna, jak i jego dramatyczne odwrócenie się w ostatnich dekadach dotyczy owej inteligencji „płynnej”, nie zaś „skrystalizowanej”.
Lekarz przeprowadza test inteligencji w szpitalu dziecięcym w Nankin, stolicy prowincji Jiangsu we wschodnich Chinach, 6 lutego 2021 r. Fot. Costfoto/Barcroft Media via Getty Images
Skoro trudno powiedzieć w sposób jednoznacznie zdefiniowany, czym inteligencja jest, to może będzie nam łatwiej, gdy zapytamy, czym się przejawia? Po pierwsze, szybszym pochłanianiem informacji, a także zdolnością do przechowywania większych pakietów informacyjnych w pamięci podręcznej i łatwiejszego przywoływania z niej informacji oraz zdolnością szybkiego odwoływania się do informacji z pamięci długotrwałej. Mówiąc prosto a obrazowo językiem komputerów: szybszy procesor i większy, dobrze podzielony na stosownej wielkości „kości” RAM oraz niezły dysk twardy z dobrymi partycjami i organizacją wewnętrzną – to powinno zapewniać większą wydajność.

Czynnik jeden… a może siedem?

Podobnie jak kilka innych, kluczowych dla neuronauk pojęć (np. świadomość), inteligencja jest pojęciem pierwotnym, funkcjonującym w języku bez ostrych definicji od bardzo dawna. Także badania neurobiologiczne mają trudność w odkryciu, czym się istotnie różni mózg Einsteina od mózgu Kowalskiego. Liczbą neuronów – niekoniecznie, liczbą synaps – trudno powiedzieć, aktywnością genetyczną komórek nerwowych w konkretnych sytuacjach – u ludzi nadal trudno to zbadać. A skoro na naszych oczach koncepcja ośrodków nerwowych odpowiedzialnych za różne rzeczy powoli przekształca się w koncepcję sieci neuronalnych, kolejne tysiąc badań EEG czy fMRI niewiele może tu wnieść. Inteligencja może bowiem być po mózgu „rozproszona”.

Ma to i tę konsekwencję, że na temat inteligencji zbiera się od niemal 200 lat bardzo wiele danych naukowych (to są pomiary owych jej przejawów opisanych tuż wyżej), jednak z ich analizy da się wyprowadzić nadal liczne, konkurujące ze sobą teorie owej inteligencji. Teoria zaś to nie znaczy w nauce tyle samo, co hipoteza (choć takie jest właśnie powszechne rozumienie tego słowa). Teoria to niemal najwięcej, co nauka w swoich poszukiwaniach może nam zaproponować jako całościowe wyjaśnienie danego zjawiska.

Pierwsza z nich mówi o inteligencji ogólnej (czynniku g), ma niemal 120 lat, a jej autorem jest brytyjski psycholog Charles Spearman. Inteligencja tak rozumiana jest jedna i znamionują ją połączone ze sobą liczne, specyficzne umiejętności, w tym werbalne, przestrzenne, numeryczne i mechaniczne. Spearman na podstawie swych wieloletnich badań doszedł do wniosku, że istnieje jeden czynnik g, który reprezentuje ogólną inteligencję danej osoby w odniesieniu do wielu zdolności, a drugi – czynnik s – odnosi się do specyficznych zdolności jednostki w jednym konkretnym obszarze.

Sztuczna inteligencja jest jeszcze bardzo głupia

Jedyna Polka zasiadająca w Royal Society o programistkach, parytetach oraz...danych cyfrowych zapisywanych w DNA.

zobacz więcej
Ponad ćwierć wieku później Louis Thurstone, zanalizowawszy 56 różnych testów zdolności umysłowych, zaproponował swoją teorię, identyfikując jako inteligencję siedem podstawowych zdolności umysłowych, w przeciwieństwie do jednego ogólnego czynnika g. Są to: rozumienie werbalne, płynność werbalna, zdolność liczbowa, wizualizacja przestrzenna, szybkość percepcji, pamięć i rozumowanie indukcyjne. Rozbudował on zatem swoją teorią mocno Spearmanowski czynnik s.

Jego następca, Howard Gardner, w latach 80. ubiegłego wieku rozwinął ideę, że jest wiele form inteligencji. Istnieją zatem odrębne, niezależne inteligencje, z których każda reprezentuje unikatowe umiejętności i talenty. Początkowo zaproponował siedem inteligencji wielorakich: językową, logiczno-matematyczną, przestrzenną, muzyczną, kinestetyczną (koordynacja psycho-ruchowa), interpersonalną i intrapersonalną, następnie zaś dodał inteligencję naturalistyczną („czytanie” natury i zrozumienie dla materii ożywionej). Choć brzmi „pokuśnie” i ma swoje lata, stoi za nią mało badań empirycznych.

