Kultura

Z życia wzięte i wycięte

Mieliśmy kiedyś polską szkołę plakatu, polską tkaninę, polską ilustrację, polską animację. Do tych osiągnięć wypada dodać naszą grafikę.

O Muzeum Karykatury – nie muszę dodawać, że warszawskim, bo innej tego typu placówki w Polsce nie ma – pisałam niejednokrotnie z wielką sympatią, bo swe powstanie zawdzięcza tytanicznej pracy niewielkiej grupki osób, głównie artystów rozmaitych profesji. Ze specjalnym uwzględnieniem Eryka Lipińskiego, wszechstronnego twórcy i społecznika, którego 30. rocznicę śmierci będziemy obchodzić we wrześniu tego roku.

Od 1983 roku to miniaturowe muzeum mieści się (w stolicy, rzecz jasna) przy ulicy Koziej 11, skąd usiłowano je wykurzyć ze względu na atrakcyjność adresu (nieopodal Starego Miasta). Jak na razie, karykatura trwa na swoim miejscu. I szuka sposobów, by nie skostnieć.

Jednym z pomysłów na odmłodzenie MK jest wystawa… dziewięćdziesięciolatki Teresy Jakubowskiej. „Z życia wycięte” – informuje nas tytuł ekspozycji, czynnej do 23 maja br.

Faktycznie, tematów autorce dostarczało życie. Pozornie oddalone już w czasie, bo z epoki PRL i wczesnych lat po ustrojowej transformacji. Ale czy istotnie to, co obserwowała Teresa Jakubowska, już się zdezaktualizowało, unieważniło, odeszło na enty plan historii?

Moim zdaniem – bynajmniej. Gdy się uważniej przypatrzeć, otaczają nas takie same typy ludzkie; obserwujemy podobne sceny; tłum przybiera równie monstrualne formy; wyścig o eksponowane stanowisko jest równie, a może jeszcze bardziej bezwzględny. Bo nic a nic nie zmieniła się ludzka natura. A to ona była i jest na celowniku artystki.
Wystawa „Teresa Jakubowska. Z życia wycięte” - wybór prac z kolekcji własnej artystki oraz ze zbiorów Muzeum Karykatury.
Pod prąd

„Czas moich studiów nie był sprzyjający. Obowiązywała w sztuce doktryna realizmu socjalistycznego” – tak powściągliwie napisała Teresa Jakubowska o edukacji odbytej na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wybrała tę uczelnię, bo tamże najżywsze były tradycje wileńskiego Wydziału Sztuk Pięknych – kilku wybitnych absolwentów i pedagogów z Wilna po II wojnie światowej osiadło w Toruniu. Ona sama pochodziła z tego miasta, z dzielnicy Antokol.

Urodzona w 1930 roku, dobrze pamiętała wojnę, którą niejako wyparła z pamięci. Nie wracała do tragicznych wydarzeń wprost, jedynie w formie graficznych metafor, szukając uniwersalnych rysów ludzkiej egzystencji.

Do socrealizmu Jakubowska nie miała ani serca, ani przekonania – choć nie tylko władze, także publika lubiły ten patetyczno-optymistyczny figuralizm. Młoda artystka znalazła więc półśrodek: figurację, owszem, ale zdeformowaną. Ekspresyjną, przerysowaną. Bez dosłowności.


Już z dyplomem akademickim, Jakubowska zadebiutowała w „lepszych”, poodwilżowych czasach. Tak się jej wydawało… Tymczasem – znowu chybienie! Końcówka lat 50. i początek 60. ubiegłego wieku to gloryfikowanie abstrakcji typu informel. A pani Teresy nie interesował nieprzedstawiający gest. Jej uwaga koncentrowała się na człowieku, na opowiadaniu o tym, co się dookoła niej dzieje. Można powiedzieć – zawołana reportażystka.

Jednak też nie do końca. Za każdym razem, nawet oddając sceny tak charakterystyczne, jak te z piosenek Stanisława Grzesiuka czy Jerzego Stempowskiego, Jakubowska potrafiła nadać przedstawieniu rys ogólny. To nie są portrety konkretnych osób, lecz przedstawienia ludzkich typów. To postaci, które wydając się znajome, jedynie symbolizują pewne środowiska. To maski z teatru życia.

