Kultura

Kamera w wodzie. Polański kazał mu ufarbować włosy, a potem znęcał się nad nim na planie

Utarło się przekonanie, że na planie reżyser pastwił się jedynie nad Jolantą Umecką, wyzywając Bogu ducha winną dziewczynę od krów i kretynek. Tymczasem ofiarą dyktatorskich zapędów twórcy „Noża w wodzie” padł również Zygmunt Malanowicz.

Niewiele zabrakło, by Malanowicz dożył 60. rocznicy realizacji debiutanckiego filmu Romana Polańskiego. Znów pytano by go o sprawy, do których niechętnie wracał pamięcią. Oczywiście wiedział, że „Nóż w wodzie” starzeje się jak dobre wino i w przyszłości będzie wspominany przede wszystkim jako aktor, który zagrał jedną z kluczowych ról w znanej na całym świecie psychodramie. W wywiadzie z 2016 roku Malanowicz wyznał jednak, że kiedy oglądając telewizję, natrafia na swój filmowy debiut, od razu zmienia kanał.

Zważywszy na okoliczności, w jakich powstał „Nóż w wodzie”, reakcja całkiem zrozumiała. Tylko ktoś całkowicie pozbawiony ambicji przeszedłby do porządku dziennego nad serią upokorzeń doznanych od niewiele starszego, początkującego reżysera. Nad mazurskimi jeziorami aktorzy Polańskiego mieli do powiedzenia tyle samo, ile nadmuchiwany krokodyl, najbardziej pocieszny z użytych w filmie rekwizytów.

Zygmunt uchodził za chłopaka z Olsztyna, ale urodził się na Wileńszczyźnie, rok przed wybuchem wojny. Ojciec akowiec zaginął, nie wiadomo, co się z nim stało. Matka, z pochodzenia Rosjanka, wolała mieszkać w Polsce Ludowej niż w ZSRR. Malanowicz mimo wszystko dobrze wspominał czerwonoarmistów, dokarmiali go, gdy rodzina głodowała.

Po zaliczeniu matury bez powodzenia zdawał do szkół aktorskich w Krakowie i Warszawie. Przed podjęciem trzeciej próby zatrudnił się jako konwojent w państwowej firmie LAS. „Przewoziłem jagody, grzyby, nocowałem w stogu siana, bardzo to była pożyteczna i pouczająca przygoda” - opowiadał. Na szczęście - dla polskiego kina i teatru - udało mu się dostać do łódzkiej PWSTiF.

Żenująca historia

Pierwszą wersję scenariusza „Noża w wodzie” odrzucono z powodu „braku społecznego zaangażowania”. 25 kwietnia 1961 roku komisja kolaudacyjna zebrała się ponownie z inicjatywy Jerzego Bossaka, formalnie kierownika literackiego zespołu filmowego „Kamera”, zaś faktycznie szarej eminencji powojennej polskiej kinematografii. Jego gwiazda co prawda z każdym rokiem bladła, lecz wciąż starał się być aniołem stróżem utalentowanych wyrzutków, takich jak Polański.
Polskie plakaty "Noża w wodzie" z 1962 roku autorstwa Jana Lenicy i Maciera Hibnera. Fot. arch
Towarzysz Wincenty Kraśko z Wydziału Kultury KC PZPR nie przebierał w słowach: „To jest najbardziej żenująca historia, jaką widziałem na naszych posiedzeniach, przecież taki scenariusz jest w stanie napisać przeciętny dziennikarz. Absolutnie nie ma mowy, by coś takiego można było kierować do produkcji i wydać trzy miliony złotych”.

Towarzysz Tadeusz Zaorski, były ogrodnik reprezentujący ministerstwo kultury, skorzystał z okazji, by skrytykować „postawę moralną” Polańskiego.

Jerzy Toeplitz bagatelizował sprawę, twierdząc, że scenariusz „jest tylko pretekstem do pokazania widzowi uroków weekendów na jeziorach mazurskich”. Sugerował, że należy go poprawić, by stał się „mniej neutralny i międzynarodowy”. Bossak uczepił się tej możliwości i ostatecznie zgodę na nakręcenie filmu wydębił.

Siła „Noża w wodzie” tkwi w jego prostocie. Pełnometrażowy debiut Polańskiego stał się pretekstem do uczonych wywodów, interpretacji w duchu Freuda i Gombrowicza. Jedni dostrzegają w nim polemikę z polską tradycją, dzieło doskonale kosmopolityczne i antysocjalistyczne. Inni podkreślają wpływy francuskiej „nouvelle vague”, tudzież Hitchcocka. Wielu z tłumaczących, co autor miał na myśli, doszukuje się zaszyfrowanych przekazów i symboli.