Wspomniany wyżej jako autor hasła „inteligencja ludzka” dla najpopularniejszej encyklopedii na świecie, Robert Sternberg już w 1985 roku zaproponował teorię inteligencji z trzema aspektami (analityczna, twórcza i praktyczna), integrując komponenty, których brakowało w teorii Gardnera. Ta teoria opiera się na definicji inteligencji jako zdolności do osiągnięcia sukcesu w oparciu o osobiste standardy i kontekst społeczno-kulturowy. Do tego całkiem rozsądnego i nieźle od tego czasu eksperymentalnie utrwalonego spojrzenia, zaczęto z czasem dodawać kolejne aspekty, wzbudzając jednak tyleż często opór samego środowiska psychologów eksperymentalnych, co zachwyt publiczności, która na psychologii jako nauce zna się bardzo słabo, za to czyta nałogowo czasopisma kobiece i poradniki.

Tutaj za przykład niech posłuży „inteligencja emocjonalna”. Skupianie się na takich ideach prowadzi nas niestety wprost ku konstatacji, że osoby nieneuronormatywne pod względem umiejętności społecznych, np. ze spektrum autyzmu, są nieinteligentne… Ciężko mi zaakceptować takie rozumowanie, bo znam osobiście kilku w MENSIE. Ich umiejętności i zdolności analityczne, twórcze i praktyczne nie pozostawiają nic do życzenia – powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. Być może całe zamieszanie wynika z faktu, że słowo „inteligencja” świetnie się sprzedaje i stanowi etykietę chętnie wybieraną przez konsumentów. Stąd mamy „inteligentne” kremy do twarzy, „inteligentne” odkurzacze i inteligencję emocjonalną.
Test inteligencji Stanford-Binet wyproidukowany w USA, 1937 rok. Alfred Binet (po prawej) i Theodore Simon przedstawili we Francji swoją ideę pomiaru inteligencji u dzieci w 1905 roku. Fot. SSPL / Universal History Archive via Getty Images
Skąd się zatem wzięły testy IQ? Źródłem tu jest samo istnienie zjawiska edukacji publicznej (podobnie jak źródłem konkretnych dyscyplin naukowych i ich podziału jest samo istnienie administracji uniwersytetu). Otóż na początku XX wieku rząd francuski zwrócił się o pomoc do psychologa Alfreda Bineta, aby wymyślił, jak prosto ustalić, które dzieci będą wolniej się uczyć, a zatem będą wymagać większego wsparcia w zajęciach. Binet wraz z Theodore Simonem zaczęli opracowywać zestaw pytań, które koncentrowały się na takich obszarach, jak pamięć i umiejętności rozwiązywania problemów. Standaryzowali je na grupach uczniów w wieku od 3 do 12 lat i Binet zdał sobie sprawę, że niektóre dzieci młodsze były w stanie odpowiedzieć na zaawansowane pytania, na które byli w stanie odpowiedzieć masowo tylko ich starsi koledzy. W rezultacie stworzył koncepcję wieku umysłowego.

Oraz system edukacji rozdzielnej,¬ który trwa nadal we Francji, choć za czasów prezydentury Emmanuela Macrona się z nim walczy (ale bez nakładów finansowych, zatem nieskutecznie), gdzie dzieci z trudnościami szkolnymi (jak dysleksja, dyskalkulia, opóźnienia umysłowe, spektrum autyzmu) są w specjalnych dla nich klasach i programach szkolnych. W ojczyźnie Bineta i Simona integracja edukacyjna (tu zwana „inclusion”) to zatem nadal pieśń przyszłości.

Genialne dzieci nie nudzą się w szkole

Ponieważ jednak już nie Paryż był wyznacznikiem światowych trendów, tylko Ameryka, to kiedy skala Bineta-Simona dotarła do USA, psycholog z Uniwersytetu Stanforda Lewis Terman zaadaptował test dla studentów amerykańskich i opublikował Skalę Inteligencji Stanforda-Bineta w 1916 roku. Mierzy ona inteligencję zgodnie z pięcioma cechami zdolności poznawczych, w tym płynnym rozumowaniem, wiedzą, rozumowaniem ilościowym, przetwarzaniem wizualno-przestrzennym i pamięcią roboczą. Mierzone są zarówno odpowiedzi werbalne, jak i niewerbalne. Bywa on stosowany do dziś, zwłaszcza „w internecie”. Warto jednak tu zauważyć, że opiera się on i jego iloraz inteligencji na najstarszych teoriach, Spearmana i ewentualnie Thurstona.