Są momenty, kiedy twórczość Jakubowskiej splotła się z jej życiem osobistym. W młodym wieku doświadczyła macierzyństwa (szczególnie traumatyczny był pierwszy poród); niewiele później zabolał ją rozwód; dotknęła konieczność wzięcia na własne barki utrzymania siebie i dzieci. Owszem, te przygnębiające przejścia znajdują odzwierciedlenie w jej sztuce, lecz za każdym razem przeobrażają się w sceny symboliczne.

Skalpelem pokazuje grzech i jego konsekwencje, żeby było jasne, co miłe Bogu, a co diabłu

Nie poucza maluczkich ani nie gromi grzesznych. Nie sprzyja Karnawałowi ani nie popiera Postu – u obydwu przeciwników dostrzega nieczyste chwyty i zagrania.

zobacz więcej
Najważniejsze nauki czerpała z podróży. Dziś trudno sobie wyobrazić skalę wyrzeczeń, na które artystka była gotowa, by tylko poznać świat, wydobyć się poza soc-granice. Odkładanie każdego grosza, odmawianie sobie wszystkich „luksusów”, zaś na wyjazdach – godzenie się na kiepskie warunki i niedojadanie, byle tylko starczyło na… bilety do muzeów.

  Przyznaję, zaimponowała mi: całe życie zarabiała sztuką, w dodatku gatunkiem nie najwyżej notowanym rynkowo – grafiką, kiedyś zwaną warsztatową czy tradycyjną, co oczywiście wraz z pogłębiającą się adoracją dla rozwoju technologii zaszufladkowano jaka anachronizm.

Teresa Jakubowska, obecnie wkraczająca w 91. rok życia, uparła się przy najstarszej technice graficznej, za jaką należy uznać druk wypukły. Cóż to takiego? Powielanie rysunku czy tekstu przy pomocy wypukłej części matrycy.

Ślad po istnieniu

Znowu pytanie – czym owa matryca jest?
Gdy się zastanowić: wszystkim.

Dłonią, upapraną w farbie/glince/barwniku i odciśniętą na jakimś podłożu. Stopą w wilgotnym piachu, ubłoconą podeszwą buta lub – nie daj Boże! – umazaną krwią. Kciukiem – czego świadectwem nasze identyfikatory, nie do podrobienia, w przeciwieństwie do fotograficznych podobizn, możliwych, czy nawet łatwych do zafałszowania. Wreszcie – całym naszym ciałem (vide: „Antropometrie” Yvesa Kleina, który podczas performance’u z udziałem publiczności kazał nagim modelkom zanurzać się w intensywnie błękitnej farbie, następnie z rozbiegu rzucać się na płótno lub papier – czego pozostałością były właśnie owe kompozycje stworzone przy pomocy „żywych pędzli”).

Wypukłodrukiem jest też stempel, nie tylko ten służący do sygnowania papierów szczególnego znaczenie, również stempel służący do pokrycia tkanin deseniem (najstarsze tak uatrakcyjnione materie są pochodzenia koptyjskiego, z VI wieku). Stąd blisko już do wynalazku książek blokowych, czyli książek złożonych ze stron wyciętych w jednym drewnianym klocku. Nie trzeba dodawać, że kolejny krok to ruchoma czcionka, której wynalezienie przypisuje się Johannesowi Gutenbergowi, co zostało podważone przez badaczy, oddających honor Chińczykom. Nie ulega jednak kwestii, że Gutenberg skonstruował prasę drukarską na wzór pras introligatorskich, służących do tłoczenia na oprawach ksiąg dekoracji. Podobną metodą bito monety przy użyciu punc, odciskano sygnatury na glinianych naczyniach, jak też na wyrobach złotników lub płatnerzy.
I tu wreszcie do głosu dochodzi sztuka – bo w połowie XV stulecia pojawiły się samodzielnie funkcjonujące drzeworyty, często kolportowane przez wędrownych handlarzy; drukowane karty do gry; ilustracje; kalendarze. Te średniowieczne grafiki odbijano ręcznie i także ręcznie kolorowano, dopełniając czarno-białe kompozycje. Dopiero z czasem zastosowano kilka pokrywających się ze sobą matryc, na każdej rozprowadzając farbę innej barwy. Pojawili się wtedy pierwsi znani z nazwiska geniusze drzeworytu: Albrecht Dürer, Lukas Cranach Starszy, Albrecht Altdorfer.