Reżyser nie ułatwia im zadania, upierając się, że chciał zrobić film „chłodny, mózgowy, wyspekulowany, skonstruowany precyzyjnie, niemal formalistycznie. Miał przypominać klasyczny thriller: małżeństwo zabiera na pokład jachtu pasażera, który następnie znika w tajemniczych okolicznościach”. Ot, kameralny dramat z trójką aktorów, rozgrywający się w ograniczonej przestrzeni. Zadanie wydawało się proste.

Ratownik w gipsie

Malanowicz, wówczas student trzeciego roku wydziału aktorskiego łódzkiej filmówki, kojarzył Polańskiego. Reżyser, zachęcany przez wspólnych znajomych, Andrzeja Kostenkę i Bohdana Porębę, zaproponował mu próbne zdjęcia. Zygmunt musiał wypaść dobrze, bo na pożegnanie usłyszał: „do zobaczenia na planie”.

Filmowcy chętnie angażowali młodych, nieopierzonych aktorów, zanim zdążyli oni nabrać teatralnej maniery. Istniał jednak haczyk. Student miał prawo stanąć przed kamerą tylko za zgodą władz uczelni, te zaś patrzyły krzywo na takie praktyki. Samowolka mogła się skończyć relegacją. Malanowicz ryzykował, ale „Nóż w wodzie” miał zostać nakręcony podczas wakacji i pewnie myślał, że mu się upiecze.

Polański przybył na Mazury z nader konkretną wizją tego, co chciał osiągnąć. Film jest jednak dziełem zbiorowym. Bezcenny wkład wnieśli współautor scenariusza Jerzy Skolimowski, autor muzyki Krzysztof Komeda i odpowiedzialny za zdjęcia Jerzy Lipman. Ten ostatni, krzepki 40-latek, pracował z najlepszymi reżyserami, walnie przyczyniając się do sukcesu „Kanału”, „Zamachu” i „Zezowatego szczęścia”. Roman czuł przed nim respekt.

Co wolno Polańskiemu

Czy sam talent wystarczy, żeby zrekompensować potworne skutki zbrodni?

zobacz więcej
Z przyczyn bardziej towarzyskich niż artystycznych zaprosił do Giżycka grupę przyjaciół z Łodzi. Kostenko i Kuba Goldberg zostali asystentami. Wojtka Frykowskiego zatrudniono jako ratownika, choć akurat miał rękę w gipsie. W rzeczywistości pełnił funkcję kaowca i finansowego koła ratunkowego, gdyż miał dostęp do pieniędzy ojca - prywaciarza. 37-letni Leon Niemczyk łatwo znalazł z nimi wspólny język. Jako doświadczony aktor dostał rolę Andrzeja bez żadnych zdjęć próbnych.

Wóz jak z ambasady

„Nóż w wodzie” jest historią pojedynku o kobietę, choć Krystyna przypomina raczej luksusowy przedmiot, dodatek do sportowego jachtu i mercedesa. Chłopak, grany przez Malanowicza, nie ma nawet imienia. Teza, że jest po prostu młodszym wcieleniem zblazowanego pismaka Andrzeja, wydaje się mieć ręce i nogi.

Niestety, jachty i samochody zachodnich marek kłóciły się gomułkowską urawniłowką. Dziennikarz, nawet sportowy, w PRL nie był postacią neutralną. W filmie występowały dwa mercedesy - jeden należał do Frykowskiego, drugi do reżysera. Warszawę obiegła jednak plotka, że Polański i jego zgraja za państwowe pieniądze rozbijają się niemieckim wozami po Ziemiach Odzyskanych. Bossak, wciąż trzymający nad debiutantem parasol ochronny, osobiście pofatygował się nad Kisajno, by przekonać go do zalet mniej wyzywającego peugeota. Roman ustąpił, ale zdjęć nakręconych we wnętrzu mercedesa nie wyrzucił do kosza. Zostały w filmie.

Malanowicz i Polański od początku nadawali na innych falach. Pierwszy był introwertykiem, drugi cholerykiem i bon vivantem. Co gorsza, reżyser „Noża w wodzie” miał się za urodzonego aktora. Występował na scenie już jako 13-latek i bardzo mu się to podobało.

Komisje szkół aktorskich w Krakowie i Warszawie zgodnie zawyrokowały, że się do tego zawodu nie nadaje. Roman, podobnie jak Zygmunt, z tym werdyktem się nie pogodził: przed wyjazdem z kraju zdążył zaliczyć 15 (!) występów w filmach znajomych (między innymi u Wajdy w „Pokoleniu”).