W latach 50. XX wieku David Wechsler opracował nowe narzędzie, uznając test Stanford-Binet za ograniczony. Oparł się na teoriach, w których inteligencja obejmuje wiele różnych zdolności umysłowych i uważał, że skala Stanford-Binet zbyt ściśle odzwierciedla ideę jednej ogólnej inteligencji. Stworzył zatem Wechsler Intelligence Scale for Children (WISC), stosowaną u dzieci w wieku lat 6-16 i Wechsler Adult Intelligence Scale (WAIS). Dziś najbardziej aktualną wersją – bo testy te są uaktualniane i poprawiane – są tu WISC-V i WAIS-IV.

Nie ma co liczyć na polską szkołę. Kto chce być światły, musi uczyć się sam

Degeneracja edukacji to skutek jej upowszechnienia. Likwidacji ulegają intelektualne elity, a przez to nie ma ku czemu aspirować. Ludzie więc, w swej masie, głupieją.

zobacz więcej
Krytyka „prasowa” i „ex cathedra” wszelkich testów IQ polega dziś głównie na twierdzeniu, że są one stronnicze i faworyzują białych ludzi z klasy średniej (dlaczego nie „żółtych”, skoro oni wypadają najlepiej, w klasie nie wie nikt). Niepozbawiona podstaw jest jednak konstatacja krytyków, zwłaszcza reprezentujących psychologię społeczną, iż negatywne stereotypy dotyczące pochodzenia etnicznego, płci lub wieku danej osoby mogą powodować u niej zwątpienie we własne umiejętności, co może wywoływać niepokój i skutkować niższymi wynikami. Zjawisko tzw. samospełniającej się przepowiedni w badaniach nad inteligencją zostało co najmniej kilkukrotnie potwierdzone metodami eksperymentalnymi. Jakkolwiek ta, w swym rdzeniu także ideologiczna krytyka to – jak to się mówi – pryszcz w porównaniu z krytyką opartą o naukowe eksperymenty i opracowania z zakresu np. psychologii rozwoju.

Po pierwsze testy IQ muszą być adaptowane do kontekstu socjo-kulturowego miejsca, gdzie mają być wykorzystywane. Nie da się tym samym testem zmierzyć inteligencji członków plemienia w dorzeczu Amazonki i mieszkańców Nowego Jorku czy Warszawy. Z tego prostego względu, że to, co jest im nieodzowną adaptacją do środowiska, to zupełnie inny zestaw zdolności i procesów. Dżungla dżungli nierówna, chciałoby się powiedzieć.

Testy IQ nadmiernie upraszczają i osobę ludzką, i jej rozwój. Choć spełniają postulat powtarzalności w czasie, a zatem podstawowej wiarygodności, dzisiaj ciężko uznać je za w pełni psychometryczne. Mierzą bowiem tylko bardzo okrojoną część całości. To tak, jak byśmy chcieli bardzo dużo powiedzieć o człowieku na podstawie jego średniej z różnych przedmiotów na świadectwach. Już na pierwszy rzut oka widać, że to podejście dość nieinteligentne, choć z upodobaniem stosowane przez niezbyt rozgarnięte działy kadr i dziekanaty wyższych uczelni.

Człowiek jest tak skomplikowana, że żaden z tych teoretycznych modeli z osobna, o których opowiadałam, nie jest w stanie objąć całej jego inteligencji. Jest wynikiem interakcji wielu konstrukcji (poznawczej, emocjonalnej, społecznej, afektywnej, sensorycznej i psychomotorycznej). Muszą być one wszystkie uwzględnione, o ile chcemy pojąć osobę obserwując jej rozwój. W trakcie tego procesu wielokrotnie dochodzi do kryzysów – i każda osoba próbuje zaadaptować się do nowej sytuacji, do tych zmian, czyli przejść kryzys. Inteligencja, jako koncept, jest zatem zbyt monolityczna i statyczna, a w dodatku niedookreślona – jej pomiar nie pozwala de facto śledzić rozwoju tych niezależnych, a jednak pozostających w ciągłej interakcji konstrukcji.
Dzieci z plemienia Yanomami w swojej szkole w amazońskiej dźungli W Wenezueli. Fot. DeAgostini/Getty Images
Kiedy mamy przed sobą dziecko z problemem szkolnym, niezbędna jest ocena, czy te trudności mają jakikolwiek związek z opóźnieniem umysłowym. I oczywiście, całkowity iloraz inteligencji poniżej 70 jest tu silną wskazówką. Trzeba jednak określić przede wszystkim, czy rozwój umysłowy jest homogeniczny czy nie – i to wymaga oceny rozwojowego profilu poznawczego. Czyli uważnej oceny wyników składowych części takich testów IQ i wielu innych. Współczesna psychologia kliniczna traktuje zatem z coraz większym dystansem diagnostyczne wykorzystanie „całkowitego ilorazu inteligencji”. Zwłaszcza w analizie sposobu funkcjonowania poznawczego dziecka i jego źródeł. Nie używa się jednego tylko testu, diagnoza wymaga ich precyzyjnego doboru, zgodnie z przeprowadzonym wcześniej wywiadem. Tylko psycholodzy przeszkoleni w tym i rozumiejący tak teoretyczne podstawy, jak i ograniczenia konkretnego testu, mogą go sensownie stosować. Konsekwencja dla naszej codzienności jest taka, że należy powstrzymać gigantyczny, społeczny nacisk na „uzyskiwanie” IQ dziecka, w celach korzystania z tego do nacisku na szkołę. Lub co gorsza – nacisku na dziecko.