Ten pierwszy walczył też z fałszerzami, których produkcje, będące bardziej lub mniej udanymi podróbkami grafik wielkiego norymberczyka, psuły mu rynek. I nerwy. Do tego stopnia, że wyprowadzony z równowagi Albrecht umieścił na końcu cyklu „Żywot Marii” taką oto groźbę: „Biada wam, złodzieje i naśladowcy cudzego trudu i talentu! Strzeżcie się przywłaszczania sobie naszej pracy”. W celu uniemożliwienia złodziejom dorabiania się na jego sztuce, udał się po pomoc do władz miasta. Jedyne, co uzyskał, to zakaz posługiwania się jego charakterystyczną sygnaturą A.D. To było mniej niż niewiele – nadal pojawiały się falsy Dürera, pozwalające oszustom (zręcznym w posługiwaniu się rylcem) czerpać z tego korzyści. Niemiecki geniusz doświadczył prawdziwej „psychozy fałszerstwa” i nie bez powodu! Jak policzono pół wieku temu, w obiegu znalazło się ponad pół miliona fałszywych rycin A.D.!

Zabawne, że działo się to mniej więcej pięćset lat temu, a stanowiło preludium do współczesnej walki o prawa autorskie i kradzieży intelektualnej (do jakiej zalicza się falsyfikaty).

Fizyczna robota

Teresa Jakubowska ukończyła wprawdzie wyższą szkołę plastyczną, lecz jej prawdziwymi mentorami byli wielcy mistrzowie przeszłości. Jednocześnie wcale nie zależało jej na precyzji któregoś z trzech wymienionych powyżej twórców (Cranach, Dürer, Altdorfer).

Ona lubiła sztukę skrótu; brutalną, mocną formę; zestaw bieli i czerni, bez cieniowania i niuansów. Bliscy jej byli niemieccy ekspresjoniści z początku XX wieku, twórcy „naiwnych” drzeworytów średniowiecznych oraz artyści ludowi, nieprofesjonalni.
Oprócz dzieł artystki, na wystawie Teresy Jakubowskiej eksponowane są narzędzia i matryce graficzne, odsłaniające warsztat pracy grafika. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Jej zainteresowania formą przenikały się z tym, co było, mięło – natomiast jej ciągoty reporterskie zbliżały ją do tego, co tu i teraz. Znaczy tamtego „teraz”, z czasów PRL i epoki tuż po transformacji.

Muzeum Karykatury, jak wskazuje nazwa, kładzie nacisk na prace o zabarwieniu satyrycznym. Jakubowskiej nie brak pazura karykaturzystki. Postrzegała rzeczywistość w krzywym (a może prawdziwym?) zwierciadle. Wypunktowywała absurdy, jednak potrafiła czasem wydobyć ze swych kompozycji nuty liryczne.

Takie rozmarzenie widać zwłaszcza w jej linorytach – wspomnieniach z wojaży. Och, jak było pięknie…

Wtedy powściągała swe skłonności do groteski. Za to przyglądając się rodakom, nie udawała, że nie dostrzega ich paskudnych cech. Nie musiała ich znać, wystarczył jej rzut okiem. Jak dobry psycholog „prześwietlała” charaktery na podstawie rysów twarzy, gestów, postawy.

Jakubowska potrafiła zmieniać formę wedle „potrzeb” tematu. Gdy jej zależało na subtelności, potrafiła cyzelować kompozycje jak koronkę. Rozdrobnienie, rozedrganie, brak wyrazistych, konkretnych kształtów.