Pozycjonował się jako aktor charakterystyczny, wykorzystując nastoletnią fizjonomię i niski wzrost nie tylko do wywoływania śmiechu na widowni. Postać autostopowicza stworzył na swój obraz i podobieństwo, choć oficjalnie głosił, że to bohater w stylu Jamesa Deana.

Uparł się też, by Chłopak był blondynem. Malanowicz nie spełniał tego warunku, więc kazał przefarbować mu włosy (co sam później uznał za niepotrzebne). Aktor czuł się z tym źle. Zabieg, przeprowadzony po amatorsku, omal nie zakończył się wyłysieniem. Słabą pociechą był fakt, że identyczną traumę przeżył Tadeusz Łomnicki w „Niewinnych czarodziejach”, a potem Janusz Gajos w „Czterech Pancernych”.

Na granicy wiwisekcji

Polański zawsze traktował aktorów instrumentalnie. Uważał, że są tylko marionetkami w rękach prawdziwego twórcy, czyli reżysera. Demonstrował im pożądane gesty, miny oraz intonację. Posłuszeństwo wymuszał krzykiem. Starsi aktorzy byli tym zdumieni, a czasem oburzeni. Debiutanci spuszczali uszy po sobie.
"Nóż w wodzie" (1962) w reżyserii Romana Polańskiego. Na zdjęciu Zygmunt Malanowicz i Jolanta Umecka. Fot. FilmPublicityArchive/United Archives via Getty Images
Malanowicz nie zdawał sobie sprawy, że dostał rolę, którą Polański początkowo rezerwował dla siebie. Zrezygnował dopiero pod naciskiem Bossaka.

27-letni Roman, który wszystko wiedział lepiej, nie dostrzegł w 23-letnim Zygmuncie partnera. Testował na nim „metodę Stanisławskiego” i nawet po latach wypowiadał się o umiejętnościach studenta lekceważąco. „W przypadku Malanowicza musiał zagrać instynkt; trzeba mu było wyjaśnić atmosferę sceny, ale broń Boże cokolwiek pokazywać - natychmiast gubił się w tym i plątał”. Aktor dyplomatycznie mówił, że tworzenie roli „było na granicy wiwisekcji”.

Utarło się przekonanie, że na planie „Noża w wodzie” reżyser pastwił się jedynie nad Jolantą Umecką, wyzywając Bogu ducha winną dziewczynę od krów i kretynek (a czasem jeszcze gorzej). Tymczasem ofiarą dyktatorskich zapędów Polańskiego padł również Malanowicz.

Jola, którą Roman wypatrzył na basenie Legii, była amatorką, uczennicą Akademii Muzycznej. Mogła robić w życiu coś innego. Zygmunt swoją przyszłość wiązał z aktorstwem. Odkrycie, że Polański oczekuje od niego jedynie tego samego, co Andrzej od Chłopaka - całkowitej uległości, musiało boleć.

Sytuacja była lekko schizofreniczna. Przed kamerą Malanowicz miał wchodzić w skórę bezczelnego prowokatora i jednocześnie potulnie znosić awantury, które robił mu reżyser (na przykład o drobne spóźnienie).

Problemy z koncentracją

Atmosfera na planie gęstniała również z innych powodów. Roman nie docenił trudności, jakie nastręczało kręcenie filmu na wodzie. Pogoda była kapryśna. Na jachcie mieściła się jedynie trójka protagonistów, ekipa techniczna dokonywała cudów zręczności, by nie wpaść do jeziora.

„Zwisaliśmy za burtą jak winogrona” - wspominał reżyser. Aktorska trójka o żeglowaniu wiedziała tyle, co nic. Umecka umiała pływać, ale tylko w basenie. W kluczowej scenie zastąpił ją… Kostenko.

Lipman w pogoni za oryginalnym ujęciem wdrapał się na maszt i upuścił ciężką kamerę do wody. Praca stanęła. Malanowicz zapamiętał, że próbowano ją odnaleźć. „Było bardzo głęboko, więc nurkowie penetrowali to miejsce dość długo, ale kamery oczywiście nie odzyskali”.

Po trzech dniach sprowadzono nową z Wrocławia. Według innej wersji filmowcy mieli pożyczyć pieniądze na nowy sprzęt od Frykowskiego seniora. Gotówka dotarła do nich w pudełkach po butach.