Niektórym świadomość, że spłodzili i zrodzili geniusza ewidentnie pomaga w samoakceptacji. Coraz mniej zatem wkoło dzieci rozwydrzonych i źle wychowanych, za to „nadmiernie inteligentnych i nudzących się w szkole” całe tabuny. Nie brakuje również – mnie mrożących krew w żyłach – przykładów, gdzie rodzice takiego 4-latka z IQ 200 posyłają na uniwersytet. Sfera intelektualna takiego dziecka, czyli wspominany wyżej „wiek umysłowy” są być może na poziomie genialnych 30-latków, ale ich rozwój emocjonalny jest taki, jak metryka wskazuje. Nawet najgenialniejszy przedszkolak nie zaadaptuje się emocjonalnie do świata dorosłych i rodzicielskich marzeń o „Noblu przed 16. rokiem życia”. Tzw. genialne dzieci nieraz płacą cenę bardzo nieinteligentnych pomysłów swoich rodziców.

– Magdalena Kawalec-Segond

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Źródła:

https://www.businessinsider.com/the-40-smartest-people-of-all-time-2015-2?IR=T

https://www.worlddata.info/iq-by-country.php

https://mvslim.com/iranian-11-year-old-girl-beats-einstein-and-hawking-by-getting-highest-iq-score/

https://www.businessinsider.com/the-40-smartest-people-of-all-time-2015-2?IR=T

https://www.sciencealert.com/iq-scores-falling-in-worrying-reversal-20th-century-intelligence-boom-flynn-effect-intelligence

https://www.simplypsychology.org/intelligence.html

https://www.frontiersin.org/articles/10.3389/fpsyg.2015.00608/full

https://theconversation.com/the-iq-test-wars-why-screening-for-intelligence-is-still-so-controversial-81428

https://www.britannica.com/science/human-intelligence-psychology

Zdjęcie główne: Figura Alberta Einsteina na wystawie w Muzeum Nauki w Seulu w 2005 roku, upamiętniającej 100. rocznicę publikacji teorii względności. Wynik IQ fizyka jest szacowany na 205 do 225 według różnych miar, co wedle twórców rankingów plasuje go na... drugiej pozycji w historii. Za Johannem Goethe (IQ 210 do 225), którego sam Einstein uważał za „ostatniego człowieka na świecie, który wiedział wszystko”. Na 3. pozycji ujmowany jest wielki Leonardo da Vinci (IQ 180 do 220). Fot. Chung Sung-Jun/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Sto lat podzielonej Irlandii. Czy skutkiem brexitu będzie terror?
Partie katolickie odrzuciły propozycję udziału w zespole przygotowującym obchody rocznicy.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Otworzyli albumy i pudła ze starymi gazetami, odkryli rodzinne...
Miałam nadzieję, że nowi mieszkańcy zobaczą, że to miejsce ma swoje życie, swoją tożsamość i historię, z której można być dumnym – mówi autorka wystawy.
Cywilizacja wydanie 23.04.2021 – 30.04.2021
Panie i panowie w sporcie. A co z transseksualistami?
Organizm mężczyzny, bez względu na to kim się on czuje, i jakie wybrał sobie imię, będzie produkował określone dawki testosteronu.
Cywilizacja wydanie 23.04.2021 – 30.04.2021
Rosyjska jednostka nr 29155. Otrucia, eksplozje i zamachy?
Dziś znamy wiele nazwisk i wizerunków jej agentów. Znamy nawet jej dowódcę.
Cywilizacja wydanie 23.04.2021 – 30.04.2021
Nowy dress code. Czyli korpo w pumpiastych spodniach z bawełny
Nie ma już sytuacji, w której „nie wypada” ich nosić. Pandemiczne „must have”.