Bywało inaczej – siłę, wymowę grafiki uzyskiwała maksymalnym skrótem. Niech za przykład posłuży linoryt „Spadanie” (1967). Oto sylwetka maluszka, dzieciaka rozpaczliwie pikującego w dół; za nim leci na łeb, na szyję dziecięcy wózek – także pokazany jako forma, sylweta. I już. Dookoła pustka, biel. Widzimy – dzieje się dramat. Jednak nikt tego nie zauważa, nikt nie ratuje ofiary. Sytuacja trochę podobna jak na obrazie Pietera Bruegla „Upadek Ikara”.
„Spadanie”, grafika/linoryt Teresy Jakubowskiej, w kolekcji Zachęty — Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie. Fot. Zachęta, numer inw.: G-683, reprodukcja na licencji: CC BY-SA
A może to po prostu nasz los? Zawsze nadchodzi moment, gdy zostajemy pozbawieni rodzinnego zaplecza i sami musimy dać sobie – lub nie dać – radę z sytuacją. Na tym polega dorastanie, dojrzewanie do samodzielności. Kiedy porównać tę kompozycję z „Niedzielą w Samarkandzie” (1988), można odnieść mylne wrażenie, że w tym pierwszym przypadku autorka nie napracowała się zbytnio – podczas gdy nad „Niedzielą…” musiała się sporo natrudzić…

Tak nie jest – za każdym razem linoryt (dawniej drzeworyt) wymaga fizycznej pracy. Jakubowska wycinała czy to pozornie gładką biel, a na niej ostre, czarne kształty (jak z plakatów Henryka Tomaszewskiego), czy rozedrgane, misterne desenie ( jak z grafik Józefa Gielniaka) przy pomocy tego samego narzędzia: szewskiego nożyka.

Proszę wierzyć – to nie jest robota dla delikatnych panienek. Tu trzeba siły, mocnego nacisku. Podobnie odbijanie grafik na prasie wymaga mocnych mięśni. Rozumiem artystkę, której fizyczna forma odmówiła posłuszeństwa. Teresa Jakubowska od mniej więcej dekady nie tworzy nowych prac. Za to stać ją na dystans do siebie i własnej twórczości. Cieszy ją wystawa w Muzeum Karykatury, znała bowiem i darzyła sympatią Eryka Lipińskiego.

I dodaje: „ W moich pracach zawsze istniał pewien element satyry, czasem nawet groteski, który wynika z mojego krytycznego spojrzenia na rzeczywistość i ludzkie przywary. Nie jest to złośliwość, ale element dystansu do życia i głębokiej, emocjonalnej refleksji”.
Nożyk Teresy Jakubowskiej na wystawie „Z życia wycięte” w Muzeum Karykatury. Fot. PAP/Radek Pietruszka


Mieliśmy kiedyś polską szkołę plakatu, polską tkaninę, polską ilustrację, polską animację. Do tych osiągnięć wypada dodać naszą grafikę. Co było spójnią dla tych gatunków? Niedostatki materiałowe i brak komercyjnych wymogów. Paradoks? Proszę samodzielnie osądzić.

– Monika Małkowska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



Wystawa „Teresa Jakubowska. Z życia wycięte” – wybór prac z kolekcji własnej artystki oraz ze zbiorów placówki – ma być czynna do 23 maja 2021. Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego, ul. ul. Kozia 11 w Warszawie.
Zdjęcie główne: Rozmarzenie widać zwłaszcza w linorytach Teresy Jakubowskiej – wspomnieniach z wojaży. Och, jak było pięknie… Wtedy powściągała swe skłonności do groteski. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Najnowsze polskie filmy chętnie opowiadają o czasach PRL
Twórcy chcą historię traktować jako kostium dla współczesnych dyskusji, lęków i konfliktów.
Kultura Poprzednie wydanie
Przyśpieszony kurs przemian obyczajowych
„Teściowie” są znakomici. „The End” zjada własny ogon. „Czarna owca” jest gdzieś pośrodku.
Kultura wydanie 10.09.2021 – 17.09.2021
Człowiek, który wymyślił piekło
700 lat po śmierci Dantego świat czci jego geniusz, ale podąża w kierunku dokładnie przeciwnym, niż wskazywał włoski poeta.
Kultura wydanie 10.09.2021 – 17.09.2021
Francuzi opłakują w Belmondo swoją niegdysiejszą wielkość
Żyje jeszcze drugi francuski idol: Alain Delon, ale z nim mają relację o wiele mniej kumpelską.
Kultura wydanie 10.09.2021 – 17.09.2021
Co Gołas czytał z mankietów i czym popijał nalewkę o poranku?
Wielu pamięta go z filmów, wszyscy – z kabaretowej piosenki „W Polskę idziemy”.