Spartańskie warunki (ekipa mieszkała na ciasnej i wilgotnej barce) osłabiały morale, więc poprawiano sobie nastrój alkoholem. „Chlaliśmy ostro, robiliśmy sobie wzajemnie - i innych Bogu ducha winnym osobom - wredne kawały, a od czasu do czasu dochodziło wręcz do awantur” - chełpił się Polański. Malanowicz w tych imprezach nie brał udziału, irytowali go pozerzy dojeżdżający z Warszawy. Zabijał nudę wędkowaniem.

Znienawidzeni przez „pierwszą parę”. Kogo mogą bawić mizdrzący się podstarzali faceci?

To był cichy protest wobec otaczającego świata, w którym twórcy nie czuli się dobrze.

zobacz więcej
Świętując 28. urodziny reżysera w knajpie w Mikołajkach, filmowcy wdali się w bijatykę z marynarzami ze statku „Chopin”. Frykowski walnął kapitana krzesłem, skandal z trudem udało się zatuszować. Zdjęcia przedłużyły się aż do października, gdy woda w jeziorze stała się lodowata.

Polański przeżywał osobisty kryzys. Zorientował się, że Barbara Kwiatkowska, której załatwił występ we włoskim horrorze, pod błękitnym niebem Italii znalazła kochanka. Jedyne, co mógł zrobić zdradzony mąż, to wyżywać się na nieszczęsnej Umeckiej, a przyjaciele mu w tym sekundowali. Wmówili na przykład naiwnej dziewczynie, że styropian jest jadalny. Cóż to była za radość, gdy przeżuła i połknęła spory kawałek!

Niemczyk i Kostenko po latach zdobyli się na refleksję i współczuli studentce „gehenny”. Reżyser w wydanych w 1984 roku wspomnieniach obsmarował ją bez litości. Ujawnił, że zaangażował amatorkę jedynie dlatego, że dobrze się prezentowała w bikini (Ewa Krzyżewska odmówiła paradowania w stroju kąpielowym w filmie debiutanta).

Jola zapominała kwestii, miała problemy z koncentracją. Gdy nie potrafiła odegrać zaskoczenia, Kostenko znienacka wystrzelił za jej plecami z rakietnicy i pożądany efekt osiągnął. Odreagowywała stres, objadając się po kryjomu. Romana, który kontrolował dietę podopiecznych i zmuszał ich do codziennej gimnastyki, doprowadzało to do szewskiej pasji. „Wyciągaliśmy ją na długie biegi, a kiedy brakło jej sił, wlekliśmy ją na pasku przywiązanym do nadgarstków”

Nóż w plecach

Zdjęcia kończono w minorowych nastrojach. Do Giżycka dotarła bowiem wieść o śmierci Andrzeja Munka w wypadku samochodowym. Odejście mistrza uczczono rzecz jasna kolejną pijatyką.

Interweniowała milicja, Polański i Goldberg spędzili noc na posterunku (w osobnych celach). Wcześniej współpraca z MO układała się wzorowo: funkcjonariusze przeganiali z jezior łodzie i kajaki, które mogłyby obniżyć filmowcom komfort pracy.

Wracając z Mazur do domu, młody reżyser o mało co nie podzielił losu Munka. Lipman siedzący za kierownicą peugeota wpadł w poślizg i auto uderzyło w drzewo. Jedynym poszkodowanym był Polański, który wylądował w szpitalu. Spędził w nim dwa tygodnie, bo lekarze zdiagnozowali pęknięcie podstawy czaszki.

Montując film, zdecydował, że tylko Niemczyk będzie mówił własnym głosem. Umecką zdubbingowała Anna Ciepielewska (której „Nóż w wodzie” nie przypadł do gustu), Malanowicza – sam reżyser. Dla aktora to musiał być cios. „Komuś zabrakło cywilnej odwagi, żeby mi powiedzieć o takiej decyzji” - komentował.

Wbrew temu, co podają media, film nie miał oficjalnej premiery. W kinach pojawił się 9 marca 1962 roku, by po dwóch tygodniach zniknąć z ekranów. Jak łatwo zgadnąć, recenzje były chłodne, a niektóre nawet napastliwe.
"Krajobraz po bitwie" (1970) w reżyserii Andrzeja Wajdy, na zdjęciu Zygmunt Malanowicz i Daniel Olbrychski. Fot. TVP
„Sztandar Młodych” informował czytelników, że Polański i spółka „nie mają nic ciekawego, oryginalnego o współczesnym człowieku do powiedzenia”. Najważniejszy spec od kultury, Władysław Gomułka publicznie zaliczył „Nóż w wodzie” do filmów „płytkich intelektualnie i poznawczo” tudzież źle wpływających na młodzież.

Stało się jasne, że Polański w PRL kariery nie zrobi. W Stanach Zjednoczonych zaproponowano mu zrobienie remake’u „Noża w wodzie”. Chłopaka miał podobno zagrać Warren Beatty, Andrzeja - Richard Burton, a Krystynę - Liz Taylor. Polak odmówił.

Jeszcze nieraz popadał w konflikty z aktorami, nawet tymi o gwiazdorskim statusie. Faye Dunaway doprowadził do ataku histerii. Jack Nicholson, gdy Roman wyrzucił jego telewizor przez okno, wsiadł do samochodu i odjechał w siną dal. Dał się jednak udobruchać, bo wcześniej sporo razem hulali. John Travolta, kiedy mu Roman nastąpił na odcisk, po prostu się obraził i z „Sobowtóra” wyszły nici.

Żegnaj, Odyseuszu

Jolanta Umecka zagrała jeszcze cztery epizody u różnych reżyserów, ale potem dała sobie spokój z filmem. Wyszła za mąż i została - ponoć dobrą - nauczycielką muzyki.

Malanowicz za pierwsze aktorskie honorarium obstalował u krawca elegancki garnitur. Gdy mazurska eskapada wyszła na jaw, wyrzucono go ze szkoły, po czym przyjęto z powrotem. Po studiach grał w teatrze w Zielonej Górze, później często zmieniał pracodawców. W filmie ponownie pojawił się dopiero po siedmiu latach przerwy, ale za to u Wajdy. Włodek z „Polowania na muchy” był przeciwieństwem Chłopaka: niezgułą, który wpada w szpony salonowej harpii.


W „Krajobrazie po bitwie” i w „Hubalu” Malanowicz udatnie wcielił się w księdza, w koprodukcji polsko-radzieckiej „Jarosław Dąbrowski” został tytułowym rewolucjonistą. Dość szybko przestał wyglądać na młodzieniaszka, ze swoją smutnym spojrzeniem wydawał się idealnym odtwórcą ról mężczyzn sponiewieranych przez życie.
Z racji częstych występów w filmach Poręby uznano go jednak za moskalofila i narodowego komunistę. Zwłaszcza ten ostatni zarzut miał w warszawskich salonach siłę śmiercionośną. Objęty towarzyskim bojkotem Malanowicz zniknął z ekranów w wieku dla aktora najlepszym. Przed zupełnym zapomnieniem uratował go serial „Dom”, a potem reżyser Jacek Borcuch, zafascynowany aktorską starą gwardią.

Ostracyzm nie skończył się wraz z upadkiem PRL. Joanna Szczepkowska żegnając kilka dni temu zmarłego kolegę, przyznała, że dopiero w 2015 roku ośmieliła się do niego odezwać. Ku jej zdumieniu Zygmunt długo i chętnie opowiadał o swoim wojennym dzieciństwie, Polańskim i „Nożu w wodzie”.

Znacznie więcej niż w kinie, osiągnął na scenie. Na starość został ulubieńcem Krzysztofa Warlikowskiego. W adaptacji „Odysei”, której premierę opóźniła pandemia, miał zagrać króla Itaki. Niestety, jego ziemska wędrówka zakończyła się wcześniej, zmarł 4 kwietnia 2021.

Jacht „Rekin”, który Polański kazał pomalować na biało i przechrzcił na „Christine”, niszczeje w dawnym ośrodku żeglarskim Almaturu w Giżycku. Sprężynowy nóż i kamera marki Arriflex nadal spoczywają na dnie jeziora.

– Wiesław Chełminiak

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zygmunt Malanowicz. Niezwykły debiut
Zdjęcie główne: "Nóż w wodzie", reżyseria Roman Polański. Na fotosie Zygmunt Malanowicz (z prawej) i Roman Niemczyk. Fot. arch
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Z życia wzięte i wycięte
To nie jest robota dla delikatnych panienek.
Kultura Poprzednie wydanie
Oscarowa gala jak sowiecka akademia. Biali adorują czarnych
W aurze filmowej rewolucji natychmiast pojawiają się skojarzenia z socjalistycznymi punktami za pochodzenie.
Kultura wydanie 16.04.2021 – 23.04.2021
Pisanie sowieckiej ikony
Gułag opisywany jest jako „szkoła nowego, szczęśliwszego społeczeństwa”
Kultura wydanie 9.04.2021 – 16.04.2021
Był uważany za obciach. Przeistoczył się w wykonawcę, z którym...
Grzegorz Brzozowicz wspomina Krzysztofa Krawczyka.
Kultura wydanie 2.04.2021 – 9.04.2021
Jezioro Dargin
Fragment nowej powieści Wojciecha Chmielewskiego.